Przejdź do treści
Banner 1
Banner 2
Banner 3
Przejdź do stopki

KATECHEZY DLA DOROSŁYCH

Treść

Katecheza 51: „ O cudach”

Wprowadzenie

            Na świecie wciąż istnieje wiele religii. Zanim Pan Jezus przyszedł na ziemię i pouczył nas o tym, jak należy czcić Pana Boga, ludzie sami od siebie, jak kto mógł, jak im nakazywał ich własny rozum, chwalił Pana Boga. I do chwili obecnej jeszcze Ewangelia nie dotarła wszędzie. Wiele narodów zachowało więc własne religie albo wytworzyło sobie nowe.

W tym celu, aby ludzie wśród tylu różnorakich religii mogli poznać, która z nich prawdziwie pochodzi od Pana Boga, sam Bóg swojej religii dał specjalny znak, a tym znakiem są cuda i proroctwa. Z tej racji w tej katechezie zajmiemy się cudami, a w następnej proroctwami. Temat jest bardzo ciekawy, gdyż tyle razy słyszeliśmy słowo „cud”, a nie do końca potrafimy od razu uświadomić sobie tego, co nazywamy cudem, czym on jest i dlaczego Pan Bóg go czyni.

Rozwinięcie

1. Co to jest cud?

            Na to pytanie tak możemy odpowiedzieć bardzo krótko, a zarazem wystarczająco: „Cud jest to niezwykłe wydarzenie, którego nie może dokonać żadne stworzenie, lecz tylko sam Pan Bóg”. Widzimy to w sytuacjach, kiedy Pan Jezus zamienił wodę w wino, rozmnożył pięć chlebów i nakarmił nimi pięć tysięcy ludzi, uzdrawiał głuchych, ślepych, kulawych, a nawet wskrzeszał umarłych, gdyż były to wydarzenia, których nikt nie potrafił dokonać, nawet anioł, a tylko Pan Bóg. Takie zdarzenia nazywamy cudami.

            Jednak pytamy dalej o to, dlaczego tylko sam Pan Bóg może czynić cuda? W odpowiedzi stwierdzamy, że tylko On jest wszechmogący, a więc może czynić wszystko, co zechce. Jeżeli Pan Bóg mógł z niczego stworzyć świat, to czy nie może zmieniać tego świata? Czy nie może nadać mu innych praw? Jak dziecko, mając pudełko klocków, ustawia sobie z nich przeróżne: domy, pałace, wieże, mosty, itd., choć same klocki tego czynić nie potrafią, to podobnie Pan Bóg może uczynić ze światem wszystko, co Mu się podoba, bo to są Jego stworzenia. Nawet my za wolą Bożą („Rośnijcie i rozmnażajcie się i napełniajcie ziemię, a czyńcie ją sobie poddaną” - Rdz 1,28) mamy pewną władzę na ziemi i możemy zamienić no c w jasny dzień, np. przez wynalazek światła; możemy szybciej się poruszać przez zbudowanie roweru, motocykli, samochodów; możemy w powietrzu latać bezpieczniej nawet gdybyśmy mieli skrzydła; możemy osuszać wody, wycinać lasy i zamieniać je na urodzajne pola. Jednak nasza władza ma pewne granice i nie jest nieskończona. Natomiast Pan Bóg ma nad światem władzę całkowitą i zupełną. Z tej racji może robić, co Mu się podoba. Może jednak ktoś powie: ale przecież i święci czynili cuda! Ileż ich uczynił Mojżesz w Starym Testamencie, ile uczynili prorocy i apostołowie? (św. Piotr, św. Paweł i inni), a także wielu innych świętych, np. św. Antoni, św. Jan Bosko. Jak też wiele cudów Matki Bożej działo się w Jej cudownych miejscach? Tak rzeczywiście było, ale te cuda czynili święci i Matka Boża nie własną mocą, lecz mocą Bożą. Pan Bóg dał im taką moc, władzę i siłę właśnie po to, aby pokazać, że to oni są posłani od Niego; że przez nich On sam przemawia i na dowód tego czyni przez nich cuda. Słusznie zatem cud definiujemy jako „niezwykłe wydarzenie, którego nie może dokonać żadne stworzenie, lecz tylko sam Pan Bóg”. Matka Boża i święci czynili cuda nie własną mocą, ale Bożą. Oni tylko prosili Pana Boga, a On je czynił.

2. Czy cuda naprawdę istniały i czy istnieją obecnie?

            Chociaż doskonale wiemy, że Pan Bóg jest wszechmocny i że może czynić cuda, jakie chce, kiedy chce i ile Mu się podoba, to jednak pozostaje pytanie: Czy Pan Bóg czynił cuda, a jeżeli tak, to skąd o tym wiemy?

Cuda działy się w przeszłości.

            Stary Testament zawiera opisy tego, co działo się na świecie od stworzenia pierwszych ludzi aż do narodzenia Pana Jezusa – Zbawiciela świata. W nim jest mowa o wielu cudach. Najwięcej cudów uczynił Pan Bóg przez ręce Mojżesza i proroków. To Mojżeszowi ukazał się Bóg w krzaku ognistym i kazał mu iść do faraona, aby wypuścił Izraelitów z niewoli. Gdy Mojżesz poprosił Pana Boga o jakiś znak, wtedy to Bóg sprawił, że laska zamieniła się w węża, a później wąż znowu zamienił się w laskę. W sytuacji, gdy faraon nie chciał uwolnić Izraelitów z niewoli, wtedy Pan Bóg zesłał dziesięć plag, czyli ciężkich kar na cały naród egipski. Najcięższą karą były ciemności, jakie zapanowały na trzy dni, oraz śmierć, która zabrała jednej nocy wszystkich egipskich synów pierworodnych. Później cały szereg dalszych cudów: przejście przez Morze Czerwone, zatopienie wojsk egipskich, tajemniczy słup ognisty, który prowadził Izraelitów do Ziemi Obiecanej, manna, która karmiła codziennie przez czterdzieści lat pobytu na pustyni. Nakarmienie codziennie około miliona ludzi i danie im wody byłoby cudem nawet w najurodzajniejszym kraju, a cóż dopiero na pustyni i to przez tyle lat.

            Pamiętajmy również o cudach, które Pan Bóg uczynił przez proroków. Eliasz wyzwał na pojedynek kapłanów Baala i kazał im postawić dwa ołtarze z ofiarami. Przez cały dzień 450 kapłanów daremnie wołało Baala, gdy tymczasem w odpowiedzi na krótką modlitwę Eliasza, ogień spadł z nieba i spalił przygotowaną ofiarę.  Przez dwa lata kruk żywił proroka Eliasza, a przez jego modlitwę został pomnożony pokarm i oliwa biednej wdowy oraz został wskrzeszony jej syn. Prorok Elizeusz uzdrowił syryjskiego hetmana Naamana. Anioł posłany przez Boga prowadził osobiści młodego Tobiasza, a na zakończenie ich podróży uzdrowił jego ojca. Trzech młodzieńców zostało uratowanych od spalenia w piecu ognistym, a Daniel zachował swe życie wrzucony do jaskini z lwami.

Nieporównywalnie większą liczbę cudów Pana Jezusa opisują na Ewangelie. Cuda Pan Jezus czynił w przyrodzie martwej, gdy: zamienił wodę w wino, uciszył burzę na jeziorze, chodził po wodzie, dwa razy rozmnożył chleb i ryby. Podobne cuda czynił On z przyrodą żywą i z ludźmi: cudowne połowy ryb, niezliczone uzdrowienia, wskrzeszenie trzech umarłych, a wśród nich Łazarza po czterech dniach pobytu w grobie. Co więcej, nie tylko Pan Jezus czynił cuda, ale także swoim uczniom dał także władzę czynienia cudów: „Tych dwunastu wysłał Jezus, dając im następujące wskazania: ‘nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego! Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy!” (Mt 10,5.7-8). Skutek tego posłania opisuje św. Marek Ewangelista: „Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali” (Mk 6,7 – 8).

Moc czynienia cudów apostołowie zachowali i po śmierci Pana Jezusa. Św. Piotr i św. Paweł wskrzeszali umarłych. Głośne uzdrowienie przez św. Piotra żebraka kulawego od urodzenia przy świątyni stało się przyczyną nawrócenia około  pięciu tysięcy ludzi. „A przez ręce apostołów działy się wśród ludu liczne znaki i cuda” (Dz 5,12). Świadczy to o tym, że i inni apostołowie także czynili wiele cudów.

            Pana Jezus w swojej hojności posunął się do tego, że nie tylko swoim uczniom, ale w ogóle swoim wiernym wyznawcom obiecał dać moc czynienia cudów. „A tym, którzy uwierzą, takie cuda towarzyszyć będą: w moje imię będą czarty wyrzucać, nowymi językami mówić będą, węże będą brać, i choćby coś śmiertelnego pili, szkodzić im nie będzie, na chorych ręce kłaść będą, a wyzdrowieją” (Mk 16,17 – 18).

Cuda dzieją się jeszcze dzisiaj.

            Możemy postawić sobie pytanie o to, czy cuda dzieją się jeszcze dzisiaj w naszych czasach?

            Oto 166 lat temu w małym miasteczku Lourdes we Francji 11 lutego 1858 roku, ukazała się Najświętsza Maryja Panna św. Bernadecie, dziewczynce, która miała wówczas czternaście lat. Matka Boża nakazała dziewczynce przychodzić na owo miejsce codziennie. Przez osiemnaście razy ukazywała się dziewczęciu i objawiała jej wiele rzeczy. Jako znak dla prawdziwości swoich objawień, Matka Boża zostawiła cudowne źródełko, którego woda jeszcze dzisiaj płynie obficie i uzdrawia wielu chorych. Z tego powodu, że liczba uzdrowień stale wzrastała, dlatego powstało w Lourdes specjalne Biuro Medyczne, do którego należą lekarze specjaliści od wszelkich chorób.

            Byłoby ciekawą rzeczą przytoczyć tu dla przykładu kilka cudów, ale na to musielibyśmy poświęcić wiele stron.

            Jednak Matka Boża nie tylko w Lourdes rozdziela swoje cudowne łaski. W samej tylko Polsce jest ich także wiele. Najgłośniejsze z naszych to Częstochowa – Jasna Góra. Kto tam był, ten zauważył wiele wspaniałych wotów i darów. One są podziękowaniem za otrzymane dobrodziejstwa. Kroniki Cudownego Obrazu MB w Częstochowie podają kilkaset cudownych uzdrowień.

            Dla całości tego tematu dodać musimy i ten fakt, że cuda dzieją się także i dzisiaj. Kościół nie ogłosi nikogo świętym, kto nie będzie miał chociaż czterech cudów, uczynionych po śmierci. Do beatyfikacji potrzebne są dwa cuda, a dwa dalsze cuda są konieczne do kanonizacji. Dlaczego? W ten sposób Kościół chce się przekonać, czy Pan Bóg chce mieć kogoś na ołtarzach. Jeżeli jest wolą Bożą, aby dany sługa Boży był czczony po śmierci, to przy jego grobie i za jego wstawiennictwem czyni cuda. Ileż takich cudów doznali ludzie, np. od św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Dzisiaj mamy już grube księgi, w których te cuda są opisane. Z tego powodu, że w każdym roku ojciec święty przynajmniej kilka osób wynosi na ołtarze, to co roku sądy kościelne stwierdzać muszą cuda, zdziałane za przyczyną świętych.

3. Dlaczego Pan Bóg sprawia, że dzieją się cuda?

            Skoro Pan Bóg mężom w Starym Testamencie dał taką siłę i moc, że mogli oni czynić cuda (np. Mojżesz i prorocy), to chciał przez to pokazać, że właśnie ci święci mężowie byli przez Niego powołani i przemawiali oni nie we własnym imieniu, ale w imieniu Pana Boga. Mieli oni cały świat, a zwłaszcza naród wybrany, przygotować na przyjście Pana Jezusa.

            Pan Jezus, po swoim przyjściu na ziemię, nieraz powoływał się na to, co o Nim powiedział Mojżesz i prorocy: „Badacie Pisma… a one to dają świadectwo o Mnie… oskarżycielem waszym jest Mojżesz… Gdybyście wierzyli Mojżeszowi, uwierzylibyście zapewne i mnie, bo on o mnie pisał” (J 5,39.45 - 46).

            Jeżeli tyle cudów uczynił Pan Jezus to właśnie dlatego, aby pokazać, że jest od Boga i że jest Synem Bożym. Kiedy przyszli do Pana Jezusa uczniowie św. Jana Chrzciciela i zapytali Go: „Kto Ty jesteś?” – wtedy Jezus im odpowiedział: „Idźcie, oznajmijcie Janowi, coście słyszeli i widzieli. Ślepi widzą, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają..” 9Mt 11,4 – 5).

Jeżeli cuda są znakami, które Pan Bóg daje ludziom, to nie będziemy się dziwili temu, że dzieje się tyle jeszcze w Kościele Chrystusowym. Jeżeli bowiem Kościół Pana Jezusa jest od Boga, to cuda przecież są konieczne, aby ludzie mogli się przekonać, gdzie jest prawdziwa nauka.

Pogłębienie

            W Starym Testamencie wspaniale i liczne cuda działy się w narodzie izraelskim, który był narodem wybranym. Obecnie zaś, od czasu gdy Pan Jezus się narodził, cudów tam już nie ma. Za to wiele cudów dzieje się w Kościele katolickim. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że do przyjścia Pana Jezusa jedyną i prawdziwą religią była religia Mojżeszowa. W niej narodził się i żył Mojżesz, w niej modlili się prorocy. Kiedy jednak Pan Jezus przyszedł na ziemię, wtedy prawdziwą stała się ta religia, którą On Głosił i którą powierzył swojemu Kościołowi. To potwierdzają cuda, które czynił Pan Jezus, czynili Jego uczniowie, apostołowie i cuda czynili święci.

            Święty Łukasz, uczeń św. Pawła Apostoła, napisał ciekawą księgę pt. „Dzieje Apostolskie”. W tej księdze opisuje takie wydarzenie: „A człowiek pewien, imieniem Szymon, który przedtem w mieście tym zajmował się czarnoksięstwem, zwodził lud Samarii i podawał się za kogoś wielkiego. I słuchali go wszyscy, wielcy i mali, mówiąc: ‘Tej jest ową wielką mocą’ Na widok cudów jednego z uczniów Pana Jezusa, Filipa (nie apostoła, lecz diakona), Szymon chciał mieć taką samą władzę. Zgłosił się do św. Piotra, że chciał od niego kupić władzę czynienia cudów. Za to otrzymał Szymon od św. Piotra mocną naganę” (por. Dz 8,9 – 26). Jednakże Szymon czynił jakieś znaki, bo był tzw. czarnoksiężnikiem. Jeżeli Szymon Mag chciał kupić dar cudów, to znaczy, że nie umiał ich czynić. Dzisiaj jeszcze można spotkać w cyrku różnych ludzi od sztuczek, tzw. czarów. Nie są to jednak żadne cuda.

Zastosowanie

            Skoro Pan Bóg czyni tyle cudów i tyle daje nam niezwykłych łask, to dlatego, że chce, abyśmy się Jego dobroci i potędze stale powierzali: „Proście, a będzie wam dane” – mówi Pan Jezus – „Szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a będzie wam otworzone” (Mt 7,7). Na innym miejscu Pan Jezus wyraźniej mówi: „Jeżeli o coś prosić będziecie Ojca w imię Moje, da wam” (J 16,23).

            Z tej racji tak chętnie polecajmy się Panu Bogu we wszystkich naszych potrzebach i z taką ufnością oraz często wznośmy do nieba ręce wołając: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie”.

 

Katecheza 50: Tradycja, czyli Podanie Ustne

Wprowadzenie

            Wiele ważnych rzeczy zostało opisane w katechezie o Piśmie św., ale nie wszystkie prawdy Boże zostały tam spisane, gdyż zapisano w nim tylko część tych prawd, które Bóg ludziom objawił. Bardzo duża część tych prawd nie została nigdy spisana.

 Z tego powodu rodzi się zatem pytanie o to, gdzie i w czym zachowała się nauka Boża, a szczególnie nauka, którą przyniósł z nieba i niestrudzenie głosił Pan Jezus. Zawiera się ona w Tradycji czyli w Podaniu Ustnym.

Rozwinięcie

Nie wszystkie objawione prawdy Boże zostały spisane, ale były one przekazywane Tradycją, czyli Podaniem Ustnym.

            Gdyby Jezus chciał, aby cała nauka Boża była zapisana w księgach świętych, to nie trudziłby się nauczaniem, ale sam spisałby całą swoją naukę albo też poleciłby spisać ją uczniom. Tymczasem, jak wiemy, Jezus sam nie napisał ani jednego słowa, a do uczniów swoich powiedział: „Idźcie więc i  nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Uczcie  je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,19 - 20). Apostołowie i uczniowie, idąc za poleceniem Jezusa, rozeszli się po całym świecie, nauczając ludzi i ustnie głosząc naukę Pana. Na spisanie prawd, które od Jezusa słyszeli, apostołowie nie mieli ani czasu ani pieniędzy. Przecież materiał do pisania wtedy był o wiele trudniejszy do zdobycia. Zresztą i sztuka pisania była wtedy czymś nadzwyczajnym i nie każdy umiał pisać.

Św. Jan Apostoł napisał swoje wspomnienie o Jezusie dopiero na usilne naleganie wiernych. Przekazał on tylko niewielką część tego, ca sam widział i słyszał. Z tego powodu wyznaje: „I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów” (J 20,30). W innym miejscu pisze jeszcze wyraźniej: „Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać” (J 21,25).          

Co nazywamy Tradycją, czyli Podaniem Ustnym?

            Z wielką łatwością zauważamy, że początkowo nauka Jezusa była przekazywana tylko ustnym nauczaniem. To właśnie nazywamy Tradycją, czyli Podaniem Ustnym.

Na postawione pytanie o to, co to jest Tradycja, katechizm daje taką odpowiedź: „Tradycja jest to zbiór objawionych prawd Bożych, nie spisanych przez apostołów, które Kościół katolicki przechowuje i do wierzenia podaje”.

Z tego powodu, iż apostołowie nie spisali wszystkich prawd, które ludziom głosił Jezus, Kościół te prawdy pilnie zebrał i teraz ich strzeże. Kościół w tym dziele miał ułatwioną sprawę o tyle, że apostołowie mieli uczniów, i wielu z tych uczniów spisało naukę apostołów albo ją ustnie podawało dalej, a następni je spisali.

Zatem dzisiaj nie ma ani jednej prawdy, która by nie została już spisana. Z racji tego, że książki, w których została spisana Tradycja apostolska, zostały napisane później i nie napisali ich sami apostołowie, nie nazywamy Pismem św., lecz Tradycją, czyli Podaniem ustnym. Cała więc Tradycja jest dzisiaj spisana w grubych księgach, z których kapłani czerpią swoją naukę. T księgi zostały wprawdzie napisane później, po śmierci apostołów, ale na podstawie tego, co spisali albo ustnie podawali dalej uczniowie apostołów, pierwsi papieże, biskupi, kapłani i pisarze Kościoła.

Tradycja jest dawniejsza niż Pismo św.

            Pismo św. napisano dość późno. Pierwszym, który zaczął spisywać naukę Bożą był Mojżesz. A przecież ludzie żyli już wiele tysięcy lat przed Mojżeszem. Skąd więc mogli znać prawdy Boże, skoro nie było jeszcze Pisma Świętego i prawdy Boże nie zostały jeszcze spisane?

            Wiedzieli o nich właśnie z Tradycji. Podanie Ustne jest to ustne nauczanie prawd, które Bóg ludziom objawił. Już Adamowi i Ewie w raju musiał Bóg objawić wiele rzeczy. Przecież ich zapewne interesowało to: Skąd się wziął cały świat? Skąd się oni wzięli? Jak ich Pan Bóg stworzył?, itp. Pewnie o tym wszystkim pierwsi rodzice dowiedzieli się wprost od Pana Boga. Pismo św. podaje także, iż Bóg ukazywał się wiele setek lat przed Mojżeszem świętym patriarchom, czyli mężom wybranym narodu izraelskiego i mówił im wiele rzeczy. I tak Abrahamowi obiecał Bóg, że będzie ojcem wielkiego narodu; Jakubowi zapowiedział, że  Zbawiciel świata będzie z pokolenia Judy, a przyjdzie na ziemię, gdy berło będzie odjęte od królów judzkich. Te wszystkie i wiele innych prawd Bożych (np. o potopie), ludzie przekazywali sobie ustnym opowiadaniem: ojcowie synom, synowie swoim synom, aż do Mojżesza. Dopiero Mojżesz prawdy te, dotąd przekazywane tylko ustnie, za nakazem Bożym zaczął spisywać i uzupełniać. Tak więc zanim powstało Pismo św., istniało już przedtem Podanie Ustne. Święci autorzy korzystali z tego Podania i wiele z niego spisali, a mianowicie to, co im kazał spisać.

Tradycja, czyli Podanie Ustne, jest tak samo ważne jak Pismo Święte

            W Piśmie Świętym jest spisana nauka Boża, ale ją także zawiera Tradycja. Co więcej, przez długie tysiące lat nie było jeszcze Pisma św., a ludzie już znali już niektóre prawdy Boże i wiedzieli jak mają postępować względem Pana Boga. O tym wszystkim wiedzieli właśnie z Tradycji, czyli z Podania Ustnego.

            Pan Jezus tak wielkie znaczenie przywiązywał do Podania Ustnego, że nie tylko sam nauczał, ale i swoim nakazał nauczać. Nie powiedział ani w jednym słowie, że mają całą Jego naukę spisać. Jeżeli apostołowie coś napisali o Panu Jezusie i o Jego nauce, to tylko na usilne prośby swoich uczniów i tylko tyle, na ile czas im na to pozwalał i ile im Duch Święty polecił.

            W końcu Podanie Ustne jest ważne dlatego, że właśnie na jego podstawie wiemy, ile jest Ksiąg Pisma Świętego i które Księgi należą do Pisma Świętego. W Piśmie Świętym nie ma nigdzie spisu Ksiąg świętych. To wiemy z Tradycji apostolskiej. Wreszcie z Tradycji wiemy także, jak należy tłumaczyć poszczególne miejsca w Piśmie Świętym. Nauczycielem, który pozwala nam należycie rozumieć Pismo św., jest Tradycja, czyli Podanie Ustne.

Jezus powierzył swojemu Kościołowi nauczanie i dal mu przywilej nieomylności.

            I dzisiaj jeszcze, gdy drukuje się taką masę książek i pism katolickich, to jednak prawdy wiary Kościół katolicki głosi głównie słowem mówionym. Ileż to kazań głoszą codziennie na całym świecie kapłani, ile misji, rekolekcji i przeróżnych nabożeństw. Kościół poleca swoim kapłanom, aby nauczali wiernych przy każdej sposobności. Dlatego nawet przy spowiedzi, zanim kapłan nada pokutę i udzieli rozgrzeszenia, to wcześniej choć chwilkę poucza grzesznika. A ile czasu zabiera i ile sił kosztuje nauczanie religii?

            W tym celu, aby ta objawiona nauka Boża, przekazywana ustnie przez tyle lat i stuleci, nie została przypadkiem zmieniona albo zniekształcona, Kościół otrzymał od Jezusa dar nieomylności w nauczaniu prawd wiary i obyczajów.

Kościół przekazuje dalej swoją naukę spisaną w książkach i w różnych teologicznych dziełach, które są przez niego zatwierdzone. Nauka w nich zawarta jest prawdziwa i święta.

Zakończenie

            Historia wielu ludów potwierdza fakt, że tradycja potrafi być bardzo wierna i długotrwała. Spotyka się to zwłaszcza u ludów pierwotnych, które nie znają pisma. Jedynym sposobem przekazywania historii i całej tradycji jest u nich podanie ustne. Etymologowie stwierdzają, iż pamięć u tych ludów jest zdumiewająca.  Tylko ustnie przekazują oni wiele drobiazgowych obrzędów, pieśni i modlitw. Przechodzą one z pokolenia w pokolenie nieomal w nienaruszonej formie. Pigmeje afrykańscy znają pieśń w języku zamarłym. Jest ona długa i nie rozumieją jej słów, a jednak przekazują ją z dalsze pokolenia.

Uczeni wykazują, że pieśni Illiady (dzieło o wiele większe od „Pana Tadeusza”), zanim zostały spisane, były śpiewane przez 400 prawie lat przez lud grecki i podawane ustnie. Stwierdzono, że recytatorzy (trubadurzy) wędrowni w Syberii potrafią na pamięć wyrecytować do 50.000 wierszy.

Jeżeli więc weźmiemy pod uwagę, że dawne ludy miały taką samą świetną pamięć, że nie znając pisma cały wysiłek łożyły w to, aby jak najwierniej wiadomości przekazywać w Podaniu Ustnym; gdy weźmiemy pod uwagę nadto, iż sam Duch Święty czuwał, aby objawione prawdy Boże nie wyginęły albo nie zostały zmienione, to łatwo nabierzemy zaufania do Tradycji, która nam zachowała i przekazała Objawienie Boże, naukę Bożą. Natomiast, gdy chodzi o Nowy Testament, to nauka Chrystusa i apostołów została spisana już w pierwszych czasach i była jak najwierniej strzeżona przez Kościół. Możemy więc mieć do niej całkowite zaufanie.

Na potwierdzenie przytoczymy dwa fragmenty z listów św. Pawła Apostoła.

Tesaloniczan, czyli do jednego z miast dzisiejszej Grecji, św. Paweł pisał: „Przeto bracia, trwajcie niewzruszenie, trzymając się podań, któreście poznali czy to przez naukę ustną, czy też przez list nasz” (2 Tes. 2,15). Sam zatem św. Paweł mówi, w jaki sposób przekazywał ludziom prawdy Boże: „przez ustną naukę” i „przez list nasz”.

Ukochanemu zaś swojemu uczniowi, św. Tymoteuszowi, tak poleca: „a to, co słyszałeś ode mnie… zalecaj ludziom wiernym, którzy będą zdolni uczyć też i innych” (2 Tym. 2,2). A więc św. Paweł pisze wyraźnie, że to, co głosił, ma głosić Tymoteusz, a po nim niech tego samego uczą inni („którzy będą zdolni uczyć”) znowu innych ludzi. Tak więc przez Tradycję, czyli przez Podanie Ustne płynie prawda i nauka Boża niby wspaniała rzeka poprzez narody i kraje, i każdy, kto chce, może pełną ręką z niej czerpać.

Dowodem na to, że istniała kiedyś w dawnych czasach Tradycja, czyli Podanie Ustne, w którym jedne ludy drugim przekazywały prawdy Boże, jest to, iż prawie u wszystkich ludów zachowały się pewne wspólne podania, np. o tym, że pierwszych ludzi stworzył Bóg i że umieścił ich w jakimś miejscu rozkoszy; podanie o grzechu pierworodnym, o potopie, itp.

Kto owym ludom, rozrzuconym po całej ziemi, powiedział o tym wszystkim? Otóż przed wielu tysiącami lat byli oni wszyscy razem, a potem rozeszli się po całej ziemi i drogą Podania Ustnego przekazywali i dotąd jeszcze przekazują sobie te prawdy. Np. o potopie świata znajdujemy opisy w opowiadaniach babilońskich, w mitach greckich, a nawet w opowiadaniach dawnych Litwinów.

 

49: „Pismo Święte”

            W ostatnich trzech katechezach zostały opisane ważne kwestie: o religii, o  religii nadprzyrodzonej i o tajemnicach wiary. Teraz chcemy zająć się następującą ważną sprawą, jaką jest dla nas Pismo Święte. Chcemy pokrótce odpowiedzieć na  pytania o to, jak zostały napisane Księgi Święte i jak wielkie mają one dla nas znaczenie.

Co to jest Pismo Święte?

            Czytając Katechizm Kościoła Katolickiego możemy z łatwością stwierdzić, że Pismo Święte (Biblia) jest to zbiór Ksiąg Świętych, napisanych pod natchnieniem Ducha Świętego, które Kościół katolicki przechowuje i podaje jako Objawienie Boże.

            Trzeba nam zacząć od odpowiedzi na pytanie o to, czym naprawdę jest owa Biblia, o której większość z nas wie tak niewiele.  Mówimy o niej „księga”, bo zwykle jest wydawana obecnie w jednym tomie, gdy tymczasem, to wcale nie jest to jedna „księga”, lecz raczej „księgozbiór”, a nawet można rzec cała „biblioteka”. „Biblia” znaczy w rzeczywistości tyle, co „księgi’, gdyż jest to pierwotnie liczba mnoga od greckiego słowa biblion (księga). Słowo „księga” oznacza zaś nie jakieś jedno wielkie dzieło, ale księgą nazywamy każdy osobny utwór Pisma Świętego napisany przez człowieka, którego Bóg do tego powołał. Niektóre utwory (księgi) zawierają wiele stron, a inne są bardzo krótkie, które zawierają się na jednej stronie, np. list św. Pawła do Filemona albo List św. Judy Apostola.

Liczba Ksiąg Pisma Świętego

            Zawsze ludzi bardzo interesowało to, ilu świętych pisarzy powołał Bóg i ile takich utworów każdy z nich napisał. Nie wymienimy ich wszystkich po kolei w tym miejscu, bo i tak po przeczytaniu tego, nie zdołalibyśmy ich zapamiętać Wszystkich bowiem Ksiąg, czyli osobnych utworów Pisma Świętego jest 73.

Znowu mocno podkreślamy, że przez księgi rozumiemy utwory. Zatem gdy piszemy o 73 Księgach Pisma Świętego to nie mamy na myśli wielkich ksiąg, gdyż w jednym tomie dzisiaj jest zawarte całe Pismo Święte (Biblia).

Pierwszym, który z natchnienia Bożego zaczął pisać jest Mojżesz. Żył on około 1400 lat przed narodzeniem Chrystusa. Jego autorstwu jest przypisywane pięć pierwszych Ksiąg Pisma Świętego w języku hebrajskim. Po nim pisało wielu innych, a najwięcej kronikarze opisujący dzieje narodu wybranego oraz prorocy, którzy przepowiadali przyjście Zbawiciela świata.

Podział Ksiąg Pisma Świętego na Stary i Nowy Testament

            Wszystko, co zostało objawione od początku świata aż do narodzenia Pana Jezusa, nazywamy Starym Testamentem (Starym Przymierzem). Natomiast to wszystko, co zostało napisane po narodzeniu Pana Jezusa nazywamy Nowym Testamentem (Nowym Przymierzem).

Dla nas Księgi Nowego Testamentu są ważniejsze od Ksiąg Starego Testamentu, gdyż zawierają opis życia Pana Jezusa na ziemi i streszczenie Jego nauki. Cała nauka Kościoła katolickiego jest oparta właśnie na Księgach Nowego Testamentu. I chociaż Stary Testament liczy 46 Ksiąg, a Nowy Testament tylko 27, to jednak Księgi Nowego Testamentu są dla nas o wiele ważniejsze.

Stary Testament był przygotowaniem do Nowego Testamentu i bez objawienia w nim zapisanego, trudno byłoby nam zrozumieć Nowy Testament.

Cztery Ewangelie jako najważniejsze z 73 Ksiąg Pisma Świętego

            Z 27 Ksiąg Nowego Testamentu najważniejsze są 4 Ewangelie, bo właśnie one opisują życie i naukę Pana Jezusa. To zaś sprawia, iż są one ze wszystkich Ksiąg Pisma Świętego (73)  najświętsze i najważniejsze. Wszystko, cokolwiek ludzie wiedzą o Panu Jezusie, czerpią z tych właśnie 4 Ewangelii, które zostały napisane przez naocznych świadków.

Dawna forma Ksiąg Pisma Świętego

            Zawsze pamiętać musimy o tym fakcie, że Księgi Pisma Świętego nie zostały tak napisane, jak je dziś widzimy.

Przede wszystkim były one pisane w innym języku: hebrajskim, greckim i aramejskim (chociaż ten ostatni pojawia się tylko w postaci niewielkich wstawek i to zaledwie w dwóch księgach Biblii hebrajskiej). Zostały przetłumaczone na wiele języków świata, a w zasadzie na wszystkie języki, jakie dziś znamy. My zaś posługujemy się tłumaczeniem na język polski.

Ponadto inna też była forma napisanych Ksiąg Świętych (zwoje), inny materiał do pisania (pergamin, skóra wyprawiona albo papirus). Nie znano atramentu i wiecznych piór, ale posługiwano się rylcami albo pędzlami. W końcu każda Księga była pisana osobno. Dzisiaj łączymy je wszystkie razem w jedną książkę, którą nazywamy Pismem Świętym.

Dla wygody i lepszej orientacji, a także, aby nie uronić niczego, co bóg objawił, podzielono później każdą Księgę na rozdziały, a nawet na osobne zdania (wiersze).

W jaki sposób zostały napisane Księgi Święte?

Nie należy sobie wyobrażać, że Pismo Święte napisał Bóg albo On też, że w całości podyktował je ludzkim autorom. W dawnej sztuce znajdziemy nieraz takie przedstawienie: Duch Święty w postaci gołębicy siedzi na ramieniu Ewangelisty i dyktuje mu do ucha słowo po słowie to, co on ma napisać. Prawdą jest, że według nauki Kościoła katolickiego tekst biblijny ma dwóch autorów, Boga i człowieka. Człowiek nie jest wszakże bynajmniej biernym narzędziem. W „Konstytucji o Objawieniu Soboru Watykańskiego II czytamy, że do sporządzenia Ksiąg świętych wybrał Bóg ludzi w taki sposób, że pracując dla niego posługiwali się własnymi możliwościami i zdolnościami, byli zatem w pełni prawdziwymi autorami. Bóg bowiem przemawia do ludzi na sposób ludzki”.

Pismo Święte zatem napisali ludzie, których Bóg sobie wybrał. Ich też Bóg natchnął do tego, aby napisali to, co On chce ludziom przekazać dla ich zbawienia. Jeżeli zatem chcemy Boga zrozumieć, to musimy przede wszystkim starać się zrozumieć, co zamierzali powiedzieć ludziom sobie współczesnym ludzcy autorzy Pisma Świętego.

W pierwszej chwili może się wydawać, że jest to wymaganie całkowicie niemożliwe do spełnienia. Jak to zrobić, by dzisiaj w XXI wieku, przeniknąć zamiary człowieka, który przemawiał lub pisał ponad dwadzieścia kilka stuleci przed naszym narodzeniem. Wystarczy jednak zastanowić się trochę, by zauważyć, iż inaczej czyta się poemat lub hymn religijny, inaczej kodeks prawa, inaczej przypowieść. Są to tzw. gatunki (lub formy) literackie, których niewłaściwe określenie musi prowadzić do nieporozumień. Ponadto trzeba umieć rozróżniać gatunki literackie, których używano w czasach autora natchnionego, gdyż one nie muszą być takie same, jak dzisiaj.

Ponadto Księgi Święte Pisma Świętego nie zostały napisane wszystkie od razu, w jednym dniu, miesiącu czy roku, ale były one pisane powoli w ciągu setek lat, a dokładniej ponad tysiąc lat. Po pierwsze: to „ponad tysiąc lat” to jedynie okres kształtowania się Biblii już na piśmie, liczony od X lub IX wieku przed narodzeniem Chrystusa do ( co najmniej) końca I wieku po narodzeniu Chrystusa. Znacznie starsze były jednak tradycje przekazywane ustnie, przy czym nawet wtedy, gdy narodziła się już literatura, tradycje ustne żyły własnym życiem, wpływając nieraz w sposób decydujący na kształt powstającego na piśmie tekstu. Po drugie: dzisiaj każde dzieło literackie ma jakiegoś jednego lub kilku autorów, zawsze ściśle określonych i zazdrośnie strzegących swoich praw autorskich. W starożytności wyglądało to zupełnie odmiennie. Dla nas historia dzieła zaczyna się w momencie, kiedy autor zabiera się do jego napisania. Nie jest to prawdą choćby w odniesieniu do najdawniejszej literatury greckiej, szczególnie do Homera.

W Biblii autorzy pozostają najczęściej całkowicie nieznani, nieraz ukryci bez reszty za jakimś wielkim imieniem z przeszłości. Co więcej, nierzadko nie potrafimy nawet ustalić, jaki jest ich osobisty udział w przekazywanym nam tekście, co zawdzięczają swoim przednikom, co tradycjom ustnym własnego ludu, a co nieraz także sąsiednim ludom. Z tego powodu niektórych z autorów nazywamy redaktorami, chociaż nigdy nie są tylko redaktorami w naszym tego słowa rozumieniu.  Ich wkład w dzieło jest zawsze twórczy i  w wielu przypadkach wyraża oryginalną myśl, także teologiczną.

Tego rodzaju proces kształtowania się ksiąg biblijnych sprawił, że noszą one często imiona ludzi, których trudno nam dzisiaj uznać bez zastrzeżeń za autorów całości tekstu. Uznanie jakiegoś tekstu za natchniony nie zależy od tego, czy został on rzeczywiście napisany przez autora, pod którego imieniem się zachował. „Działanie Boga, zwane natchnieniem, obejmuje wszystkich, którzy w sposób twórczy brali udział w powstawaniu, przekazywaniu i spisywaniu ksiąg biblijnych. Charyzmat natchnienia został udzielony całej wspólnocie Bożej, poszczególni zaś ludzie uczestniczyli w nim w miarę twórczego udziału w powstawaniu ksiąg biblijnych”

Powaga Ksiąg Pisma Świętego

            Na świecie zostało napisanych bardzo wiele książek, Gdyby tak udało się je zebrać w jednym miejscu, to trudno nam wyobrazić sobie, jak wielka powstałaby z nich góra. A jednak ze wszystkich książek, jakie były, jakie są i jakie jeszcze będą napisane, Pismo Święte (Biblia) jest księgą najważniejszą i najświętszą, bo w nim zostało spisane Boże Objawienie zawierające prawdy Boże, które są najważniejsze dla wszystkich ludzi i dla każdego człowieka z osobna. Z tej racji zostało ono i będzie nadal tłumaczone na wszystkie języki świata i z niego się uczyły, uczą się i będą się uczyć całe rasy, narody i poszczególni ludzie.

Księgi Pisma Świętego są nieomylne

            Księgi Pisma Świętego są nieomylne, bo ich natchnieni przez Boga autorzy pisali tylko to, co Bóg chciał, aby było zapisane. Zawierają one prawdy i tajemnice Boże, które musimy odkrywać, aby dojść do zbawienia, czyli szczęścia wiecznego w niebie płynącego z udziału w życiu samego Boga w Trójcy Jedynego w wieczności. Z tego powodu papież, biskupi oraz prezbiterzy w swoje nauczanie opierają na Biblii, aby ich nauka była zgodna z tym, co w niej Bóg zapisał przez wybranych przez siebie autorów.

 

Katecheza 48: „O tajemnicach wiary”

Wprowadzenie

W poprzednich katechezach była mowa o Objawieniu Bożym. Z niej wynikało to, że większość prawd naszej religii, które głoszą katoliccy kapłani, pochodzi od Pana Boga. Sam Bóg i przez swojego Syna o tych prawdach nam powiedział. Z tego powodu obowiązkiem jest te prawdy przyjąć i w nie wierzyć.

Czy zatem możemy sobie wybierać i wierzyć tylko w to, co się nam podoba, a inne prawdy odrzucać? Czyż Bóg nie byłby słusznie zagniewany na takie postępowanie?

Przychodzi zatem pora na to, aby napisać o prawdach, które nazywamy tajemnicami wiary. Istnieją takie prawdy Boże, których zrozumieć nie potrafimy, a jednak je przyjmujemy, gdyż wiemy, że Bóg je objawił. Jeżeli Bóg mówi, że tak jest, to jakże możemy twierdzić, iż tak nie jest, tylko dlatego, że danej prawdy nie rozumiemy albo że nam się objawiona przez Boga prawda nie podoba.

Rozwinięcie

W świecie istnieje wiele tajemnic i musimy je przyjąć.

Każdy z nas zapewne nieraz słyszał słowo „tajemnica”. Co to jest? Coś, co jest zakryte przed nami i czego nie możemy zbadać. W świecie materialnym mamy bardzo wiele tajemnic przyrody, nad rozwiązaniem których daremnie głowią się uczeni. I tak tajemnicą jest dla nas: Skąd się wziął cały świat? Skąd wziął się człowiek? Jak dawno jest na ziemi? Co to jest życie? - co to jest dusza? – co to jest myśl?

Nie wiemy nawet: Co znajduje się w środku naszej ziemi? Co to jest przyciąganie? – dlaczego nasza ziemia się kręci? Wiemy, jak wiele jest jeszcze przed nami tajemnic! Uczeni, chciwi wiedzy, nie potrafią ich rozwiązać, chociaż wiedzą o nich i je przyjmują. Z całą pewnością każdy z nas śmiałby się z tego, kto by powiedział, że tylko będzie uznawał te prawdy w świecie, które rozumie. Nie będzie więc uznawał i wierzył, że ziemia obraca się dookoła swej osi, bo przecież tego nikt nie odczuwa. Albo czy nie ogłoszono by za głupca tego, kto by powiedział, że nie wierzy, aby ziemia krążyła wokół słońca, kiedy on przecież widzi, iż to właśnie słońce krąży wokół ziemi?

Istnieją takie tajemnice Boże, które nazywamy tajemnicami wiary.

W takiej sytuacji nie dziwimy się temu, że mamy także tajemnice o Bogu. Jeżeli mamy tyle zagadek i tajemnic na ziemi, to cóż dopiero, ile ich musi być poza ziemią. Mały byłby Bóg, gdybyśmy Go swoim rozumem mogli ogarnąć. I tak np. nie możemy pojąć: co to znaczy, że Bóg jest jeden, ale w trzech Osobach! Co to znaczy, że Bóg jest wieczny, że jest wszechmocny? W jaki sposób Pan Jezus jest obecny w Najświętszym Sakramencie? Jak to będzie w niebie, że nam się nigdy nie znudzi… i tyle innych tajemnic, których nie zdołamy pojąć i zrozumieć.

Nie wiemy nawet jak wyglądają aniołowie i co to znaczy, że oni są duchami, bo anioła nikt z nas nie widział. A jednak wiemy, że są i że każdy z nas ma przy sobie anioła stróża. O istnieniu tajemnic wiary tak pięknie mówi Pismo Święte: „O tym rozmyślaj, co ci nakazane, bo rzeczy zakryte nie są ci potrzebne. Nie trudź się niepotrzebnie nad tym, co siły twe przechodzi, więcej, niż zniesie rozum ludzki, zostało ci objawione. Wielu bowiem domysły ich w błąd wprowadziły i o złe przypuszczenia potknęły się ich rozumy” (Syr. 3, 22 – 24).

Dlaczego wierzymy w tajemnice wiary?

Tajemnic wiary objawił nam sam Bóg. A Bóg wie wszystko najlepiej i nie może nas w błąd wprowadzić. Na świecie wszystko opiera się na zaufaniu i wierze. Źle byłoby, gdybyśmy nie chcieli wierzyć nauczycielowi i temu, czego nas uczy. Jak niemądry byłby ten, który by  powiedział: „Ja będę wierzył tylko w to, co sam zbadam. Nie widziałem żadnego z polskich królów, nie widziałem Napoleona ani Tadeusza Kościuszki, nie rozmawiałem z Chopinem ani z Mickiewiczem: to pewnie bajki, iż oni kiedyś istnieli”.

Przed laty pewien misjonarz opowiadał księciu w Indiach (maharadży), jak to jest w Polsce. Książę słuchał wszystkiego z wielkim zdziwieniem. Ale kiedy misjonarz powiedział, że gdy przyjdzie zima, to bywają u nas tak wielkie mrozy, że woda w rzekach zamarza i robi się twarda jak kamień i wtedy po naszych rzekach mogą wtedy chodzić nawet słonie, zawołał: ‘Dosyć tych bajek! Nie wiedziałem, że misjonarz katolicki tak kłami!’”.

Maharadży wydawało się nabieraniem, bajką z tysiąca i jednej nocy to, że woda może się zamieniać w lód i to tak twardy i gruby, że po nim mogą chodzić słonie. W Indiach bowiem nie ma nigdy żadnych mrozów, a więc ten książę nie widział nigdy śniegu, a coż dopiero mówić o lodzie.

Tak nieroztropnie i niemądrze postępują niektórzy ludzie wobec tajemnic Bożych. Bóg je objawił i nakazał w nie wierzyć, a człowiek mówi: ja tego nie rozumiem, więc to nieprawda – to bajka. Jak oburzonym czułby się nauczyciel, gdyby w taki sposób odezwał się do niego uczeń.

Dlaczego tajemnice wiary są i być muszą?

Bardzo często w życiorysach św. Augustyna znajdujemy opis pewnego zdarzenia. Ten wielki i mądry biskup chciał napisać wielkie dzieło o Panu Bogu. Jednak nie wszystko było dla niego jasne i zrozumiałe. Myślał sobie: Jak to może być jeden Bóg, ale w trzech Osobach? Przeczytał Biblię i przekonał się, że tak jest w niej napisane. Co więcej, o tej prawdzie wiele razy mówił sam Jezus, a przy Jego chrzcie pojawiła się cała Trójca Święta: Syn Boży – Jezus by w rzece Jordan; Duch Święty pojawił się nad Panem Jezusem w postaci gołębicy, a Bóg Ojciec odezwał się z nieba: ‘Ten jest Syn mój miły!’”.Jednak mimo to św. Augustyn chciał zrozumieć, jak to może być, że jest jeden bóg, a są trzy Osoby. Kiedy pewnego dnia przechadzał się nad morzem i rozmyślał o tej tajemnicy wiary, ujrzał chłopca, który muszlą zrobił dołek w piasku, chodził do morza, nabierał do muszli wody i wlewał ją do owego dołka. Zaciekawiony św. Augustyn zbliżył się do chłopca i zapytał: „Co robisz chłopcze?”. Wtedy otrzymał taką odpowiedź: „Chcę wszystką wodę, która jest w morzu, przelać do tego dołeczka”. Na to roześmiał się św. Augustyn i powiedział: „O mój chłopcze, to ci się nigdy nie uda!”.

A wtedy chłopiec wstał i powiedział poważnie patrząc w oczy świętego biskupa: „Prędzej przeleję całe morze do tego dołeczka, niż ty zrozumiesz Pana Boga”. Po tych słowach Chłopic zniknął. Miał to być anioł, który chciał napomnieć św. Augustyna, aby nie myślał, iż uda mu się wszystkie prawdy Boga zrozumieć.

Przyczyną istnienia tajemnic wiary jest to, że nasz rozum nie może wszystkiego pojąć, bo jesteśmy tylko stworzeniami Bożymi i Bogu nigdy nie dorównamy, bo musielibyśmy Nim się stać. Tylko dla Pana Boga nie ma żadnych tajemnic. Na świecie materialnym jest bardzo wiele tajemnic i tego żaden uczony się nie wstydzi. Owszem, nie ma takiego człowieka, który by miał odwagę powiedzieć, iż wszystko wie i że dla niego nie ma tajemnic. Jeżeli na ziemi nawet ludzkich rzeczy nie możemy w pełni pojąć, to czy możemy się dziwić, że to tym bardziej dotyczy rzeczy Bożych?

Jakże pouczający przykład pokory wobec Boga daje nam nasz poeta Adam Mickiewicz, kiedy tak pisze w pięknym wierszu pt. „Rozum i wiara”:

„Rozumie ludzki, tyś mały przed Panem.

 Tyś kroplą w Jego wszechmocnej dłoni…

Ach! Ty bez wiary – byłbyś niewidomy”.

Pogłębienie

Szkło powiększające pozwala nam jeszcze lepiej dostrzec detale oglądanego przedmiotu. Lornetka przybliża nam dalekie okolice, domy, drzewa i pozwala dojrzeć to, czego by człowiek własnym okiem nie mógł dostrzec. Jednak funkcjonują jeszcze szkła silniejsze w specjalnych przyrządach, które nazywamy teleskopami. Za pomocą teleskopów uczeni odkryli niezliczoną liczbę gwiazd.  Upraszczając możemy napisać, że Objawienie Boże jest jakby teleskopem, który na bóg daje do ręki. Jak najlepszy Ojciec, chcący sprawić swojemu dziecku radość i niespodziankę, pokazuje nam przez szkła powiększające Objawienia nowe światy i nowe istoty, o których byśmy nigdy nie wiedzieli. Oglądać więc możemy: niebo, czyściec, piekło, aniołów i szatanów, początek ziemi i jej koniec; cofnąć się możemy o tysiące lat i śledzić, jak powstali pierwsi ludzie, dlaczego teraz na ziemi cierpią i umierają oraz jakie jest ich przeznaczenie.

Co więcej: oglądać możemy samego Boga, Stworzyciela nieba i ziemi i poznawać nawet Jego naturę.

Bez Objawienia Bożego, bez tajemnic wiary, wiedzielibyśmy tylko o tym świecie widzialnym, a nic nie wiedzielibyśmy o prawdach, które są poza nim.

Zastosowanie

Kończąc krótką katechezę o tajemnicach wiary, chcielibyśmy jeszcze jedno podkreślić: Im jesteśmy na niższym stopniu kultury, tym więcej widzimy przed sobą zagadek. Jak wiele mamy tych zagadek, gdy brakuje nam wykształcenia. Podobnie jest i z naszą wiarą. Kto pilnie, wytrwale i stale stara się pogłębiać swoją wiedzę religijną i jak najlepiej poznawać prawdy wiary, ten znajduje odpowiedź na coraz większą liczbę pytań, które go przedtem dręczyły. Temu, któremu na stawiane pytania nie odpowie własny rozum, pomoże Bóg i odpowie mu na jego trudności.  Bóg zaś nas wszystkich poucza przez Kościół.

W sytuacji, gdy dopadają nas jakieś wątpliwości, umiejmy pełni wiary powiedzieć słowa, które codziennie odmawiamy w pacierzu:

„Wierzę w Ciebie, Boże żywy,

W Trójcy jedyny, prawdziwy,

Wierzę, coś objawił Boże,

Twe słowo mylić nie może”.

Wierzymy ludziom w życiu codziennym, bo inaczej nie dałoby się normalnie funkcjonować. Bez takiej wiary ludziom życie stałoby się paranoją i koszmarem. Jeżeli wierzymy na każdym kroku ludziom, którzy często w swojej słabości nas zawodzą, to czyż nie mielibyśmy jeszcze bardziej wierzyć Bogu, który nigdy nie zawodzi, w przeciwieństwie do słabych ludzi. Pocieszać się będziemy nadzieją, że kiedyś wiele tajemnic zobaczymy i zrozumiemy. Jakaż wtedy będzie nasza radość! Nie znaczy to, iż będziemy mogli zrozumieć wszystkie prawdy Boże. Tajemnice będą zawsze i być muszą, bo tylko pan Bóg nie ma żadnych tajemnic i rozumie wszystko. Jednak człowiek będzie miał coraz mniej tajemnic, gdyż Bóg da mu coraz więcej światła.

Katecheza 47: „O religii objawionej”

            W poprzedniej katechezie został opisany bardzo ważny temat, a mianowicie: co to jest religia i jak wielkie jest znaczenie religii dla naszego życia? Obecnie pragniemy poruszyć niemniej ważne zagadnienie. W sytuacji, gdy pisaliśmy, że istnieje życie wieczne, że religia obiecuje nam nagrodę w niebie, że istnieją aniołowie i wiele innych prawd Bożych, to niektórzy z was mogli w myślach stawiać sobie pytanie o to, skąd ludzie wiedzą o tych wszystkich rzeczach. Przecież nikt nie widział Boga, anioła albo szatana, nikt z nas nie był w niebie ani w piekle. Skąd zatem wiemy o tym wszystkim? Na to pytanie chcemy odpowiedzieć, gdy będziemy pisać o objawieniu Bożym, z którego czerpiemy większość prawd naszej wiary.

Co nazywamy objawieniem Bożym?

Słowo „objawić” znaczy odsłonić komuś jakąś tajemnicę, powiedzieć o nowej prawdzie, której nie znał i o której nie wiedział.

Objawieniem Bożym nazywamy naukę Bożą. Pan Bóg sam do ludzi mówił i odsłaniał im swoje prawdy. Pamiętamy, że kiedy Adam i Ewa byli w raju, to przemówił do nich wąż. Oni poznali zaraz, że to jest szatan, a więc musieli wiedzieć o szatanach. Pismo Święte opowiada następnie, iż Bóg postawił anioła, który nie pozwalał pierwszym ludziom po popełnieniu grzechu wrócić do raju. Musiał więc Adam wiedzieć i o aniołach. Z pewnością Adam pytał Boga: Skąd wziął się świat? Skąd on sam i jego małżonka wzięli się na świecie? O tym wszystkim mogli się oni dowiedzieć tylko od Boga. Pan Bóg zapowiada też pierwszym rodzicom karę za ich grzech, dodając obietnicę Zbawiciela świata. Mamy więc jasne dowody, że rzeczywiście Bóg mówił do ludzi i objaśniał im swoje prawdy. W ciągu wieków Bóg niejeden raz jeszcze pokazywał się świętym mężom w różnych postaciach. I tak Mojżeszowi ukazał się na górze Synaj i dał mu dziesięć Przykazań. Te przykazania, które dotąd odmawiamy w pacierzu, są od Boga i dlatego nazywamy je „Przykazaniami Bożymi” A ile razy Bóg przemawiał do proroków, kiedy zapowiadał Zbawiciela świata. Zanim Jezus się narodził, to już pięćset, a nawet i tysiąc lat przedtem, już było o Nim przepowiedziane, a nawet w księgach świętych zapisane, że: Jezus narodzi się w Betlejem, Zbawiciel będzie Synem Bożym, Jego Matką będzie dziewicą, pokłon Mu złożą magowie ze Wschodu, będzie czynił cuda, a wreszcie prorocy przepowiedzieli dokładnie nawet Jego mękę i śmierć. Na 1000 lat przed narodzeniem Chrystusa prorok Dawid przepowiedział, że Mesjasz będzie miał przebite ręce i nogi, a oprawcy będą rzucać los o to, do kogo będzie należeć Jego suknia.

Kiedy rzeczywiście Jezus się narodził i trzej magowie przybyli złożyć Mu dary, to zapytali ówczesnego króla żydowskiej ziemi, Heroda, czy zna miejsce narodzenia Mesjasza. Wtedy król Herod wezwał kapłanów, a ci otworzywszy księgi przeczytali mu proroctwo, iż Zbawiciel narodzić się ma w Betlejem. Z tego powodu mędrcy tam się udali i znaleźli Dziecię z jego Matką. Skąd prorocy na tyle lat przedtem mogli tak wiele wiedzieć o Panu Jezusie? Skąd mieli o Nim tyle wiedzy? Pan Bóg im to wszystko objawił.

To wszystko, co Bóg powiedział do ludzi aż do przyjścia na ziemię swojego Syna, nazywamy Starym Testamentem albo Starym Przymierzem.

Jednak najwięcej powiedział nam Pan Bóg przez swojego Syna, Jezusa Chrystusa. Najwięcej prawd nam objawił wtedy, kiedy Syn Boży przyszedł na ziemię i mówił do nas naszym ludzkim językiem. Jak wielki pan, zanim się pojawi, przysyła najpierw posłańców, którzy zwiastują jego przyjście, aby się można lepiej przygotować na jego przybycie, tak Bóg posyłał najpierw proroków, aby stale przypominali o Nim, aż wreszcie po tysiącach lat, sam przyszedł na ziemię w osobie swojego Syna i objawił ludziom wszystkie prawdy Boże. Jezus żył na ziemi 33 lata, a ostatnie trzy lata swojego życia poświęcił wyłącznie nauczaniu ludzi. Ileż prawd Bożych mógł Jezus objawić w ciągu trzech lat nieustannego nauczania. Te właśnie prawdy Boże, które objawił ludziom Pan Jezus – Syn Boży, nazywamy Nowym Testamentem albo Nowym przymierzem.

O tym, że Pan Bóg objawiał swoje prawdy, pisze wyraźnie święty Paweł Apostoł: „Po rozlicznych i przeróżnych sposobach, jakimi niegdyś mówił Bóg do ojców naszych przez proroków, na koniec w tych czasach przemówił doa nas przez Syna” (Hbr. 1,1 – 2).

Pan Jezus jednak wiedział, że nie będzie długo żył na ziemi i z tego powodu Jego prawdy ktoś musi przekazywać dalej. Wyznaczył więc uczniów, których sam wybrał i do nich skierował słowa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody… nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem” (Mt 28,19 – 20).

Pan Jezus doskonale wiedział, że i jego uczniowie kiedyś umrą, bo nie będą na ziemi żyli wiecznie, Dalego ustanowił Kościół katolicki (papież, biskupi i kapłani). Im to jako swoim następcom powierzył po wieczne czasy w opiekę naukę, którą objawił z nieba.

Co zatem nazwiemy objawieniem Bożym? Objawienie Boże jest to zbiór prawd religijnych, które Pan Bóg podał, a Kościół katolicki przechowuje i do wierzenia podaje.

Źródła objawienia

Zapytacie może, gdzie przechowuje się prawdy, które nam Pan Bóg objawił? Odpowiedź na to jest jasna. W Kościele katolickim. Jednak pragniecie się dowiedzieć również: w czym przechowują się prawdy objawione? W Piśmie Świętym i w Tradycji (Przekaz Ustny). O Biblii i Tradycji będą jeszcze napisane specjalne katechezy, ale już tutaj pragniemy zaznaczyć, że Pismo Święte są to specjalne księgi święte, które pisali ludzie wybrani przez Pana Boga, w których nam podali to, co do nich mówił Bóg.

Jednak nie wszystko to, co mówił Bóg przez proroków albo sam Syn Boży, zostało spisane. Większość prawd Bożych apostołowie podawali ustnie przez nauczanie. Sam bowiem Jezus powiedział do nich: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19). I dzisiaj jeszcze, chociaż ukazują się książki i pisma religijne, to jednak o wiele więcej dowiadujemy się prawd Bożych przez nauczanie.

Dobrodziejstwa objawienia

Gdyby nam Pan Bóg o sobie nie powiedział i nie objawił prawd Bożych, to bardzo mało wiedzielibyśmy o Nim i trudno by nam było zrozumieć siebie, nasze życie i nasze ostateczne przeznaczenie. To, że tyle jeszcze dzisiaj jest różnych religii na świecie i że każdy prawie naród inaczej chwali Pana Boga, świadczy o ogromnym pragnieniu poznania Boga, którego poznać jeszcze mogą. Dlatego każdy, jak mógł, tak sobie przedstawiał Boga i tak Go chwalił. O naszej religii można powiedzieć, że jest religią prawdziwą i najlepszą, bo pochodzi od samego Pana Boga. Kościół katolicki posiada całe objawienie Boże, czyli prawdy, które sam Bóg objawił. Nasza święta wiara katolicka jest zatem darem Pana Boga, a nie pochodzi od nas.

W tym kontekście musimy uświadomić sobie naszą odpowiedzialność za jej przyjęcie, rozwijanie w sobie i przekazywanie innych ludziom oraz narodom.

Od objawienia Bożego, o którym było powyżej pisane, trzeba odróżnić różne objawienia się Matki Bożej i świętych Pańskich. Kiedy mówimy, że w Lourdes albo na innym miejscu na ziemi Objawiła się Matka Boża, to nie jest to objawienie Boże, gdyż Pan Bóg już nam więcej nowych prawd nie objawia. Jest to tylko ukazanie się Matki Bożej, anioła albo świętego.

Religią prawdziwą i objawioną była kiedyś przed narodzeniem Pana Jezusa religio as narodu izraelskiego. W tym to bowiem narodzie żyli właśnie patriarchowie, Mojżesz i prorocy. Spomiędzy wszystkich narodów tylko naród izraelski wierzył prawdziwego Boga i nie kłaniał się bałwanom. Izraelici mieli pierwsi wejść do Kościoła katolickiego i wielu z nich też weszło. Większość jednak odrzuciła naukę Pana Jezusa. Kiedy naród izraelski odrzucił Jezusa i Jego naukę, wtedy apostołowie udali się do innych krajów. Nauka Chrystusa szła dalej. Myśmy już tysiąc lat temu przyjęli wiarę chrześcijańską.

Większość prawd naszej świętej katolickiej wiary, które przyniósł z nieba Pan Jezus, zawarta jest w modlitwie, którą codziennie odmawiamy.

W Polsce mamy piękne świątynie i wielu jeszcze wierzących w prawdziwego Boga w Trójcy Jedynego. Na nas wszystkich ciąży obowiązek stałego pogłębiania wiary, nadziei i miłości oraz więzi łączonej  nas z Bogiem Ojcem przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym. Jednak wokół nas jest tylu jeszcze ludzi i tyle narodów, które nie znają prawdziwej wiary i nic nie wiedzą o Zbawicielu świata. Dla nich trwa jeszcze adwent oczekiwania.

 

Katecheza 46: „O religii”

Co nazywamy religią?

Religia jest to nauka o Panu Bogu. Istnieje ogromny wszechświat, a w nim gwiazdozbiory, gwiazdy i planety. Nauka, która o nich mówi nazywa się astronomią. Istnieją lądy i morza, góry, rzeki i jeziora, a o nich traktuje geografia. Istnieją lasy, kwiaty, zboża i o nich mówi botanika. Istnieje również bogaty i różnorodny świat zwierząt, o którym uczy zoologia. O człowieku mówi nam bardzo wiele nauk, jak: antropologia, biologia, etnologia, psychologia, socjologia, itd. O dziejach poszczególnych narodów oraz sławnych jednostek mówi historia. Jednak istnieje jeszcze poza nimi inny świat. Istnieją, jak opiszemy, jeszcze istoty, wyższe i doskonalsze od tych, które są na ziemi, a Królem najwyższym i Panem wszystkiego jest Bóg. Jeżeli piękne i ciekawe są różne gałęzie nauki o świecie widzialnym i o ludziach, to jeszcze ciekawsza jest nauka o świecie niewidzialnym i o Panu Bogu. I to właśnie o tym wszystkim mówi nam religia.

Odpowiada nam ona na pytania, które tak bardzo interesują człowieka: Skąd się wziął świat, który nas otacza? Skąd się wzięli ludzie na ziemi? Jaki jest ich cel? Co z nami będzie po śmierci? – i na wiele innych pytań. Jednak religia to nie tylko nauka o Bogu i rzeczach świętych, to nie tylko zbiór nakazów, modlitw i obrzędów, choćby one były nie wiem, jak piękne i wzruszające.

Religia to nauka o Panu Bogu i budowana nasza żywa łączność z Nim.

Można by powiedzieć, że i diabeł ma jakąś „religię”, bo nie tyle wierzy w Boga, ale wie, że Bóg jest (wie, bo Go oglądał przez taki czas w niebie i został przez Niego ukarany). Diabeł wie także, że są aniołowie w niebie i jakie plany Boże są wobec nas ludzi, a jednak szatanem (przeciwnikiem) jest i będzie na zawsze. 

Pogłębiamy naszą wiedzę religijną nie po to, aby mieć więcej wiadomości o Bogu, lecz aby podziwiać dobroć Boga, który nas obdarza tylu dobrodziejstwami oraz aby wzbudzać w sobie większą wdzięczność i miłość do Pana Boga. Piszę otwarcie i szczerze, iż gdybym widział człowieka, który naukę religii zna celująco i umie cały katechizm bez zająknięcia, a jednocześnie wiedziałbym, że ów człowiek postępuje niegodziwie, łamie przykazania Boże, jest niewdzięczny w postępowaniu, pyszny, mściwy, nieżyczliwy dla innych, to nigdy nie nazwałbym go człowiekiem religijnym.

Religia w naszym życiu

Jeżeli Bóg istnieje, to konieczna jest także nauka o Bogu. Jeżeli wszystko Mu zawdzięczamy i wszystko mamy od Niego oraz we wszystkim jesteśmy od Niego uzależnieni, to jest rzeczą oczywistą, że powinniśmy wszelkimi sposobami starać się poznać Boga i Go pokochać. Sam rozum i ludzka natura nakazuje nam czcić Pana Boga.

Niezwykle ciekawe są wiadomości o narodach, które żyły tysiące lat temu. Z łatwością zauważamy, że historia stwierdza to samo, co rzymski filozof Cycero, że wszędzie była religia, że wszędzie czczono Pana Boga. Nie tylko ludy pierwotne, czyli żyjące na najniższym stopniu kultury, kochały Boga i oddawały Mu cześć, ale że czyniły to również narody o dużej kulturze. I dzisiaj wszędzie znajdujemy dowody istnienia religii. Ileż wspaniałych świątyń znajduje się chociażby w naszej Polsce! Ma je każda osada i każda wioska, a w dużych miastach jest ich nieraz kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt. Tak jest nie tylko w Polsce, ale to samo widzimy we wszystkich miastach Europy, Ameryki Północnej i Południowej.

Dobrodziejstwa religii:

Religia daje naukę Bożą. Ileż siły i pociechy daje człowiekowi myśl, że nad wszystkim czuwa dobry Bóg i jak troskliwy Gospodarz oraz dobry Ojciec kocha wszystkie swoje stworzenia i otacza je troskliwą opieką. Bóg o nim pamięta, może on do Niego się uciekać z dziecięcą ufnością we wszystkich potrzebach, a kiedy skończy się jego ziemska wędrówka, to ten Bóg zabierze go do swego domu, gdzie mu przygotował takie rozkosze, jakich żadne oko nie widziało ani o których żadne ucho nie słyszało. Nawet, gdy przyjdą nieszczęścia i upokorzenia, to człowiek tak prędko się nie załamuje, bo wie, że i z cierpienia oraz różnych nieszczęść może korzystać dla swego dobra. Człowiek religijny przyjmuje zatem cierpienia i różne nieszczęścia jako karę Bożą za swoje grzechy albo jako próbę, w której ma sposobność okazać Bogu swoją wiarę i ufność.

Religia daje wskazówki jak należy postępować.  Bardzo łatwo jest ulec pokusie, aby uznać za dobre tylko to, co przynosi nam korzyść i powodzenie. Ale wtedy biada, bo dla swojej korzyści będziemy kradli, a nawet mordowali ludzi, zaprzemy się własnej Ojczyzny. Zapytajcie bandytów i morderców o to, z jakiego powodu zabijali ludzi i dlaczego im wyrządzili tak wiele krzywd? Mieli nadzieję, że uda się im uciec przed ludzką sprawiedliwością, a więc mogą robić, co im się podoba. Będąc ludźmi naprawdę religijnymi wiemy, że oprócz sprawiedliwości ludzkiej ścigać nas będzie także sprawiedliwość Boża.

Religia czyni nas szczęśliwymi na ziemi i zapewnia nam szczęśliwość wieczną. Ona zapewnia nas, że po śmierci istnieje życie wieczne i że Bóg w nagrodę na wierną służbę dla Niego zapłaci nam wieczną chwałą. Jezus mówi wyraźnie: „Radujcie się i weselcie, albowiem wasza zapłata będzie obfita w niebiosach”. (Mt.5,12).

Często się słyszy, że religia to owoc ciemnoty i zacofania. Gdyby to było prawdą, to żaden z uczonych ani nikt z wielkich ludzi nie mógłby być człowiekiem religijnym.

Mikołaj Kopernik, jeden z największych astronomów na świecie, był nie tylko człowiekiem religijnym, ale przyjął nawet święcenia niższe i należał do stanu duchownego.

Jan Kochanowski, nasz największy poeta dawnych czasów, napisł między innymi piękny hymn do Pana Boga:

„Czego chcesz od nas, panie za Twe hojne dary,

Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary

Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie,

I w otchłaniach i w morzu, na morzu i w niebie”.

Adam Mickiewicz, nasz największy poeta, swój główny utwór pt. „Pan Tadeusz”, rozpoczyna od inwokacji do Matki Bożej:

„Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie…”

Następnie publicznie wyznaje, iż Matce Bożej zawdzięcza swoje życie, bo dwa razy został cudownie przez Nią uratowany od niechybnej śmierci. W relacji do Pana Boga, to czuł się tak małym wobec Niego, że miał odwagę napisać:

„Panie! Czymże ja jestem przed Twoim obliczem?

Prochem i nieczem”.

W innym miejscu zaznaczył znowu:

„Człowiek jest urzędnikiem wysokiego stanu,

Cały świat służy jemu, a on tylko Panu”.

Stwierdzamy zatem, iż ten wielki nasz poeta nazywa człowieka urzędnikiem Bożym, a Panem, któremu on wyłącznie służy , jest tylko sam Bóg.

Jan Matejko, jeden z największych malarzy polskich, bardzo często był widziany w domu na kolanach na modlitwie przed Bogiem oraz nas kolanach z ludem w świątyni krakowskiej. Znane są jego wspaniałe obrazy: Chrzest Polski, Śluby Jana Kazimierza i inne, w których ukazuje i sławi dobrodziejstwa Boże dla naszego narodu.

Podobnie jeden z największych polskich muzyków, Moniuszko, był organistą jednego z kościołów. Fryderyk Chopin umierał całując krzyż, który kapłan dał mu do ręki.

I tak podobnie można by opisywać wiele krajów i narodów, ale nie widzimy takiej potrzeby, by przekonywać o tym, jak wielu spośród genialnych ludzi było głęboko religijnych.

Niestety dzisiaj spotyka się ludzi, którzy wstydzą się swojej wiary i którym wydaje się, że czynią łaskę Panu Bogu, gdy wypełniają obowiązki religijne, a nie czują ich niezbędności dla siebie i swojego życia. Zapominają o modlitwie, gdyż w rzeczywistości nie czują jej potrzeby. W ich hierarchii wartości Bóg jest tylko mało znaczącym dodatkiem.

Często spotyka się katolików, którzy w swoim życiu postępują wbrew Bożym przykazaniom: kradną, oszukują, kłamią, oczerniają, popełniają bezwstydne uczynki, szczycą się złem, pogardzają innymi, niszczą życie innych, wyszydzają i poniżają innych, itd.

Opisani powyżej ludzie na pewno nie są ludźmi religijnymi, chociaż mogą za takich się uważać. Z całą pewnością nie kochają oni Boga i nie pogłębiają więzi z Nim ich łączącej. Nie służą Bogu dla swojego dobra i szczęścia, ale tylko Bogiem się posługują tylko dla swojej wygody, a nie dostrzegają nieszczęścia i dramatów życia, jakie szykują dla siebie.

Religia ma za zadanie systematyczne pogłębianie wiedzy o Bogu, niebie, życiu wiecznym, obowiązkach życia płynącego z wiary, prawdziwym szczęściu człowieka, miłości do siebie i innych, itd. Ta zdobywana wiedza nie ma służyć tylko jej zdobyciu, ale przede wszystkim do stałego pogłębiania więzi z Bogiem i z innymi ludźmi, najpierw w rodzinie, a następnie z innymi. Daje nam wskazówki do tego, jak należy w życiu postępować. Wdrażana w życie prowadzi nas do szczęścia już tu na ziemi oraz daje nam zapał do pracy, a po śmierci zapewnia nam życie nieśmiertelne w niebie. 

Dla podsumowania zaznaczamy, iż religia jest to nauka o Panu Bogu i żywa łączność z Bogiem oraz innymi ludźmi. Stanowi ona wielki dar dany nam przez Boga dla naszego dobra. Pamiętajmy zawsze o słowach Cycerona: „Natura bowiem wskazuje, że trzeba mieć Boga”.

Katecheza 45: Największe „Dwa przykazania miłości”

Nie przez przypadek lub też prawem zwyczaju, we wszystkich katechizmach zaraz po Dekalogu umieszcza się „Dwa przykazania miłości”. Podobnie w porannym lub wieczornym pacierzu odmawiamy je w podobnej kolejności.

Kto szczerze i serdecznie miłuje Boga, temu nie potrzebne są  żadne nakazy ani zakazy. Na każdym kroku będzie on Boga wysławiał i ku Niemu będzie kierował tęsknoty swojego serca. Nie można nawet sobie wyobrazić, by był zdolny do świadomego grzechu, do ciężkiej obrazy Boga ten, kto Go „miłuje ze wszystkiego serca swego i ze wszystkiej duszy swojej i ze wszystkiej swojej myśli”.

„Jeśli mnie miłujecie – mówi sam Jezus – zachowujcie moje przykazania” (J. 14,15). Jakby to było za słabo powiedziane, Chrystus znowu podkreśla z naciskiem: „kto ma przykazania moje i zachowuje je, jest tym, który mnie miłuje” (J. 14,21).

Wiernym echem tych słów Jezusa jest napomnienie św. Jana: „Kto zachowuje zaś Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała” (1 J. 2,5).

Tenże Apostoł znowu powtarza: „Miłość zaś polega na tym, abyśmy postępowali według Jego  przykazań. Jest to przykazanie, o jakim słyszeliście od początku, że według niego macie postępować” (2 J. 6).

Podobnie nie do pomyślenia jest to, aby ktoś miłował bliźniego, a równocześnie go krzywdził i zasmucał, aby nie wypełniał należnych wobec niego zobowiązań. Jeżeli na tym świecie jest tyle zła, nienawiści i krzywd, to jedynie dlatego, że ludzie zapomnieli się miłować. Na wielu miejscach Jezus podkreślał to: „Wszystko tedy, cokolwiek chcecie, aby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie: to jest bowiem Zakon i Prorocy” (Mt. 7,12).

Zdaniem samego Jezusa streszczenie całego Prawa Mojżeszowego i nakazów Proroków mieści się w tym, aby nikomu z bliźnich nie wyrządzać zła, czynić dobrze.

W czasie pożegnania ze swymi uczniami w przeddzień swojej śmierci, Jezus jeszcze ich napominał: „Przykazanie nowe wam daję, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J. 13, 34 – 35). Zatem sam Pan Jezus nakaz miłości nazywa „przykazaniem”. Jest ono tak ważne, że je poleca jako znak, po którym inni mają poznawać uczniów Chrystusa.

Z tego powodu po Dekalogu dodajemy zaraz „Dwa przykazania miłości”. W tych dwóch przykazaniach streszczają się bowiem wszystkie inne przykazania.

Geneza dwóch przykazań miłości

Nie chodzi nam na razie o genezę samej cnoty miłości, ile raczej o to, kto pierwszy nazwał miłość największym przykazaniem i kto to przykazanie miłości połączył z Dekalogiem. Najlepiej to poświadczy przytoczony tekst.

Geneza przykazania miłości Pana Boga

W Księdze Powtórzonego Prawa w rozdziale 5 Mojżesz podaje nieomal dosłownie treść Dekalogu ogłoszonego na Górze Synaj (por. Wj. 20,5 – 17). Następnie tak pisze dalej: „Takie są polecenia, prawa i nakazy, których nauczyć was polecił mi Pan, Bóg wasz, abyście je pełnili na ziemi, do której idziecie, by ją posiąść. Będziesz się bał Pana, Boga swego, zachowując wszystkie Jego nakazy i prawa, które ja tobie rozkazuję wypełniać, tobie, twym synom i wnukom po wszystkie dni życia twego, byś długo mógł żyć. Słuchaj, Izraelu, i pilnie tego przestrzegaj, aby ci się dobrze powodziło i abyś bardzo rozmnożył się, jak ci przyrzekł Pan, Bóg ojców twoich, że ci da ziemię opływającą w mleko i miód. Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy twojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dzisiaj nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one będą ci ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach” (Pwt. 6,1 -9).

Widzimy, jak bardzo zależało Mojżeszowi, aby nakazy Dekalogu mieli wszyscy Izraelici przed oczami, aby nieustannie o nich pamiętali. A jako najlepszy środek do wiernego zachowywania wszystkich przykazań Bożych podaje Mojżesz miłość do Pana Boga: „Będziesz miłował Pana, Boga twego”. Ma to być miłość najwyższa i jedyna, bo „ze wszystkiego serca… ze wszystkiej duszy… i ze wszystkich sił…”

Geneza przykazania miłości bliźniego

W Księdze Kapłańskiej umieszcza Mojżesz znowu nakaz miłości bliźniego. Po wymienieniu grzechów przeciwko bliźniemu, Mojżesz jakby streszczenie swoich słów i jakby pieczęć pisze: „Będziesz miłował przyjaciela twego, jak siebie samego. Ja jestem Pan” (Kpł. 19,18).

Trudno nam dzisiaj stwierdzić to, czy Żydzi łączyli tak, jak my to czynimy dzisiaj, nakazy Dekalogu z przykazaniem miłości Boga i bliźniego. Wydaje się raczej, że tego nie robili.

Uczynił to dopiero po raz pierwszy Jezus, który zapytany pewnego dnia: „Mistrzu, które jest największe przykazanie w Prawie?” – odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego, ze wszystkiej duszy twojej i ze wszystkiej myśli twojej”  A zaraz po tych słowach dodał: „To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne jest temu: Będziesz miłował bliźniego twego jako siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy” (Mt. 22,36 – 40; por. Mt. 19,16 - 19).

Warto zauważyć, że Jezus do tekstu Mojżesza w Księdze Kapłańskiej wprowadził nową na pozór zmianę, bo tylko w jednym słowie, ale w treści zmianę ogromną, zasadniczą.

Księga Kapłańska pisze: „Będziesz miłował przyjaciela twego”. Chrystus natomiast wyraz przyjaciel zastępuje słowem bliźni: „Będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego”.

Zatem możemy zupełnie zgodnie z prawdą powiedzieć, że właściwym twórcą dwóch przykazań miłości jest sam Pan Jezus. On je bowiem ułożył ostatecznie i zredagował w dzisiejszej formie oraz On je umieścił na końcu nakazów Dekalogu jako ich syntezę. On także wyjaśnił tego przyczynę, kiedy powiedział, iż nie tylko Dekalog ma na nich oparcie, ale wszelkie prawo moralne: „Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy”.

Tak więc dopiero chrześcijaństwo zaczęło odtąd nieodłącznie z Dekalogiem łączyć dwa przykazania miłości, aby wiernym nieustannie przypominać, że bez miłości Pana Boga i bliźniego niemożliwą jest rzeczą zachować wszystkie przykazania, i że dopiero w świetle tej podwójnej miłości nakazy Dekalogu mogą być płodne i zbawcze.

Treść nakazów miłości Pana Boga i bliźniego

Zaznaczamy, że podamy jedynie najważniejsze wiadomości. Cnota miłości bowiem stanowi zbyt obszerny temat, który należy gruntownie opracować w osobnym dziele o cnotach.  Tu omówimy jedynie cnotę miłości pod pewnym aspektem, a mianowicie, w jaki sposób miłość jest podstawą wszelkich norm moralnych w życiu człowieka.

Miłość w ogólności jest to dążność duszy do dobra. Jeżeli to dobro będzie czysto zewnętrzne, zmysłami uchwytne, wtedy i miłość będzie zmysłowa. Nazywamy ją erosem.

Jeżeli dobro jest duchowe (wiedza, cnota), to i miłość będzie duchowa. Nazywamy ją amorem. Jeżeli dobro i jego poznanie jest nadprzyrodzone, to wtedy miłość będzie nadprzyrodzona. Nazywamy taką miłość miłością chrześcijańską – caritas albo charitas.

Elementy składowe aktu miłości: poznanie przedmiotu jako dobra godnego pożądania; pożądanie tego dobra, sympatia, poruszenie w kierunku tego dobra, dążność do jego osiągnięcia; zadowolenie, radość z posiadania tego dobra.

Miłość chrześcijańska różnie się od miłości naturalnej. Jej celem, dążeniem, jej przedmiotem pożądania jest sam Bóg taki, jakim Go przedstawia nam Objawienie i wiara.

Miłość chrześcijańska różni się od miłości naturalnej i źródłem. Można bowiem miłować Boga uczuciem naturalnym. Tak Go miłują wszyscy ludzie. Chrześcijanin jednak miłuje Boga o wiele doskonalej, gdyż miłuje Go miłością, którą sam Bóg wlewa do duszy chrześcijanina przez łaskę uświęcającą. Jeżeli chrześcijanin tej łaski nie ma, to miłuje Pana Boga jedynie miłością naturalną. Nadto i motywy, natężenie miłości chrześcijańskiej są wyższe i doskonalsze niż w miłości naturalnej. Zatem miłość chrześcijańską możemy określić jako cnotę Boską, która sprawia, że miłujemy Pana Boga w sposób, w jaki On sam siebie miłuje, ponad wszystko i dla Niego samego, a bliźniego i wszystkie stworzenia miłujemy dla samego Boga.

O miłości Pana Boga

Nie chodzi nam o miłość, jaką Pan Bóg darzy człowieka, ale o miłość człowieka w stosunku do Boga.

Gdy chodzi o genezę miłości chrześcijańskiej, byłoby rzeczą niezmiernie ciekawą wykazać, w jakiej ona jest zależności od łaski uświęcającej oraz w jaki sposób z daru wlanego staje się cnotą własną chrześcijanina.

Nie będziemy pisać o pobudkach, które nas skłaniają do miłości Pana Boga. Jedno jest tylko pewne według słów Jezusa: że musi być ona ponad wszystko najwyższa, najdoskonalsza i ostateczna.

Rozróżniamy trzy stopnie miłości człowieka ku Bogu:

- Człowiek miłuje siebie: jeżeli nawet pożąda Pana Boga, to pożąda Go interesownie, jako swojego dobra, które przynosi korzyść.

- Potem w miarę wpatrywania się w Pana Boga, w miarę poznawania Go, człowiek zaczyna coraz bardziej rozmiłowywać się w Nim jako w najwyższym dobru, pięknie i doskonałości. Rodzi się więc miłość, sympatia.

- Wreszcie, gdy dusza rozmiłuje się cała w Panu Bogu, jest jakby Nim opanowana zupełnie, odczuwa Jego obecność realnie i to jej daje rozkosz. To nazywa się miłością mistyczną, której szczytem jest zachwyt i miłość ekstatyczna, miłość adoracji Boga.

Nie będziemy pisać o wpływie miłości Boga na charakter człowieka, na jego postępowanie i cnoty. Byłoby również rzeczą niezmiernie podniosłą wykazać, jak hojnie Pan Bóg wynagradza i ubogaca dusze, które oddały się Mu na zawsze, bez zastrzeżeń i bez granic. Dobrze jednak będzie, kiedy podamy pewien kierunek, pewne stopnie, po których ma nasza miłość ku Panu Bogu stale się wznosić coraz wyżej.

Pierwszy warunek miłości chrześcijańskiej, to nie mieć grzechów ciężkich. Jeden grzech ciężki odbiera nam łaskę uświęcającą i ograbia z miłości nadprzyrodzonej. Słusznie nazywa się ten grzech śmiertelnym, bo wyrządza nam krzywdę śmiertelną, pozbawiając nas życia nadprzyrodzonego, jakim jest łaska uświęcająca.

W przypadku, gdy zdarzy się upadek w grzech śmiertelny, to dusza natychmiast starać się powinna z niego wydobyć i pogodzić się z Panem Bogiem.

Każdy, kto jednak goręcej miłuje Boga, ten stara się unikać wszelkich grzechów, nawet najmniejszych. Wie on bowiem, iż każdy grzech zasmuca Serce Boże, że je głęboko rani, że jest wielką niewdzięcznością ze strony człowieka wobec największego Dobroczyńcy.

Z tej racji człowiek szczerze miłujący Boga stale żałuje za swoje grzechy: Umęczyłem się wzdychaniem moim; będę obmywał na każdą noc łóżko moje, łzami moimi będę skrapiał pościel swoją” (Ps. 6,6 – 7).

Uczyniłby on nie wiem co, aby tylko mógł Bogu wynagrodzić popełnione grzechy, żeby tylko Bóg mu przebaczył. Tę miłość oczyszczającą, miłość łez z gorącym pragnieniem zadośćuczynienia i pokuty, satysfakcji, jakże bardzo Bóg sobie ceni.

Pan Jezus rzekł do jawnogrzesznicy te kojące słowa: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, bo wielce umiłowała” (Łk. 7,47).

U dusz wybranych miłość Boża w swoich stopniach najwyższych objawia się jako „miłość upodobania, kontemplacji, zapatrzenia, zjednoczenia”.

Miłość Marii z Betanii, zapatrzonej i zasłuchanej w głos Oblubieńca, duszy wybranej, tak charakteryzuje św. Franciszek Salezy: „Przez tę świętą miłość upodobania radujemy się z dóbr, które są w Bogu, jak gdyby naszymi były. Ponieważ jednak doskonałości Boże silniejsze są od naszego ducha, przeto wychodząc do niego, nawzajem biorą go w posiadanie. Dlatego nie tylko mówimy, że Bóg przez owo upodobanie jest nasz, ale mówimy także, że my jesteśmy Jego własnością. Toteż dusza w świętym swym milczeniu woła ustawicznie: Wystarcza mi, że Bóg jest Bogiem, że dobroć Jego nieskończona, że doskonałość Jego niezmierzona”.

Ta miłość często przechodzi w miłość współczucia i współcierpienia, zwłaszcza wtedy, gdy koncentruje się na Osobie Jezusa Chrystusa i Jego Matki. Dusza taka widzi ogrom cierpienia umiłowanego Zbawiciela i chciałaby jak najwięcej w tych cierpieniach czynnie współuczestniczyć. Tym się tłumaczą stygmaty św. Franciszka z Asyżu, św. Katarzyny Sieneńskiej i wielu innych. Oblubienica spala się zwolna jak świeca, szczęśliwa niezmiernie, że może cierpieć dla Boga.

Najwyższy stopień miłości Pana Boga cechuje tak silne zjednoczenie woli miłującego z wolą Bożą, że poza wolą Bożą człowiek nic nie chce, nic nie pożąda. Jeśli miłość dąży do zjednoczenia, to następuje tu zjednoczenie najdoskonalsze, gdzie dusza widzi tylko Boga, a wszystko w Bogu. To daje je przedziwny spokój i tak podziwianą u mistyków, a często nie rozumianą przez dzieci tego świata, „świętą obojętność”. Taka dusza może powiedzieć za św. Pawłem: „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga. 2,20).

Miłość bliźniego

Dziwnym się wydawać może i czymś nierealnym, aby stawiać obok przykazania miłości Boga „drugie, podobne temu”: przykazanie miłości do człowieka, do bliźniego.

A jednak sam Pan Jezus nakazuje miłość bliźniego i jeżeli daje jej tak wysoką rangę, że stawią ją tuż obok miłości Boga, to muszą być na to jakieś odpowiednie racje.

Najważniejszą, fundamentalną , zasadniczą racją miłości bliźniego u chrześcijan jest sam Bóg. Kto miłuje Pana Boga, ten miłuje Jego dzieła, Jego stworzenia. Im doskonalsze jest dzieło, tym więcej w tym dziele chrześcijanin wielbi i sławi Boga. Im wyższy stopień miłości ma człowiek do Pana Boga, tym oczywiście wyższym będzie także stopień miłości do stworzeń; tym ta miłość będzie więcej czysta i bezinteresowna.

 Na potwierdzenie tych wywodów mamy cały szereg tekstów Nowego Testamentu, które wyraźnie głoszą, że chrześcijańska miłość bliźniego może wypływać tylko z miłości Boga i tam ma ona źródło najsilniejsze i zawsze pewne. Powołamy się na jeden tekst, na świadectwo św. Jana Apostoła, który teologię miłości bliźniego ujął, zakotwiczając ją bezpośrednio o miłość samego Boga.

„Najmilsi! Miłujmy jedni drugich, bo miłość jest z Boga. I każdy, kto miłuje, z Boga jest narodzony i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością” (1 J. 4,7 – 8).

Zdaniem św. Jana Apostoła jest rzeczą wprost niemożliwą, aby ktoś prawdziwie miłował Boga, a nie miłował bliźnich. Jak światło ze swej natury musi świecić, tak i miłość musi się udzielać. Jako przykład św. Jan podaje samego Boga: „W tym okazała się miłość Boga ku nam, że zesłał na świat swego Syna Jednorodzonego, abyśmy przezeń żyli. Na tym polega miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale On pierwszy nas umiłował i zesłał Syna swojego jako przebłaganie za nasze grzechy” (1 J. 4,9 10). Teraz św. Jan sam wyciąga wniosek: „Najmilsi! Jeśli nas Bóg tak umiłował, i my winniśmy jeden drugiego miłować… Jeśli miłujemy się nawzajem, Bóg w nas przebywa, a miłość Jego jest doskonała w nas… Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością, a kto trwa w miłości, w Bogu trwa, a Bóg w nim… My przeto miłujemy Boga, bo Bóg pierwej nas umiłował” (1 J. 4,11 – 19).  I dalej tłumaczy Apostoł, dlaczego mówi „my” – gdyż jesteśmy przedmiotem umiłowania przez Boga jako rodzina ludzka, jako społeczność, a nie tylko jako jednostki.

Dlatego musi nas wiązać miłość: „Jeśliby kto powiedział, że miłuje Boga, a nienawidziłby brata swego, kłamcą jest. Kto bowiem nie miłuje brata swego, którego widzi, Boga, którego nie widzi jakże bowiem miłować może? A także przykazanie otrzymaliśmy od Boga, aby jeśli kto miłuje Boga, miłował i brata swego” (1 J. 4,20 – 21).

Jeżeli do tego dodamy jeszcze inne pobudki, ale także nadprzyrodzone, to miłość do ludzi może w nas się jeszcze bardziej spotęgować.

Jakie są to pobudki? Dla przykładu podajemy np.: że wszyscy ludzie zostali odkupieni Krwią Pana Jezusa, że Chrystus za wszystkie dusze tak wiele wycierpiał. Również pamięć o słowach Pana: „ Zaprawdę powiadam wam, coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnie uczyniliście” (Mt. 25,40). Święta ambicja, aby więcej ludzi osiągnęło niebo niż piekło; aby szatan poniósł haniebną klęskę, to także silny powód do działania na korzyść bliźnich. Takich i tym podobnych pobudek nadprzyrodzonych można przytoczyć znacznie więcej.

One są o wiele potężniejsze od pobudek, które podsuwa nam rozum i przyrodzona dobroć serca: że to człowiek; że ja kiedyś również mogę potrzebować ludzkiej pomocy; że wszyscy braćmi jesteśmy; że na świecie będzie dobrze, gdy ludzie będą się miłować, a źle będzie, gdy się będą nienawidzić, itd.

Należałoby teraz podać szczegółowiej i bliżej, w czym powinna ujawniać się prawdziwa i chrześcijańska miłość bliźniego. Uważamy to jednak za zbyteczne. W opisywaniu bowiem nakazów i zakazów Dekalogu podaliśmy tak wiele różnych sytuacji, pisaliśmy o tylu obowiązkach wobec bliźniego, że to zupełnie wystarcza.

Jednak trzeba napisać kilka słów na temat miłości najtrudniejszej, na pozór nawet sprzecznej z naturą: o miłości wrogów.

Miłość wrogów wydaje się tak dalece wbrew ludzkiej naturze, że nie tylko nie znało jej dawne pogaństwo, ale nawet Stary Testament. Dopiero Pan Jezus, jako pierwszy nakazał miłować wrogów, a ogłosił to nie jako życzenie dla wybranych, którzy udoskonalili się w Jego nauce, ale jako nakaz obowiązujący wszystkich Jego wyznawców: ‘Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował bliźniego twego, a w nienawiści będziesz miał nieprzyjaciela twego. A ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjaciół waszych, dobrze czyńcie tym, którzy was mają w nienawiści, a módlcie się za prześladujących i spotwarzających was” ( Mt. 5, 43 – 4)

Jezus wyraźnie stwierdza, że w Starym Testamencie miłość ograniczała się jedynie do przyjaciół. Gdy zaś chodzi o nieprzyjaciół, to Zakon nie tylko, że odmawia im prawa do miłości, ale wprost nakazuje ich nienawidzić: „w nienawiści będziesz niał nieprzyjaciela twego”.

Jako coś nowego, jako przeciwieństwo do tego, co było, Pan Jezus mówi: „A ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjaciół waszych”. Co więcej Chrystus wskazuje konkretne objawy tej miłości, jakby w obawie, by nie ograniczała się ona tylko do pustych słów.

I teraz Pan Jezus podaje najwznioślejszy przykład takiego właśnie postępowania: „Abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie, który sprawia, że słońce wschodzi nad dobrymi i złymi, a deszcz zrasza sprawiedliwych i nieprawych”. Aby nas pobudzić i zachęcić jeszcze więcej do miłowania wrogów, Jezus dodaje: „Gdybyście bowiem miłowali tych, którzy was miłują, coż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? Albo jeżeli pozdrawiacie tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tak nie czynią?” (Mt. 5,45 – 47).

Na zakończenie Jezus raz jeszcze wskazuje na swojego Ojca, jako na najdoskonalszy wzór do naśladowania; „Bądźcie wy tedy doskonali, jako Ojciec wasz niebieski doskonały jest” (Mt. 5,48).

Swoją naukę o miłości nieprzyjaciół Pan Jezus popierał konkretnymi przykładami i obrazami. A kiedy po słowach Jezusa, że wrogom należy przebaczać, św. Piotr zapytał: „Panie, ile razy mam odpuścić, gdy mój brat przeciwko mnie grzeszy? Czy aż siedem razy?, to otrzymał znamienną odpowiedź Chrystusa: „Nie powiadam ci, że siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem razy” (Mt. 18,21 – 22). Przy tej okazji Jezus opowiedział przypowieść o dłużniku, któremu jego pan darował zawrotną sumę pieniędzy, a który swemu współdłużnikowi nie umiał darować małej sumy pieniędzy, ale „wtrącił go do więzienia, dopóki mu długu nie zwróci”. Słuszna też spotkała go za to kara, bo sam został oddany katom. Pan Jezus zakończył przypowieść napomnieniem: „Tak i Ojciec mój niebieski uczyni wam, jeśli z serc waszych nie odpuścicie każdemu bratu swemu” (Mt. 18,23 – 35).

Na zawsze zaś najlepszym przykładem miłości wrogów i darowania im uraz było to, że Pan Jezus na drzewie krzyża sam modlił się za tych, którzy Go ukrzyżowali: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk. 23,34).

Podobnie w życiu postępowali i następcy Chrystusa. Oto św. Szczepan ginąc pod gradem kamieni wypowiada nieomal te same słowa: „Panie, nie policz im tego grzechu” (Dz. 7,60).

Również św. Paweł wypowiada przepiękne słowa o miłości do wrogów i przebaczeniu uraz: „A jeśliby nieprzyjaciel twój łaknął, nakarm go; a jeśli ma pragnienie, podaj nu napój: tak czyniąc węgle ogniste zgromadzisz na głowę jego. Nie daj się zwyciężać złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz. 12,20 – 21).

Jeżeli Jezus żąda dla nieprzyjaciół takiej miłości od swoich wyznawców, to cóż dopiero mówić o miłości bliźniego ogólnej dla wszystkich bliskich i potrzebujących albo dla tych, wobec których mamy jakieś zobowiązania. Jak uczynna powinna być ta miłość i jak wzniosła.

„Albowiem miłość Boga na tym polega, abyśmy Jego przykazania zachowywali” (1 J. 5,3).

Dosyć obszernie wykazaliśmy, że Pan Jezus przykazanie miłości postawiał jako przykazanie naczelne; że właściwie zachowanie wszystkich przykazań uzależnił od przykazania miłości.  Z przytoczonych tekstów wynika, że nieomal niemożliwością jest zachowanie  wszystkich nakazów Dekalogu bez miłości Boga i bliźniego. Streszczając całe nasze wywody moglibyśmy napisać, że zachowanie przykazań Bożych jest jedynie wynikiem i owocem przykazania miłości. Wyraźnie zaznaczamy „przykazania” miłości, a nie cnoty miłości, aby podkreślić, że przykazaniem nazywa miłość sam Jezus, a więc nakazem i to „największym i pierwszym” (Mt. 22,35 – 40).

Miłość może być przemyślna i twórcza. Ileż wspaniałych form czci i uwielbienia Stworzyciela ta miłość wynalazła: modlitwy, ofiary, świątynie, osoby, czasy i miejsca święte, uroczystości, wizerunki, pielgrzymki, procesje, pieśni pochwalne, strofy muzyczne, śluby, przysięgi… oto część tego wspaniałego łańcucha przeróżnych form kultu, o których mówi I; II i III nakaz Dekalogu.

Miłość bliźniego w orbitę swoich zainteresowań bierze; rodzinę, krewnych, bliskich, przyjaciół, wychowawców, przełożonych, dobrodziejów, aby rozlać się szerokim nurtem na członków tego samego kraju, a wreszcie, by zjednoczyć w swoje złote ogniwa całą rodzinę ludzką, ludzi wszystkich ras, języków, religii, przekonań, itp.

Wszystko, co zawarte jest w IV; V; VI; VII; VIII; IX i X nakazie Dekalogu możemy streścić w jednym nakazie miłości: „Nie czyń drugiemu tego, co tobie jest niemiłe” albo jeszcze lepiej w znaczeniu miłości twórczej, siejącej dobro, w nakazie ewangelicznym: „Wszystko tedy, cokolwiek chcecie, aby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie” ( Mt. 7,12).

Tej nadprzyrodzonej miłości chrześcijańskiej musi być nawet podporządkowany „eros”, o którym mówi VI i IX przykazanie Boże.

Nawet w miłosnym oddaniu małżeńskim człowiek szuka nie tylko ciała, ale i osoby.

W zakończeniu naszych rozważań na temat powiązania nakazów Dekalogu z cnotą miłości dochodzimy do jeszcze dwóch ciekawszych wniosków. A mianowicie, że im wyższej natury jest stopień miłości, tym jej zakres się powiększa, liczba przedmiotów ukochania wzrasta. Co więcej, miłość staje się płodniejsza i bardziej szlachetna.

Miłość zmysłowa obejmuje ciasne koło wybranych, które się koncentruje na jednostce w ostatecznym swym kręgu. „Przeto opuści człowiek ojca swego i matkę, a przyłączy się do swojej żony i będą dwoje w jednym ciele” (Rdz. 2,24) – oto więc miłość cielesna, pierwsza, odruchowa, miłość instynktu.

Wyższą i szerszą jest miłość duchowa: „Będziesz miłował przyjaciela twego jak siebie samego” (Kpł. 19,18). Wyższa to miłość, bo oparta nie na rozkoszach ciała, ale na przyjaźni, która jest duchowa.

Najdalej jednak idzie miłość chrześcijańska, bo aż do umiłowania wroga: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół” (Mt.5,43).

Im wyższą jest miłość, tym również staje się doskonalszą. Podmiot wyzbywa się egoizmu, a coraz więcej miłość pożądania zamienia się w miłość sympatii, uwielbienia i duchowego zjednoczenia myśli i woli. Opisane stopnie miłości Boga wykazują, jak w miarę wzrastania w nas miłości do Boga coraz bardziej zapominamy o sobie, o swoich korzyściach, aż w ostatnich stopniach miłości żyjemy tylko Bogiem: „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga. 2,20). Z niej rozlewa się miłość na wszystkie Boże dzieła, a zwłaszcza na dusze nieśmiertelne, stanowiące Królestwo Boże na ziemi, w ofierze całkowitego im oddania.

W takim stanie rzeczy mówić o nakazach Dekalogu jest rzeczą zgoła niepotrzebną, gdyż dusza całkowicie zatopiona w Bogu i Bogu oddana zupełnie, wprost niezdolna jest do tego, aby Mu cokolwiek odmówić, co jest nakazane przykazaniem Bożym albo by w czymkolwiek świadomie sprzeciwić się Jego woli.

Tak więc dwie tablice Dekalogu mają najpewniejsze oparcie na cnocie miłości.

 

Katecheza 44: „Dziwne przykazania IX i X”

„Dziwne przykazania”

Jeżeli wszystkie inne przykazania Boże są pełne treści tak, iż każde z nich obejmuje cały wachlarz moralnych zagadnień, to dwa ostatn9ie przykazania mogą się wydawać dziwne:

„Nie pożądaj żony bliźniego swego”

„Ani żadnej rzeczy, która jego jest”.

Te dwa ostatnie przykazania Dekalogu dotyczą właściwie tylko na pozór przykazań VI i VII i stanowią jakby ich uzupełnienie. Zdrowy rozsądek dyktuje, że treść przykazania IX i X jest podana jedynie przykładowo. Są przecież przykazania o wiele ważniejsze niż VI i VII, a jednak są tylko raz wymienione.

Prawodawca dwoma ostatnimi przykazaniami uderza w samą istotę wszelkich złych czynów ludzkich; w to, co jest ich źródłem i motorem: w przewrotną ludzką myśl. Gdyby nie było przewrotnych myśli, to nie byłoby z pewnością i przewrotnych czynów.

Ludzie bardzo często poczytują za grzech jedynie złe czyny. Jeszcze dzisiaj, po przeszło 3.000 lat od nadania Dekalogu spotyka się ludzi, którzy jako jedyną wymówkę, że nie przystępują do sakramentu pokuty mają to, iż: „nie kradłem, nikogo nie zabiłem, nie podpaliłem, żony nie zdradziłem”. Prawa wszystkich kodeksów na świecie wymierzają kary tylko za czyny. Słusznie, bo dla sędziów myśl jest rejonem niedostępnym. Jednakże ten fakt może kogoś utwierdzić w mylnym przekonaniu, że tylko czyn jest grzechem; że sama myśl, choćby moralnie najbardziej przewrotna, jest jednak czymś w oczach Boga zupełnie obojętnym.

Może właśnie po to, aby ludzi ostrzec, Boski Prawodawca aż w dwóch przykazaniach potępia złe myśli i przypomina, iż On sięgnie w najgłębsze tajniki natury ludzkiej, że grzech nie tyle jest owocem ciała, co ducha.

Nie mniej ciekawe, że zakaz złych pożądań umieścił Stwórca na samym końcu Dekalogu, jakby jakiś refleks rzucony na całość i dający właściwe naświetlenie, skąd biorą się wszelkie złe czyny ludzkie.

Geneza ludzkiej myśli. Zostawmy na boku wszystkich intuicjonistów, którzy zdolnościom człowieka przypisywali cechy duchów czystych. Czyste duchy nie potrzebują spostrzegania, bodźców, wrażeń i wyciągania z nich sądów i wniosków. To bardzo powolna i niedoskonała droga do wiedzy. Duchy czyste ogarniają wiedzę o wszystkim intuicją, przenikaniem, ogarnięciem umysłu. Jest to poznanie najdoskonalsze, gdy chodzi o stworzenia, bo jest ono natychmiastowe, nieomylne i trwałe.

Obrazem doskonałości „mechanizmu” działania poznania czysto duchowego jest fakt pojawiania się po raz po raz geniuszów ludzkich czy choćby tzw. „cudownych dzieci”. Jeszcze ciało jest w powijakach, jeszcze niedostatecznie rozwinięte są zmysły, a geniusz zadziwia: pomysłami, pamięcią, talentem, głębią filozoficznej myśli, itp.

Poznanie czysto duchowe, obywające się bez zmysłów, nazywamy intuicjonizmem. Najlepiej i najbardziej precyzyjnie opisał naturę tego poznania św. Tomasz z Akwinu w traktatach o Aniołach (w Summie Teologicznej i w dziele „Contra Gentiles”).

Wyznawcami intuicjonizmu są w dużej mierze wszyscy idealiści, którzy za Platonem twierdzą, iż człowiek ma gotowe idee, że duch ludzki przychodzi na ziemię z gotową wiedzą. Świat zewnętrzny zaś dostarcza człowiekowi jedynie nieustannych przykładów potwierdzenia. Wszystkie byty na ziemi są jakby odbiciem w zwierciadle tego, co realnie istnieje tylko w umyśle ludzkim.

Jednak zdrowy rozsądek i ogólne przekonanie ludzkie potwierdza, że nie uczniowie Platona, ale perypatetycy Arystotelesa mają rację, a mianowicie, że poznanie ludzkie idzie wręcz odwrotną drogą niż poznanie duchów czystych, bo człowiek poznaje pośrednio, czyli poprzez zmysły.

Zmysły dostarczają nam bodźców i wrażeń. Pamięć przechowuje doznane wrażenia, wyobraźnia je częściowo „dematerializuje”, a intelekt tworzy sobie dopiero na ich podstawie sądy i wyciąga wnioski. Skąd wiemy, że właśnie taka, a nie inna jest droga ludzkiego poznania? Z codziennego doświadczenia. Kto nie widział pewnych przedmiotów czy istot (realnie lun na obrazku); kto nigdy o ich istnieniu od nikogo nie słyszał, temu ani na myśl nie przyjdzie, że takie istoty mogą istnieć. Co więcej, drogą eksperymentów możemy w każdej chwili stwierdzić, że to, co widzimy, jest rzeczywiste.

Zwolennicy idealistycznego poznania u człowieka powołują się na to, że jednak są pewne prawdy wrodzone człowiekowi, jak np. prawda o istnieniu Boga i o konieczności oddawania Mu czci. Jednak i w tym wypadku powszechność wiary w istnienie Boga i fakt powszechności kultu religijnego możemy sobie łatwo wytłumaczyć naturalną i prostą konkluzją rozumu ludzkiego.  Skoro zmysły pokazują mu tyle istot na ziemi, to wnioskiem rozumu jest istnienie ich sprawczej Przyczyny. Po doskonałości, jaką rozum ludzki zauważa w stworzeniach, dochodzi on do uznania doskonałości Boga.

Poznanie poprzez zmysły jest mniej doskonałe niż poznanie intuicyjne. Wymaga ono najpierw zdrowych zmysłów. Im ktoś ma doskonalsze zmysły, tym więcej posiada materiału dla pracy umysłu; budulec, z którego powstanie gmach wiedzy, jest bardziej ciekawy, urozmaicony i obfitszy.

Zupełny brak zmysłów poznawczych musiałby przynieść w konsekwencji zupełny zanik życia duchowego. Zmysły bowiem nie tylko spełniają rolę dostarczania materiału dla umysłu, ale są równocześnie i drzwiami, przez które wychodzą na zewnątrz wszelkie przejawy życia duchowego. Dusza bierze od zmysłów i działa poprzez zmysły.

Zmysły są ściśle związane z władzami duchowymi poprzez strukturę ciała, a zwłaszcza przez komórki mózgu i poprzez nerwy. Spełniają one rolę sieci elektryczno – telegraficznej. Zerwana sieć paraliżuje cały ruch, choć ośrodki są dobre i funkcjonują sprawnie. Dlatego układ fizjologiczny i zdrowie fizyczne mają wielki wpływ na działanie duchowe i poznawcze.

Dla przykładu podajemy, że we śnie, kiedy ośrodek mózgowy jest częściowo jakby sparaliżowany, następuje też zanik pamięci i świadomego działania władz duszy. Widzimy więc, jak poznanie ludzkie jest mocno uzależnione od ciała. Pewnie, że pozostanie na zawsze tajemnicą, w jaki sposób z wrażeń zmysłowych , może powstać produkt duchowy – myśl. Jednak fakt daje się nie ulegać kwestii.

Idealiści zarzucają realistom, że jednak i ich poznanie, oparte na zmysłach, jest niepewne i niesprawdzalne. Nie poznajemy bowiem bytów widzialnych samych w sobie, ale tylko na podstawie zjawisk. Jest to więc poznanie nie tyle rzeczywiste, ile zjawiskowe. Oglądamy byty takie, jakie się nam przedstawiają, jakie nam podają wrażenia uchwycone przez zmysły.

Tu jest jednak najsłabszy punkt nie tyle filozofii poznania realistycznego (Arystoteles), ile właśnie ludzkiego poznania. Ludzkie poznanie zawsze opierać się będzie na zjawiskach rzeczy, a nie na samych rzeczach. To jednak w niczym nie zaprzecza, że poznajemy właśnie tą niedoskonałą drogą. Natomiast poznanie intuicyjne uderza w samą istotę każdej rzeczy, ogarnia ją całkowicie taką, jaką jest w swojej istocie.

Prawdą jest również, że poznanie poprzez zmysły jest często zawodne, bo widzimy słońce spacerujące po niebie i to zjawisko na własne oczy obserwujemy codziennie, a tymczasem rozum mówi nam, iż tak nie jest. Podobnie, gdy jedziemy jakimś pojazdem, to wydaje się nam, że stoimy w miejscu, a tylko przed nami wszystko ucieka. Daltonista nie zauważa pewnych kolorów. Człowiek krótkowzroczny nie dojrzy zupełnie pewnych istot zbyt oddalonych. Kij włożony w wodę wydaje się złamany. Zbierając więc wszystkie niedoskonałości ludzkiego poznania i ludzkiej myśli, która jest jego produktem, owocem, możemy powiedzieć, że jest ono powolne, zjawiskowe i często omylne.

Jeżeli chodzi o moralną stronę czynów ludzkich, to do błędu, który jest koniecznym następstwem niedoskonałości ludzkiego poznania, dochodzi często i uczucie, a więc czynnik ciała ze strony emocji, która zmniejsza częstokroć świadomość myślenia. Strona emocjonalna ujawnia się najsilniej w różnego rodzaju namiętnościach ludzkich, jak w gniewie, strachu, miłości, nienawiści, żalu, zazdrości, itp. Natomiast poznanie intuicyjne jest zawsze wolne.

Z naszych wywodów jasno wynika, że myśl ludzka jest nie tylko mniej doskonała od wiedzy intuicyjnej, ale jest mniej odpowiedzialna, mniej moralnie obciążająca.

Z tego powodu Bóg grzech Aniołów potraktował o wiele surowiej od grzechu pierwszych ludzi. Zbuntowanych aniołów zamienił Bóg w szatanów i wtrącił ich do wiecznej otchłani – piekła; natomiast nieposłusznych ludzi wypędził tylko z raju i odebrał im dary nadprzyrodzone, dane przed upadkiem.

Znaczenie ludzkiej myśli

Choć krytyka ludzkiego poznania, a więc i samej ludzkiej myśli wypadła surowo, to jednak myśl ludzka sama w sobie ma ogromne znaczenie. Ileż cudów dokonał słaby ludzki umysł!

A wszystko to razem jest owocem myśli wiecznie żywej, płodnej, niespokojnej. Dzięki temu, że człowiek myśli (zestawia, tworzy pojęcia, wyciąga wnioski), porównać go można do architekta, inżyniera, wiecznie zajętego badaniem maszynerii świata.

Tą właśnie myślą człowiek panuje nad wszystkimi istotami. One wszystkie działają bezmyślnie. Idą za ślepym i bezwiednym instynktem. Jeden tylko, jeden jedyny człowiek świadomie tworzy, bo myśli. I sama świadomość tego, że myśli i może tworzyć cuda, napawa go ogromną radością. Swoją myślą ogarnia człowiek całe konstelacje bytów, zajmuje się ich zgłębianiem oraz wprzęga je do swojej służby. Myślą człowiek odnajduje Boga, swojego Stworzyciela, z dzieł poznaje Jego przymioty i w imieniu wszelkiego stworzenia niesie Mu hołd. Tak więc człowiek spełnia rolę kapłana całego widzialnego świata. W końcu myśl ludzka wzbudza najpiękniejsze i najszczytniejsze cnoty moralne: zakochania się w oblubieńcach, bezgranicznego poświęcenia w matce, w ofierze za ojczyznę, w męczeńskiej krwi przelanej za wiarę, w trudzie apostolstwa, w oddaniu się dziełom miłosierdzia, itp.

Moralna odpowiedzialność myśli ludzkiej

Przez moralność rozumiemy tutaj godziwość czynu ludzkiego. Według teologii czyn jest wtedy godziwy, gdy jest zgodny z prawem Bożym i z prawem natury. Niegodziwy natomiast jest czyn ludzki wtedy, gdy jest niezgodny z prawem Bożym i prawem przyrodzonym.

Tak więc prawo Boże i prawo natury (a raczej prawo Boże objawione i przyrodzone) jest normą moralną godziwości lub niegodziwości czynów ludzkich. Jest pionem, według którego człowiek ma układać swoje postępowanie, czyli wszystkie myśli, słowa i uczynki.

Człowiek nie jest absolutnym panem, bo nie ma woli niezależnej od nikogo, ale jak we wszystkim, tak i w postępowaniu moralnym jest uzależniony od praw, które ustanowił Stwórca dla zachowania jednostek i całej społeczności ludzkiej. Czym są prawa fizyczne dla bytów martwych, czym jest instynkt dla zwierząt, tym są prawa moralne dla ludzi. One służą ich dobru, ich zachowaniu i pomyślnemu rozwojowi, normują ich wszystkie obowiązki wobec siebie, wobec bliźnich, wobec Boga. Tak więc przez moralność czynności ludzkich rozumiemy ich zgodność z najwyższą i ostateczną normą moralności, którą jest prawo Boże.

Zatem norma jest jedna: Bóg i Jego święta wola.  Oto co mówi autor Księgi Syracha: „On na początku stworzył człowieka i zostawił go własnej mocy rozstrzygania. Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania; a dochować wierności jest Jego upodobaniem. Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane” (Syr. 15,14 -17).

Jezus mówi wprost, że od pełnienia woli Bożej zależy cel człowieka doczesny i wieczny: „Jeśli chcesz wejść do życia wiecznego, zachowuj przykazania” (Mt. 19,17). „Nie każdy, który mi mówi: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego. Ale kto wypełnia wolę Ojca mego, który jest w niebie, ten wejdzie do królestwa niebieskiego” (Mt. 7,21). Wola Boża jest normą najwyższą i ostateczną człowieka.

Oczywiście, że Bóg prawa swoje ściśle określa do tego, by każde stworzenie mogło osiągnąć cel mu wyznaczony. Jeżeli dla człowieka celem jest służba Boża, dana od boga, to musi ją koniecznie wypełnić, jeśli ten cel chce osiągnąć. Nadto człowiek i na ziemi ma swoje cele, a przykazania Boże także do tego, by tak jednostka jak i cała społeczność ludzka mogła się pomyślnie rozwijać na ziemi.

Normą bezpośrednią moralności, czyli postępowania człowieka jest sama ludzka natura, sam rozum w jego praktycznych sądach, który nazywamy sumieniem.

Bóg nie przemawia do nas bezpośrednio, jak przemawiał czasem do swoich wybranych, ale swoją wolę objawia nam w gotowych nakazach, w przykazaniach danych w Dekalogu lub w nauce Jezusa. Ponadto dał nam zdrowy rozsądek, który nazywamy sumieniem, a które nam mówi, co jest dobre i złe, co wolno nam czynić i czego nam czynić nie wolno. Jeślibyśmy porównali prawo Boże i wolę Bożą do księgi, to sumienie możemy porównać do pedagoga, który nam tę księgę Bożych praw objaśnia.

Prawa natury są ślepe i konieczne. Nie pytają się one o zgodę i o przyzwolenie istot, którymi rządzą. Odnośnie człowieka Bóg uczynił wyjątek. Dając mu rozum i wolną wolę, dając mu normy moralne, uzależnił ich stosowanie od woli człowieka. Człowiek przez posłuszeństwo prawu Bożemu ma złożyć najdoskonalszy hołd swojemu Stworzycielowi. Odpowiedzią zaś ze strony Boga jest nagroda wieczna, wieczne z Nim królowanie. Za nieposłuszeństwo prawom Bożym czeka człowieka kara w tym, a nawet i w przyszłym życiu (doczesna i wieczna).

Podział czynów ludzkich odnośnie do normy moralnej

Przyjmujemy jako zasadę, że człowiek nie jest absolutnym panem swoich czynów, ale że także winien stosować swoje postępowanie do praw Stworzyciela. Mogą zaistnieć następujące relacje czynów ludzkich w stosunku do ich normy moralnej: stosunek obojętny, stosunek pozytywny i negatywny. Z tego potrójnego stosunku wynika potrójna jakość moralna czynów ludzkich: czyny obojętne, dobre i złe.

Czynami ludzkimi obojętnymi nazwiemy takie, które człowiek spełnia bez uwzględniania norm moralności, np. śpi, je, odpoczywa. Spełnia je dlatego, że tego żąda jego natura. W praktyce etyka katolicka nie uznaje czynów moralnie obojętnych. Dlaczego? Skoro człowiek działa świadomie (a czyny moralne muszą być świadome), to musi mieć jakiś cel działania. Jeżeli to będzie cel zgodny z naturą (wypoczynek, zaspokojenie głodu, itd.), to już będzie cel zgodny z naturą, z prawem przyrodzonym, a więc będzie dobry. Jeżeli zaś nie będzie zgodny z naturą (obżarstwo, opilstwo, spanie z lenistwa, itd.), to będzie czyn zły.

Istnieją jednak wypadki, gdy człowiek nie może zająć stanowiska obojętnego wobec prawa, a mianowicie, gdy ono coś wprost nakazuje lub zakazuje. Wtedy pozostaje tylko spełnić rozkaz i czyn będzie dobry, albo go nie wykonać i czyn będzie zły.

Czynem moralnie dobrym nazwiemy czyn zgodny z prawem Bożym i przyrodzonym. Za każdy taki czyn chwali nas sumienie, czujemy zadowolenie.

Czynem moralnie złym nazwiemy czyn niezgodny z prawem Bożym i przyrodzonym. Sumienie zaraz daje nam naganę niepokojem (wyrzuty sumienia).

Ponadto czyny ludzkie mogą być jeszcze dobre lub złe wewnętrznie albo zewnętrznie. Czynem dobrym lub złym wewnętrznie jest taki czyn, który sam w sobie jest dobry (np. modlitwa, ofiara, cześć dla rodziców) albo zły (np. bluźnierstwo, kradzież, kłamstwo).

Czynem zewnętrznie dobrym albo złym nazywamy taki, który jest sam w sobie dobry, zły lub obojętny, ale otrzymuje nową wartość moralną przez cel, przez intencję dobrą lub złą (np. ktoś się modli w celu uzyskania pochwały albo w tym celu daje jałmużnę; ktoś nawet rozrywkę ofiaruje Bogu i ją uświęca przez dobrą intencję). Zdaniem św. Tomasza: „Cel, choć nie należy do istoty czynu, jest jednak najgłówniejszą jego przyczyną, o ile skłania podmiot do działania. Toteż czyn moralny czerpie gatunek moralny głównie z celu”.

Jezus to potwierdza: „Światłem ciała jest oko. Jeśli więc oko twoje jest zdrowe, całe ciało twoje będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe ciało twoje będzie w ciemności” (Mt. 6,22 – 23)

Myśl a czyn moralny

Dotąd pisaliśmy jedynie o czynach ludzkich. Co ma natomiast myśl do czynu ludzkiego, w jakiej jest z nim relacji? Najściślejszej: tak ścisłej, jak przyczyna do skutku. Wszelki czyn człowieka, aby mógł zasłużyć na miano czynu ludzkiego, a więc czynu. Który tylko człowiek może uczynić, nikt inny na ziemi, musi być rozumny i wolny. Czyn rozumny zaś to znaczy zrodzony w myśli. Nie ma czynów ludzkich niepomyślanych, inaczej byłyby one „bezmyślne”, a więc i nierozumne. Zatem myśl ludzka jest komórką rozrodczą czynu; jest tym, czym ziarno dla kwiatu i owocu; jest nasieniem, z którego rodzi się czyn. Jak w świecie roślin i zwierząt nie ma równych, identycznych komórek nasiennych dla wszystkich gatunków, ale każdy gatunek ma swoje własne nasiona, tak w świecie czynów moralnych każdy czyn moralny ma swoją moralną myśl; jak gatunkowo myśl, taki gatunkowo i czyn.

Myśl zatem zabarwia moralnie czyny.

Nikt nie ukradnie nawet szpilki bez powzięcia najpierw myśli kradzieży. Nikt nie popełni mordu bez uprzedniego zaplanowania go. Ta łączność pomiędzy myślą a czynnością jest tak genetycznie silna, że przecież są grzechy moralne, które mogą istnieć tylko w myśli ludzkiej. One mogą nigdy nie być ujawnione nawet w słowie, a jednak są grzechem, bo są złe, np. lubieżne pożądanie, myśl pychy, zazdrości, niewiary, itp.

Mogą być też myśli dobre i powszechnie są one za takie uważane, np. modlitwa myślna (rozmyślanie, kontemplacja).

Jeżeli jeszcze do tego dodamy, że myśl może zabarwić dodatkowo czyn ludzki przez dobrą lub złą intencję, a może nawet jego moralną wartość zmienić (np. ktoś kradnie z głodu, Abraham chciał złożyć Bogu syna w ofierze), to widzimy, jak ogromne i zasadnicze znaczenie ma myśl w moralnym postępowaniu ludzkim. Sam Jezus napomina: „Strzeżcie się, abyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli: inaczej nie będziecie mieli nagrodu u Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt. 6,1).

Mocno musi się zmienić moralna wartość czynów, spełnianych tylko dla względu ludzkiego, skoro nawet cały zespół cnót („sprawiedliwość wasza”) traci swoją wartość zasługującą, gdy jest zła intencja myśli. Jednak mamy także i zachęcające napomnienie: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego, że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam,  nie utraci swojej nagrody” (Mt. 10,42).

Z tej racji św. Paweł kieruje do chrześcijan ten radosny apel: „Wszystko cokolwiek czynicie w słowie lub uczynku, wszystko w imię Pana Jezusa Chrystusa czyńcie” (Kol. 3,17) oraz: „Czy tedy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor. 10,31).

O tym, że sama myśl tylko może być dobra albo zła, pisaliśmy omawiając poszczególne grzechy popełnione myślą.

W tym miejscu przytoczymy teksty, które ogólnie piętnują wszelkie złe myśli, dając nam jakby skrót do moralnej odpowiedzialności za złe lub dobre myśli:

„Obrzydliwością Panu są złe myśli” (Prz. 15,26).

„Myśli bezbożnego będą zbadane i dojdzie do Pana wieść o jego słowach, dla potępienia jego złych czynów” (Mdr.1,9).

„Czemu wzburzyły się narody, as ludy wymyślały próżne rzeczy” (Ps. 2,1)).

„Osądź ich Boże! Niechaj upadną od myśli swoich” (Ps. 5,11).        

„Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzka na ziemi i że myśl ich jest wciąż zła, żałował, że stworzył ludzi na ziemi” (Rdz 6,5).

„Ale to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to plami człowieka: z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, nieczystości, kradzieże, fałszywe świadectwo, bluźnierstwa. To jest, co plami człowieka” (Mt. 15,18 – 20).

Jezus tu już wprost mówi o „złych myślach” i stawia je obok najcięższych grzechów.

„A ja powiadam wam, że każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już z nią cudzołożył w sercu swoim” (Mt. 5,28).

Czy zatem obojętny jest stosunek czynu moralnego do myśli, czy można między tymi dwoma pojęciami postawić znak równania, znak identyczności? Czy „zewnętrzność” nie dodaje do myśli nic dobra albo zła? Ale też czy sam intencjonalizm zbawia lub potępia?

Moralny czyn ludzki bierze swoją gatunkową złość lub dobroć od myśli. Jak myśl, taki czyn.

Przez dobrą lub złą intencję (czasem może być dobra intencja fałszywa, np. gdy ktoś zabije kalekę, aby mu oszczędzić cierpienia w mylnym przekonaniu, że czyni dobrze) myśli ludzkiej czyn może zmienić swój ciężar moralny, a nawet gatunek. Przykłady: zabić dziecko w przekonaniu, że Bóg żąda ofiary z dziecka; i odwrotnie: zostać dłużej w kościele na modlitwie, aby zmylić służbę kościelną i łatwiej dokonać kradzieży.

Zdaniem św. Tomasza akt zewnętrzny, czyli wykonanie złej lub dobrej myśli, nie może być gatunkowo różnym od samej złej lub dobrej myśli. Jednak wszyscy moraliści zgadzają się z tym, że przez wykonanie złego lub dobrego zamiaru, wzrasta ciężar gatunkowy winy i moralnej odpowiedzialności za nią. Zewnętrzne bowiem wykonanie powiększa intensywność, świadczy o uporze woli w złem lub wytrwałości jej w dobrem.  Chociaż więc rodzaj i gatunek grzechu dokonanego czynem jest ten sam, co grzech dokonany jedynie w myśli i w pożądaniu woli, to jednak wykonanie zwiększa winę. I tak z całą pewnością cięższą będzie zbrodnia morderstwa wykonanego niż tylko zaplanowanego.

Stopień winy i odpowiedzialności zwiększył się dlatego, że wola nie tylko pozostała nadal w złem, ale przez wykonanie złego czynu utrwaliła się w złem i zwiększyła intensywność swojego natężenia. Nadto przy czynie zewnętrznym dochodzą także nieraz i dodatkowe okoliczności obciążające, np. zgorszenie.

„W ogniu doświadcza się żelazo”

Na koniec wypada napisać o tzw. myślach niezawinionych. Przychodzą one do nas i nagabują nas bardzo często jako reakcje na zewnętrzne i wewnętrzne bodźce. Nazywamy je pospolicie pokusami.

Tanquerey daje następującą definicję pokusy: „Pokusa jest to pobudzenie do złego, pochodzące od wrogów naszej duszy” (Zarys teologii ascetycznej, t. II, nr 901).

Geneza pokus.

Fakt istnienia pokus jest tak powszechny, że nikt mu dotąd nie zaprzeczył. Pochodzą one od wrogów naszego zbawienia, a tych jest sporo. Podamy najważniejsze źródła pokus, czyli podniet do złych myśli i pożądań.

Szatan to największy wróg. On nas najbardziej nienawidzi. Jego nienawiść pochodzi stąd, iż szatan nienawidzi Boga, a więc i wszystkich Jego dzieł. Wszystko, co Boże, napełnia go wstrętem. Cóż dopiero człowiek, który po Aniołach jest najwspanialszym ze wszystkich dzieł Bożych. Ponadto szatan nam zazdrości tego, że mamy zająć miejsce w niebie. Nie może utraconego na zawsze szczęścia. Sama myśl, że człowiek miałby zająć jego miejsce w niebie, napawa go wściekłością. Z tego powodu uderza na człowieka pokusami wszelkiego rodzaju: uderza na nasze zmysły, w naszą pamięć i wyobraźnię, chce opanować wolę. Jak wielką moc posiada szatan nad człowiekiem, najlepiej świadczą fakty, tak częstych przed przyjściem na świat Chrystusa, opętań.

Szatan zna doskonale wszystkie słabe strony człowieka, dlatego wie, gdzie uderzać. Jako duch jest on od człowieka o wiele potężniejszy. Walka z nim jest nierówna. Jednak przy człowieku jest ktoś potężniejszy od piekła, bo Bóg wszechmocny.

Dzieje ludzkości zaczynają się od spotkaniem pierwszych ludzi z szatanem. Już przy tym pierwszym zetknięciu szatan występuje z pokusą do złego (Rdz. 3).

Pokusą zaczyna się także Nowy Testament. Skoro Jezus Chrystus miał być wypełnieniem figury Adama, to musiał i On przejść pokusę, spotkać się oko w oko z czartem. To wydarzenie opisują wszyscy trzej synoptycy (Mt. 4; Mk. 1; Łk 4).

Zdaniem moralistów pokusy diabelskie odznaczają się specjalną gwałtownością, są nagłe, niespodziewane i nie wywołane przez nikogo innego. Gdy chodzi o ogół ludzi, to szatan posługuje się normalnymi pokusami, a nie bezpośrednią walką.

Świat. Chodzi tutaj o złych ludzi, zepsutych, wrogich Bogu, i o wszystkie środki, którymi się oni posługują dla szerzenia zła.

O tym świecie mówił Pan Jezus i przestrzegał: „Jeśli was świat nienawidzi, wiedzcie, że mnie znienawidził e niż was. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby, co jest jego, ale skoro nie jesteście ze świata, bo ja was ze świata wybrałem, dlatego was świat znienawidził” (J. 15,18 – 19).

Przed tym światem przestrzegają i Apostołowie: „Cudzołożnicy, czyż nie wiecie, że przyjaźń tego świata wroga jest Bogu” (Jk. 4,4).

„Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie masz w nim miłości Ojca. Albowiem wszystko, co jest na świecie: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha żywota nie pochodzą od Ojca, ale ze świata. A przemija świat i pożądliwość jego” (1 J. 2,15 -17).

Własna nasza grzeszna, ludzka natura. Ona obok świata stanowi najczęstszą i najtrudniejszą do zwalczenia pokusę.

Ileż w nas zła, ile w każdym człowieku złych skłonności, ile namiętności, a jakże słabą jest skażona nasza wola, jak łatwo zaślepia się rozum. Cóż dopiero mówić o pożądliwościach ciała.

Dużo racji miał Pascal pisząc: „Cóż za monstrum jest tedy człowiek? Cóż za osobliwość, co za potwór; co za chaos, co za zbieg sprzeczności cóż za dziw. Sędzia wszechrzeczy – bezrozumny robak ziemi; piastun prawdy – zlew niepewności i błędu; chluba – i zakała wszechświata. Kto rozplącze ten zamęt?” (Myśli).

Święty Jakub pisze wprost: „Lecz każdego kusi pociąg i przynęta pożądliwości” (Jk. 1,14).

Na bunt własnego ciała skarży się Apostoł narodów: „Wiemy bowiem, że Zakon jest duchowy, ja zaś jestem cielesny i zaprzedany grzechowi. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię. Bo nie to czynię, co zamierzam dobrego, lecz czynię to, co znienawidziłem jako złe…” (Rz. 7,14 – 25)).   

„Niechże tedy nie panuje grzech w śmiertelnym ciele waszym, abyście mieli być posłuszni pożądliwościom jego”. (Rz. 6,12).              

Pokusy a złe pożądania i myśli

Jak myśl jest źródłem złego czynu, tak pokusa jest najczęstszą przyczyną złych myśli. Pokusa bowiem to bodziec, to jakby uderzenie  zła w człowieka. Reakcją na pokusę jest albo walka, i wtedy mamy zwycięstwo i zasługę, albo uległość, która objawia się w złej myśli i w złym pożądaniu, by w następstwie iść dalej jako zły czyn.

Zatem stanowczo należy stwierdzić, że pokusa to nie to samo, co zła myśl. Zła myśl jest następstwem pokusy, reakcją, przyjęciem jej. Wiele osób trapi się niepotrzebnie, bo same pokusy uważa za grzech.  

Rozbiór aktu psychologicznego myśli grzesznej i moralnie poczytalnej jest taki: najpierw uderza pokusa, którą człowiek odczuwa jako bodziec do złego; często budzi się równocześnie myśl – zły zamiar; połączone to bywa zwykle z pewnym zadowoleniem i poruszeniem uczuciowym. Następuje spięcie, krótka walka, obrona ze strony człowieka, którą nazywamy odruchem sumienia. Wszystkie te czynności nazwiemy jeszcze pokusą. Dopiero później następuje świadome zezwolenie woli, pełne, i zły plan.  W ostatnim stadium, gdy rozum i wola ludzka aktywnie, formalnie opowiedzą się za pokusą, mamy do czynienia ze świadomym grzechem, a co za tym idzie, z winą i odpowiedzialnością za winę. Moraliści rozróżniają wyraźnie trzy etapy na drodze przejścia z pokusy do winy:

Podpuszczenie (sugestio), czyli pierwszy bodziec, pierwsze uderzenie zła w nas. Momentalnie ogniem pokusy ogarnięte są zmysły zewnętrzne i wewnętrzne (pamięć i wyobraźnia).

Upodobanie (delectatio). Jest to reakcja niższej części duszy, jakby instynktowna inklinacja zepsutej natury ludzkiej do zła. Trafnie to charakteryzuje św. Paweł, że „Ciało… pożąda przeciw duchowi” (Gal. 5,17).             

Jednak po pierwszej reakcji następuje jakby otrzeźwienie, zastanowienie, do głosu dochodzi sumienie: czy czyn ten jednak jest zgodny z prawem Bożym? Czy wolno go uczynić?

W konsekwencji następuje zderzenie, walka, i wtedy najczęściej zwycięża duch, albo wola ulegnie i daje zezwolenie, a wtedy następuje grzech.       

Po czym można poznać, że jeszcze nie nastąpiło zupełne poddanie się i zezwolenie woli na zło? To problem, który najwięcej niepokoi dusze delikatne. Była walka, było nawet i pewne zadowolenie, pożądliwość, chęć, ale czy był grzech? a  zwłaszcza czy był już grzech ciężki?       

Oto wskazówki, które dopomogą rozeznać, kiedy może być mowa o złych myślach zupełnie świadomych i dobrowolnych.

Oznaki zupełnego przyzwolenia woli:

Jak długo jeszcze walczymy, tak długo możemy mówić, że nie było pełnej zgody woli na zło. Sama walka o tym świadczy. Dopóki człowiek się broni, ma zawsze szanse wolności; gdy się poddaje, jest już w niewoli wroga.

Jeżeli w czasie walki odczuwamy niesmak, smutek, może nawet gorycz, to jest znak oczywisty, że nie było przyzwolenia woli, choćby pokusy były najwstrętniejsze.

Święta Katarzyna Sieneńska doznała pewnego dnia bardzo ciężkiej pokusy przeciwko czystości. Sam Pan Jezus ją pocieszył: „Powiedz mi, czy te brudne myśli sprawiły ci przyjemność?” Na to święta: „Największą gorycz i smutek”. Wtedy Pan Jezus pocieszył ją, że te przykrości były dla niej wielką zasługą i wielkim zyskiem.

Jeżeli pokusa jest zawiniona w przyczynie, np. umyślne pójście w niebezpieczne miejsce, czytanie niepokojących książek, szukanie nieodpowiedniego towarzystwa, to już wina leży po naszej stronie. Gdy przyjdzie burza, to trudno powiedzieć, że jest się niewinnym.

Pismo św. napomina: „Serce zatwardziałe w złu na końcu dozna klęski, a miłujący niebezpieczeństwo w nim zginie”  (Syr. 3,26).

Dlatego Pan Jezus zaleca: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie popadli w pokuszenie” (Mt. 26,41).  

Grzechem lekkim będzie, gdy zaraz nie odrzucamy pokusy, ale z nią lekkomyślnie igramy, gdy się wahamy.

Jak należy zachować się w czasie pokusy?     

Gdy uderzają w nas pokusy i wywołują złe myśli, należy unikać z jednej strony zbytniej bojaźni i niepokoju, l też i zbytniej pewności siebie. Św. Piotr zapewniał Jezusa buńczucznie: „Choćby wszyscy zwątpili, ale nie ja” (Mk 14,29). A jednak tak szybko haniebnie upadł.

Z tego powodu św. Paweł napomina: „Przeto, kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł” (1 Kor. 10,12). Człowiek pokorny nie tak łatwo będzie narażał się na niebezpieczeństwo. Potrafi też w porę uciec, znając swoją słabość i nie chcąc jej wystawiać na próbę.

Trzeba pamiętać, że nad nami jest Bóg: „Jeśli Bóg jest z nami, któż przeciwko nam?” (Rz. 8,30). Z pomocą także jest  gotowa zawsze spieszy nam Matka Boża, Święci Pańscy oraz Anioł Stróż.

Należy zwrócić uwagę na korzyści, jakie możemy odnieść ze zwycięstwa nad pokusami. Nagrodą zwycięzców Bożych jest niebo: „Radujcie się i weselcie, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie” (Mt. 5,12).

Pan Bóg nie dopuszcza więcej pokus, niż każdy może znieść. Oto, co pisze św. Paweł: „Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże wam sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor. 10,13).

Najważniejsza jest natychmiastowa reakcja, obrona, walka. Wróg napada nagle i zdradliwie. Biada temu, kogo zaskoczy i obezwładni. Wtedy obrona jest beznadziejna. Kto na pokusę reaguje natychmiast; kto zaraz serdecznie się modli i zajmie pracą lub skuteczną rozrywką, temu szatan nic nie zrobi. Zaskakującego z nagła wroga można zwyciężyć tylko jednym: czujnością i natychmiastową obroną. To go odstrasza.

Korzyści z pokus

Pokusy mają swoje niebezpieczeństwa. Jednakże mają także swoje dodatnie strony. Pokusa to walka. Wódz cieszy się, gdy widzi swoich żołnierzy walczących za jego sprawę i pod jego sztandarami. Sam Jezus Chrystus zapowiada walkę: „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt. 10,34).

Pokusa jest sprawdzianem miłości Boga w nas. Nie sztuka kochać Pana Boga i służyć Mu, gdy nam się dobrze powodzi, gdy nas to nic nie kosztuje. Wierność najlepiej ujawnia się w naszym zachowaniu wobec wroga, wobec jego zdradzieckich pokus, przynęt i obietnic.

W pokusach wyrastają także inne cnoty: np. wiara, pamięć na obecność Bożą i na prawdy wieczne odstrasza nas od grzechu; podobnie i nadzieja, która św. Pawłowi podyktowała te znamienne słowa: „W dobrych zawodach wystąpiłem, big ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego” (2 Tm 4,7 8).

Pomnaża się męstwo, cierpliwość, stałość, ofiara, wyrzeczenie, silna wola, karność, posłuszeństwo, itp.

Dlatego i św. Jakub pisze: „Błogosławiony człowiek, który zniesie pokusę, bo utwierdziwszy się otrzyma wieniec żywota, który obiecał Bóg tym, którzy Go miłują” (Jk 1,12).

 

Katecheza 43: Przykazanie VIII – Dobre imię bliźniego

 Przez dobre imię rozumiemy prawo każdej osoby do dobrego o niej sądu u innych ludzi, a przez to do oddawania jej należne czci. Pierwszym tytułem do dobrego imienia jest sama godność ludzka, którą posiada każda osoba. Tę godność wysławia Psalmista: „Czym jest człowiek że o nim pamiętasz, i  czym  syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś. Obdarzyłeś go władzą na dziełami rąk Twoich” (Ps. 8, 5 – 7).

Wśród wszystkich istot na ziemi człowiek ma największe prawo do czci. Do tego dochodzą zasługi osobiste, dodatkowe, specjalne, na które sobie każdy zasługuje. Dodać też należy różne cnoty, uzdolnienia, stanowisko i dokonane dzieła, zasługi wobec społeczeństwa. To wszystko powiększ tytuły do czci. Często łączymy słowa cześć i honor. Są to jednak pojęcia same w sobie różna. Honor bowiem to tytuł do czci, a dobre imię to jego owoc.

Wartość dobrego imienia.

Biblia na wielu miejscach wychwala dobre imię i stawia je w rzędzie dóbr najwyższych.

„Lepsze jest imię dobre niż wielkie bogactwa”  (Prz. 22,1). Większe znaczenie ma chwała, którą nie sam człowiek sobie oddaje ani nawet , którą szuka u ludzi, ale ta, którą ma u Boga.

Z tego powodu Apostoł narodów napomina: „A kto się chlubi, niech się chlubi w Panu. Nie ten bowiem, kto zaleca samego siebie, wart jest uznania, ale ten, kogo Bóg zaleca” (2 Kor. 10,17).

Taką chwałą szczycił się Jezus Chrystus, kiedy do swoich wrogów mówił: „Ja nie szukam własnej chwały, ale jest ktoś, który szuka i sądzi… Jeżeli ja sam siebie chwalę, chwał moja jest niczym. Jednak jest Ojciec mój, który mnie uwielbia i o którym wy powiadacie, że jest bogiem waszym” (J 8,50. 54).

Pozbawienie kogoś czci prawnej (infamia) należy do najcięższych kar moralnych, jakie na przestępców nakłada społeczność kościelna i państwowa. Infamia polega na pewnego rodzaju publicznym napiętnowaniu przestępcy za jakiś wyjątkowy grzech zewnętrzny, przestępstwo karalne. Społeczność ma prawo w pewnych wypadkach szkodników i gorszycieli publicznie napiętnować, aby innych odstraszyć od występków, a winowajcom dać odczuć ciężar popełnionego grzechu i wyrządzonego zła. W takich wypadkach winowajca nie może mieć pretensji, iż mu się dobrą cześć odbiera, gdyż on już tej dobrej czci nie ma u społeczności; sam ją sobie w opinii ludzkiej odebrał. Bardzo często z odebraniem komuś prawa do czci publicznej łączą się również inne następstwa, np. zakaz brania udziału w urzędach, wyborach czy, gdy chodzi o infamię kościelną, zakaz sprawowania funkcji prawnych i urzędów kościelnych.

Od dobrej sławy, która każdemu człowiekowi się należy, odróżnić trzeba miłość własną i złą sławę, czyli taką, która się jednostce nie należy, a którą sobie przywłaszcza, której się domaga niesłusznie od otoczenia. Miłość własna polega na tym, że człowiek żąda czci nieproporcjonalnej do swoich godności i zasług.

Infamia jako kara kościelna

Słowo łacińskie „infamia” oznacza po polsku tyle, co : niesława, zniesławienie.

Zwyczaj piętnowania pewnych przestępstw Kościół przejął z prawa rzymskiego, które przez długi czas było podstawą dla ustawodawstwa kanonicznego (kościelnego). Zresztą i dzisiaj kodeksy praw większości państw wzorują się na prawie rzymskim. Prawo rzymskie przez dobre imię rozumiało stan nie obrażonej, czyli nie tkniętej godności, oparty na nienagannym postępowaniu, a uznany oraz potwierdzony przez ustawę.  Przez infamię natomiast rozumiano zawsze opinię ujemną o danej osobie, utratę czci i szacunku jednostki wobec innych.

Prawo kościelne idąc za dawnym prawem rzymskim odróżnia infamię faktyczną od infamii prawnej.

Infamia faktyczna to utrata dobrego imienia i prawa do czci u ludzi uczciwych i poważnych z powodu złych czynów. Z tego powodu ludzi dotkniętych tego typu infamią Prawo Kanoniczne nie dopuszcza do święceń kapłańskich, do godności i urzędów kościelnych, jak i do spełniania jakichkolwiek czynności w kościele. Byłoby to zgorszeniem dla wiernych, gdyby publicznego gorszyciela i grzesznika widzieli przy ołtarzu, przy czynnościach świętych lub na urzędzie. Jednak z tego powodu, że jednak w życiu ludzkim często wielką rolę odgrywa zazdrość, zawiść, nienawiść i intryga albo po prostu błędna informacja i pomyłka, dlatego tylko biskup diecezjalny ma prawo stwierdzić, kto podlega infamii faktycznej.

Infamia prawna zachodzi wtedy, gdy prawo kościelne powszechne, a nie partykularne, piętnuje kogoś na czci za przestępstwo w prawie ściśle określone. Spada ona automatycznie wtedy, gdy popełniony został występek, na który prawo nakłada infamię albo gdy wyrok sądu kościelnego ogłosi, iż ktoś wpadł w infamię.

Grzechy przeciwko dobrej sławie i czci bliźniego

Grzechów, które szkodzą dobrej sławie i czci bliźniego, jest bardzo wiele. Właściwie każdy grzech, który bliźniego poniża i rozdrażnia, który wyrządza mu szkodę, godzi w dobre imię bliźniego, ma także źródło w tym, że za mało mamy poczucia godności bliźniego. Gdyby ludzie szanowali się wzajemnie, nie wyrządzaliby sobie nigdy tylu krzywd.

Wśród listy grzechów są jednak takie, które specjalnie godzą w dobre imię i cześć bliźniego.

Niesłuszne podejrzenie i posądzenie. Niesłusznym posądzeniem grzeszy ten, kto bez dostatecznych powodów źle myśli o bliźnim. Istnieją również podejrzenia słuszne, kiedy ktoś ma dane i poszlaki albo kiedy ma obowiązek szukać przestępcy. Kiedy zatem mamy do czynienia z niesłusznym podejrzeniem? Gdy podejrzewamy bliźniego o zło wtedy, gdy nie mamy obowiązku badać i szukać przestępcy; gdy podejrzewamy go, nie mając do tego poważnych powodów. Im chodzi o większą i poważniejszą rzecz, tym większą należy zachować ostrożność w podejrzewaniu. Urabiać w sobie pewność tylko na podstawie przypuszczeń i pozorów jest nieuczciwością. Łatwo można wyrządzić bliźniemu krzywdę. Niestety, są osoby z natury swojej i z usposobienia nieufne i podejrzliwe.

Gorzej jest, gdy się te podejrzenia ujawnia. Człowiek, który nie ufa innym, sam się męczy i zadręcza innych. Nie ufając bowiem otoczeniu, sam musi brać wiele rzeczy na siebie. Podejrzliwość jest szczególnie niebezpieczną wadą u przełożonych. Muszą oni darzyć swoich podwładnych zaufaniem. Należy podwładnym zostawić pewną samodzielność. Znając jednak ułomność ludzką, przełożony będzie na tyle czujny, by mieć wszystko pod ogólnym nadzorem i kontrolą. Kto by chciał bezgranicznie i naiwnie zaufać podwładnym, nie licząc się ze słabością natury ludzkiej, gorzko musiałby się rozczarować. Kto jednak jest nieufny, ten sam sobie i drugim życie czyni nieznośnym.

Grzechem jeszcze bardziej niebezpiecznym jest posądzanie, bo przy posądzaniu człowiek urabia sobie pewność o winie bliźniego; co więcej, tę pewność wypowiada wobec innych, dzieli się nią. Jak łatwo z posądzenia wejść w oczernianie bliźniego. Bo jeżeli przypuszczenie okaże się fałszywe?

Pismo św. bardzo surowo chłoszcze zbyt pochopne, a krzywdzące sądy o drugich: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem będzie sądzić, takim was osądzą; jaką marą mierzyć będziecie, taką odmierzą wam” (Mt. 7,1 – 2).

Św. Paweł niemniej ostro napomina: „przeto każdy z was z samego siebie zda sprawę Panu. Tedy więcej już nie sądźmy jedni drugich” (Rz. 14, 12 – 13). „Przeto od winy wymówić się nie możesz, wszelki człowiecze, który innych sądzisz. Albowiem w czym drugich sądzisz, siebie samego potępiasz” (Rz. 2,1 -2). „Przeto nie sądźcie przed czasem, aż przyjdzie Pan, który ujawni to, co się kryje w ciemności i objawi zamysły serc’ (1 Kor. 4,5).

Posądzenia wyrządzają wielką krzywdę bliźniemu. Mamy na to bardzo wiele przykładów w Piśmie św.:

Uczniowie Jezusa na widok ślepego od urodzenia pytają wprost: „nauczycielu, kto zgrzeszył, on czy jego rodzice, że się ślepym narodził?” ( J 9, 1 – 30).

Pan Jezus sam stwierdza z goryczą, jak krzywdzące sądy o Nim wydawano: „Do czegóż mam przyrównać to plemię?... Albowiem przyszedł Jan, który nie jadł ani nie pił, a ci mówią: czarta Ma. I przyszedł Syn Człowieczy jedząc i pijąc, i mówią: oto żarłok i opój” (Mt. 11,16 – 19).

Na widok cudu Apostołów, mówiących różnymi językami, nawraca się około 3 tys. ludzi, ale są i tacy, którzy złośliwie twierdzą: „Opili się młodym winem” (Dz. 2,13).

Na widok jadowitej żmii, która uczepiła się ręki św. Pawła, mieszkańcy Malty zaraz wydali sąd: „Z pewnością człowiek ten jest mordercą, bo chociaż cało uszedł z morza, pomsta żyć mu nie dozwala” (Dz. 28,4).

Jakiej więc trzeba ostrożności, gdy mamy wydawać sąd o innych, a szczególnie sąd ujemny.

Obmowa. Obmawia ten, kto wyjawia bez potrzeby błędy bliźniego. Istnieją wypadki, w których można, a nawet jest obowiązkiem wyjawić cudze błędy. Grzech będzie wtedy, gdy źle mówimy o innych bez potrzeby. Grzechy bliźniego mogą być prawdziwe, ale nikt nie ma prawa zajmować się cudzymi grzechami. W przypadku, gdyby ktoś mówił o nieprawdziwych grzechach bliźnich, to nie byłaby to obmowa, ale oszczerstwo. Niektórzy twierdzą, iż do obmowy muszą być grzechy ukryte. Jednak wydaję się, że materiałem do obmowy mogą być także grzechy jawne.

 W czym więc leży właściwe niebezpieczeństwo i złość obmowy, jeżeli mówimy o bliźnim rzeczy prawdziwe, a nawet jawne?

Odpowiedź daje nam św. Hieronim: „rzadko znajdziesz kogoś, kto by nie był gotów ganić postępowania bliźniego”. Oto więc pierwsze niebezpieczeństwo grzechu obmowy: że należy on do grzechów powszechnych; że popełniają go ludzie nawet zacni i religijni. Wystarczy posłuchać rozmów, jakie ludzie prowadzą ze sobą. Kiedy brakuje tematów do rozmowy, najchętniej ofiaruje swoje usługi obmowa: ośmiesza się wtedy słabości innych.

Św. Jan Chryzostom podaje jeszcze inną rację zła obmowy: nieszlachetność. Oto co p[isze: „Hańba to i szkarada włazić do cudzego domu i przetrząsać tam wszystko; lecz jeszcze większą bezczelnością jest węszyć każdy krok i sposób bycia bliźniego”.

Wreszcie trzecie niebezpieczeństwo obmowy: jakże łatwo w niej o plotki i oszczerstwa. Wystarczy, że: wiadomość jest niepotwierdzona, ktoś się pomylił, źle usłyszał, zrozumiał i już jeden krok do oszczerstwa. W gruncie rzeczy obmówca nie zawsze może sprawdzić, czy prawdą jest to, co mówi. Jednak jemu wcale o to nie chodzi. On wszędzie szuka tylko sensacji. Ten sam człowiek, który tak chętnie obmawia innych, oburza się, gdy słyszy, iż jest przedmiotem obmowy. A ileż zła, ileż nieporozumień i kłótni sprawiła obmowa.

Jednak są wypadki, w których wolno, a nawet jest obowiązkiem wyjawić błędy bliźniego.

Nie ma grzechu, jeżeli wyjawienie czyichś błędów jest proporcjonalnie ważne do zła, którego się uniknie albo do osiągnięcia dobra. Dla przykładu: wolno przełożonemu powiedzieć o błędach bliźniego, aby go upomniał; wolno przestrzec kogoś przed złodziejem i oszustem, narzeczoną przed pijaństwem czy rozpustą narzeczonego.

W pewnych przypadkach obowiązkiem jest donieść przełożonym, gdy chodzi o wielkie nadużycia albo o zgorszenia. Nie będzie to wtedy donosicielstwo, ale obrona przed złem.

Czasem, gdy zło jest publiczne i wszystkim wiadome, obowiązkiem przełożonego będzie zgromić winowajców i winnych ukarać. W takim wypadku zło musi się spotkać z publiczną dezaprobatą i potępieniem, aby winni czuli się wobec opinii publicznej skompromitowani. Gdyby zasadą było, że nie wolno nigdy mówić o błędach bliźniego, zło szerzyłoby się bezczelnie i niekaralnie.

Plotka. Autorzy najczęściej identyfikują plotkę z obmową. Obmowa ma jednak o wiele węższy zakres, bo obejmuje tylko przywary i błędy ludzkie. Natomiast plota zajmuje się wszelką sensacją o bliźnim: wszystkim, co może budzić ciekawość.

Plotka, podobnie jak obmowa, jest zjawiskiem powszechnym.

Jednak zło plotek jest jeszcze i w tym, że do każdej plotki dołącza się posmak sensacji. Jeżeli plotka ma zaciekawić słuchacza, jeżeli ma się podobać, to musi mieć w sobie coś z niezwykłości. Dlatego plotkarz często jest blagierem, pozór bierze za prawdę. Jakże łatwo usłyszaną wiadomość zmienić lub wyolbrzymić. Ile z tego powodu powstaje nieporozumień, ile krzywdy wyrządza się bliźnim.

Oszczerstwo. Jeśli w tym miejscu znowu piszemy o tym grzechu, to jedynie z tego powodu, aby zaznaczyć, że oszczerstwo nie tylko godzi w prawdę, ale także bardzo często w dobre imię bliźniego. Przez oszczerstwo rozumiemy bowiem mówienie o kimś nieprawdy, zarzucanie komuś zła, którego nie popełnił. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że istnieje obowiązek restytucji dobrej sławy, naruszonej przez niesprawiedliwe zniesławienie. Nakazuje to obowiązek sprawiedliwości. Jeżeli ktoś naruszył dobre imię bliźniego w rzeczy ważnej, to ma obowiązek naprawić zło pod grzechem ciężkim. Kto by jednak rozgłosił coś złego o bliźnim w dobrej wierze i w przekonaniu, że tak było istotnie, ten prawdopodobnie nie jest obowiązany do odwołania plotki na mocy sprawiedliwości. Jest jednak zobowiązany do odwołania ma mocy cnoty miłości. Najlepiej jest mieć jako zasadę: o nikim źle nie mówić i nie zajmować się sprawami bliźnich, które do nas nie należą. Lepiej jest być samarytaninem i opatrywać rany bliźniego, niż je rozdzierać i krwawić. Gdy nam się wyrwie złe słowo o bliźnim, dobrze jest wynagrodzić wyrządzoną krzywdę, wypowiedzianym dobrym o nim sądem. Nie ma człowieka, który by nie posiadał i wielu zalet. Te więc wyciągajmy na wierzch. Gdyby ktoś przez nasze zniesławienie poniósł szkodę materialną, to należy mu tę szkodę wynagrodzić.

Obelga i przezwisko. Obelga, czyli zniewaga, jest najczęstszym grzechem przeciwko czci bliźniego. Przez obelgę rozumiemy niesprawiedliwe zniesławienie osoby obecnej, czyli brutalne obejście się z nią.

Najczęściej znieważa się osoby drugie słowami, obrzucając je obrzydliwymi nieraz przezwiskami. Mówimy wtedy, że ktoś lży bliźniego.

Czasem obelga jest pośrednia, np. gdy poniewieramy rzeczy, które są dla kogoś święte. I tak za obelgę uważa się znieważenie sztandaru, fotografii, itp. Tego bowiem rodzaju zniewagi dotykają najświętszych uczuć bliźniego, a zatem pośrednio godzą w jego osobę. Obelga sama w sobie jest grzechem ciężkim, chyba że będzie zasłużoną jako napiętnowanie występku. Sam Jezus lżył swoich wrogów w bardzo surowych słowach: „obłudnicy”, „ ślepi przewodnicy”, „głupi i ślepi”, „plemię żmijowe”, „groby pobielane” (por. Mt. 23). A jednak i tak surowe słowa nie pomogły do opamiętania się zatwardziałych.

Gdy św. Pawła arcykapłan kazał bić po twarzy, on pełen gniewu zawoła: „Uderzy cię Bóg, ściano pobielana!” Kiedy jednak otaczający zwrócili uwagę Apostołowi, że przecież to jest arcykapłan, św. Paweł natychmiast go przeprosił: „Nie wiedziałem, bracia, że to najwyższy kapłan. Napisane jest bowiem: Księciu ludu twego złorzeczyć nie będziesz!” (Dz. 23,2 – 5).

Winę obelgi może zmniejszyć nieświadomość. Są jednak ludzie tak gwałtownego temperamentu, o nerwach nadszarpniętych, że w jednej chwili wybuchają niepohamowanym gniewem i wtedy wyrzucają słowa lub popełniają czyny, których nigdy by nie popełnili na trzeźwo. Również to należy wziąć pod uwagę, kto wypowiada brutalne słowa. Wiadomo bowiem, iż prostak lubi się posługiwać niewybrednym językiem.

Przezwisko jest to słowna obelga. Jeżeli przezwisko jest wypowiedziane świadomie w charakterze bardzo obelżywym, a może nawet połączone z klątwą, jest ono grzechem ciężkim. Przezwiska poprzedzają każdą sprzeczkę. Klasyczym przykładem jest dialog Goliata z Dawidem przed pojedynkiem (1 Krl. 17). Król Moabu, Balak wezwał wieszczka Balaama po to, aby złorzeczył Izraelitom, którzy wtedy szli do Ziemi Obiecanej: „Złorzecz temu ludowi” (Lb 22,6).

Szyderstwo i dokuczanie. Dowcip jest wielką zaletą. Świadczy o pogodzie ducha i wysokiej inteligencji danego człowieka. W towarzystwie człowiek pełen humoru jest nieoceniony. Kawały i różne dowcipy stanowią najlepszą zabawę w życiu towarzyskim. Młodzież niejednokrotnie stwierdziła, że najwięcej lubi profesorów i wychowawców, którzy odznaczają się poczuciem humoru.

W towarzystwie wolno zabawiać się także kosztem drugich. Jednak musi to być zabawa kulturalna i z należytym umiarem. Skoro żart rani bliźniego i zasmuca go, choćby był niewinny, nie jest żartem na miejscu. A niestety, jakże często dowcip przechodzi w dokuczanie. Dokuczający potrafi nawet posunąć się do okrucieństwa, delektując się moralnymi cierpieniami ofiary i świadomie cierpienia przedłużając, ciesząc się z jego bezsilności.

Istnieje jeszcze inna forma dokuczania, a jest nią nieustanne gderanie, mruczenie, okazywanie niezadowolenia i niechęci.

Szyderstwo jest to specjalny rodzaj dokuczania. Przy dokuczaniu znaleźć można jeszcze trochę humoru; dowcipkuje się bowiem po to, aby wywołać wesoły nastrój. Natomiast przy szyderstwie jest sama zła wola: z niechęci, z nienawiści albo z zazdrości do bliźniego. Szyderstwo jest zajadliwe i trujące, i jako takie jest zawsze grzechem ciężkim, chyba że jest zbyt mała materia. Dziwna rzecz, iż wszyscy, którzy tak chętnie lubią brać innych za przedmiot swoich dowcipów i szyderstwa, sami są często niezwykle uwrażliwieni i obrażają się o byle słówko mniej grzeczne skierowane pod ich adresem. Uczuleni są na dobre imię i na własną dobrą cześć, ale nie mają skrupułów, gdy szarpią cześć bliźniego.

Krytyka i szemranie. Jest to specjalny rodzaj grzechu, naruszający cześć bliźniego. Zwykle mówi się o nim bardzo rzadko, najwyżej przy cnocie miłości. A jednak jego miejsce jest właśnie tutaj, przy VIII Przykazaniu.

Krytyka i szemranie zwraca swoje ostrze głównie przeciwko przełożonym i podrywa ich autorytet. Dlatego są to grzechy wyjątkowo niebezpieczne, gdy chodzi o społeczność.

Sama w sobie krytyka jest rzeczą dobrą i pożądaną. Nie ma ludzi nieomylnych. Ileż błędów popełnia każdy człowiek. Im wyższy urząd, tym łatwiej o błąd i tym błąd jest szkodliwszy. Błędy przełożonych są łatwo zauważalne, a są dlatego tak ciężkie, że w swoich skutkach padają na podwładnych.

Zatem nie dziwi nas to, że krytyka budzi się u nich samoistnie jako odruch niezadowolenia. Zdrowa krytyka jest wielkim dobrodziejstwem, bo wytyka błędy, zaradza szkodom i podaje środki, które mogą je usunąć. Zatem sama w sobie krytyka jest czymś pozytywnym i budującym. Z tej racji żadne państwo, dbające o swoją trwałość, nie boi się krytyki i o nią się dopomina. Dławienie krytyki byłoby zgubą dla państwa, bo narażałoby je na błędy i na szkody.

Jednak krytyka nie może być bezmyślna i destrukcyjna. Nie może we wszystkich rozporządzeniach przełożonych dopatrywać się samego zła. Podwładni nie są wtajemniczani we wszystkie arkana, które są podstawą wydawanych rozporządzeń. Dlatego nie powinni uprzedzać się do nich bez poważnych racji. Krytyka staje się z reguły krzywdzącą i niesprawiedliwą, gdy chodzi o osoby uprzedzone i pełne nienawiści. Kto ma do swoich przełożonych niechęć, ten zawsze i każde ich rozporządzenie potępi.

Istnieje jeszcze inna krytyka, która dotyczy rówieśników: współkolegów, współsąsiadów, współpracowników. Są umysły tak dalece niespokojne, iż nie darują nikomu, nawet najpoczciwszemu człowiekowi. Pewnie, że krytykować jest łatwo i wygodnie, choć samemu nieraz zasługuje się na o wiele surowszą krytykę.

Krytyka w tym znaczeniu jest zawsze amoralna zaufanie do bliźnich o podrywa powagę władzy.

Jeżeli krytyka ma czasem prawo bytu, to szemranie jest zawsze rozumiane w znaczeniu negatywnym. Szemrze ten, kto krytykuje skrycie. Krytyka szemrzącego nie wnosi żadnych wartości, a jest to cichy opór i bunt przeciwko prawowitej władzy.

Najlepszej ilustracji, jak wielkim złem jest szemranie, dostarczają nam dzieje Mojżesza. Nad Morzem Czerwonym, na widok wojsk egipskich, Żydzi szemrzą ( Wj. 14,10 – 14).

W szemraniu trzej przywódcy spisku doprowadzają do otwartego buntu (Lb 16).

Kiedy Izraelici zaczęli szemrać, bo nawet manna im się znudziła, wtedy Bóg zesłał na nich jadowite węże (Lb 24,4 – 9).`

W tych przykładach dostrzegamy, jak szemranie jest krzywdzące i niebezpieczne oraz jakie przynosi skutki. Szemranie zatem możemy określić jako potajemną, a złośliwą krytykę przełożonych i ich poczynań.

Język

Dobrodziejstwa ludzkiej mowy. Mowa ludzka należy do największych darów Bożych. Pismo św. już w pierwszych rozdziałach, gdy mówi o pierwszych rodzicach, podaje także wiadomość, że ludzi posługiwali się mową: „Utworzywszy tedy Pan Bóg z ziemi wszelkie zwierzęta ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne, przywiódł je Bóg do Adama, aby zobaczyć, jak je nazwie… I nazwał Adam imionami ich wszystkie zwierzęta” (Rdz. 3).

Została również przekazana rozmowa Ewy z szatanem w raju (Rdz 3).

Biblia w wielu miejscach wychwala dar mowy:

„Język prawego jest srebrem wybornym” (Prz. 10,20).

„Usta sprawiedliwego zrodzą mądrość” (Prz. 10,31).

„Język mądrych daje zdrowie” (Prz. 12,18).

„Język łagodny drzewem żywota” (Prz. 15,4).

Ileż dobrego można uczynić mową wśród ludzi, podaje nam Księga Syracha: „Miła mowa pomnaża przyjaciół, a język uprzejmy pomnaża miłe pozdrowienia’ (Mdr. 6,5). Jeżeli do tego dodamy, że swoim językiem i mową człowiek chwali Boga; że przez sakramentalne słowa kapłan udziela łaski w sakramentach św. oraz przeistacza Hostię; że słowem rozpowszechnia naukę Bożą, zmywa grzechy, wyprasza błogosławieństwo, to przyznamy, iż dar języka jest naprawdę wielkim darem dobroci Boga.

Najwięcej pochwał pod adresem mowy ludzkiej wygłosił św. Jakub Apostoł: „Jeśli ktoś w słowie nie uchybia, ten jest mężem doskonałym i może trzymać na wodzy całe ciało. A jeśli wkładamy koniom w pyski wędzidła, to całym  ciałem ich kierujemy. Oto i okrętami, choćby im wielkie i gwałtowne burze zagrażały, kieruje niewielki ster tam, dokąd zechce wola sternika. Tak i język małym wprawdzie jest członkiem, a wielkich rzeczy dokonywa” (Jk. 3,2 – 5).

Niebezpieczeństwa języka. A jednak co do mowy ludzkiej i tak chwalonego języka Biblia ma cały szereg zastrzeżeń, a nawet bardzo ostrych zwrotów: „Strzeż języka swego od złego, a usta twoje niech nie mówią zdradliwie (Ps. 33,13). „Śmierć i życie w mocy języka” )Prz. 18,21). „…język przewrotnych zginie” (Prz. 10,31). „…usta głupich kipią głupotą” (Prz. 15,2). „W mowie jest chwała i hańba człowieka, a język może sprowadzić jego upadek” (Syr. 5,13). „Nie sprzeczaj się z człowiekiem gadatliwym i nie dorzucaj drew do jego ognia” (Syr. 8,4). „Uderzenie rózgi wywołuje sińce, uderzenie języka łamie kości. Wielu padło od miecza, ale nie tylu, co od języka” (Syr. 28,17 -18).

Chrystus Pan gromił faryzeuszów: „Plemię żmijowe! Jakże możecie mówić co dobrego, gdy sami źli jesteście? Z obfitości serca mówią usta” (Mt. 12,34). „Nie plami człowieka to, co wchodzi do ust, ale to plami człowieka, co z ust wychodzi” (Mt. 15,11). „A powiadam wam, że z każdego słowa próżnego, które by ludzie wyrzekli, zdadzą sprawę w dzień sądu. Albowiem ze słów twoich będziesz usprawiedliwiony i ze słów twoich będziesz potępiony” (Mt. 12,37).

Jezus poucza nas o dwóch prawdach. Pierwsza to,  że słowa pochodzą z serca, czyli z duszy człowieka. Im lepszy jest człowiek, tym lepiej korzysta z daru mowy. I podobnie im gorszy jest człowiek, tym gorszych słów używa. Zatem mowa ludzka jest echem duszy dobrej lub złej. Druga prawda to przypomnienie, iż z każdego słowa będziemy sądzeni. Tymczasem wielu ludzi nie liczy się ze słowem, a grzechów języka nie uważa za wielkie zło.

Dzisiaj, kiedy pada tak wiele słów, kiedy słowo stało się tak tanie dzięki wynalazkowi druku i radiofonii, jakie zastraszające ono może szerzyć spustoszenie. Dlatego św. Jakub Apostoł w słowach niezmiernie silnych piętnuje niebezpieczeństwo grzechów języka. Jakże aktualne są jego słowa: „Oto jak niewielki ogień las podpala. I język jest ogniem, ogromem nieprawości. Pośród członków naszych jest i język, mogący skalać całe ciało i rozognić krąg naszego życia, sam będąc rozpalony przez piekło. Bo wszelki rodzaj zwierząt, ptaków, wężów i innych można poskromić, i człowiek je poskramia. Ale języka nikt z ludzi poskromić nie może.

Nie okiełznane to zło, pełne jadu śmiertelnego. Przezeń błogosławimy Boga i Ojca, i przezeń przeklinamy ludzi, stworzonych na podobieństwo Boże. Z tych samych ust pochodzi i błogosławieństwo i przekleństwo. Nie powinno tak się dziać, bracia moi. Czyż źródło z tego samego otworu słodką i gorzką wodę daje? Czyż drzewo figowe, bracia moi,  może rodzić winne jagody albo winna latorośl figi?

Podobnie też i słone źródło nie wydaje słodkiej wody” (Jk. 3,6 – 12).

Panowanie nad językiem zawsze uważano za dowód wielkiej cnoty i doskonałości. Głośny filozof Pitagoras zażądał od swoich uczniów nieomal stałego milczenia. Milczenie zalecają wszyscy asceci. W niektórych klasztorach „silentium” jest zachowywane z największą surowością całe miesiące i lata. Tam, gdzie jest cisza, łatwiej o skupienie ducha i o zatopienie umysłu i serca w rzeczach Bożych. W hałasie człowiek jest podniecony i roztargniony. Daremnie Bóg do noiego przemawia, bo on nie słyszy.

„A jeśli ktoś mniema, że jest pobożnym, nie powściągając języka swego, lecz zwodząc serce soje, tego pobożność próżna jest” (Jk. 1,26). Nawet w modlitwie Jezus przestrzega przed wielością słów: A modląc się nie mówcie wiele, jak czynią to poganie, którzy mniemają, że dla wielomówstwa będą wysłuchani. Nie bądźcie tedy im podobni” (Mt. 6,7). Natomiast cisza i skupienie sprzyja każdej solidnej robocie. Jeżeli zwykła praca codzienna wymaga skupienia, to cóż dopiero praca duchowa.

Owocem milczenia jest jeszcze jedno dobro: człowiek unika wielu grzechów. Jeżeli bowiem człowiek wielomówny popełnia wiele zła, to człowiek małomówny od tego zła się uwalnia i nie obciąża swojego sumienia. Mniej surowy będzie sąd Boży, mniej też i kar po śmierci: „W wielomówności nie obejdzie się bez grzech” (Prz. 10,19). „Błogosławiony mąż, który nie potknął się w słowie ust swoich” (Syr. 14,1).

Kto panuje nad językiem, ten łatwo panuje i nad innymi namiętnościami. Ten potrafi zdobyć sobie należną karność i posłuch w niższych częściach swojej natury. Dlatego Pismo św. na wielu miejscach tak usilnie zaleca powściągliwość w mowie.

„Strzeż języka twego od złego, a usta twoje niech nie mówią zdradliwie” (Ps. 33,14).

„A niech każdy człowiek będzie skory do słuchania, a powolny do mówienia” (Jk. 1,19). „Któż da straż ustom moim, a pieczęć pewną na wargi moje, abym nie upadł przez nie, a język mój żeby mię nie zgubił” (Syr. 22,33).

 

Katecheza 42: Grzechy przeciwko VIII przykazaniu Bożemu: kłamstwa specjalne, obłuda, oszczerstwo, fałszywe świadectwo, zdrada tajemnicy (sekretu).

W kontynuacji naszych rozważań nad grzechami przeciwko VIII przykazaniu Bożemu musimy wyliczyć w dalszej kolejności następujące grzechy:

Kłamstwa specjalne, do których dołączają się specjalne okoliczności obciążające, np.: krzywoprzysięstwo, złamanie ślubu czy wiarołomstwo małżeńskie. Nie będziemy pisać o tych grzechach osobno, gdyż była o nich mowa przy II przykazaniu Bożym. Wypada jedynie o nich wspomnieć. Jest jasną rzeczą, że wzywanie Pana Boga na świadka jedynie po to, aby nam łatwiej uwierzono, by bliźnich łatwiej okłamać, jest  zawsze grzechem ciężkim. Tego rodzaju grzech nazywamy krzywoprzysięstwem lub fałszywą przysięgą. Także tego rodzaju grzech nazywamy wiarołomstwem. Jednak raczej tym terminem powinno się określać przysięgę obiecującą, przyrzekającą, ale fałszywą. Mielibyśmy zatem następujące najwłaściwsze nazwy: na przysięgę stwierdzającą, ale fałszywą krzywoprzysięstwo, fałszywa przysięga i na przysięgę obiecującą, lecz fałszywą – wiarołomstwo. Zatem wiarołomstwo jest to niedotrzymanie obietnicy popartej przysięgą. Przysięga obiecująca ma najwięcej podobieństwa do ślubu. Przedmiot oby tych czynności jest ten sam – obietnica, a tylko różna forma, bo przysięgę obiecującą pieczętujemy wezwaniem Boga na świadka, że przyrzeczenia dotrzymamy. Najczęściej używamy przy tego rodzaju przysięgach takich słów: „Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący i wszyscy święci” albo „W imię Trójcy Przenajświętszej”, czy „Borę sobie samego Boga na świadka”. Z kolei przy ślubie przyrzeczenie składamy w ręce Boga formułą inną niż poprzednie, np.: „Ślubuję Ci Boże”, „Przyrzekam Ci, Panie Boże”, itp.

O tym, że przysięga obiecująca jest bardzo silnie związana ze ślubem, najlepiej świadczy fakt, że przysięgę małżeńską nazywamy ślubem. Wiarołomstwo małżeńskie jest bardzo szkodliwe. Rozbija ono i rozsadza rodziny i społeczność.

Obłuda jest to „udawanie lepszego, niż się jest”. Jednakże jest to definicja tylko częściowa. Przez obłudę bowiem rozumiemy także fałszywe postępowanie wobec bliźnich, czyli udawanie wobec nich przyjaciół z chęcią szkodzenia im. O tego rodzaju obłudzie już była mowa przy podstępie. Jednakże i podana definicja nie jest ścisła. Każdy z nas bowiem stara się wyglądać w oczach bliźnich lepszym niż jest rzeczywiście. Jest to rzeczą naturalną. Obłudnik zaś ma złą wolę: on wcale nie chce ani nie usiłuje być lepszym, gdyż jest przekonany, iż jest dobry. On jedynie żąda dla siebie uznania i czci podobnie jak faryzeusze, udając dobrego byle go tylko chwalono. Z tego powodu Jezus gromił faryzeuszów, bo czynili dobrze tylko dla ludzkiej pochwały, a nie dlatego, aby być doskonałymi (Mt, 23)

Jeżeli Jezus tak bardzo chłostał obłudę, to z tego wynika, że musi ona być w oczach Boga czymś obrzydliwym, a dla ludzi niebezpiecznym. Nie ma grzechu, który by więcej wypaczał charakter, jak właśnie faryzeizm. Człowiek obłudny uważa siebie za doskonałego i z tego powodu żąda czci dla siebie. Dla niego cała doskonałość zasadza się jedynie na formułkach i zewnętrznych pozorach, które mogą mu zdobyć poklask. Natomiast w sercu taki człowiek jest pełen pychy, zazdrości, bezecnych myśli i czynów. Upojony pozorami cnoty, może jeszcze wymuszonymi pochwałami, nie tylko nie wzrasta w doskonałości, ale się wcale o nią nie troszczy. Stan duszy takiego człowieka przedstawia nam Jezus w przypowieści o faryzeuszu i celniku (Łk 18,9 – 14).Nawet wobec samego Boga faryzeusz pyszni się, gardzi innymi, którzy w jego mniemaniu są mniej doskonali. Obłudnik zapatrzony w siebie i zarozumiały, jest bezwzględny w krytyce i w potępianiu bliźnich, dlatego Jezus mówił o faryzeuszach: „Czemuż to widzisz źdźbło w oku twego brata, a belki w oku twoim nie widzisz?... Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę z oka twego, a wtedy przejrzysz, aby usunąć źdźbło z oka brata twego” (Mt 7,3 – 5). Obłudnik będzie czynił nawet najbardziej podłe rzeczy pod pozorem gorliwości o chwałę Bożą czy też dobra bliźnich. Kiedy faryzeusze z kapłanami żydowskimi postanowili wydać wyrok śmierci, to jeden z nich obłudnie tak to usprawiedliwił: „lepiej jest, aby jeden człowiek umarł za naród, niż aby cały naród miał zginąć” (J 11,50).

Musimy pamiętać o tym, że obłudę Biblia chłoszcze w bardzo wielu innych miejscach, chociaż nie ma potrzeby ich tu dokładnie wyliczać.

Oszczerstwo (kalumnia, potwarz) jest to nakłamanie na kogoś albo zarzucanie komuś zła, którego nie popełnił.  Deharbe daje takie określenie: „Przez potwarz grzeszymy wtedy, gdy przypisujemy komuś błędy, których nie ma, lub istotnie jego błędy powiększamy”. Oszczerstwo jest kłamstwem szczególnie niebezpiecznym, bo zawsze łączy się z krzywdą bliźniego, odbiera mu dobre imię i naraża nieraz na poważne straty. Bywały wypadki, iż przez oszczerstwo ludzie tracili całą majętność, a nawet życie. Pismo św. na wielu miejscach piętnuje złość oszczerstwa:

„Nie będziesz potwarcą ani podszczuwaczem między ludem. Nie będziesz nastawał na krew bliźniego” (Kpł 19,16).

„Słowa dwujęzycznego są jak smaczne kąski, a zapadają do głębi wnętrzności” (Prz 18,8).

„Bez drew zgaśnie ognisko, bez podszczuwacza ustaną zwady” (Prz 26,20).

O oszczercach Jezus wspomniał swoim uczniom: „…ze względu na mnie, wiele złego mówić będą kłamliwie przeciw wam” (Mt 5,11), „…a módlcie się za prześladujących i spotwarzających was” (Mt 5,440.

Najczęstszą przyczyną oszczerstwa jest nienawiść do bliźniego i chęć szkodzenia mu. Im większa szkoda, tym większa krzywda i odpowiedzialność oszczerców. Często przyczyną oszczerstwa jest także chęć wybielenia się wobec innych. Ludzie również rzucają oszczerstwa na innych, aby się uchronić od przykrych następstw swoich czynów. Zdarza się także, że człowiek oczernia bliźniego z powodu plotek, obmów, bezpodstawnych posądzeń. Jakże często wiadomości od drugich są bezpodstawne i nieprawdziwe. Człowiek podejrzliwy jest również skłonny do oszczerstwa, gdyż łatwo bierze pozór za prawdę.

Specjalną formą oszczerstwa są różne insynuacje w prasie, różne poszlaki nie dosyć sprawdzone. Uczciwość redaktorska czy reporterska wymaga, aby podawane o bliźnich wiadomości, które by mogły odebrać im dobre imię, były rzetelnie sprawdzone. Fałszywe bowiem doniesienia, podane do publicznej wiadomości, mogą wyrządzić niepowetowaną krzywdę. Fałszywe i bezkrytyczne informacje podważają autorytet danego pisma i zrażają czytelników do niego.

Oszczerstwo samo w sobie jest zawsze grzechem ciężkim. Możliwość grzechu lekkiego może wynikać jedynie z małej materii. Wypadki oszczerstwa w małej materii są raczej bardzo rzadkie.

Oszczerstwo należy odwołać. Kto skrzywdził bliźniego na dobrym imieniu, ten musi mu tę cześć przywrócić. Praktycznie jest to rzecz bardzo trudna, bo jej stoi na przeszkodzie wstyd.

W danej Polsce za oszczerstwo karano specjalnym upokorzeniem. Oszczerca musiał wejść pod stół  i rzucone oszczerstwo „odszczekać”.

Fałszywe świadectwo to kłamliwe zeznanie na niekorzyść bliźniego.

Może być ono prywatne, np.: św. Piotr fałszywie zeznał wobec żołnierzy na podwórzu arcykapłana, że nie zna Jezusa i potwierdził to jeszcze przysięgą (Mk 14,71).

Najczęściej jednak tego rodzaju zeznania odbywają się publicznie w sądzie. Jest to rodzaj kłamstwa najbardziej krzywdzący bliźniego i prawie zawsze połączony z krzywoprzysięstwem. Kto by więc wezwany na świadka zeznawał fałszywie, rzucałby oszczerstwo na bliźniego i gwałciłby otwarcie prawdę. Biblia ostrzega: „Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu” (Wj 20,16; 23,1 – 2; Pwt 19,15 – 21).

Fałszywe świadectwo, zapewne połączone z przysięga, złożyli bezwstydni starcy, o których mówi Księga Daniela (Dn 13). Żydzi powołali fałszywych świadków przed Sanhedrynem, aby oskarżali Jezusa. Sami też fałszywie Go oskarżyli przed Piłatem (Mt 26,59 – 62).

Grzech fałszywego świadectwa jest zawsze grzechem ciężkim. Świadków bowiem nie wzywa się do rzeczy błahej, chociażby nawet kłamstwo miało cel dobry: obronę bliźniego. Wyjątkiem jest sytuacja, gdyby w takim zeznaniu nikt nie poniósł szkody i nie było ono poparte przysięgą.

W przypadku, gdyby fałszywe świadectwo łączyło się z przysięgą, to zawsze będzie ono grzechem ciężkim.

Jeżeli fałszywe świadectwo łączy się z oszczerstwem, to zawsze jest grzechem ciężkim.

Jeżeli fałszywe świadectwo wyrządza ciężką krzywdę bliźniemu, także zawsze jest grzechem ciężkim.

Krzywdę musi fałszywy świadek wynagrodzić, a oszczerstwo odwołać. Jeżeli tego uczynić nie chce, to nie może otrzymać rozgrzeszenia.

Tajemnica (sekret). Dziwnym może się wydawać fakt, iż prawie wszyscy moraliści zagadnienie zdrady tajemnicy łączą z grzechami przeciwko VIII przykazaniu. Co ma niedyskrecja do prawdy albo do czci bliźniego? Jeżeli jednak opinia publiczna właśnie z tymi wartościami łączy zagadnienie tajemnicy, to znaczy, że musi być jakiś związek, gdyż chociaż obowiązkiem jest zawsze mówić prawdę, to jednak nie jest obowiązkiem zawsze prawdę wyjawiać, jeżeli jest ona ochroniona tajemnicą. Można zatem zgrzeszyć odnośnie do prawdy nie tylko przez brak (per defectum), ale także przez nadmiar (per excessum). Czasem i wyjawienie prawdy będzie grzechem. Ponieważ zdrada tajemnicy może przynieść szkodę bliźniemu lub społeczności i wyjawia prawdę, obwarowaną tajemnicą, dlatego z tych dwóch racji zdrada tajemnicy zalicza się do grzechów przeciwko VIII przykazaniu Bożemu.

Tajemnicą albo sekretem nazywamy samą rzecz, czyli przedmiot tajemnicy oraz obowiązek moralny milczenia o powierzonym sobie sekrecie. Najczęściej oba terminy: tajemnica i sekret łączymy ze sobą jako jednoznaczne. Jednak wyraz „tajemnica” ma szerszy zasięg. Dotyczy bowiem wszystkich prawd, zakrytych przed okiem ludzkości, a więc także prawd wiary, tajemnic Bożych objawionych. Sekret natomiast to tajemnica powierzona komuś, ważna wiadomość zawierzona.

Słowo „tajemnica” ma bardzo szeroki zakres, bo obejmuje wszystkie nieomal prawdy, a więc tajemnice przyrody i filozofii. Tu jednak przez tajemnicę rozumiemy powierzony sekret, z obowiązkiem niewyjawiania go wobec niepowołanych.

Rozróżniamy sekret: naturalny i powierzony.

Przez sekret naturalny rozumiemy tajemnicę, której nie wolno wyjawiać z samej jej natury, z wyjątkiem sytuacji koniecznych. Do tego rodzaju tajemnic należy niewyjawianie błędów bliźnich, o których dowiedzieliśmy się w zaufaniu albo które usłyszeliśmy na spowiedzi.

Sekret powierzony, jak sama nazwa mówi, jest to sekret wyjawiony osobie wybranej, wtajemniczonej. Sekret powierzony może być:

Zwykły – kiedy na przykład przyjaciel zwierza się w zaufaniu serdecznemu koledze. Wtedy nazywamy ów sekret „prywatnym”.

Urzędowy – kiedy ktoś na mocy swojego stanowiska dowiaduje się o pewnych tajnych rzeczach. Do tego rodzaju sekretów zaliczamy tajemnice stanu(państwowe) lub zawodowe.

Uroczysty – zazwyczaj on jest połączony z zaprzysiężeniem i obwarowany jest sankcjami karnymi.

Sakramentalny, czyli obowiązujący kapłana i penitenta w sakramencie pokuty.

Nie wolno niegodziwymi środkami wydobywać od drugich tajemnic. Zasada jest jasna: cel nie uświęca środków; tajemnica, sekret, są to pewne dobra i stanowią cudzą własność prywatną albo społeczną. Często tajemnice są wprost bezcenne, a ich wyjawienie naraziłoby na dotkliwe straty. Dlatego w pewnych wypadkach zdradę tajemnicy karano nawet śmiercią (np. zdrada tajemnic państwa na rzecz wroga, itp.).

Tajemnica obowiązuje nie tylko w rzeczach publicznych, ale i w prywatnych. Grzeszy więc ten, kto podsłuchuje lub podpatruje, co robią sąsiedzi. Grzeszy także ten, kto otwiera i czyta cudze listy. Jeszcze większym nietaktem i nieuczciwością byłoby korzystać z wiadomości nielegalnie nabytych.

Piszemy wyraźnie o informacjach nielegalnych. Istnieją bowiem przypadki, że dana osoba lub instytucja ma obowiązek wiedzieć o pewnych sprawach, a więc ma prawo o nich także się dowiadywać: np. rodzice o swoich dzieciach, o postępach w nauce w szkole; szef o swoich pracownikach, policja o podejrzanych osobach, sąd o oskarżonych.

Wyjawienie sekretu naturalnego jest samo w sobie grzechem ciężkim, chyba że chodzi o rzeczy błahe. Nikomu bowiem nie jest miło, gdy się ujawnia jego błędy. Tu najczęściej występuje obmowa.

W przypadku, gdy chodzi o sekret powierzony, to jego zdradzenie jest samo w sobie także grzechem ciężkim, o ile materia powierzonego sekretu jest ważna albo bliźni traktuje sekret jako rzecz ważną.  Biblia nas upomina: „Kto zdradza tajemnicę, traci zaufanie i nie znajdzie sobie przyjaciela. Kochaj przyjaciela i bądź mu wierny, a jeślibyś zdradził tajemnice jego, nie usiłuj nawet biec za nim” (Ekl. 27, 16 – 17).  „Swój spór z bliźnim załatw polubownie, lecz cudzych tajemnic nie zdradzaj” (Prz 25,9).

W przypadku, gdy chodzi o sekret obiecany, to obowiązuje on zazwyczaj pod grzechem lekkim.  Chodzi tu bowiem o rzeczy malej wagi i mniejsze jest zobowiązanie.

Kiedy wolno sekret wyjawić?

Jeśliby miał ponieść wielką szkodę ten, kto posiadł tajemnicę, właśnie przez to, że wiedział o danej sprawie, a nie doniósł, gdzie należy. Szkoda musi być większa od szkód, jakie może spowodować samo wyjawienie tajemnicy. Gdyby chodziło jednak o rzeczy bardzo ważne i dotyczące całej społeczności (np. państwo), to tajemnica obowiązuje nawet, gdyby wróg groził śmiercią.

W przypadku, gdy nie zachowania sekretu domaga się dobro osoby trzeciej i ta osoba poniosłaby bardzo ciężką szkodę, gdyby się o sekrecie nie dowiedziała.

Wolno sekret wyjawić, gdy przez to osoba zwierzająca nam tajemnicę osiągnie większe dobro, np. wiem, że nie popełni wtedy grzechu, o którym mi mówi.

 

Katecheza 41: Grzechy przeciwko VIII przykazaniu Bożemu: fałsz, kłamstwo i pochlebstwo

Fałsz i jego przyczyny

            Przez fałsz rozumiemy brak prawdy, a ściśle mówienie co innego niż jest rzeczywiście. Przez termin „mówienie’ rozumiemy słowo, pismo, ruchy i znaki.

            Fałsz zawiniony, moralnie poczytalny istnieje wtedy, gdy ktoś świadomie mówi, co innego niż myśli.

Błąd, czyli fałsz moralnie niezawiniony ma miejsce, gdy ktoś się pomylił, nieświadomie skłamał, bo był przekonany, że tak jest, jak mówił.

Wyliczymy przyczyny, które sprawiają, że ktoś popełnia fałsz albo jest w błędzie.

Niewiedza, niewiadomość czy też nieznajomość polega na braku potrzebnej w danej chwili wiedzy. Może ona zaistnieć co do prawa albo co do faktu.

Niewiedza co do prawa jest wtedy, gdy ktoś nie znał prawa, np. nie wiedział o przepisach postnych. Niewiedza faktu zachodzi, gdy ktoś znał prawo, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że teraz właśnie miał wypadek, w którym go obowiązywało dane prawo. Wiedział, że w piątek obowiązuje post, ale nie wiedział, iż jest piątek.

Stopnie ignorancji mogą być różne, zależne od udziału woli. Z tego powodu i poczytalność będzie różna.

Niewiedza niepokonalna będzie wtedy, gdy ktoś naprawdę chciał wiedzieć, co ma robić, a nie zdołał się o tym dowiedzieć. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że to, co mówi, jest prawdą.

Niewiedza pokonana jest wtedy, gdy ktoś może poznać prawdę i stwierdzić czy wiernie mówi, bo przekonanie się o prawdzie nie nastręcza większych trudności.

Niewiedza zawiniona, gdy pochodzi z niedbalstwa; gdy ktoś nie chce zadać sobie nawet małego trudu, aby się przekonać o prawdzie.

Niewiedza zamierzona ma miejsce wtedy, gdy ktoś umyślnie trwa w nieznajomości rzeczy, aby uśpić swoje sumienie, że działa w „dobrej woli”, by móc swobodnie bliźnich wprowadzać w błąd; gromadzi nawet argumenty, aby usprawiedliwić swoje niecne postępowanie. Zamyka oczy naprawdę, kiedy ta sama idzie mu naprzeciw. Ma pełno wątpliwości, ale nie stara się ich usunąć, by móc swobodniej postępować.

Moraliści odróżniają jeszcze niewiedzę zawinioną w przyczynie. Dla przykładu młody student medycyny nie uczył się, poważnie lekceważył sobie studia, a potem wystawia fałszywe diagnozy, a nawet zaleca szkodliwe lekarstwa.

Jakakolwiek niewiedza (ignorancja) niepokonalna znosi odpowiedzialność moralną za czyn. Zatem, jeżeli ktoś w mowie czy w piśmie rozminie się z prawdą, to grzechu nie ma. Tak bowiem twierdził, jak był przekonany. Św. Paweł wyraźnie stwierdza: ‘A wszystko, co nie jest z przekonania, grzechem jest” (Rzym. 14,23) Zdaniem Apostoła narodów nawet nie wolno działać inaczej, niż to nam nakazuje przekonanie.

W przypadku, gdy niewiedza jest pokonalna, wtedy każde minięcie się z prawdą jest grzechem, Zależy on tylko od stopnia nieświadomości i winy z powodu niewiedzy oraz skutków, jakie sprowadza, czyli rozmiarów jej szkodliwości.

Nieświadomość moraliści zazwyczaj łączą z niewiedzą. Istnieje jednak pewna różnica. Przy niewiedzy bowiem jest pełne działania, świadomy akt ludzki. Przy nieświadomości aktu ludzkiego nie ma, gdyż do istnienia aktu ludzkiego jest konieczna świadomość. Tylko czyn świadomy może być wolny i odpowiedzialny. Z tego powodu kłamstwa małych dzieci nie poczytujemy zwykle za grzech, lecz uważamy je za zwykłe dziecięce „paplanie”. Nie uważamy także za grzech kłamstw urojonych, tak u dzieci, jak też u dorosłych dotkniętych chwilową lub trwałą chorobą psychiczną (stałe upośledzenie, skłonność do halucynacji, mania prześladowcza, mania wielkości, itp.). Są to czyny nieświadome.

Błąd (pomyłka, omyłka) idzie dalej niż niewiedza. Za to niewiedza jest szersza w zakresie. Ona też stanowi podłoże do wszelkiego błędu. Niewiedza to brak wiedzy, to zawieszenie sądu o danej sprawie. Natomiast błąd to sąd mylny, to fałszywe przekonanie o czymś. Przy niewiedzy jest brak, a przy błędzie nadmiar, czyli „zagalopowanie się” w sądzie. Matematycznie można to przedstawić następująco: 2 + 2 = ?, to niewiedza; 2 + 2 = 5, to błąd. Niewiedza łączy się ściśle ze znakiem zapytania, błąd zaś ze znakiem twierdzenia.

Zła wola wprowadzenia kogoś w błąd. Jest to zazwyczaj największy wróg prawdy. Tu otwarcie występuje zła wola. Zatem wchodzimy na pole świadomego kłamstwa, uwiedzenia bliźniego. Niewiedza, błąd, nieświadomość są sprawcami kłamstwa jedynie materialnego, czyli kłamstwa niepoczytalnego. Kłamstwo zaś ze złej woli, czyli z woli minięcia się z prawdą, jest kłamstwem zamierzonym. Ciężar winy zależeć będzie od stopnia złej woli, a także od wielkości wyrządzonego przez kłamstwo zła. Zawsze jednak będzie ono poczytalne. Człowiek zawsze za nie odpowiada.

Kłamstwo zwyczajne. Ta nazwa pozwala nam zaznaczyć, że istnieją jeszcze kłamstwa specjalne, które mają własne oblicze moralne, własny gatunkowy ciężar. Do tego rodzaju kłamstw specjalnych należy, np. obłuda i oszczerstwo.

Kłamać to świadomie mówić inaczej, niż myśleć.

Przez niezgodność rozumiemy takie działanie, które jest wbrew przekonaniu mówiącego. Chodzi więc w tym przypadku o prawdę subiektywną, czyli by mówić tak, jak ktoś jest przekonany. W takim ujęciu nawet gdyby ktoś był w błędzie, nie kłamie, mówi subiektywnie prawdę, gdyż mówi tak, jak wie. Według większości dzisiejszych moralistów do istoty kłamstwa należy chęć oszukania i zwiedzenia kogoś. Taka jest też ogólna opinia wśród ludzi, którzy nie piętnują nieświadomego błędu, ale zawsze złą wolę oszukania. Zdaniem św. Tomasza chęć oszukania kogoś powiększa tylko winę, ale nie należy do istoty kłamstwa. Jego zdaniem do istoty kłamstwa należy samo minięcie się z prawdą, choćby nawet niezawinione.

Pismo Święte o obrzydliwości kłamstwa. Tekstów tych jest bardzo wiele. Przytoczymy tylko najbardziej charakterystyczne.

„Kłamstwa strzec się będziesz” (Wj 23,7).

„…nie będziesz kłamać” (Kpł 19,11).

„… zatracisz wszystkich, którzy mówią kłamstwo” (Ps 5,7).

„…usta, które kłamią, zabijają duszę” (Mdr 1,11).

Jezus szatana nazwał „ojcem kłamstwa”.

: „Wy z ojca czarta pochodzicie… bo nie masz w nim prawdy; gdy wypowiada kłamstwo, mówi od siebie, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44).

Święty Paweł” „Dlatego odrzuciwszy kłamstwo, mówcie każdy prawdę bliźniemu swemu” (Ef 4,25). „Nie kłamcie jedni wobec drugich” (Kol. 3,9).

Święty Jan Apostoł wymienia grzech kłamstwa wśród największych grzechów: „A udziałem… zabójców, rozpustników, czarowników, bałwochwalców i wszystkich kłamców będzie jezioro ogniem gorejące i siarką” (Ap 21,8).

Dlaczego kłamstwo jest tak piętnowane przez święte Księgi? Na to składa się wiele przyczyn.

Kłamstwo sprzeciwia się wprost celowi i przeznaczeniu mowy ludzkiej.

Kłamstwo sprzeciwia się naturalnemu i normalnemu współżyciu ludzi pomiędzy sobą. Podrywa bowiem wzajemne zaufanie.

Kłamstwo przynosi niesławę temu, kto je popełnia. Kłamcy nikt nie wierzy. Nie zasługuje bowiem na to, aby mu wierzono, gdyż sam to zaufanie nadużył.

Kłamstwo często przynosi szkodę bliźniemu. Jakże łatwo służy ono za parawan, aby tym więcej podstępnie bliźniego uwieść i skrzywdzić. Z tego powodu słusznie Pismo św. napomina i przed nim przestrzega: „Słodki jest człowiekowi chleb kłamstwa, a potem napełnią się piaskiem usta jego” (Prz. 20,17).

Stopień winy kłamstwa. Jeżeli kłamstwo jest faktyczne, zamierzone, to według zdania moralistów jest ono zawsze grzechem. Zdaniem niektórych, jeżeli z toku rozmowy lub z ruchów łatwo możemy się przekonać, że ktoś żartuje, to grzechu nie będzie. Opowiadający bowiem ma za cel nie tyle kłamać, ile ubawić otoczenie. Słuchający łatwo mogą wywnioskować, iż chodzi o żart, przesadę czy fantazję.

O ile kłamstwo sprzeciwia się jedynie cnocie prawdomówności, jest grzechem lekkim. Gdyby jednak naruszało sprawiedliwość (np. miało komuś przynieść szkodę) lub cnocie religijności (np. w krzywoprzysięstwie), wtedy staje się ono grzechem ciężkim. Zdaniem św. Augustyna, który zagadnienie kłamstwa rozpracował najszerzej, kłamstwo żartobliwe nie jest grzechem. Zdaniem Klemensa Aleksandryjskiego, Orygenesa, św. Jana Złotoustego, św. Hilarego, a zwłaszcza Kasjana, kłamstwo nieszkodliwe, a uczynione dla uniknięcia wielkiej szkody, nie jest grzechem. Jednak według św. Tomasza każde kłamstwo świadome jest kłamstwem, gdyż jest przekroczeniem zasady moralnej i wobec tego jest grzechem.

Rodzaje kłamstwa. Kłamstwa są bardzo liczne w zależności od intencji, w jakiej są wypowiadane.

Kłamstwo żartobliwe to kłamstwo, które ma na celu ubawienie siebie i innych. Do tego rodzaju kłamstwa należą tzw. kawały, przechwałki o przygodach, fantazje pisarskie, poetyckie, itp.

Jak już pisaliśmy, zdaniem św. Augustyna (De mendacio) i innych, kłamstwa dla żartu nie są grzechem. Ich zasadniczym celem jest nie tyle zwieść bliźniego i naruszyć prawdę, ile ubawić kogoś i siebie.

Jednakże wielu słusznie na to się nie zgadza. Jeżeli bowiem kłamstwo, nawet dla żartu, narusza prawdę, to narusza przez to pewną zasadę moralną, a więc jest grzechem. Gdyby jako regułę postawić, że kłamstwo żartobliwe jest dozwolone, to wprowadzilibyśmy niebezpieczny wyłom, nie wiedząc nigdy, kiedy właściwie ktoś mówi na serio. Znana bajka o pasterzu i owcach najlepiej to ilustruje.

Kto podważa sobie zaufanie nawet żartując, występuje przeciw normie moralnej o konieczności mówienia prawdy.

Kłamstwo uczynne to kłamstwo, którego celem jest wyświadczenie komuś przysługi. Może ono być w obronie bliźniego celem osłonienia, uchronienia kogoś od przykrych następstw, gdy prawda wyszła na jaw. Może też ono być powiedziane dla pozyskania sobie czyjejś sympatii, łaskawości, wzajemności, itp.

Kłamstwo uczynne jest zawsze grzechem, choćby jakiejś stronie przynosiło korzyść i choćby drugiej stronie nie przynosiło żadnej szkody. Jest bowiem ogólna zasada, że cel nie uświęca środków. Zło jest zawsze złem. Naruszenie prawdy i świadome odstępstwo od niej będzie zawsze niegodziwe i zakazane.

W przypadku, gdyby naruszenie prawdy miało przynieść szkodę trzeciej, to wtedy kłamstwo uczynne będzie grzechem ciężkim, jeżeli szkoda jest duża. Czasem bywa, iż kłamstwo uczynne staje się przysłowiową niedźwiedzią przysługą, winowajcę bowiem utwierdza w złym, czyni go bezczelniejszym w złym. Gdyby zresztą kłamstwo uczynne było dozwolone, ileż to spowodowałoby nadużyć, jak nieobliczalne przyniosłoby szkody moralne.

Kłamstwo z obawy występuje najczęściej i ma ono miejsce wtedy, gdy ktoś używa kłamstwa jako osłony, aby się uchronić od szkody lub kompromitacji. Człowiek zawsze może pobłądzić. Gorzej jednak, gdy nie ułomność i pomyłka, ale przewrotność jest przyczyną kłamstwa. A często bywa, iż kłamstwo służy do ukrycia przestępstwa i stanowi siatkę ochronną dla najperfidniejszych nieraz matactw.

Nawet w przypadku obawy, że wyjawienie prawdy ściągnęłoby na nas duże niebezpieczeństwo, kłamstwo jest zakazane i jest grzechem powszednim. Takie jest zdanie moralistów. Jak bowiem napisaliśmy powyżej, grzechem jest każde kłamstwo, gdyż jest naruszeniem zasady moralnej o konieczności mówienia prawdy. Gdyby kłamstwo z obawy było dozwolone, ileż ten wyłom spowodowałby klęsk moralnych. Przecież najwięcej kłamstw popełniają ludzie z chęci zysku lub z obawy. Ludzie posuwaliby się łatwo i do krzywoprzysięstwa bez obawy grzeszenia: sama bowiem przysięga jest rzeczą dobrą, a kłamstwo z obawy, a kłamstwo z obawy też nie uchodziłoby za moralnie złe.

Kłamstwem z obawy posłużył się patriarcha Abraham. W obawie, aby faraon nie kazał go zabić po to, aby zabrać mu piękną żonę, Abraham skłamał, iż jest ona jego siostrą. Za to faraon uczynił mu gorzką wymówkę (Rdz 12). Kłamstwem też posłużyli się bracia Józefa (Rdz 37,31 – 34).

Kiedy mówimy, że nie wolno kłamać, to przez to nie chcemy powiedzieć, iż trzeba mówić zawsze samą prawdę, że nie obowiązuje nigdy tajemnica. To są dwie rzeczy zupełnie różne. O zachowaniu tajemnicy będziemy mowa osobno. Kiedy więc ktoś zapyta nas o rzecz, której nie powinien wiedzieć, np. o tajemnicę wojskową, państwową, itp., wtedy powinniśmy milczeć na ten temat i dać mu odpowiedź wymijającą. Św. Augustyn, a nawet św. Tomasz, który potępia wszelkiego rodzaju kłamstwo, na tego rodzaju wymijającą odpowiedź pozwalają. Moraliści nazywają to fachowo „restrictio mentalis”. Sam Jezus, który napominał swoich uczniów: „Niech mowa wasza będzie: tak – tak, nie – nie. A co nadto więcej jest, od złego jest” (Mt 5,37), używał niedomówień, gdy była taka potrzeba. Oto na przykład rzekł do uczniów: „Idźcie wy na to święto (namiotów), ja zaś nie pójdę na to święto”. A jednak sam ewangelista zaraz dodaje: „Ale gdy bracia jego wyruszyli, udał się i On na święto, nie jawnie, ale jakby tajemnie” (J7,8 – 10). Dlaczego Pan Jezus zapewniał uczniów, że nie pójdzie do Jerozolimy, a jednak poszedł? Może taki był i pierwotny zamiar Jezusa. A może raczej chciał przyjść do miasta potajemnie, a więc tak, jakby Go nie było, gdy chodzi o rzeszę. Sam to tłumaczy: „… bo czas mój jeszcze się nie wypełnił” (J7,8).

Podobnie o Łazarzu Jezus powiedział: „Łazarz, nasz przyjaciel śpi, ale idę, abym go ze snu obudził”. Uczniowie zrozumieli początkowo, iż Łazarz rzeczywiście śpi i mówili: „Panie, jeżeli zasnął, zdrów będzie”. Jednak św. Jan objaśnia, iż Pan śmierć nazywał snem (J 11,11 – 12).

W żywotach świętych spotykamy niejednokrotnie wypadki zastosowania podobnego wybiegu. I tak św. Atanazy ścigany przez siepaczy, gdy go pytano, czy nie widział łodzi z uciekającym biskupem Aleksandrii, odpowiedział, iż tak. Zachęcił nawet do pościgu twierdząc, że jest niedaleko. Podobnie postąpił św. Stanisław Kostka. Przebrany za żebraka nie tylko potwierdził, że widział młodzieńca podobnego do siebie, ale jeszcze prosił o jałmużnę.

Dzisiaj w powszechnym użytku są pewne wyrażenia umowne. Kto z nich korzysta, według powszechnego zdania nie popełnia kłamstwa. I tak zwykło się mówić, gdy się nie chce mieć gości w domu, iż pana nie ma; że nie mam pieniędzy (do wypożyczenia) albo o danej sprawie nic nie wiem (w znaczeniu, iż nie wolno mi mówić).                                      

Kłamstwo z chęci zysku (oszustwo) jest obok kłamstwa z obawy najczęstszą formą kłamstwa. Była o nim mowa przy VII przykazaniu Bożym. Nazywamy je oszustwem. Oszustwo narusza prawie zawsze dwie cnoty: prawdomówność i sprawiedliwość, gdyż zysk osiąga się najczęściej szkodą bliźniego. Dlatego z reguły jest ono grzechem ciężkim. W przypadku, gdy materia jest mała, to wina się zmniejsza.

Gdy w poprzednim kłamstwie motywem decydującym był wstyd i obawa, to przy oszustwie działa najczęściej jako intencja sprawcza chciwość i chęć zysku.

Z chęci zysku, otrzymania ojcowizny Jakub patriarcha za poradą matki okłamuje starca ojca (Rdz 27). Z chęci zysku Giza wyłudza od Naamana, księcia syryjskiego, dwa talenty srebra i dwie szaty kosztowne pod pozorem, że prorok Eliasz o nie prosi (2 Krl 5,27).  Nie wyszło im to na dobre, gdyż Jakub musiał uciekać przed bratem i długo tułać się w dalekich stronach, a Giza za swoje kłamstwo usłyszał wyrok: Teraz gdy wziąłeś srebro i szaty, aby kupić winnicę, owce, woły, sługi i służebnice, ale trąd Naamana przylgnie do ciebie i potomstwa twego…” (2 Krl 5,27).

W wiekach średnich wszelkiego rodzaju fałszerzy palono razem ze sfałszowanym towarem.

Ananiasz i Safira popełnili kłamstwo, aby zasłużyć na pochwałę. Chciwość nakazała im zamilczeć o tym, że tylko część swego dobytku sprzedali i przeznaczyli je na potrzeby wspólnoty sióstr i braci. Chcieli mieć honory, a równocześnie nadal żyć sobie wygodnie. Za kłamstwo spotkała ich surowa kara, wyrok nagłej śmierci (Dz. Ap. 5).

Pochlebstwo jest to chwalenie kogoś, nawet wbrew swojemu przekonaniu, kiedy ktoś wcale na pochwałę nie zasłużył. Pochlebstwem także nazywamy przecenianie cudzych zasług, wyrażanie się o nich z przesadą. Taka jest zatem różnica pomiędzy pochwałą a pochlebstwem, że pochwała jest zasłużona, a pochlebstwo nie. Pochwała jest sprawiedliwa, a pochlebstwo jest przesadne i najczęściej nieszczere.

Pochlebiamy zazwyczaj osobom od siebie wyżej postawionym. Nieomal zawsze z pochlebstwem łączy się interes: pozyskanie względów osoby, na której przyjaźni nam zależy. Jest to plaga u podwładnych w stosunku do różnych szefów i przełożonych. Mniejsza z tym, że za oczami mówi się co innego, że wiesza się na nich „psy”. Jest to swego rodzaju gra, ale niebezpieczna i zawodna, bo służalcza. Kto ma trochę krytycyzmu, łatwo ją zauważy, a wtedy z przyjaciela można mieć wroga. Pochlebca jest też  niebezpieczny i z tego powodu, iż gotów jest chwalić nawet złe czyny i utwierdzać w nich błądzących. Pyszny i naiwny przełożony gotów jest uwierzyć, że czyni dobrze, kiedy czyni źle. Gorzej, gdy pochlebca zamienia się w intryganta, który podmiotem swoich pochlebstw posługuje się jak marionetką, aby osiągnąć swoje niecne plany. Pismo św. surowo chłoszcze ten grzech, jako obłudę i nieszczerość.

„Miększe są od oliwy słowa ich, lecz są one strzałami” (Ps. 54,22). Do Heroda Agrypy I (panował w latach 41 – 44), wnuka Heroda Wielkiego, tłum wołał w pochlebstwie: „Boży to głos, a nie ludzki”. A oto jak przemówił Bóg: „I natychmiast poraził go Anioł Pański, dlatego że nie oddał czci Bogu, a stoczony przez robactwo wyzionął ducha” (Dz. Ap. 12,21 -23). Izajasz piętnował pochlebców za to, że nawet złe gotowi są nazywać dobrym: „Biada wam, którzy nazywacie złe – dobrym, a dobre – złym” (Iż 5,20).

Pochlebstwo zwyczajne, na pół szczere jest grzechem lekkim. Pochlebstwo może być jednak grzechem ciężkim, gdy ktoś zamierza skrzywdzić bliźniego albo gdy przez pochlebstwo pochwalamy złe postępowanie bliźniego albo do niego pobudzamy (np. do zemsty, gwałtu, itp.).

Kłamstwo z chęci szkodzenia (podstęp) nazywamy wszelkie kłamstwo, które za cel ma zysk kosztem bliźniego, które bliźniemu wyrządza krzywdę. Może być jednak jeszcze inny cel kłamstwa, gdy chodzi o kłamstwo, przez które nie mamy na myśli własnego zysku, ale jedynie szkodę bliźniemu. Jest to więc kłamstwo specjalne i bardzo perfidne. Człowiek podstępny będzie często występował jako najlepszy przyjaciel, a równocześnie będzie się starał wszędzie pod swoim bliźnim „kopać dołki” i mu szkodzić. Rzadko kiedy człowiek podstępny walczy wprost. Woli przeciwnika zniszczyć skrycie, tak aby on nie mógł się bronić, aby go obezwładnić znienacka. Takiego człowieka nazywamy przewrotnym, podstępnym i podłym.

Pismo św. ostrzega: „Niech zatraci Pan wszelkie usta zdradliwe i język hardo mówiący tych, którzy mówili – Pokażemy moc języka naszego” (Ps. 11,4 – 5; por. Ps. 34).

Z podłością spotykał się Jezus na każdym kroku. Śmiertelni wrogowie mówili do Niego: „Nauczycielu, wiemy, żeś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz” (Mt 22,16). Jednocześnie na każdym kroku szukali pozoru, aby Mu szkodzić. Sam im w oczy zarzucił: „Czemu pragniecie mnie zabić?” (J 7,20). Zatem oni byli gotowi nawet posunąć się do mordu, do bogobójstwa, chociaż nazywali Go nauczycielem, który naucza prawdy.

Biblia podaje cały szereg przykładów intryg i podstępów dla wywarcia zemsty, zagarnięcia władzy czy majątku. Oto Symeon i Lewi, synowie Jakuba zdradą przywabiają do siebie księcia ziemi Hewejskiej pod pozorem przyjaźni, a potem mordują go okrutnie za swoją siostrę (Rdz 34). Zdradą i podstępem przyjmuje Sisera do swego domu księcia Jahel: „Wejdź do mnie, panie mój, wejdź, nie bój się!” – po to tylko, aby go okrutnie zamordować i wydać jego ciało w ręce śmiertelnych wrogów (Sdz 4,17 – 24).

Ileż przewrotności użyła okrutna Dalila, aby ujarzmić Samsona i wydać go w ręce Filistynów (Sdz, rozdziały 14 – 17).

Dzieje królów judzkich i izraelskich, to jedno pasmo nieustannych intryg i wzajemnych mordów.

 

Katecheza 40: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” – pojęcie prawdy

Jakich wartości broni VIII przykazanie Boże?

Na podstawie dotychczasowych katechez z łatwością stwierdzamy, że wachlarz zagadnień, które stanowią treść Dekalogu, jest bardzo szeroki. Obejmuje on wszystkie ważniejsze dziedziny życia ludzkiego i kładzie fundament pod jego trwały rozwój, zaplanowany przez Stwórcę.

Forma przykazań Dekalogu jest ujęta w postaci nakazów i zakazów. Te ostatnie są częstsze, gdyż zakaz jest zawsze mocniejszy.

Przeważają zdania krótkie, bo tego wymaga cel wydawanych praw. Mają one być komunikatywne i łatwe do zapamiętania.

Ósme przykazanie Boże broni dwóch wartości duchowych, które w życiu jednostek i społeczności ludzkiej mają niezmiernie ważne znaczenie, bo normują ich spokojny rozwój. Tymi dobrami są: dobra sława bliźniego i prawda.

Autor natchniony twierdzi, iż „Lepsze jest dobre imię niż wielkie bogactwa”, a „łaska nad srebro i złoto” (Prz 22,1). Niektóre kodeksy praw (m. in. i Prawo Kanoniczne() do najcięższych przestępstw oprócz kar normalnych dodają jeszcze karę dodatkową: „Utratę honoru, czyli infamię”.

Prawda jest podstawą współżycia pomiędzy ludźmi. Opiera się ona na zaufaniu. Zaufanie zaś ma oparcie na przekonaniu, że bliźni mówi szczerze. Gdyby dozwolone były w stosunkach międzyludzkich kłamstwo, fałsz, podstęp, to od razu zniknęłoby i zaufanie. Tylko czy w takich okolicznościach można byłoby myśleć o jakimkolwiek współżyciu pomiędzy ludźmi? Nieufność działa destrukcyjnie: w jednej chwili niszczy to, co przez wieki budowało zaufanie.

Fundamentem zaś wszelkiego zaufania jest prawda.

Podstawowe pojęcia o prawdzie. Już św. Tomasz zauważył, że istnieją dwa bieguny wszelkich tęsknot i pragnień ludzkich. Ich osiągnięcie daje to, co nazywamy szczęściem. Jeżeli jest ono niekompletne i nietrwałe, to nazywamy je szczęściem doczesnym, w odróżnieniu od szczęścia niezmąconego i wiecznego, jakie będzie naszym udziałem w niebie. Jakie to są idee, ku którym zmierza człowiek, bez których jego duch będzie wiecznie niespokojny? Dotyczą one dwóch głównych władz człowieka i ich dążenia.

I tak przedmiotem właściwym umysłu ludzkiego jest prawda; przedmiotem ludzkiej woli jest dobro; dodać można jeszcze, że przedmiotem uczuć ludzkich jest piękno. Zaspokojenie prawdy, dobra i piękna, nasycenie się nimi daje – szczęście (gaudium).

Nie można trafniej ująć natury szczęścia. Szczęście, rozkosz, to owoc zaspokojenia naturalnych skłonności podstawowych władz duszy człowieka. Jeżeli na pierwszym miejscu, gdy chodzi o człowieka, stawiamy duszę, a w duszy jako władzę naczelną umysł, to i przedmiot właściwy i pierwszy umysłu – prawdę, stawiamy jako naczelną, pierwszą.

Przez prawdę rozumiemy zgodność danej rzeczy z rzeczywistością. Polega ona na tym, że to, co doświadczamy zmysłami lub poznajemy rozumem, zgadza się obiektywnie i wiernie odpowiada rzeczywistości. To nazywamy prawdą ontologiczną, czyli rzeczową (bytu), dotyczy bowiem rzeczy. W takim ujęciu przedmiotem prawdy mogą być wszystkie istoty. Na pierwszym zaś miejscu, Bóg, jako pełnia bytu i praźródło wszelkich istnień.

Jednak przez słowo „prawda” rozumiemy zazwyczaj krąg o wiele ciaśniejszy, a mianowicie nie tyle samą wiedzę o bytach, ile pewne wybrane zagadnienia nurtujące człowieka. Najczęściej wchodzą w ich treść „prawdy” filozoficzne i religijne. W tym znaczeniu Jezus mówił do Piłata: „Jam się na to narodził i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”.

W końcu termin „prawda” możemy ująć jeszcze w znaczeniu moralnym jako prawdomówność. I właśnie w tym sensie najbardziej zacieśnionym mówimy o prawdzie, gdy chodzi o VIII przykazanie Boże.

Nam wydają się najlepsze powszechnie znane i przyjęte dzisiaj określenia: Prawdomówność jest to cnota skłaniająca do tego, aby zawsze mówić prawdę; jest to cnota, która skłania do tego, aby nasze słowa były zawsze zgodne z naszymi myślami; aby zawsze mówić to, co się myśli.

Ocena krytyczna realności prawdy ontologicznej, filozoficzno – religijnej i moralnej.

W przypadku, gdy chodzi o prawdę przedmiotową, to przez długie wieki w dziejach filozofii stosowano ją do poznania bytów. Myśliciele dzielili się na dwie szkoły, zupełnie sobie przeciwne: na idealistów i realistów. Idealiści twierdzili zawsze, iż źródłem ludzkiego poznania są idee. Każdy człowiek ma wrodzone „wzorce” bytów widzialnych. Wszelkie byty w widzialnym wszechświecie są jedynie unaocznieniem niewidzialnych idei. Różne są poglądy idealistów na pytanie: skąd umysł ludzki ma poznanie bytów przed zmysłowym zetknięciem się z nimi.

Platon twierdził, że duchy ludzkie istniały od wieków przed wejściem do ludzkich ciał.

Św. Augustyn, Malebranche, Gioberti i Rozmini wprowadzają pogląd, że wiele idei jest nam wrodzonych, danych od Boga wprost  (np. wszelkie prawdy religijne).

Kant i romantycy niemieccy (Fichte, Schelling, Hegel) w XVIII i XIX wieku twierdzili, iż idee są organicznie związane z rozumem.

Wszystkich tych nazywamy idealistami, gdyż na pierwszeństwo rzeczywistości istnienia przypisują oni ideom, czyli pojęciom w umyśle ludzkim, a nie istotom, które są poza nimi. Do skrajności w idealizmie doszedł Husserl.

Na przeciwnym biegunie stanęli tzw. realiści. Ich zdaniem droga poznania ludzkiego idzie w przeciwnym kierunku, a mianowicie: byty zewnętrzne działają na nasze zmysły, zjawiska tych bytów (fenomeny) uchwycone przez zmysły, zostają doprowadzane do świadomości ludzkiej, do władz poznawczych (rozum). Dopiero na podstawie tych zjawisk umysł wyrabia sobie pojęcie i sąd o wszelkich istotach zewnętrznych.

Za tego rodzaju poznaniem opowiedzieli się: hylicy greccy w VII i VI wieku (hyli = materia) i atomiści (VI i V wiek).

Naukowo rozpracował ten kierunek filozoficzny Arystoteles (384 – 323). Poparli go wszyscy scholastycy średniowiecza, filozofie wieku XVII i XVIII oraz pozytywiści w wieku XIX.

Realiści opierają się na silniejszym gruncie, bo na bytach rzeczywistych. Jednak już Heraklit zauważył, iż i byty realne nie mają trwałego gruntu pod sobą, gdy chodzi o poznanie; „panta rei” – świat jest jak wielka, płynna rzeka, w której wszystko jest nieuchwytne. Nie poznajemy bowiem samych rzeczy, jakimi są w rzeczywistości, ale jedynie na podstawie wrażeń.

Wrażenia zaś są niesprawdzalne. Z tego powodu współczesny Talesowi Ksenofanes odważył się powiedzieć zdanie: „Tylko sam Bóg jest jeden (realny). Sofiści poszli jeszcze dalej i powiedzieli, że prawdy w ogóle nie ma, bo i rzeczywistości nie ma, prawda jest subiektywna; to jest prawdą, co człowiek za prawdę uzna.

Wreszcie Berkeley (1685 – 1753), a po nim Kant rzuci realistom wyzwanie: Poznajemy rzeczy widzialne tylko ze zjawisk. Skąd jednak wiemy, że zjawiska wiernie oddają nam rzeczywistość? Człowiek, np. znajdujący się w wysokiej gorączce, gdy wpadnie w malignę, to widzi także wiele rzeczy przed sobą.

Czy zatem wszystkie nasze wrażenia odbierane zmysłami nie są wytworem imaginacji? Przecież tak często zmysły nas mylą. Czy człowiek nie jest igraszką omamień zmysłowych?

Na tym tle zrodziła się trzecia szkoła odnośnie prawdy ontologicznej, a jest nią pesymistyczny sceptycyzm.

W przypadku, gdy chodzi o prawdy filozoficzne i religijne, to również nie było takiej prawdy, która by nie miała swoich przeciwników. Kwestionowano i zwalczano nawet prawdy najbardziej oczywiste. Jeżeli bowiem kwestionowano nawet realność ludzkiego poznania i istnienie bytów, które oglądamy zmysłami, to trudno się dziwić, iż atakowane były prawdy abstrakcyjne, jakimi są prawdy filozoficzne.

Gdy chodzi o prawdy religijne, to spotykamy dziwne zjawisko: pewne prawdy są przyjmowane wszędzie i zawsze przez wszystkie narody ziemi. Do prawd ogólnie przyjętych należały, np.: wiara w Boga i w zależność od niego człowieka, jak też wiara w życie pozagrobowe. Dotąd jest zagadką geneza tego zjawiska. Większość tłumaczy to zdrowym rozsądkiem. Człowiek widząc tyle stworzeń na ziemi, rozumem dochodzi do poznania ich Stworzyciela. Inni tłumaczą to darem samego Stwórcy, który swoje imię wyrył tak głęboko w ludzkich sercach, że muszą Go czcić.

W końcu są i tacy, którzy twierdzą, że idee religijne stworzył lęk przed żywiołami przyrody.

Chociaż ludzie różnie tłumaczą istnienie powszechnie przyjętych religijnych prawd, to jednak stwierdzają, iż wiara ta nie ma pewności naukowej. Pewność dopiero dają nam prawdy objawione. Skoro sam Bóg przemówił do człowieka i swoje prawdy mu objawił, to jasnym jest, że człowiek te prawdy przyjmuje, choćby ich  nawet niezupełnie rozumiał. Dla niego ostateczną i najwyższą powagą jest autorytet Boga. Dla tych, którzy przyjmują depozyt objawienia Bożego, podane prawdy nie są czymś dowolnym, co można przyjąć lub odrzucić, ale co należy przyjąć koniecznie i bezwzględnie.

 Podobnie ścierają się ze sobą różne szkoły, gdy chodzi o odniesienie do prawd moralnych.

Byli tacy, którzy twierdzili, że nie ma żadnych prawd moralnych, bo gdyby takie prawdy istniały, to byłyby niemoralne, gdyż godziłyby one w wolność człowieka. Mamy tu więc do czynienia z zupełnym anarchizmem człowieka. Jego skrajnymi przedstawicielami byli Max Stirner oraz Friedrich Nietzsche.

Zdaniem konwencjonalistów nie fakty naukowe dają nam wiedzę moralną, ale umowa. Umownie dziś przyjmujemy jedne prawdy, jutro zaś możemy przyjąć umownie inne prawdy.

Amerykańscy pragmatyści również nie uznają żadnej stałości prawd moralnych.

W przypadku, gdy mówimy o prawdach moralnych, to mamy na myśli normy moralne, zasady etycznego postępowania. Gdy zaś mówimy o prawdzie moralnej, to chodzi nam raczej o prawdomówność, o zgodność naszych słów i postępowania z naszym przekonaniem.  Prawdomówność należy do podstawowych zasad współżycia. Jest to cnota na wskroś społeczna. Dotyczy bowiem postępowania jednostki wobec bliźnich. Człowiek może być wtedy zrozumiany, gdy ujawni swoje myśli i zamiary. Uzewnętrzniamy zaś swoje myśli przez słowa, a czasem przez ruchy.

Jeżeli nasze słowa czy też ruchy mają być przyjęte przez bliźnich, to muszą być wiarygodne. Będą zaś takimi, gdy będą oparte na wierze ze strony bliźnich, że słowa nasze są szczere i oparte na prawdzie.

Zatem prawdomówność jest fundamentem zaufania i wiarygodności. Gdyby fałsz moralny i kłamstwo były stawiane na równie z prawdą, to nie ma mowy o jakimkolwiek zaufaniu. Nasze słowa byłyby daremne i mijałyby się z celem.

Cnota prawdomówności jest owocem cnoty sprawiedliwości. Mowa jest wymianą myśli, zaś wszelką wymianę normują określone zasady, dyktowane przez sumienie i dobro ogólnoludzkie.

Pismo św. a prawdomówność.

 Biblia często zachęca nas do prawdomówności, a chłoszcze kłamstwo.

„Tylko, oto co stwierdziłem: Bóg uczynił ludzi prawymi, lecz oni szukają rozlicznych wybiegów” ( Koh. 7, 29). Autor natchniony stwierdza, iż Bóg stworzył człowieka uczciwym. Znieprawiła go zaś jego własna zła wola.

„Bądź skory do słuchania, a odpowiadaj po namyśle. Jeżeli znasz się na rzeczy, odpowiedz bliźniemu, a jeśli nie, rękę połóż na ustach!” (Syr. 11 – 12). „Nie miej względu na osobę ze szkodą dla swej duszy i nie wstydź się aż tak, by to było twoim upadkiem. Nie powstrzymuj mowy, gdy jej potrzeba, mądrość bowiem poznaje się z mowy, a wykształcenie ze słów języka” (Syr 4,22 – 24). „A ty, synu mój, znaj Boga twego ojca i służ Mu sercem szczerym i duszą ochotną, bo Pan przenika wszystkie serca i zgłębia wszystkie tajniki myśli” (1 Krn 28,9). „Wiem, o Boże mój, że Ty badasz serce i upodobałeś sobie szczerość” (1 Krn 29,17). „Szczęśliwy człowiek, któremu Pan nie poczytuje winy, w którego duszy nie kryje się podstęp” (Ps. 32,2).

O wiele silniejsze zalecenie do mówienia prawdy spotykamy w Nowym Testamencie. Oto kilka przykładów: Jezus powiedział: „Niech mowa wasza będzie: tak – tak; nie – nie. A co ponad to jest, od złego pochodzi” (Mt 5,37).

Święty Paweł: „Dlatego, odrzuciwszy kłamstwo, niech każdy z was mówi prawdę swemu bliźniemu” (Ef 4,25).

 

Katecheza 39: Cnoty, które dopomagają do zachowania VII przykazania Bożego

Chociaż szereg nakazów Dekalogu ma negatywne brzmienie, czyli jest wypowiedzianych i zapisanych w formie zakazu, to jednak z całą pewnością ich celem są pewne dobra, które dla całej ludzkości mają niezmiernie ważne znaczenie. Jak to już zostało przedstawione w poprzednich katechezach, przykazanie V chroni rozwinięte już w pełni życie ludzkie, przykazanie VI chroni życie ludzkie w zalążku i życie już rozwinięte, a przykazanie VII chroni podstawy życia ludzkiego w zawiązku i życia już rozwiniętego, a mianowicie własności jako bazy utrzymania. Forma zakazu jest zawsze silniejsza od nakazu.

Nie ma zatem nic dziwnego w tym, że jak poprzednie przykazania, to także i to uzupełnimy stroną pozytywną, a mianowicie podsumujemy, jakie cnoty w szczególny sposób uwrażliwiają duszę na zachowanie VII przykazania Bożego nie tylko w tym celu, byśmy nie czynili nikomu krzywdy na jego własności, ale ponadto abyśmy ze swojej własności umieli czynić jak najwięcej dobra.  Jak zobaczymy, w ziemskich dobrach kryją się nie tylko niebezpieczeństwa, ale też i ogromne wartości. Obraz byłby zbyt jednostronny i wypaczony, gdybyśmy do własności podchodzili jedynie od strony grzechu, jak to bardzo często spotyka się w podręcznikach i w ascetycznych dziełach. Wiele tam się mówi o nadużyciach, a niewiele o tym, ile dobra można uczynić na ziemi, władając roztropnie i według myśli Bożej bogactwami materialnymi, doczesnymi.

Sprawiedliwość i uczciwość. Na pierwszym miejscu należy wymienić cnotę sprawiedliwości. Ona jest podstawą i warunkiem zachowania wszelkich obowiązków, jakie sprowadza na nas VII przykazanie. Cnota ta chroni nas jednak raczej od wszelkich nadużyć. Obok sprawiedliwości stoi zaraz uczciwość. Uczciwość to naturalny owoc sprawiedliwości. Człowiek uczciwy nie zrobi nikomu krzywdy. Taką cnotę miał stary patriarcha Jakub, który pieniądze umieszczone przez sługi Józefa w workach, kazał oddać i jeszcze za to przeprosić faraona (Rdz 43,13).

Podobnie Tobiasz na wiadomość, że otrzymał w podarku koziołka, zapytał: „Patrzcie, aby nie było ono skradzione; wróćcie je jego panom, bo nam się nie godzi ani jeść co z kradzieży, ani się dotykać” (Tb 2,21).

Nadprzyrodzona wiara, nadzieja i miłość. Dalej niż cnota sprawiedliwości i uczciwości idzie cnota wiary, nadziei i miłości chrześcijańskiej. Te bowiem cnoty Boskie skłaniają nas do tego, by nie tylko nikomu nie czynić krzywdy, ale jeszcze pójść dalej i dla bliźniego czynić dobro.

Cnota wiary każe nam patrzeć na wszystkie dobra ziemskie, jako na dary Ojca niebieskiego. Od tego, jak nimi będziemy gospodarzyć, zależy nasza nagroda w niebie. W takim świetle dobra ziemskie nie są celem same w sobie, ale potężnym środkiem do uświęcenia siebie i do gromadzenia zasług w niebie. Na podłożu nadprzyrodzonej wiary rozkwitają dopiero takie cnoty, jak: życzliwość, wspaniałomyślność, miłosierdzie.

Nadzieja chrześcijańska pobudza nas do działania przez to, że obiecuje nagrodę. Słowa Jezusa: „I ja wam powiadam: czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości, aby gdy pomrzecie, przyjęto was do wiecznych przybytków” (Łk 16,9) były przyczyną tego, iż wielu oddało całe fortuny na ubogich lub też na potrzeby Kościoła dla rozszerzania chwały Bożej. Obietnica: „Ktokolwiek poda kubek wody do picia… nie utraci swojej zapłaty” (Mt 10,42) zaludniła aniołami miłosierdzia przytułki, żłobki, szpitale i schroniska, gdzie zgromadzona została wszelka ludzka nędza. Kto nie ma tego nadprzyrodzonego spojrzenia, ten może dorywczo pozwolić sobie na gest filantropii, ale nigdy nie posunie się do tego, aby zniżyć się do nędzarza i dzielić z nim jego dolę.

Miłość chrześcijańska ma dwa aspekty: zwraca się ku Panu Bogu i jest nazwana miłością Bożą oraz zwraca się ku ludziom i wtedy jest nazywana miłością bliźniego.  Może istnieć miłość naturalna względem bliźniego, gdy narzuca ją poczucie tego, iż jesteśmy wszyscy synami jednej ziemi, że to brat, że ja sam mogę znaleźć się w podobnej sytuacji, a może nawet gorszej, i będę potrzebował pomocnej ręki albo wprost naturalna dobroć serca, które nie może obojętnie patrzeć na ludzką niedolę. Gdy do tych pobudek doją bodźce nadprzyrodzone, czyli wzgląd na samego Pana Boga: że bliźni jest dziełem Boga – Stworzyciela, ukochanym Jego dzieckiem, że jest bratem Jezusa Chrystusa, że Jezus liczy sobie to wszystko, co uczynimy dla bliźnich, że Bóg odpłaca za „każdy kubek wody podany bliźniemu”, to jakże wtedy ta miłość staje się płodna i jak potężna.

Miłość chrześcijańska potrafi posunąć się nawet do świadczenia dobra wrogom: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół, dobrze czyńcie tym, którzy was mają w nienawiści” (Mt 5,43 – 48).

Życzliwość jest to cnota serca człowieka, który chciałby, aby każdemu wiodło się jak najlepiej. Taki człowiek, gdy widzi, iż jego życzenie jest jeszcze dalekie od ideału, że są bliźni, którym nie tylko nie dzieje się dobrze, ale źle, odczuwa zaraz serdeczne współczucie i chciałby za wszelką cenę bliźniemu w potrzebie dopomóc. Tak więc w ślad za nadprzyrodzoną życzliwością idzie uczynność. Piszemy o nadprzyrodzonej życzliwości, która w każdym człowieku widzi brata, owszem samego Jezusa, który powiedział: „Kto was przyjmuje, mnie przyjmuje” (Mt 10,40). „Zaprawdę powiada wam, coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25,40).

Wspaniałomyślność i hojność. Człowiek hojny nie jest rozrzutny, czyli nie wydaje na rzeczy niepotrzebne; nie wydaje dlatego, by zdobyć podziw i uznanie u ludzi. On daje z wielkiej wdzięczności dla Boga, który dał mu tyle darów, tak mu zaufał, iż może tyle dobra swoim majątkiem uczynić. Zaznaczyć trzeba, iż nie zawsze o wspaniałomyślności świadczy liczba, ale raczej wola, która chciałaby na Boże cele przeznaczyć jak najwięcej, na rozszerzanie Królestwa Bożego na ziemi dać wszystko. Inni mogą dać więcej, a nie nazwiemy ich wspaniałomyślnymi, bo dadzą tylko z tego, co im zbywa. Uczy nas o tym przykład z życia samego Jezusa. Pewnego dnia znalazł się w obrębie świątyni: A podniósłszy swe oczy, patrzył, jak bogaci wrzucali dary do skarbony. Ujrzał też i pewną ugogą wdowę, jak wrzuciła dwa drobne pieniążki. I rzekł: Powiadam wam, że ta wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy inni. Wszyscy bowiem z tego, co im zbywało, wrzucili do darów Bożych, ta zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała na swoje utrzymanie” (Łk 21,1 – 4).

Miłosierdzie. Przez miłosierdzie rozumiemy cnotę, która współczuje potrzebie bliźniego i stara się jej czynnie zaradzić. Bez czynnej pomocy miłosierdzie będzie jedynie współczuciem. Poprzez słowo „potrzeba” rozumiemy wszystko, co bliźniemu brakuje, co mu sprawia cierpienie, a więc: biedę materialną, nieszczęście, chorobę, niepowodzenie, itp. Miłosierdzie jest owocem dobroci serca i miłości bliźniego. Miłosierdzie może posiadać każdy człowiek, także i poganin.

W Starym Testamencie zalecana była litość, ale tylko dla swoich ziomków. W nim istniał nakaż, aby po żniwach nie zgarniać na polach reszty kłosów. Miały one pozostać dla ubogich (por. Kpł 19,9 – 10; Rt 2).

Jednakże najdogodniejszym klimatem do rozwinięcia się cnoty miłosierdzia, jest chrześcijańska miłość bliźniego.

Już św. Jan Chrzciciel napominał: „Kto ma dwie suknie, niechaj da temu, który nie ma, i kto ma pokarm, niech podobnie uczyni” (Łk 3,11).

Święty Paweł mówi o Panu Jezusie: „będąc bogatym, stał się dla was ubogim, abyście wy Jego ubóstwem byli ubogaceni” (2 Kor. 8,9).

Jezus zaś poleca swoim uczniom, aby wszystko, co im zbywa, dawali biednym: „Wszakże dawajcie jałmużnę z tego, co zbywa” (Łk 11,41). Doskonalszym zaleca nawet oddanie całej majętności ubogim: Jeżeli chcesz być doskonalszym, idź, sprzedaj wszystko, co masz” ( Mt 19,21).

Uczynki miłosierdzia będą decydować o naszym zbawieniu: „Pójdźcie błogosławieni Ojca mego, i posiądźcie Królestwo zgotowane wam od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a nakarmiliście mnie; pragnąłem, a daliście mi pić; byłem gościem, a przyjęliście mnie; nagim, a przyodzialiście mnie; chorym, a nawiedziliście mnie; więźniem, a przyszliście do mnie” (Mt 25,34 – 36).

Jezus nie tylko zaleca uczynki miłosierdzia chrześcijańskiego, ale nawet podsuwa praktyczne okazje, w których możemy to miłosierdzie spełniać. Jednocześnie grozi tym, którzy nie okażą miłosierdzia: „Idźcie precz ode mnie, w ogień wieczny…” (Mt 25,41 – 45).

„Bądźcie tedy miłosierni, jako i Ojciec wasz miłosierny jest” (Łk 6,36).

Apostołowie od samych początków Kościoła szczególną troską otaczali biednych. Zachęcali bogatych do tego, aby się dzieli z biednymi swoją majętnością. Ci też tak czynili: ‘Sprzedawali też majętności i dobytek, i obdzielali nimi wszystkich, według tego, ile kto potrzebował” (Dz. Ap. 2,45).

„A mnóstwo wierzących miało jedno serce i jedną duszę, i nikt z nich z tego, co miał, swoim nie nazywał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz. Ap. 4,32).

Święty Paweł zbierał regularne składki po gminach chrześcijańskich, aby ratować w potrzebie gminę w Judei (por. 1 Kor. 16,1 – 4).

Z biegiem lat powstają całe zespoły księży i zakonników, którzy jako zadanie wyznaczyli sobie poświęcenie się wyłącznie celom miłosierdzia. Pierwsze publiczne szpitale są dziełem św. Bazylego i św. Grzegorza Wielkiego; pierwsze przychodnie lecznicze założyli Benedyktyni; pierwsze szkoły powszechne powstały w klasztorach i kościołach parafialnych. Przy kościołach powstały także pierwsze schroniska dla bezdomnych. Święty Jan Boży (1495 – 1550) i św. Kamil (1555 – 1614) zasłynęli w dziedzinie szpitalnictwa.

Święty Jan z Mathy i św. Feliks de Valois w 1198 roku zakładają osobny zakon „Trynitarzy” do wykupu jeńców z rąk Arabów, w którym członkowie zobowiązali się osobnym ślubem oddać nawet w niewolę, gdy zajdzie taka potrzeba, byle tylko ratować chrześcijan z mahometańskiej niewoli. Zakon w ciągu wieków przyczynił się do uwolnienia ponad 900 tysięcy niewolników. W 1218 roku w Barcelonie powstaje podobny zakon „Od wykupu niewolników” założony przez św. Piotra z Nolasco. Zakon dał Kościołowi około 1500 męczenników. Z tego widać, iż praca tego zakonu nie była łatwa.

Dla obrony Grobu Bożego oraz pielgrzymów tam podążających, powstał cały szereg zakonów rycerskich, jak Joannici (1113 rok), Templariusze (1120 rok), Krzyżacy (1190 rok). W XIII wieku powstał Zakon św. Łazarza dla opieki nad trędowatymi.

W roku 1528 św. Hieronim Emiliani zakłada pierwszy zapewne na świecie publiczny sierociniec, a później specjalny zakon do posługi przy najbiedniejszych dzieciach.

Nad wszystkimi zasłużonymi w Kościele i dla całej ludzkości jaśnieje św. Wincenty a` Paulo (1570 – 1660). Rozpoczął on swoją charytatywną działalność od opieki nad galernikami, aby w czasie długotrwałej wojny zająć się wszelką niedolą we Francji. Był czas, że tylko on sam był jedynym żywicielem wielotysięcznych rzesz, dotkniętych plagą wojny, i jedynym ojcem dla bezdomnych.

Przez swoich duchowych synów (Lazaryści, czyli Misjonarze św. Wincentego) i córki duchowe (Szarytki, czyli Siostry Miłosierdzia, które mają dzisiaj , co do liczby, miejsce wśród wszystkich zakonów i zgromadzeń na świecie – 60.000) jest nadal dobroczyńcą już nie tylko dla jednego narodu, ale dla wielu krajów.

W Polsce znaną postacią jest św. Brat Albert (Adam Chmielowski, 1846 – 1916). Osobliwa to postać: artysta, powstaniec, apostoł opuszczonych nędzarzy. Zajął się on wszelką biedotą rekrutującą się ze wszystkich warstw społeczeństwa, nawet moralnie zwyrodniałą. Sam przywdział ich strój, zgrzebny wór, posuwając swoje wyrzeczenie do heroizmu. Dzisiaj działa nadal w naszym świecie przez swoich synów duchowych (Bracia Albertyni) i córki duchowe (Siostry Albertynki), których obowiązuje skrajne ubóstwo.

O żywotności Kościoła na polu miłosierdzia świadczy fakt, że w wieku XIX otrzymało zatwierdzenie od Stolicy Apostolskiej aż 400 zgromadzeń zakonnych;  tylko w samych latach od 1816 do 1865 – 198, a większość z nich oddaje się dziełom miłosierdzia.

Oszczędność sama w sobie nie jest cnotą nadprzyrodzoną, gdyż sam rozum ludzki do tej cnoty nakłania.  Dobry gospodarz mądrze i roztropnie zarządza swoim majątkiem, bo wie, że aby można było wydawać, to najpierw trzeba zgromadzić.

Oszczędność nie jest skąpstwem, gdyż skąpiec nie da pieniędzy nawet na konieczne wydatki.

Natomiast człowiek oszczędny nie pozwoli sobie na marnotrawstwo pieniędzy, na rozrzutność i szastanie nimi bez potrzeby. Oszczędny przewiduje i planuje. Umie w porę chronić i zabezpieczyć to, co ma; prowadzi rachunki, zapisuje wydatki, dobrze pomyśli, na co ma wydać pieniądze. Kto ma pieniądze, ten zawsze może je wydać, gdy zajdzie potrzeba, na dobry cel. Nie potrzebuje zatem oglądać się za cudzymi pieniędzmi, nie przyjdzie mu nawet nigdy na myśl pokusa, aby zdobywać pieniądze w nielegalny sposób. Gdybyśmy tak zebrali wszystkie pieniądze, które w ciągu jednego roku wydajemy na niepotrzebne rzeczy, to mogłaby się uzbierać dość duża ich suma.

Święci Pańscy pozbywali się nawet rzeczy niezbędnych, aby tylko zaoszczędzone grosze obrócić dla dobra bliźnich lub na chwałę Bożą.

Własność a nadprzyrodzony cel człowieka. Każdy, kto by sądził, że celem własności jest tylko doczesne szczęście człowieka, ten bardzo by się mylił.  Dobra ziemskie są wprawdzie w założeniu podstawą utrzymania życia ludzkiego, one mu to życie przedłużają i uprzyjemniają, ale jednak nie są one celem wyłącznym. Według nauki Jezusa dobra ziemskie mają nam służyć do osiągnięcia dóbr niebieskich: „I ja wam powiadam: czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości, aby, gdy pomrzecie, przyjęto was do wiecznych przybytków” (Łk 16,9).

Jeżeli Jezus tak surowo piętnował bogaczy, to jedynie dlatego, aby ich przestrzec przed utratą zbawienia z powodu majętności. Majątek nie może być przeszkodą, ale środkiem do spełniania dobrych uczynków.  Widzieliśmy, jak wiele dobra może zrobić człowiek, który ma pieniądze i umie z nich robić dobry użytek. Jednak widzieliśmy także, ile spustoszeń czyni wśród ludzi bezduszna chciwość i żądza pieniądza. Jezus utrzymywał relacje z bogatymi ludźmi. Nie gardził nimi. Co więcej, oni Mu w życiu okazywali wiele pomocy.

 Łazarz często udzielał Mu gościny i krył Go przed okiem śmiertelnych wrogów.

 Józef z Arymatei ofiarował Mu własny grobowiec świeżo wykuty w skale poza miastem („pewien bogaty człowiek”  - Mt 27,57).

Nikodem, „książę żydowski”, był potajemnym, a później jawnym uczniem Chrystusa.

Lewiego, naczelnika wszystkich celników, Jezus uczynił nawet Apostołem.

Święty Jan Apostoł nie musiał również należeć do biednych, skoro był znajomym arcykapłana (J 18,15).

Jairowi, którego stać było na zbudowanie Żydom w Kafarnaum synagogi, wskrzesza córkę.

Z powyższych przykładów wynika, iż nie ukazują Jezusa w pełnym obrazie ci, którzy Go przedstawiają pośród biednych i zupełnie opuszczonych.

Dwie drogi uświęcania się: wyrzeczenie się dóbr ziemskich lub użycie dóbr ziemskich w służbie dobra.

Byli święci, których uświęciło zupełne ubóstwo. Wiele osób (np. zakonnych) zobowiązuje się osobnym ślubem do doskonałego ubóstwa. Uwalniają się oni przez to od tylu trosk. Są oni podobni do dzieci, które we wszystkich swoich potrzebach zdają się zupełnie na wolę rodziców. Będąc wolnymi od wszelkich doczesnych trosk (a raczej od troski o dobra doczesne), mogą całkowicie się oddać na służbę Bogu i posłudze bliźnim. Ci konsekwentnie wypełniają radę Jezusa: „Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj wszystko, co masz… a będziesz miał skarb w niebie” (Mt 19,21).

Święty Franciszek z Asyżu nazywał ubóstwo swoją panią. Bał się pieniędzy i majętności jak największego nieszczęścia dla siebie i dla swojego zakonu.

Zupełnie inne nastawienie mieli święci: Wincenty a`Paulo, Jan Bosco i inni. Całe ich życie było jednym uganianiem się za pieniądzem; wieczną żebraniną; niestrudzonym szukaniem pieniędzy. Stale tych pieniędzy mieli za mało. Przez ich ręce przechodziły miliony, a oni zawsze chcieli więcej.

Kiedy ktoś nieomal zgorszony zapytał św. Jana Bosco: „Po co księdzu tyle pieniędzy?” – ten odpowiedział: „Przez pieniądze szatan tyle zła wyrządza. O, gdybym miał więcej pieniędzy, ileż można by było uczynić dobra”.

Dla świętych tej kategorii nakazem i programem były inne słowa Chrystusa: „Czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości…” (Łk 16,9).

Jedni i drudzy pamiętali jednak o słowach: „Błogosławieni ubodzy w duchu” (Mt 5,1). Serca swojego nie przywiązywali do złota i nie byli jego niewolnikami, ale raczej złoto poddawali w służbę dobra, nie żądając dla siebie niczego.

 

Katecheza 38: Przyczyny grzechów przeciwko VII przykazaniu Bożemu

W zasadzie to egoizm jest przyczyną większości przewinień wobec bliźniego. Egoizm oznacza tyle, co samolubstwo. Samolub lubi tylko siebie, widzi tylko siebie i swoje interesy. Jest obojętny na potrzeby innych. Wszyscy powinni jemu służyć, a on nikomu. Ilekroć zajdzie konflikt pomiędzy jego interesem, a dobrem bliźniego, choćby nawet całej społeczności, on swój interes wysuwa zawsze na pierwszy plan. Samolubstwo przechodzi  czasem w kult własnej osobowości. Egoista jest głuchy na wszystkie błagania i nędzę bliźnich. Oburza się, gdy społeczność nalega na niego i żąda ofiar. Jest typem na wskroś aspołecznym. Samolub bez skrupułów będzie wyzyskiwał innych dla większego zysku i łamał wszelkie zasady.

Chciwość. Św. Jan Apostoł nie mógł genialniej ująć wszystkich nędz ludzkich, jak wtedy, gdy pisał: „Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca, lecz od świata” (1 J 2,16).

Wszyscy z łatwością stwierdzamy, że instynkt seksualny, instynkt posiadania i instynkt panowania, to trzy najpotężniejsze siły w człowieku i niebezpieczne motory działania woli. Wszystkie nędze i zbrodnie ludzkie wywodzą się z tych trzech pożądliwości.

Autor „Listu Barnaby” z I wieku pisze: „Drogą śmierci jest chciwość”. Chciwość jest to nieumiarkowane pożądanie pieniędzy i majątku. Wyraźnie zaznaczamy: „nieumiarkowane”. Widzimy bowiem, że natura ludzka musi posiadać własność, która jest konieczna do utrzymania jej przy życiu. Naturalny pęd do posiadania własności wyzwala w człowieku najpotężniejsze energie. Źle jednak jest, gdy środek staje się celem, gdy bogactwo staje się ważniejsze niż samo życie; gdy dla jego zdobycia człowiek jest gotów oddać wszystko, nawet życie wieczne. Dla pieniędzy poświęci sumienie i cześć, poświęci swoją doczesność i wieczność, bez skrupułów poświęci szczęście i życie setek tysięcy ludzkich istnień. Odtąd dla niego jest moralne tylko to, co przynosi zysk i co pomnaża jego majątek. Nic dziwnego, iż taki człowiek jest nie tylko aspołeczny, ale bardzo szkodliwy i niebezpieczny, który w konflikcie z otoczeniem nie cofnie się nawet przed zbrodnią.

Pismo Święte a chciwość. Już nawet w Starym Testamencie, gdzie dobrobyt uważano za szczyt marzeń ludzkich i za widomy znak Bożego błogosławieństwa (Por. Ps 1), spotykamy jednak miejsca ostrzegające przed zbytnim pożądaniem bogactw i przed niesprawiedliwym ich nabyciem: „Synu, nie bierz na siebie za wiele spraw, bo jeżeli będziesz je mnożył, nie unikniesz szkody…” (Mdr 11,10 – 14); „Godzina nieszczęścia pokrywa zapomnieniem dobrobyt, a przy końcu życia na jaw wychodzą sprawy człowieka” (Mdr 11,27); „To bogactwo jest dobre, które jest bez grzechu…” (Mdr 13,24); „Oko chciwca nie zadowoli się tym, co posiada, a niegodziwa przewrotność wysusza duszę” (Mdr 14,9); „Bezsenność z powodu bogactwa wyczerpuje ciało, a troska o nie oddala sen… Ten, kto miłuje złoto, nie ustrzeże się winy, a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany. Wielu złoto doprowadziło do upadku, a ich zguba stała się jawna…”  (Mdr,311 – 11); „O, śmierci, jakże jest przykra pamięć o tobie dla człowieka żyjącego spokojnie wśród bogactw…” (Mdr 41,1).

W Nowym Testamencie nastawienie do majątków doczesnych i bogactw jest wprost wrogie. Jezus ma tak surowe słowa pod adresem bogaczy, że nikt dotąd ani potem tak surowego sądu o nich nie wydał.

Pan piętnuje zbytnią troskę o gromadzenie dóbr ziemskich: „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą, gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną” ( Mt 6,19 – 20).

Zdaniem Chrystusa dobra duchowe są o wiele ważniejsze od dóbr ziemskich i o nie człowiek powinien skwapliwie zabiegać.

„Nikt nie może dwom panom służyć… Nie możecie Bogu służyć i mamonie” (Mt 6,24). Pieniądz w tym zestawieniu urasta do znaczenia pana, a nawet dla wielu do godności bożka, skoro Pan Jezus zestawia go z samym Panem Bogiem.

„Zaprawdę powiadam wam, że bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebieskiego. I znowu powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do Królestwa Niebieskiego (Mt 19,23 – 24).

Te surowe słowa podkreślają, iż nieomal potrzeba cudu, aby bogacz mógł się zbawić. Dlaczego? Bo ‘troska o rzeczy tego świata i ponęta bogactw przyduszają słowo Boże i nie przynosi plonu” (Mt 13,22).

W przypowieści bogaczowi, który zgromadził majątek i teraz postanowił sobie resztę życia spędzić na używaniu, Bóg rzekł: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają duszy twojej od ciebie; a coś sobie przygotował, czyje będzie?”  Pan Jezus kończy tę przypowieść pouczeniem: „Tak bywa z tym, który dla siebie gromadzi skarby, a nie jest bogaty wobec Boga” (Łk 12,16 – 21).

W przypowieści o bogaczu i Łazarzu Jezus bezwzględnie opowiada się za Łazarzem (Łk 16,19 – 31).

Chrystus głosił apoteozę ewangelicznego ubóstwa. W Kazaniu na Górze pierwszy rzucił te dziwne słowa: „Błogosławieniu ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebieskie” (Mt 5,3). Na pierwszym miejscu, jako pierwsze błogosławieństwo, jako fundament wszelkiej doskonałości rzucił Jezus hasło: „Błogosławieni ubodzy!” Jednak ktoś może być ubogi stanem, a bogaty chciwością i pożądaniem, przywiązaniem serca do majątku. Z tego powodu Jezus dodaje: „Błogosławieni ubodzy w duchu”, czyli w swoim sercu.

Pan Jezus gani nawet zbytnią troskę o rzeczy nawet konieczne do życia: „Nie troszczcie się o wasze życie, co będziecie jedli, ani o ciało wasze, w co byście je mogli przyoblec… Albowiem Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a to wszystko będzie wam przydane” (Mt 6,25 – 33). Chrystus też praktykował cnotę ubóstwa aż do najwyższych granic: narodził się w stajni na garści siana, pracą własnych rąk po śmierci Józefa utrzymywał dom. Ktoś na rzuconą z nagła propozycję: „Dokądkolwiek się udasz, pójdę za tobą”, otrzymał dziwną i zaskakującą wprost odpowiedź: „Lisy mają jamy i ptaki powietrzne gniazda, a Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił” (Mt 8,19 – 20).

Pan, sam ubogi, żąda również i od swoich uczniów wyrzeczenia się wszelkiej majętności: „A oni natychmiast opuściwszy sieci, poszli za Nim” (Mt 4,20).

„Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj wszystko, co posiadasz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; przyjdź i pójdź za Mną” (Mt 19,21).

Dla rzeszy cichych, ubogich pracowników Jezus miał wiele uznania i okazywał im wielką tkliwość swojego Serca: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i uginacie się pod ciężarem, a ja was pokrzepię” (Mt 11,28).

Specjalnie zatrzymaliśmy się nad tym problemem dłużej, gdyż on wydaje się nam zasadniczym. Kto nastawi się na doczesność, ten musi gromadzić bogactwa i o nich tylko myśleć: „Albowiem gdzie jest skarb twój, tam i serce twoje” (Mt 6,21). Kto jednak nastawi się na wieczność, ten myśli tylko o tym, jak na wieczność nagromadzić sobie jak najwięcej zasług.

Drogą wskazań Boskiego Mistrza poszli Apostołowie. Poprzestając na tym, co najkonieczniejsze do życia, poświęcili się bez reszty głoszeniu Ewangelii. Niemniej gorliwie piętnowali wszelkie objawy chciwości i łakomstwa odnośnie ziemskich bogactw.

„Nie łudźcie się: ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy… ani złodzieje, ani skąpcy… ani grabieżcy nie posiądą Królestwa Bożego (1 Kor. 6,9 -10).

W Liście do Efezjan św. Paweł nazywa wprost bałwochwalcami chciwców: „Bo o tym powinniście być przekonani, że żaden rozpustnik albo nieczysty lub chciwiec ( co jest bałwochwalstwem) nie ma dziedzictwa w Królestwie Chrystusowym i Bożym” (Ef 5,5).

Chciwość najsilniej została potępiona ustami św. Pawła w Liście do Tymoteusza: „Bo korzeniem wszelkiego zła jest chciwość; tej skoro się niektórzy oddali, odpadli od wiary i uwikłali się w liczne cierpienia” (1 Tm 6,10). Zdaniem Apostoła Narodów chciwość może być nawet przyczyną odstępstwa od wiary. Kto bowiem ziemskie bogactwa obrał sobie za jedyny cel życia, ten już właściwie wypowiedział swoje „Credo”.

Dla garści srebrników Judasz wydał śmiertelnym wrogom samego Chrystusa.

Jedna ludzkie serce nie jest stworzone dla złota. Dlatego też Apostoł przestrzega, że ci, którzy oddali się w niewolę „uwikłali się w liczne cierpienia”. Doświadczył tego na sobie Judasz. Srebrniki nie dały mu szczęścia. „I porzuciwszy srebrniki w świątyni, oddalił się, poszedł i powiesił się” (Mt 27,5).

Z tej racji jakże ponadczasowe stało się napomnienie: „Unikajcie chciwości, poprzestając na tym, co macie” (Hbr 13,5; por Jk 5,1 – 6).

Skąpstwo. Człowiek skąpy żyje nie tylko w ciągłej trosce o to, aby jak najwięcej nagromadzić, ale też, aby jak najmniej wydać. Skąpiec potrafi zagłodzić siebie i drugich. Będzie żył w ostatniej nędzy, byle tylko nie wydać grosza na „niepotrzebne” wydatki. a, pozbycie się złotówki jest dla niego torturą. Bywały przypadki, iż znajdywano zwłoki żebraków, u których później odkrywano całe masy pieniędzy, wprost wielotysięczne sumy. Jest to już obłęd na punkcie pieniądza.

Święty Jan Apostoł napomina: „Kto by miał majętność tego świata, a widziałby brata swego w potrzebie i zamknął przed nim swoje serce, jakże może w nim przebywać miłość Boża?” (J 3,17 – 18).

Jezus w przypowieści o bogaczu i Łazarzu daje dość jasno do zrozumienia, za co bogacz został wrzucony w ogień wieczny, bo nie miał miłosierdzia dla umierającego z chorób i głodu Łazarza, który leżał u bramy jego domu (Łk 16,20 – 22).

Rozrzutność. Przeciwieństwem skąpstwa jest rozrzutność. Kto jest przyzwyczajony do życia ponad stan, do wysokiej stopy życiowej, ten stale potrzebuje pieniędzy, temu zawsze będzie ich mało. To jest jasne: jeżeli wydatki przewyższają dochody, musi w końcu zabraknąć pieniędzy. Trzeba je wtedy zdobyć pożyczką (której się nie zwraca), kradzieżą lub oszustwem. To jest rzeczą oczywistą, że kto się lubi bawić i szastać pieniędzmi, ten je lekko i łatwo gdzieś zdobywa.

Pieniędzy zapracowanych nie wydaje się lekkomyślnie.

Nieuczciwość jest to stała dyspozycja, nastawienie psychiczne do popełniania nadużyć przeciwko cnocie sprawiedliwości. Z tego powodu, że jedynym motorem działania u ludzi nieuczciwych jest chęć zysku, dlatego uważają oni wszystkie drogi, które prowadzą do tego celu, za dozwolone. Nieuczciwość jest więc o tyle niebezpieczną, że jest ona wypadkową egoizmu, chciwości, skąpstwa i rozrzutności i jest ona ich owocem. Kiedy tamte żądze możemy nazwać dyspozycjami, przyczynami, to nieuczciwość jest ich skutkiem.

Pasożytnictwo. Istnieją typy ludzkie przyzwyczajone żyć z ludzkiej pracy, żerujące na cudzym miłosierdziu. Pasożyt to człowiek, który żyje kosztem drugich, chociaż sam może zapracować sobie na życie. Jest to zatem nazwa negatywna, pogardliwa i potępiająca. Nie można jednak nazywać pasożytami ludzi, którzy nie mogą pracować z przyczyn od nich niezależnych (chorzy, inwalidzi, kalecy, starcy, itp.).

Tacy zawsze będą, a obowiązkiem społeczeństwa jest zająć się nimi jak najtroskliwiej. Ten jednak, kto jest zdrowy, a chciałby żyć kosztem innych, jest szkodnikiem i niesprawiedliwym ciężarem dla społeczeństwa (pijacy, łaziki, żebracy, wagabundy) i społeczeństwo ma prawo bronić się przed nimi.

Święty Paweł na nierobów ma krótki wyrok: „Jeżeli ktoś nie chce pracować, niech też i nie je” (2 Tes. 3,10).

Sam też żegnając się ze swoimi uczniami i wiernymi w Efezie, chlubi się: „Srebra ani złota, ani niczyjej szaty nie pożądałem, jako i sami wiecie, bo na to, co potrzeba było mnie i tym, którzy ze mną są, pracowały te ręce” (Dz. Ap. 20,33 – 34).

W tym tekście św. Paweł jasno przyznaje się i tego się nie wstydzi, że z pracy fizycznej utrzymywał siebie i jeszcze najbliższych swoich współpracowników.

Lenistwo. Była już mowa o tym, że lenistwo jest częstą przyczyną grzechów przeciwko VII przykazaniu Bożemu. Kto wie, czy obok chciwości, nie jest ono przyczyną najczęstszą.

Człowiek gnuśny oddaje się lenistwu jedynie z tej przyczyny, że jest wygodny, że nie chce się trudzić.  Natomiast kradzieżą, oszustwem, malwersacją, wyzyskiem łatwo można się wzbogacić. Jaki więc sens się trudzić, aby na pewno mniej zarobić?

Na to dziwne pokrewieństwo lenistwa i skłonności do kradzieży wskazuje już św. Paweł, kiedy złodziejom każe zabrać się do pracy, jeżeli chcą poważnie i szczerze myśleć o poprawie życia (Ef 4,28).

 

Katecheza 37 : Grzechy przeciwko VII przykazaniu Bożemu

Grzechów przeciwko VII przykazaniu jest bardzo wiele. Wymienimy tylko najczęstsze i najbardziej jaskrawe. Wszystkie z nich pociągają za sobą jako konieczne następstwo obowiązek restytucji, czyli wynagrodzenia wyrządzonej krzywdy.

Kradzież zwykła. Umyślnie używamy słowa kradzież „zwykła”, czyli to, co nazywamy kradzieżą, gdyż większość grzechów, które wymieniamy są właśnie rodzajami kradzieży.

Przez kradzież zwykłą rozumiemy potajemne przywłaszczenie sobie rzeczy cudzej wbrew rozumnej woli właściciela. Piszemy o potajemnym przywłaszczeniu cudzej rzeczy, bo kto by jawnie brał cudzą rzecz,  ten popełniałby rabunek. Piszemy także, iż kradzież jest tp „przywłaszczenie sobie” cudzej rzeczy. Zatem kradzież zachodzi wtedy, kiedy ktoś cudzą rzecz bierze za swoją własność z zamiarem nie oddawania, zatrzymania i użytkowania jej według swojej woli. Wykluczamy tu jednak pomyłkę albo potajemną rekompensatę. W końcu dodajemy słowa „wbrew rozumnej woli właściciela”. Może zajść wypadek, gdy właściciel nie dba o daną rzecz; że ma długi, a nie chce ich wynagrodzić. Ktoś może z głodu coś zabrać, a w taki wypadku właściciel nie powinien stawiać oporu. Czasem bywa, iż współmałżonek bierze coś z kasy wspólnej potajemnie, gdyż drugi współmałżonek jest skąpy.

Kradzież sama w sobie jest grzechem ciężkim. Może jednak ona być grzechem lekkim z powodu małej materii (niewielka rzecz). O tym, że kradzież jest sama w sobie grzechem ciężkim, pisze św. Paweł: „Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, …, ani złodzieje nie posiądą Królestwa Bożego” (1 Kor. 6, 9 -10).

Pewien młodzieniec zapytał Jezusa o to: „co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” W tym pytaniu chodziło o rzecz bardzo ważną dla niego, a nawet najważniejszą. W odpowiedzi usłyszał od Jezusa: „zachowuj przykazania!”. Na pytanie zaś: „Które?”  Pan wymienił kilka nakazów Dekalogu, a między innymi: „nie kradnij!” (Mt 19,16 – 20).

Jeżeli zatem kradzież grozi utratą wiecznego zbawienia, to musi być ona rzeczywiście grzechem ciężkim.

To, czy kradzież będzie grzechem ciężkim albo lekkim, zależy od wartości zabranej rzeczy i od krzywdy wyrządzonej bliźniemu.  Zatem przy kradzieży, jak też przy grzechach, które naruszają własność bliźniego, wielkość winy mierzy się wielkością straty materialnej, na jaką jej właściciel został narażony.

Historia kradzieży. Z zagadnieniem kradzieży spotykamy się bardzo dawno. Zajmują się nim wszystkie znane nam na świecie kodeksy prawa, które za kradzież przewidują bardzo surowe kary. Najczęściej stosowaną karą za kradzież było: bicie, więzienie, obcinanie palców albo ręki, a nawet kara śmierci. Już w pierwszej Księdze Pisma Świętego czytamy o rabunkach i kradzieży.

O napadających na Sodomę i Gomorę czytamy: Zwycięzcy, zabrawszy całe mienie mieszkańcom Sodomy i Gomory oraz wszystkie ich zapasy żywności, odeszli” (Rdz 14,11).

Laban ścigając patriarchę Jakuba czyni mu gorzki wyrzut: „Gdy już jednak ruszyłeś w drogę, bo tęskno było ci bardzo za rodziną twego ojca, to czemu skradłeś mi moje posążki?” (Rdz 31,30). Później okazało się, że chodziło posążki bóstw, które potajemnie zabrała z sobą Rachela żona Jakuba, a córka Labana.

Prawo Mojżesza głosiło: „Jeżeli ktoś wołu albo owcę i zabił albo sprzedał, to pięć wołów odda za jednego wołu, a cztery owce za jedną owcę” (Wj 22,1 – 4).

U Anglosasów (VI wiek) złodziejom obcinano ręce i nogi. Na Węgrzech za św. Stefana złodziei sprzedawano w niewolę. Kiedy podczas zdobywania Jerycha jeden z Żydów zatrzymał coś z dóbr kananejskich, to został ukamienowany (Joz 7).

Sama wielkość zabranej materii nie stanowi jeszcze decydującego czynnika, ale szkoda wyrządzona, czyli komu się daną rzecz zabrało oraz jaką ona dla niego przedstawiała wartość.

Zabrać nędzarzowi ostatni grosz konieczny do życia będzie z pewnością grzechem ciężkim, chociaż będzie to suma niewielka.

Zatem trzeba odróżnić materię względnie ciężką lub bezwzględnie ciężką. Pierwsza będzie powodować winę ciężką tylko okazjonalnie, a druga zawsze będzie powodować, że krzywda była ciężka, a więc i grzech był ciężki.

Wielu moralistów z Vermeerschem na czele określa miesięczną pensję robotnika za materię bezwzględnie ciężką.

Za materię względnie ciężką uważało się zawsze tyle, ile potrzeba do dziennego utrzymania przeciętnego robotnika z jego rodziną. Oczywiście, że w pewnych okolicznościach i liczby ulegną zmianie. Zabranie milionerowi 200 zł może ktoś w danym wypadku nie uważać jeszcze za grzech ciężki, ale zabranie ubogiej wdowie 10 zł , potrzebnych na chleb, może być grzechem ciężkim. Miarą bowiem będzie wielkość wyrządzonej komuś szkody.

Restytucja. Każdy, kto popełni grzech kradzieży, jest zobowiązany do restytucji.

Kradzieże drobne, ale stałe. Na ogół są one zawsze grzechem lekkim. Podstawą tego twierdzenia jest norma, że nigdy rzecz lekka nie może być winą ciężką. Nagromadzenie się win lekkich nie zmienia ich jakości i nie stają się one nagle grzechem ciężkim. Jednak pod tym względem są pewne wyjątki.

Dzieje się tak, kiedy ktoś kradnie wiele drobnych rzeczy z zamiarem zgromadzenia w ten sposób dużej sumy. Wiemy, że o grzechu decyduje zła wola. Skoro więc człowiek ma zamiar popełnić dużą szkodę, to popełnia grzech ciężki. W takim bowiem wypadku między poszczególnymi drobnymi kradzieżami panuje ścisła łączność, stają się one częścią dużej całości.

Gdy między poszczególnymi kradzieżami jest zbyt mała odległość czasowa tak, że istnieje moralna łączność, zwłaszcza jeśli kradnie się tej samej osobie.

Kradzieże domowników. Prummer słusznie uważa, iż tak częste wśród domowników kradzieże posiłku nigdy nie są grzechem ciężkim. Pierwszym bowiem obowiązkiem ojca jest żywienie domowników. Roztropny ojciec nie będzie się sprzeciwiał, gdy domownicy biorą sobie coś do zjedzenia. Może być jednak grzechem ciężkim, gdyby duże porcje słudzy wynosili dla swoich znajomych albo na sprzedaż. W takim wypadku są są oni zobowiązani do restytucji. Współmałżonkowie (mąż albo żona) byliby zobowiązani do restytucji dopiero wtedy, gdyby chodziło o sumy bardzo poważne. Oboje bowiem są współwłaścicielami i współrządcami, nie powinni więc nawzajem się krzywdzić. Dzieci, dopóki są pod władzą ojca, nie są nigdy obowiązane do restytucji, bo ta jest dla nich rzeczą niemożliwą. Byłyby jednak zobowiązane do restytucji, gdyby miały własny majątek, a swoich rodziców jeszcze okradały. Często dzieci nie pamiętają o tym, że zabieranie rodzicom (np. wybieranie ojcu lub matce z portfela pieniędzy) czy wynoszenie rzeczy wartościowych jest grzechem.

Na takie dzieci Pismo św. znajduje surowe słowa: „Kto ojca lub matkę ograbia mówiąc: ‘To nie grzech’, jest wspólnikiem zabójcy” (Prz 28,24).

W przypadku, gdy chodzi o kradzież domowników, to moraliści określają, że trzeba materii o wiele większej niż w kradzieży obcemu, aby zaistniał grzech ciężki. Na zmniejszenie winy wpływa to, że te dobra są zawsze na oku i zawsze są uważane za własność wspólną.

Kradzieże dóbr społecznych (publicznych). Ten grzech niestety u nas jest dość rozpowszechniony. Na wiele tysięcy spraw sądowych bardzo duża liczba przypada na sprawy nadużyć mienia publicznego. Słowo: manko, defraudacja, niedobór, itp., zbyt często obijają się nam o uszy.

Czy mienie społeczne kradną tylko biedni robotnicy? Nie, dane statystyczne wykazują, że raczej ludzie lepiej uposażeni.

Zasada jest jasna: jeżeli szkoda publiczna jest duża, grzech jest ciężki i obowiązuje restytucja.

Wypadki, które usprawiedliwiają „kradzież”. Słowo „kradzież” umyślnie zostało napisane w cudzysłowie, gdyż w taki przypadkach zabranie cudzego mienia nie jest kradzieżą.

Ostateczna konieczność. Przez taką rozumiemy wypadek wyodrębniony, w który człowiekowi grozi nieuchronna śmierć, jeżeli nie sięgnie po cudzą własność.

Ważniejsze jest ludzkie życie niż ludzka własność. Przecież celem głównym własności jest służyć ludzkiemu życiu. W sytuacji, kiedy ktoś, aby ratować się od śmierci głodowej, weźmie drugiemu coś do zjedzenia albo pieniądze na nie, nie grzeszy.

Już „Nauka 12 Apostołów” o tym mówi: „Biada temu, kto bierze. Ale jeżeli ktoś bierze z niedostatku, nie dopuści się winy” Jednak i w tym wypadku muszą zaistnieć pewne warunki:

Kto znalazł się w potrzebie tak gwałtownej, że wyczerpał już wszelki inne środki (szukał pracy, prosił o chleb dla siebie i dla dzieci czy też p trochę pieniędzy, itp.).

Nie wolno brać więcej, niż to narzuca konieczność. Nie wolno robić zapasów kosztem bliźniego na dłuższą metę. Sama bieda jeszcze nie upoważnia do rządzenia się cudzą własnością, ale musi to być skrajna nędza i niemożność innego sposobu zdobycia koniecznych środków do życia. Błogosławiony Innocenty XI potępił zdanie: „Wolno kraść nie tylko w ostateczności, ale także w ciężkiej potrzebie” (Denz. 1189). W takim bowiem ujęciu wszyscy ubodzy poczuliby się zwolnieni od VII przykazania Bożego.

Jeżeli wolno siebie i swoje najbliższe osoby w taki sposób ratować, to wolno także ratować i inne osoby, nawet obce sobie. Roztropny właściciel nie powinien się na to oburzać, bo obowiązkiem jego sumienia jest speszyć z szybką pomocą w takich przypadkach. Gdyby jednak bliźni był w takiej samej sytuacji, to nie wolno mu zabierać rzeczy, która może być dla niego jedynym ratunkiem.

W sytuacji, gdy bliźni jest w ostatecznej albo nawet tylko w ciężkiej potrzebie, to pod grzechem ciężkim są obowiązani wszyscy, którzy o tym wiedzą, pospieszyć mu z pomocą.

Potajemna kompensata. Przez potajemną kompensatę rozumiemy wypadek, gdy ktoś wynagradza sobie należność od właściciela potajemnie, gdy ten może dać to wynagrodzenie, ale go dać nie chce. Dawniej takie wypadki bywały dosyć częste, np. gdy pan zatrzymywał służbie lub robotnikom należność albo nie wypłacał im tyle, na ile się zobowiązał, itp.

Może też zajść wypadek, gdy ktoś przywłaszczył sobie cudze mienie w dobrej wierze, że jest ono niczyje albo że jest dobrem porzuconym (naczynie, sprzęt, narzędzie), lub w złej wierze. Właściciel nie chce się procesować, a rzecz jest mu potrzebna. W takich wypadkach może od nieprawego właściciela wziąć zabrany przedmiot czy też równoważną sumę pieniędzy.

Jednak i w takich wypadkach obowiązują pewne zasady, które chronią od nadużyć.

Ukryta kompensata jest godziwa, gdy poszkodowany bierze tylko to i tylko tyle, ile mu się należy (np. zalegającą w wypłacie kwotę, zabrany sprzęt, itp.).

Zapłata musi być pracownikowi niesprawiedliwie zatrzymana. Jeżeli pracodawca nie płaci dlatego, że pracownik nie wypełnia sumiennie swoich obowiązków, że może je lekceważy, narażając pracodawcę na szkody, to w takich wypadkach najemnik nie może żądać żadnych wyrównań, a tym więcej sam ich sobie potrącać.

Wreszcie trzeba patrzeć też na wolę pracodawcy. Czasem chwilowo znajduje się on w trudnej sytuacji finansowej. Chce dać pracownikowi to, co mu się należ i ma najlepszą wolę dać mu w najkrótszym czasie całą należność. W takich wypadkach trzeba cierpliwie poczekać.

Te „wynagrodzenia” samemu sobie są rzeczą bardzo niebezpieczną i z tej racji, że przecież zawsze mogą być zauważone przez właściciela. Wtedy on może podejrzewać zawsze o kradzież. Ten, który sobie w taki ukryty sposób sam daje kompensatę, może równie łatwo wypaczyć swój charakter.

Paserstwo. Słowo pochodzi z hebrajskiego pasach, które oznacza tyle, co przechodzić (granicę). W języku niemieckim paschen znaczy przemycać. Paserami nazywano przemytników i tych wszystkich, którzy przechowują kradzione rzeczy.

Państwo słusznie ściga tego rodzaju przestępców ze szczególną surowością, gdyż paserzy chronią złodziei. Skoro złodziej nie musi się martwić o bycie skradzionych przedmiotów, gdyż ma już stałego nabywcę, to tym swobodniej kradnie. Paserstwo niezmiernie utrudnia pościg za skradzionymi rzeczami.

 Kto przechowuje kradzione rzeczy, ten świadomie pośredniczy w kradzieży i ją ułatwia, więc popełnia więc grzech ciężki.

Rabunek. Przez rabunek rozumiemy zabranie cudzej rzeczy jawnie. Zwykle rabunek jest połączony z napaścią i gwałtem (przymusem).

Jezus w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie właśnie mówił o Żydzie napadniętym przez rozbójników, czyli o rabunku (Łk 10,30).

Rabunek jest grzechem ciężkim ze swojej natury, bo nie tylko uderza w cudzą własność, ale godzi równocześnie w wolność człowieka. Z rabunkiem łączy się fizyczne ubezwładnienie, pokaleczenie, a nawet śmierć. Jest to więc bandytyzm. Rabuś wie, że napadnięty będzie bronił swojej własności, liczy się też z możliwością oporu. Dlatego przygotowując napaść, decyduje się na wszystko, nawet na morderstwo.

Zniszczenie – zguba. Motywem niszczenia mienia cudzego i społecznego jest nienawiść, zazdrość, zemsta, przypadek, zawiniona nieostrożność, itp. W 1957 roku samych wypadków podpalenia było aż 5.578, a w 1958 mniej, bo 4.069 (Rocznik Statystyczny 1958, str. 382). Przy kradzież ponosi szkodę jedynie właściciel, a złodziej ma zysk. Natomiast przy zniszczeniu nikt nie ma korzyści, bo nie ma jej właściciel ani złodziej. Dlatego, jeżeli jest to grzech zamierzony zło jego jest większe niż zwykłej kradzieży.

Można mieć różny udział w zniszczeniu. Jest to o tyle ważne, że im większy udział, tym i odpowiedzialność moralna jest większa.

Udział pojedynczy – kiedy ktoś sam niszczy.

Udział zorganizowany – bierze do pomocy w niszczeniu jeszcze inne osoby.

Udział formalny, gdy chce i działa świadomie.

Udział materialny, kiedy niszczy coś niechcący lub pod przymusem.

Udział aktualny, gdy czynem własnym niszczy wprost.

Udział przez zaniedbanie, gdy nie miał troski o rzecz i dopuścił do jej zniszczenia.

W przypadku, gdy szkoda wyrządzona bliźniemu była umyślna lub zawiniona, to ten, który ją wyrządził, popełnia grzech śmiertelny i jest zobowiązany do wszelkich odszkodowań. Bezmyślne niszczenie rzeczy cudzej ma jeszcze w pewnej mierze większą winę od samej kradzieży, bo przez niszczenie mienia, które przecież jest zawsze własnością i majątkiem całego społeczeństwa, zubaża się naród. Mamy i tak dostatecznie zniszczeń przypadkowych, które powodują nieraz nieobliczalne wprost straty.

Kto spowodował bliźniemu szkodę nieumyślnie, nie ma żadnego grzechu. Jednak na podstawie miłości bliźniego i praw publicznych jest zobowiązany do wynagrodzenia szkody (por. Wj 2,5 – 7).

Kto chciał zniszczyć dobytek sąsiada, a przypadkowo zniszczył dobytek innych (np. pożar przeniósł się na inne zbudowania), ten ma obowiązek wynagrodzić i tamte szkody.

Kto zgubiłby rzecz pożyczoną lub daną w depozyt, winien zwrócić daną rzecz (odkupić lub oddać jej wartość). Biorąc bowiem cudzą rzecz, wziął także na siebie obowiązek pilnowania jej i troski o nią oraz zobowiązał się ją zwrócić.

Szaber. Słowo „szaber” pochodzi prawdopodobnie z języka niemieckiego „schabe” (skrobaczka) lub od „schaben” (skrobać).

Określamy nim rabunek, plądrowanie opustoszałego mienia podczas wojen, klęsk żywiołowych, itp. Terminem tym określa się także i mienie zrabowane.

Historia szabru jest znana i stara, jak stare są dzieje ludzkości. Władcy starożytnego Egiptu, aby uchronić swoje groby przed szabrownikami, budowali potężne piramidy o wielu ślepych wejściach albo skalne groty podziemne w „Dolinie Królów” koło Teb. Jakież zdumienie ogarnęło uczonych, kiedy podczas prac wykopaliskowych natrafili i tam na ślady spustoszeń spowodowanych szabrem. Jeżeli ocalały jakieś groby z całą zawartością i wszystkimi kosztownościami, to tylko dzięki przypadkowi.

Już Herodot około 484 roku przed Chrystusem pisze, że kiedy zwiedzał groby królów egipskich, to wszystkie one były splądrowane. Szabrownikami na wielką skalę byli Arabowie. Potrzebując kamieni do swoich budowli, niszczyli wspaniałe pałace i świątynie starożytnego Egiptu. Masy zwojów papirusu i pergaminu używali fellachowie do palenia, bo w Egipcie był dotkliwy brak paliwa. Jeszcze chętniej palono mumie, gdyż zawierały w sobie dużo żywicy.

Naród Wandalów za złupienie Rzymu i zniszczenie wielu wprost bezcennych jego zabytków zasłużyli sobie na to, że szaber pierwotnie nazywano wandalizmem. Krzyżowcy podczas jednej z wypraw krzyżowych odznaczyli się takim rabunkiem w Konstantynopolu, że zrazili sobie Greków raz na zawsze. Woleli oni samych Arabów niż takich sprzymierzeńców.

Niemcy hitlerowskie rabowały w krajach okupowanych wszystkie zabytkowe rzeczy albo je niszczyły, jeżeli one nie były im przydatne. W taki sposób doszczętnie obrabowano zamek królewski w Warszawie, a później go zniszczono. Do Niemiec wywieziono bezcenny ołtarz Wita Stwosza i inne skarby z Wawelu.

Szaber jest gorszy od kradzieży. Złodziej bowiem zabiera to, co jemu się przyda, a resztę pozostawia w spokoju.

Szabrownik zaś niszczy to wszystko, czego zabrać nie może. Ile to było przypadków zabierania nowych bram, futryn z okien i ram, wyrywania lamp, przewodów elektrycznych, rozbierania całych domów na cegłę, itp.

W przypadkach gdy ludzi ogarnie szał szabru, to wtedy nie zważają oni na nic. Obrabują oni wtedy nawet kościoły i cmentarze, zniszczą bardzo cenne zabytki dla chwilowej korzyści.

Oszustwo. Ze wszystkich grzechów przeciwko VII przykazaniu Bożemu ten jest najpowszechniejszy. Oszukać kogoś, to znaczy podstępnie go zwieść i narazić na stratę. Najczęstszym powodem oszustwa jest chęć zysku, a więc prosta chciwość pieniędzy. Najczęstszą zaś okazją do oszustwa jest handel, czyli transakcja kupna i sprzedaży.

Święty Paweł ostrzega przed oszustwem: „Niechaj żaden z was nie knuje podstępu i nie oszukuje swego brata w żadnej sprawie” (1 Tes 4,6).

Oszustwem jest każde kłamstwo. O nim będzie mowa przy VIII przykazaniu Bożym. Oszustwem jest wszelki podstęp, aby bliźniego zwieść i skrzywdzić. Do tego rodzaju oszustw należą różne ortele wojenne, które służą temu, aby uśpić czujność przeciwnika, a potem znienacka go napaść i obezwładnić.

Oszustwem jest też obłuda, o której będzie mowa w następnym przykazaniu.

W tym przypadku chodzi nam o takie oszustwa, które mają na celu wyłudzenie od bliźniego jak najwięcej, kosztem najmniejszej zapłaty za daną rzecz. W tym celu rzecz, którą się sprzedaje drugiemu, przedstawia się od jak najlepszej strony, a zataja wszystkie braki i mankamenty, żądając wysokiej ceny.

Zasady:

Wszelkiego rodzaju spekulacje i fałszerstwa podjęte w tym celu, aby oszukać klienta, są grzechem przeciwko cnocie sprawiedliwości.

W przypadku, gdy oszustwo jest w rzeczy poważnej, to jest ono grzechem ciężkim i obowiązuje restytucja (wynagrodzenie).

W handlu towar wolno zachwalać, ale nie wolno go przechwalać tak, by wprowadzić w błąd nabywcę.

Przy sprzedaży należy ujawnić istotne braki danej rzeczy, a można pominąć usterki uboczne.

W handlu czy w zamianie można zarabiać według przyjętych praw i zwyczajów, ale zawsze w dopuszczalnych granicach.

Fałszownie pieniędzy lub towarów jest niezmiernie szkodliwe dla całej społeczności, bo burzy podstawy jej gospodarki.

Każdy, kto padł ofiarą oszustwa (kupując np. fałszywy towar lub otrzymując fałszywy pieniądz), ten nie może go dalej posyłać i narażać kogoś innego na szkodę pod pozorem odbicia sobie straty. Straty bowiem nie można sobie wynagrodzić krzywdą bliźniego. Nie wolno więc puszczać fałszywych pieniędzy czy towarów dalej jako dobrych.

Łapownictwo i symonia. To niestety jest także dosyć powszechny sposób nieuczciwego bogacenia się. Łapownik to człowiek biorący pewną sumę pieniężną za określoną czynność, a więc wyszukanie w sposób nielegalny jakiegoś urzędu, mieszkania, towaru, itp. Jest to po prostu zwykłe przekupstwo, znane od bardzo dawnych czasów.

Zasady:

Każdy kto by przez przekupstwo dostał się na urząd, do którego w żaden sposób się nie nadaje i stałby się przez to przyczyną wielu szkód. Grzeszy ciężko i odpowiada w sumieniu za te wszystkie szkody.

Każdy, kto by przekupstwem nabył urząd, który należał się innemu, to krzywdzi bliźniego, bo godniejszego od siebie, ale idącego normalną drogą sprawiedliwości, pozbawił możliwości zdobycia danego urzędu.

Jeszcze większym grzechem byłoby, gdyby przez łapownictwo stracił ktoś pracy przepłacanie czynników kontrolujących, aby patrzyły przez palce na nadużycia i w ten sposób kryły oszusta.

Przez symonię rozumiemy kupowanie i sprzedawanie dóbr lub urzędów kościelnych (handel odpustami).

Kościół ścigał je surowo, uważając je z góry za nieważne i zakazane pod grzechem ciężkim. Jak wiemy z rozdziału pierwszego Dziejów Apostolskich, nazwa symonia pochodzi od Szymona Czarnoksiężnika, który od św. Piotra chciał wykupić dar czynienia cudów (Dz 8, 18 – 24).

W czasach, kiedy dobra i urzędy kościelne były uzależnione od panów świeckich, wtedy fakty przekupstwa, symonii, były na porządku dziennym. Możnowładcy zawsze potrzebowali i dlatego chętnie sprzedawali urzędy i majątki kościelne tym, którzy dawali większe łapówki.

Dziś jest to prawie niemożliwe. Gdyby jednak ktokolwiek kupczył w jakikolwiek sposób dobrami lub godnościami kościelnymi, wpada automatycznie w kościelną karę ekskomuniki zwykłej, zastrzeżonej Stolicy Apostolskiej. Podobnie klątwa kościelna spada na tych, którzy by chcieli handlować odpustami, czyli za odpusty związane z jakimś przedmiotem żądać dodatkowej opłaty.

Za wyrób fałszywych relikwii (bo i tu sięgała chciwość ludzka), za świadome ich sprzedawanie czy chociażby rozdawanie przewidziana jest ekskomunika, zarezerwowana biskupowi danego miejsca, gdzie przestępca przebywa.

Duchowny, który by otrzymał drogą symonii urząd duchowy albo godność kościelną, przez to samo jest suspendowany.

Zadłużenie. O długach i dłużnikach mówią wszystkie kodeksy prawne. Wiele miejsca poświęca im słynny kodeks Hammurabiego, prawo XII tablic i prawo żydowskie. Jezus na temat dłużników opowiadał nawet specjalne przypowieści (Mt 18,21 – 35; Łk 7,47 – 50). Zawsze istnieli posiadający i potrzebujący, a więc pożyczający i dający pożyczki.

Zasady:

Człowiek roztropny niechętnie się zadłuża. Dobrze bowiem wie, że jeżeli teraz nie ma pieniędzy, to nie prędko je będzie mieć później, a do tego, co posiada, dojdzie jeszcze dług.

Dłużnik powinien się poczuwać do tego, aby swoje zobowiązania traktować poważnie i aby dług oddać jak najszybciej.

Wierzyciel ma prawo ściągnąć od dłużnika należność nawet przemocą, ale zawsze na drodze prawa. Zwyczaj zabierania w niewolę niewypłacalnego dłużnika i oddawania go pod całkowitą władzę wierzyciela był okrutny i niesprawiedliwy. Jeżeli Jezus w przypowieści sam mówi, że gdy sługa nie miał z czego oddać, to pan, aby odzyskać swój dług: „kazał sprzedać jego samego, żonę, dzieci i wszystko co miał” (Mt 18,25), to nie po to, aby to pochwalał, ale raczej aby powołać się na istniejące zwyczaje.

Wierzyciel nie może zabierać niewypłacalnemu dłużnikowi wszystkiego, ograbić go z wszystkich, niezbędnych nawet do życia środków.

Wierzyciel nie powinien pożyczać człowiekowi, o którym wie, że nie jest zdolny do zwrócenia długu. Lepiej dać mniejszą sumę jako jałmużnę, niż pożyczać duże sumy, a potem nie móc ich ściągnąć.

Nie powinno się też zbyt pochopnie ręczyć za kogoś, aby później nie przeżywać zawodu. Zwiedziony wierzyciel może mieć potem słuszne pretensje do poręczyciela. Wprawdzie Autor Księgi Syracha pochwala poręczenie, ale i przed nim przestrzega (Syr 29,14.19).

Zatrzymanie umówionej zapłaty.  W Biblii znajdujemy bardzo mocne słowa: „Nie będziesz niesprawiedliwie gnębił najemnika ubogiego i nędznego, czy to będzie brat twój, czy obcy, o ile jest w twoim kraju, w twoich murach. Tegoż samego dnia oddasz mu zapłatę, nie pozwolisz zajść nad nią słońcu, gdyż jest on biedny i całym sercem jej pragnie; by nie wzywał Pana przeciw tobie, a to by cię obciążyło grzechem” (Pwt). Z tych słów jasno wynika, że pracodawca, który wstrzymuje się z należną wypłatą, naraża się na pomstę Boga, gdy ubogi pracownik Go o to poprosi.

Z tego powodu ten grzech nazywamy „wołającym o pomstę  do nieba”. I nic tu nie znaczy wymówka, że ktoś nie ma pieniędzy, aby zapłacić.  Jeżeli ich nie ma  pracodawca, to skąd je może wziąć pracownik? Z czego on ma żyć? Co więcej, z czego ma utrzymać rodzinę? Kto za mało płaci swojemu pracownikowi albo wstrzymuje mu należną zapłatę, ten zmusza go do kradzieży, a więc pcha go na drogę nieuczciwości.

Żebranie. Problem żebrania wydaje się dość skomplikowany. Prosić bowiem wolno. Co więcej, należy nawet prosić, jeżeli się jest w sytuacji bez wyjścia.

Jednak prośba to nie żebranie. Żebranie to zawodowe uprawianie prośby o pieniądze.

Fakt istnienia żebraków we wszystkich częściach świata, nic jeszcze nie mówi. Jest on raczej oskarżeniem rzuconym przeciw społeczeństwom.

Wiadomo bowiem, że ubodzy zawsze istnieć będą, tak samo, jak kalecy lub bezdomni. Tymi powinno zająć się społeczeństwo i umieścić ich w odpowiednich zakładach.

Żebranina jest poniżeniem godności ludzkiej. Wystarczy spojrzeć na żebraka, aby się o tym przekonać: jego niechlujny wygląd, odrażające brudy, stałe przebywanie na ulicy, nieustanne wołanie o jałmużnę. To wszystko jeszcze bardziej rujnuje zdrowie żebraka.

Stały tryb życia żebraczego wytwarza specjalny charakter człowieka ordynarnego i natarczywego. Ten tryb życia podoba się różnym nierobom, sprzyja oszustwu i zawodowemu złodziejstwu. Rzadko można spotkać żebraka nie pijącego alkoholu i nie kradnącego. Trzeba być ostrożnym przy dawaniu jałmużny przygodnym żebrakom, by nie dać się zwieść błędnym pozorom. Z drugiej jednak strony nie można wszystkich proszących traktować na żebrakami. Jeżeli ktoś prosi o posiłek, to mu zawsze należy go podać. Kto prosi o chleb, to jest naprawdę w wielkiej potrzebie.

Żebractwo zawsze było w pogardzie u ldzi, skoro Autor Księgi Syracha napomina: „Synu, nie prowadź życia żebraczego, lepiej jest umrzeć niż żebrać. Gdy człowiek musi patrzeć na stół drugiego, jego istnienia nie uważa się za życie, zbrudzi dusze swoją potrawami obcych: człowiek więc rozumny i dobrze wychowany tego się ustrzeże. Żebractwo jest słodkie na ustach bezwstydnego, ale we wnętrzu płonie ono jak ogień” (Syr 40,28 – 30).

O restytucji. Termin restytucja pochodzi od słowa łacińskiego „restitutio” i oznacza tyle, co zwrot, naprawa, wynagrodzenie. Zatem pisać będziemy o wypadkach, w których na mocy prawa i sumienia człowiek jest zobowiązany do zwrotu i wynagrodzenia.

Restytucja jest to akt sprawiedliwości zamiennej, przez który naprawia się prawowitemu właścicielowi niesłusznie wyrządzoną szkodę. Nie obejmuje ona wyłącznie obowiązku naprawienia szkód materialnych, o których mówi VII przykazanie, ale wszelkich szkód poniesionych na zdrowiu i życiu, na sławie, na dobrym imieniu, itp. Z tego powodu, iż ludzie wyrządzają sobie najwięcej szkód na własności, to dlatego zazwyczaj jest mowa o zwrocie i restytucji przy VII przykazaniu. O konieczności restytucji w pewnych wypadkach pisał już Mojżesz, wyliczając nawet okoliczności, w których ona obowiązuje (Kpł 6,1 -7).

Kiedy św. Klemens odnosił pewnemu właścicielowi skradzione pieniądze, które otrzymał od penitenta, a ten nie chciał ich przyjąć, to święty rzekł: „Nie dobrze jest darować pokutującemu grzesznikowi skradzione dobro, bo będzie on myślał, że kradzież nie jest tak wielkim grzechem”. Tak więc sam święty upomniał właściciela, aby tak łatwo nie rezygnował z należnej mu restytucji. Sprawiedliwości i naruszonemu porządkowi musi stać się zadość.

Zasada ogólna: rzecz bezprawnie zabrana ma wrócić do właściciela. Jest to znane prawo rzymskie: „Res clamat da dominum” (Rzecz woła do właściciela). Jeżeli ktoś posiadł daną rzecz czy też nabył ją w dobrej wierze, według praw niektórych państw, może za nią żądać choć częściowego wynagrodzenia. Jeżeli daną rzecz ktoś posiadł w złej woli, to nie ma żadnego prawa do wynagrodzenia i ma zwrócić całą rzecz prawowitemu właścicielowi.

Podobnie bliźniemu należy się wynagrodzenie, gdy jego rzecz została bezprawnie zniszczona. Jeżeli jednak po zniszczeniu rzeczy, choćby nawet umyślnym, nastąpiło zniszczenie jej przypadkowe, naturalne, wtedy winny nie jest zobowiązany do odszkodowania, np. ktoś podeptał zboże, które wkrótce grad doszczętnie zniszczył. Przyczyną sprawczą nie był przypadek, ale jedynie czyn ludzki.

Restytucja obowiązuje tylko wtedy, gdy narusza się cnotę sprawiedliwości, a nie gdy tego żąda miłość bliźniego, np. w czasie pożaru ktoś mógł ratować dom sąsiada, ale nie chciał, i dom się spalił. W takiej sytuacji nie jest zobowiązany do restytucji.

Nie jest zobowiązany do restytucji ten, kto nieświadomie komuś zrobił szkodę, bo jej nie zamierzał. Nie było ciężkiej winy, a więc nie ma też naruszenia cnoty sprawiedliwości i nie ma obowiązku restytucji. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy zaistniała wielka lekkomyślność. W tych sytuacjach piszemy o restytucji na mocy cnoty sprawiedliwości, bo miłość bliźniego wymaga, aby i w takim przypadku szkodę wynagrodzić.

Do restytucji jest zobowiązany nie tylko sprawca przestępstwa, ale też i wszyscy jego uczestnicy i wspólnicy występku, a więc: ten, kto polecił kraść lub namówił bliźniego do wyrządzenia krzywdy. Do restytucji jest również ten, kto dobrowolnie i skutecznie do krzywdy dopomagał, kto skradzione rzeczy przechowywał, itp.

Każdy, kto jest w posiadaniu cudzej własności w dobrej wierze, to skoro tylko się dowiedział, że nie jest jej właścicielem, winien zaraz tą własność zwrócić, ale w takim stanie, w jakim ona jest aktualnie. Jeżeli jednak w dobrej wierze daną rzecz ofiarował komuś innemu, to nie jest zobowiązany do jej zwrotu.

W przypadku, gdy wielu przyczyniło się do wyrządzenia szkody, to powinni ją wynagrodzić solidarnie.

Zabraną daną rzecz można zwrócić osobiście lub przez kogoś, jawnie albo potajemnie.

Trzeba nie tylko zwrócić daną rzecz, ale nawet owoce i korzyści, których wraz z nią właściciel był pozbawiony (np. plony roczne).

Obowiązek restytucji ustaje w następujących przypadkach:

Gdy właściciel ją darował, byle uczynił to bez przymusu.

Gdy nastąpiło przedawnienie, przewidziane prawem, a właściciel zwrotu się nie domagał.

Gdy zajdzie poważna wątpliwość: kto, komu i co jest winien. To czasem się zdarza przy skomplikowanych przypadkach. Restytucja obowiązuje dopiero po wyroku sądowym.

W przypadku, gdy dłużnik nie może dokonać wynagrodzenia, wtedy obowiązek restytucji jest w zawieszeniu.

Ten, kto nie może oddać właścicielowi, bo np. już nie żyje, winien oddać to jego spadkobiercom, gdy krzywda spoczywa na należnym im majątku. Jeżeli właściciel nie zostawił spadkobierców, to wtedy trzeba oddać na ubogich albo na dobre cele, za poszkodowanego zaś się pomodlić lub zamówić Msze św.

Ten, kto nie zwrócić całej sumy lub majątku, winien zwrócić tyle, na ile go stać w danej chwili, resztę zostawiając na czas sposobniejszy, gdy będzie mógł zwrócić.  Kto nie może oddać zaraz, winien oddać wtedy, gdy może to uczynić. „zaś odwróci się od swego grzechu i zacznie postępować według prawa i sprawiedliwości: oddaje zastaw, zwraca, co porwał, żyje według praw, które dają życie, nie dopuszczając się zbrodni, to z pewnością zostanie on przy życiu i nie umrze” (Ez 33, 14b – 15).

Zacheusz ze skruchą wołał do Jezusa: „Panie, oto połowę moich dóbr oddaję ubogim, a jeżeli kogoś skrzywdziłem zwraca a czwórnasób” (Łk 19,8).

Tobiasz, chi aż żył w nędzy, bał się przyjąć ofiarowane koźlę, nie wiedząc, czy nie pochodzi z kradzieży (Tb ,21).

 

Katecheza 36: VII przykazanie Boże – Przedmiot materialny własności, czyli sama rzecz nabywcza.

         Ostatnio opisaliśmy przedmiot formalny własności, czyli drogi jej nabywania i pomnażania. Teraz przychodzi kolej, aby napisać o przedmiocie materialnym własności, czyli o tym wszystkim, co może stanowić własność. Wcześniej w definicji podaliśmy, że przez własność rozumiemy wszelką rzecz wartościową.

            Najpierw należy zaznaczyć, jakie rzeczy nazywamy wartościowymi, a które mogą przedmiotem działania człowieka celem ich pozyskania. Wymienimy najważniejsze z nich.

Praca

            Przez pracę rozumiemy wszelką czynność ludzką. Przez słowo „czyn ludzki” rozumiemy wszelki czyn świadomy i wolny. O tym, że praca ludzka jako taka może mieć wartość materialną, nie trzeba specjalnie przekonywać. Przecież wszystkie dzieła ludzkie na świecie są owocem pracy człowieka, owocem jego myśli i talentu, owocem jego woli. Nie dziwi nas zatem fakt, iż praca była zawsze w wielkiej cenie. Genialne dzieła niejednego człowieka znaczą więcej dla ludzkości niż złoto i najdroższe kamienie.

Praca i jej dobrodziejstwa

Przez pracę człowiek upodabnia się do samego Boga Stworzyciela. Bóg nie tylko stwarza, ale i tworzy. Dzieła „rąk Bożych” Psalmista sławi na tylu miejscach (Ps. 8,4; 9,22; 18,2). Ze wszystkich istot na ziemi jeden tylko człowiek może tworzyć. Jedynie on został dopuszczony do współrządów z Bogiem. Może poznawać prawa przyrody i wprzęgać je do swojej służby. Wszystko, co zostało dokonane na ziemi, zostało dokonane dzięki pracy człowieka.

Przez pracę człowiek wydobywa z siebie najbogatsze skarby ciała i ducha. W pracy człowiek angażuje całego siebie. Praca jest jakby wypadkową energii duszy i ciała, skupionych dookoła jakiegoś zadania. Najważniejszą wartością dzieł ludzkich jest myśl w nich zawarta, ucieleśniona w tworach rąk ludzkich. Tę myśl można odczytać wszędzie, w każdym przedmiocie ludzkim. Myśl ta jest nieraz tak genialna i niezwykła, że jej owocem są arcydzieła wynalazków lub dzieł sztuki. W pracy człowiek angażuje również swoją wolę. Ile to potrzeba hartu, ofiar i poświęceń, aby stworzyć jedno dzieło. O Bożych dziełach Biblia mówi, że są, bo Bóg tak chciał, i są takie, jak On chciał. Podobnie możemy powiedzieć i o wszystkich dziełach ludzkich na ziemi. Jeżeli istnieją, to jedynie dlatego, że człowiek swoją twórczą wolą powołał je do istnienia. Jeżeli są talie, a nie inne, to również określiła wola ludzka. W pracę człowiek wkłada także wysiłek ciała: pracuje intensywnie oko, ucho, napięte muskuły, itp. Nigdzie indziej nie istnieje tak idealna współpraca ducha i ciała, jak właśnie w wysiłku twórczym.

Praca rozwija w człowieku najpiękniejsze cnoty.  Nie ma drugiej cnoty, która by wyrabiała w człowieku tyle naraz zalet, co właśnie pracowitość.

Człowiek pracowity jest karny, bo wie, że musi skupić w sobie wszystkie energie, aby dzieło (zwłaszcza trudne) wykonać dobrze, gdyż rozproszony zrobi niewiele.

Człowiek pracowity jest cierpliwy i zahartowany. Praca wymaga wysiłku, a nieraz ten wysiłek jest wprost nadludzki. Trzeba się trzymać całą siłą woli, aby go wykonać. Człowiek wygodny, zniewieściały, w życiu niewiele dokona.

Praca wyrabia samodzielność. Przy pracy człowiek musi sobie jakoś radzić i często jest zdany na własną pomysłowość.   Praca daje poczucie odpowiedzialności. Człowiek wie, że od dobrze spełnionego obowiązku zależy szczęście i los wielu ludzi. Istnieją prace tak dalece odpowiedzialne, iż nieraz od ich sumiennego wykonania zależy życie niejednej istoty.

Praca daje wytrwałość. Człowiek, gdy raz zacznie jakieś dzieło, to chce je za wszelką cenę wykonać i nie spocznie, dopóki nie ujrzy owoców swoich trudów.

Ponadto praca wyrabia wiele innych cnót społecznych. Przecież większość prac wykonują ludzie zespołowo i gromadnie. Wyrabia się wtedy koleżeńskość, pomoc, współczucie, ofiarność, solidarność.

W końcu praca daje poczucie siły, pewność siebie i radość. Jeżeli Psalmista pisze, że Bóg cieszy się z dzieł swoich, to jakżeż dopiero cieszyć się muszą ludzkie serce jego dzieła oraz z jaką miłością i dumą na nie spogląda.

Praca stanowi dla chrześcijanina drogę uświęcenia. Byli wprawdzie autorzy, którzy widzieli w pracy tylko moment kary: „przeklęta będzie ziemia w dziele twoim; w trudach jeść z niej będziesz… Ciernie i osty rodzić ci będzie… W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba…” (Rdz 3,17 – 19). Nie dostrzegali oni jednak tego, że praca ma w sobie tyle wartości pozytywnych oraz tego, że człowiek został stworzony do pracy. Od samego początku był on homo – faber. Przecież Biblia wyraźnie mówi, iż człowiek był stworzony na ziemi po to, aby ją uprawiał (Rdz 2,5).

Praca do tego stopnia jest związana z ludzką naturą, że bez niej człowiek nie potrafi się normalnie rozwijać. Zamknąć człowieka w bezruchu, nie pozwolić mu nic robić, to najbardziej wymyślona tortura. W bezczynności człowiek więdnie. Praca rozwija go fizycznie i doskonali psychicznie.

Współczesna asceza chrześcijańska widzi w pracy najlepszy środek do uświęcania. Praca pomnaża miłość Bożą, gdy człowiek czyni wszystko dla chwały bożej i gdy dla niej się spala.

Praca pozwala praktycznie rozwinąć miłość bliźniego. Bezgraniczne poświęcenie sióstr w domach starców, w żłobkach, w szpitalach zakaźnych, to kwiaty czynnej miłości, pełnej najwyższego samozaparcia.

Praca jest lepszym środkiem umartwienia niż najbardziej surowe pokuty dawnych czasów, które mogły często karmić miłość własną i dawać poczucie cnoty.

Niepowodzenia w pracy, praca na trudnych posterunkach, wymagają wielkiej wiary, aby się nie załamać, aby wszędzie widzieć wolę Bożą i Jej wyrokom się poddawać.

Kiedy patrzymy na życie Matki Bożej, św. Józefa i tylu innych, to widzimy, że nie uświęciły ich nadzwyczajne czyny ani surowość życia. Nie czytamy o nich, aby każdego dnia spędzali długie godziny na kontemplacji. Ich modlitwą i kontemplacją była stała pamięć  na obecność Boga i radość, że mogą dla Niego oddać swoje wszystkie swoje siły i przyczynić się do rozszerzenia Jego królestwa w sercach ludzkich. Święci byli herosami pracy, tytanami podjętych trudów, a nie „ckliwymi nierobami”, jak ich czasem się przedstawia.

Praca jako kapitał. Przysłowie mówi: „Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą”. Już autor Księgi Przysłów upomina leniwca i przestrzega go przed niedostatkiem, jaki go czeka (Prz 6, 6 – 11; 24,30 -34, por. Syr 22,1 - 2). Lenistwo pcha do kradzieży i do nieuczciwości dla łatwego zdobycia chleba. Kto ma jednak szczerą chęć do pracy, ten woli uczciwie zarobić. Jeżeli tak ogromne bogactwa nagromadziła ludzkość w ciągu wieków, to przede wszystkim dzięki zbiorowej pracy masy ludzkiej, dzięki pracy całych pokoleń.

Praca fizyczna a umysłowa. Istnieli tacy, którzy nie uznawali pracy umysłowej. Do pracującej inteligencji odnosili się z lekceważeniem. Podobnie zaleźli się również i tacy, którzy gardzili pracą fizyczną.

Starożytni uważali pracę fizyczną za pracę niewolniczą, a co najmniej służebną, i dlatego nią się brzydzili. Platon w „Republice” pozbawia praw politycznych tego, kto zajmuje się pracą fizyczną. Arystoteles odmawia praw publicznych nawet rzemieślnikom twierdząc, że wzorowa konstytucja nigdy nie uzna ich za obywateli (Polit., IV,8). Cycero zalicza w skład pospólstwa rzymskiego: niewolników, robotników dziennych, a nawet zbrodniarzy (Pro domo, 33). Wszystkich stawia na jednym poziomie.

W narodzie żydowskim za czasów Jezusa praca fizyczna była w wielkiej czci. Najwybitniejsi rabini mieli często jakieś dowolnie obrane, uboczne zajęcia.

Jednak do największej godności podniósł pracę sam Jezus Chrystus, gdy nazwał siebie „synem cieśli” (Mt 13,55; Mk 6, 3). Święty Paweł chlubi się tym, że pracował jako tkacz (Dz. Ap. 20,34; 1 Kor 4,12; 1 Tes 2,9), aby nie być dla innych ciężarem. W innym miejscu wprost do pracy fizycznej nawołuje: „Kto dotąd kradł, niech już przestanie kraść, lecz raczej niech pracuje uczciwie własnymi rękami, by miał z czego udzielać potrzebującemu” (Ef 4,28).

Kapitał, kapitalizm

Kapitalizm współczesny swymi początkami sięga XIV wieku.  Jego kolebką są kraje dobrze gospodarczo wówczas rozwinięte, a więc przed wszystkim republiki włoskie. W tamtym czasie zaczęły pękać formy korporacyjnego ustroju, a spośród posiadaczy rolnych oraz kupców i rzemieślników wyodrębniają się różni przedsiębiorcy. Wyłamują się oni spod kontroli cechów i zaczynają gromadzić kapitały: rzeczowy i pieniężny tak, iż niedługo w rękach kilkunastu potentatów finansowych znalazła się cała gospodarka Europy. Zysk stał się celem, a nie zaspokojenie potrzeb życiowych.

Kapitał często obywa się bez pracy (kapitał handlowy i kredytowy – dawany na procent). Powstały banki, doskonaliła się technika obrotu pieniędzmi (weksel, giełda).

Na przełomie XV i XVI wieku zaczęły wyrastać w Europie wielkie fortuny bankierskie.

Od XVIII wieku nastąpił szczyt koniunktury, złota era kapitalizmu. Powstał wielki przemysł maszynowy, mnożyły się fabryki i różne przedsiębiorstwa. Garnął się do nich tłum ludzi po pracę. Fabrykanci przyjmowali robotników, dorabiając się na ich pracy kokosowych majątków.

Robotnik pracował wiele godzin (nawet 20). Chętnie zatrudniano również kobiety, a nawet dzieci, płacąc im głodowe stawki. Brak było jakichkolwiek urządzeń sanitarnych, ochronnych i ubezpieczeniowych.  Wyroby były rozchwytywane, bo rosło na nie zapotrzebowanie. Zrodziła się walka o zbyt towarów pomiędzy producentami tych samych branż, co musiało się znowu odbić na płacy robotników, gdyż wszyscy starali się produkować jak najtaniej, aby przez to zdławić przeciwnika czy nawet wielu konkurentów. W obawie przed klęską gospodarczą słabsi przedsiębiorcy łączyli się w koalicje, ligi zwane spółkami i trustami, co zaostrzało walkę jeszcze bardziej. Mnożyli się milionerzy i multimilionerzy, królowie nafty, węgla, zapałek, itp. Nie było jeszcze żadnych publicznych praw. Rodziny kapitalistyczne miały raj na ziemi. Hasło „wolna konkurencja”, tak modne wtedy, to nic innego, jak zupełna swoboda pozostawiona przedsiębiorcom.

Powstały dwa nowe stany: robotników i posiadaczy (proletariat i kapitaliści). Robotnicy zaczęli się łączyć w związki, organizować do walki o swoje prawa (partie robotnicze, strajki).

Stosunek pracy do kapitału. Widzieliśmy, że w pewnych wypadkach praca może obejść się bez kapitału, a nawet może nie mieć z kapitałem nic do czynienia. Podobnie i kapitał może czasem obejść się bez pracy (pożyczanie pieniędzy na procent).

Normalnie jednak te dwa czynniki są ze sobą najściślej związane i dlatego muszą z sobą współpracować.

Współczesne najemnictwo (salariat) zorganizowane na tak ogromną skal, jak nigdy dotąd w dziejach świata, łączy się ściśle z latami, w których zrodził się współczesny olbrzymi przemysł i kapitał. Jedno bez drugiego obejść się nie może. Najemnik daje swoją pracę, którą przetwarza na produkcję (wespół z maszynami), a przez to dostarcza nowego kapitału (w materiale gotowym do sprzedaży).

Kapitalista daje kapitał, warsztat, narzędzi i surowce oraz zapewnia najemnikom utrzymanie.

W takim ujęciu zdawałoby się, że rzeczywiście przedsiębiorca daje o wiele więcej niż robotnik, bo daje nieomal cały wkład w dane przedsiębiorstwo. Jednak zapomina się o tym, że robotnik nie jest jeden, że są ich nieraz tysiące i że ta masa ludzka produkuje wiele. Wzrost produkcji zaś daje automatycznie wzrost kapitału.

W tym ma swój interes i sam najemnik. Warsztat staje się dla niego środkiem utrzymania. Stała, regularna płaca pozwala na pewną stabilizację. Im warsztat więcej produkuje, im lepszy towar dostarcza na rynek, tym więcej jest zarobku, a więc rośnie możliwość podniesienia pensji, a przez to stopy życiowej. Zatem harmonijna i pełna współpraca najemnika i przedsiębiorcy, pracy i kapitału, daje obopólne korzyści. Chodzi tylko o to, aby nie było nadużyć.

Tu wkraczają ustawy państwowe chroniąc robotnika od wyzysku, ale też biorąc w opiekę kapitał i warsztat, by produkował i rozwijał się, gdyż to przynosi korzyść także państwu.

Dobra umysłowe

Rodzi się pytanie o to, czy można pracę umysłową szacować na wagę pieniędzy, jak to ma miejsce przy rzeczach materialnych? W odpowiedzi należy zaznaczyć, iż tak jest.

Wszelkie czynności ludzkie muszą być w założeniu swoim rozumne i pochodzić od umysłu. Jednak wśród nich są takie, które są typowo pracami umysłowymi, gdzie pierwiastek duchowy ma zupełną przewagę nad pierwiastkiem materialnym. Jak praca fizyczna może być dobrem w znaczeniu komercyjnym, ekonomicznym, tak podobnym dobrem może być praca umysłowa, czyli taka, która nie łączy się wprost z materią. Do tego rodzaju prac należy: nauczanie, planowanie, sztuka, literatura, wynalazki. Z tych wszystkich wymienionych prac umysłowych najłatwiej jeszcze można oszacować, jako dobro przeliczone na pieniądze, patenty i wynalazki, gdyż łatwo można jeszcze oszacować, ile zysku firmie przyniosło dane ulepszenie i od ilu strat ją uchroniło. Gorzej jest z dziełami sztuki. Jednak nikt nie zaprzeczy, że stanowią one wielkie dobro ludzkości. Z tego powodu i one bywają przedmiotami przetargów i handlu.

O ich cenie decyduje nie tyle materiał, ile ich treść, imię twórcy i czas, z którego dane dzieło pochodzi. Za niektóre unikaty z zakresu literatury (autografy) czy sztuki, np. za fragmenty kodeksów Pisma św. odkryte w ostatnich latach, dawano sumy wprost zawrotne.

Niektóre zabytki i dzieła ludzkiego umysłu są tak kosztowne, że wprost nie ma dla nich nieraz ceny, więc nie dziwi nas fakt, iż były one niejednokrotnie przedmiotem różnych afer. Sprytni oszuści starają się żerować na tym i rzucają na rynek raz za razem masy falsyfikatów zamiast prawdziwych arcydzieł. Z tego powodu, iż często sami wynalazcy, pisarze, artyści byli wykorzystywani przez nieuczciwych kupców (kupowano od nich za bezcen dzieła, wykorzystując często ich trudną sytuację materialną), ujęło się za nimi prawo międzynarodowe.

Od XIX wieku państwa zwierają umowy w celu ochrony prac autorskich. W tej sprawie została zawarta m. in. „Konwencje berneńska” (1886 rok), uzupełniona później „Konwencją rzymską” w 1926 roku. Kwestię patentów i wynalazków uregulowały: „Konwencja paryska” w 1883 roku i haska z 1925 oraz 1934 roku.

W jaki sposób można własność utracić?

Jeżeli można nabywać pewne dobra, to jest rzeczą oczywistą, iż można je również utracić. Wiele miejsca zostało poświęcone opisaniu sposobów nabycia i pomnażania dóbr, a zatem trzeba chociaż pokrótce wspomnieć o sposobach utracenia własności. W tym miejscu wymienimy ramowo tylko najważniejsze tego sposoby.

Dobrowolne zrzeczenie się własności. Kto ma, ten może i dawać. Do istoty prawa posiadania należy także prawo swobodnego rozporządzania posiadaną rzeczą. O darowiznach było już pisane.

To zrzeczenie się własności może być w postaci czystej darowizny (darmowej) albo może połączyć się z pewnym zyskiem. Można zatem swoją własność dać darmo, sprzedać, zamienić na inną rzecz, oddać w dzierżawę lub dać na przechowanie.

Zasady moralne i prawne są jasne. Od chwili, gdy pozbywamy własności na rzecz drugich, odtąd nie należy już ona do nas i nie mamy do niej żadnego prawa.

Ten, kto bliźniemu tylko wypożyczył albo dał w depozyt swoją własność, jest panem tej rzeczy. Nie może jednak żądać jej zwrotu ani pobierać z niej zysku przed umówionym terminem. Ma on prawo domagać się danej rzeczy jedynie po upływie czasu umownego.

Przymusowe zrzeczenie się własności. Polega ono na tym, że ktoś zostaje zmuszony do oddania swojej własności. Kto jest jej pozbawiony niesprawiedliwie (np. przez kradzież, jawny rabunek albo podstęp), ten zawsze jest jej prawnym właścicielem. Z tego powodu ma prawo zabrać daną rzecz, gdziekolwiek ją znajdzie. Ma też prawo do ubiegania się o zwrot kosztów i strat, jakie poniósł przez chwilowe pozbawienie go własności.

Może jednak zaistnieć wypadek, że gwałt i przymus jest usprawiedliwiony. Ma to miejsce wtedy, gdy okaże się, że posiadacz nieprawnie ma daną rzecz albo zalega ze spłatą wierzytelności. W takich wypadkach, gdy mu to zostanie udowodnione, iż był w błędzie albo że nieprawnie daną rzecz posiada lub że na tej własności jest zadłużenie, to wówczas musi oddać tą własność.

Jeżeli był w dobrej wierze i do majątku dołożył dużo ulepszeń, to może za to żądać wynagrodzenia. Gdyby jednak nieprawnie i świadomie posiadł jakąś rzecz na własność, to nie może mieć żadnych pretensji do odszkodowania.

Przy odbiorze za niewypłacalność należy trzymać się zasady, aby nie pozbawić dłużnika zupełnie środków utrzymania. Nie wolno mu więc odbierać tego, co stanowi jedyne źródło jego utrzymania, a może nawet i jego rodziny.

Przypadkowa utrata zachodzi wtedy, gdy dana rzecz zginie (np. gdy zwierzę ucieknie lub zniszczy się jakiś przedmiot).

Ten, kto porzuci jakąś rzecz przez zapomnienie, a więc po prostu ją zostawi, ma do niej zawsze prawo i ona jest jego własnością, chyba, że nie starał się o jej odnalezienie albo minął przepisany przez prawo termin.

Kto opuścił daną rzecz z przymusu (np. powódź, wojna), ten ma zawsze prawo powrotu do niej. Nie może jej nikt ruszać, chyba, że stanie jasną rzeczą, iż rzecz się zniszczy bez właściciela albo nastąpi przedawnienie.

Znalazca, jak to zostało już napisane, ma prawo do wynagrodzenia.

Jeżeli własność była ubezpieczona, to poszkodowany ma prawo do pieniędzy należnych mu prawem.

W przypadku, gdyby jednak sam tę szkodę lub zniszczenie spowodował umyślnie, wtedy nie ma prawa do żadnych wynagrodzeń. Może być wtedy nawet obowiązany do wynagrodzenia innym, jeżeli z jego powodu ponieśli szkodę. Może też odpowiadać i przed sądem.

Stosunek państwa do własności

Prawo państwa do posiadania własności. Nie ulega nawet najmniejszej wątpliwości, że państwo ma prawo do posiadania własności. Jeżeli własność jest konieczna jednostce, to tym bardziej jest ona konieczną każdej społeczności, a tym bardziej państwu, które posiada taki ogrom potrzeb.

Ktoś wprawdzie może stwierdzić, iż państwo ma przecież dochody z podatków i z różnych świadczeń obywateli, a to przecież jest majątkiem. Wszelkie daniny na rzecz państwa, które własnością państwową, nie wystarczą do wypełnienia zadań, jakie na nim ciążą. Państwo musi mieć własne gmachy, instytucje, mennicę, banki, posiadłości ziemskie i przemysłowe. Im więcej ich posiada, tym jest zamożniejsze. Może wtedy pozwolić sobie na to, aby nakładać na obywateli mniejsze ciężary.

Wszystkich obywateli obowiązuje poszanowanie własności państwowej. Powinni oni podchodzić do niej jako do dobra społecznego, wspólnego. Państwo ma prawo ścigać tych wszystkich, którzy by odważyli się niszczyć mienie państwowe w jakikolwiek sposób i przez to działać na szkodę państwa. Z całą surowością trzeba potępić wszelkie nadużycia, jakie się niekiedy dzieją w fabrykach i w różnych zakładach pracy. Wszelkie malwersacje godzą nie tylko w dobro państwa, ale i samych obywateli, bo wypaczają sumienie, zacierają pojęcie zła.

Państwo nakłada na obywateli zazwyczaj tylko takie świadczenia, jakie oni mogą ponieść. Rozumny gospodarz wie, że gdy odbierze wszystko swojej ziemi, a nie da żadnego wkładu, to nie może spodziewać się plonu. Niestety nastawienie obywateli bywa nieraz aspołeczne i samolubne.

Poza sporadycznymi wypadkami patriotycznych zrywów nie słyszano, aby obywatele chcieli chętnie uiszczać swoje świadczenia na korzyść wspólnoty państwowej, choć nieomal wszystkie świadczenia nakładane na obywateli we współczesnym państwie są zatwierdzane przez parlament. Z tego powodu państwo ma prawo w stosunku do opornych obywateli stosować również i przymus.

Stosunek państwa do własności prywatnej. Przed państwem istniała już jednostka, a więc ona ma genetycznie pierwsze prawa. Wiemy jednak, iż jednostka nie jest sama i samowystarczalna. W odniesieniu do posiadania, do majętności, człowiek łatwo wyzbywa się kultury i cech ludzkich, a staje się chciwym, bezwzględnym i agresywnym.

Zatem ktoś musi normować życie jednostek. Ten ktoś musi mieć i konieczną przewagę siły nad jednostkami, aby je zmusić do posłuchu. Tą instytucją koordynującą, porządkującą, kierującą wolą jednostek nie tylko dla ich własnego dobra, ale także dla dobra ogółu, jest właśnie państwo. W takim ujęciu państwo nie jest zmorą, ale stróżem, dobroczyńcą swoich obywateli.

Nauka chrześcijańska nie tylko pozwala w pewnych przypadkach na ingerencję państwa w kwestie majątkowe obywateli, ale nawet jej żąda, szczególnie tam, gdzie tego wymaga dobro samych obywateli.

Zakres ingerencji państwa do własności prywatnej. W różnych państwach ten zakres rozmaicie się przedstawiał. Dzisiaj już możemy wyróżnić kilka form, które stale powtarzają się w różnych wariantach. Należą do nich:

Liberalizm ekonomiczny.  Słowo „liberalizm” pochodzi łacińskiego wyrazu „liber” – wolny.  Przez liberalizm rozumiemy doktrynę ekonomiczną i polityczną, która zaczęła się formować w XVIII wieku na zachodzie Europy. Swoje ostrze liberalizm zwracał przeciwko feudalizmowi i absolutyzmowi.

W dziedzinie ekonomii liberalizm bronił zasady swobodnej walki konkurencyjnej, wolnej zupełnie od ingerencji państwa (A. Smith, D. Ricarda, J. B. Say).

W dziedzinie polityki liberalizm głosił całkowitą niezależność słowa, druku, myśli, sumienia, zamieszkania, zrzeszeń, zgromadzeń, wyborów (J. S. Mill, J. Bentham, F. Faguet).

Zdaniem zwolenników liberalizmu, państwo nie ma prawa do mieszania się w prywatne sprawy obywateli. Ma ono jedynie spełniać zadanie „stróża bezpieczeństwa” i interweniować dopiero wtedy, gdy obywatelom grozi niebezpieczeństwo.

W odniesieniu do gospodarki, to państwo może, a nawet powinno posiadać swoją własność. Może również nakładać na obywateli słuszne ciężary. Jednak ma pozostawić obywatelom zupełną swobodę, gdy chodzi o rzemiosła, produkcję, przemysł, handel.

Zdaniem liberałów na wolnej konkurencji zyskują wszyscy: obywatele, bo mają swobodę i możność rozwinięcia całej swojej inicjatywy; odbiorca, bo ma możliwość wyboru przy masie sprzedawców, a wybór ten dotyczy cen, towarów i sprzedawców. Jednym słowem kupować może każdy, gdzie chce, u kogo chce i co mu się podoba. Zyskuje wreszcie i państwo, bo przy wolnej konkurencji powstaje wyścig jednostek i całych zespołów, mnożą się nowe przedsiębiorstwa, a państwo zbiera tylko podatki od dochodów. Przy wolnej konkurencji towar też staje si lepszy, bo tandeta nie wytrzymuje konkurencji. Na wolnej konkurencji zyskuje również i stopa życiowa obywateli, gdyż zwycięży przeciwników nie tylko ten, kto da lepszy towar, ale też kto go da szybciej i taniej.

Zdawało się iż tak szczytne nadzieje, głoszone przez pionierów liberalizmu, zmienią niedługo świat, nastanie dobrobyt, jakiego nie było do tego czasu. Liberałowie nie zauważyli jednej rzeczy, że człowiek, gdy chodzi o pieniądze i wzbogacenie się, staje się bezwzględny i okrutny. Zaczęła się walka. Kto mocniejszy, ten pierwszy zasypywał towarami i dyktował ceny, aby zrujnować swoich konkurentów. Na wielką skalę zaczęły mnożyć się oszustwa, gdyż chodziło o to, by jednak tandetę podać jako dobry towar. Najgorzej na tym wychodził robotnik. Opłacany był coraz gorzej. Cały wysiłek szedł po to, aby zniszczyć konkurenta. Słabszy musiał ginąć bezwzględnie niszczony.

Jeżeli spotykali się rywale jednakowo silni, to wtedy łączyli się razem w trusty, ustalali ceny, jakie chcieli, mając monopol na pewne przedmioty – towary. Najgorzej na tym wychodził robotnik i odbiorca. Doszło nawet do tego, że w rękach jednostek powstały tak olbrzymie fortuny ( przemysł ciężki, przemysł lekki, przemysł naftowy, samochodowy, itd.), iż potentaci finansowi grozili nawet państwom i dyktowali swoją wolę. Mieli we wszystkich krajach swoje przedstawicielstwa, uzależniając od swoich kapitałów nawet finanse państwowe. Tak więc wolna konkurencja sprzyjała tylko rekinom plutokratycznym, dają im pełną swobodę działania. W takim systemie mogło dojść do tego, iż wyrzucano towary do morza, aby utrzymać wysokość ich ceny, podczas gdy obok ludzie umierali z głodu i wycieńczenia.

Liberalizm ekonomiczny wyraźnie krzywdził najemnika, a faworyzował kapitał. Nic zatem dziwnego w tym, że Kościół był jego wrogiem. Już saławny O. Lacoidaire wołał: „Wolność mocnego jest niewolą słabszego. W tym jednym zdaniu streszcza się całe niebezpieczeństwo liberalizmu.

Papież Leon XIII w encyklice „Diuturnum” i „Libertas” ostro wystąpił przeciw liberalizmowi. Podkreśla on, że człowiek jest wprawdzie jednostką wolną, ale przychodzi na świat również jako jednostka społeczna, sam z siebie jest niedoskonały i dlatego musi współżyć z innymi.

Etatyzm. Termin wywodzi się od francuskiego słowa „etat”, czyli stan, państwo. Etatyzm to całkowita ingerencja państwa kapitalistycznego w stosunki gospodarcze. W takim państwie nie ma miejsca na inicjatywę prywatną. k w ręku ma państwo. Ono planuje, wydaje dyrektywy oraz z produkty i ceny.

Ślady etatyzmu spotykamy już dawnych czasach. Sparta opierała na nim swój byt. Jednak jako zjawisko stałe i masowe spotyka się je dopiero w naszych czasach.

Etatyzm daje państwu ogromne dochody, skupienie w rękach państwa wszystkich dochodów daje masę kapitału. Etatyzm usprawnia również politykę gospodarczą, ułatwia w razie potrzeby przestawienie się na taką czy inną produkcję (np. w wypadku wojny). W sporach indywidualnych zawsze można się odnieść od instancji wyższej. Tu zaś najwyższą instancją jest państwo.

Nacjonalizacja (upaństwowienie) jest ogniwem przejściowym do etatyzmu (np. w Anglii).

Kontrola państwowa. Obok etatyzmu gospodarczego ta forma jest dzisiaj najpowszechniejsza w wielu państwach. Polega ona na tym, że państwo kontroluje, aby nie ucierpiały niczyje interesy.

Szereg państw w imię tej kontroli zaprowadziło wiele daleko idących ustaw, ustalających prawa robotników i pracodawców. Państwo również kontroluje, aby praw te były przez obie strony zachowywane.

Cnota sprawiedliwości

Cnota sprawiedliwości jest chrześcijańską cnotą, która kieruje człowiekiem w ten sposób, aby mógł wypełnić wszystkie nakazy VII przykazania. Słusznie zaliczamy ją do cnót moralnych kardynalnych, bo ona jest podstawą wielu innych cnót, a przede wszystkim wytycza nasze obowiązki wobec bliźnich. Przeciwieństwem cnoty sprawiedliwości jest niesprawiedliwość, której skutkiem jest krzywda bliźniego. W zakres cnoty sprawiedliwości wchodzą wszystkie nasze zobowiązania wobec bliźnich, tak jak w zakres cnoty religijności wchodzą wszystkie nasze obowiązki wobec. Boga.

Wyraz sprawiedliwość oznacza często w Biblii cały zespół cnót chrześcijańskich, jednym słowem doskonałość, świętość chrześcijańską. W tym znaczeniu Pismo św. nazywa św. Józefa mężem „sprawiedliwym”.

Słowo sprawiedliwość może także oznaczać wymiar sprawiedliwości. Mówimy np., że sprawiedliwości stało się zadość.

Ściśle jednak przez sprawiedliwość chrześcijańską rozumiemy cnotę obyczajową, nadprzyrodzoną, skłaniającą naszą wolę do stałego oddawania drugim wszystkiego, co im się należy.

Sprawiedliwość chrześcijańska różni się od sprawiedliwości zwykłej pochodzeniem. Kiedy sprawiedliwość zwykła, ludzka, jest cnotą nabytą w ciągu długich może  lat pracy nad sobą i przez wychowanie, to sprawiedliwość chrześcijańska pochodzi od Boga i jest nam do duszy wlana razem z łaską uświęcającą. Zatem nie jest to skłonność wrodzona, lecz nadprzyrodzona. Gdy z nią współpracujemy, to do skłonności może też dołączyć się i pewna wprawa, czyli łatwość w wykonywaniu aktów tej cnoty. Ponadto jest jeszcze i ta różnica, że za spełnianie aktów cnoty sprawiedliwości chrześcijańskiej czeka nas nagroda wieczna, ponieważ te uczynki mają wagę zasług na nieba.

Sprawiedliwość chrześcijańska wprowadza pomiędzy stosunki ludzkie ład i porządek, przyczynia się do utrzymania pokoju, gdyż nakazuje szanować prawa wszystkich, oddać każdemu to, co mu się należy. Broni przed krzywdą, hamuje zapędy chciwości, gniewu czy nieokiełzanej pychy.

Gdyby nie było cnoty sprawiedliwości, to brakłoby regulatora w stosunkach społecznych. Ta właśnie cnota utrzymuje i zachowuje społeczność, bo normuje prawa wszystkich i każe je zachować. Bez cnoty sprawiedliwości społeczność ludzka musiałby zginąć w anarchii i bezprawiu.

Podstawą sprawiedliwości chrześcijańskiej jest prawo Boże (naturalne i objawione w Dekalogu) oraz prawa ludzkie.

Rozróżniamy sprawiedliwość: ogólną (legalną, prawną) i szczegółową; sprawiedliwość zamienną i rozdzielczą oraz karzącą, czyli mszczącą.

Sprawiedliwość ogólna normuje stosunek jednostki do społeczeństwa. Ona nakazuje oddać społeczeństwu to, co mu się od jednostki  należy. Jednostka bardzo wiele zawdzięcza społeczeństwu i jest od niego uzależniona na każdym kroku. Jednak i społeczeństwo również potrzebuje jednostki, bo przecież ona składa się z jednostek.

Kiedy żądamy tylu usług od społeczności, to mamy też obowiązek na jej rzecz ponosić i pewne ofiary. Uczestniczymy w jej dobrach i dlatego musimy również dzielić ciężary. Bywa i tak, iż w obronie społeczności jednostka niejednokrotnie musi oddać swoje życie.

Z racji tego, że samo społeczeństwo wyznacza te obowiązki i nakłada je na jednostki przez swoje prawa, dlatego sprawiedliwość ogólną nazywamy też sprawiedliwością legalną, czyli prawną.

Sprawiedliwość szczegółowa normuje wzajemne obowiązki i uprawnienia, jakie mają jednostki pomiędzy sobą. Bierze w obronę cześć bliźniego, jego dobre imię, zdrowie i życie, a także jego własność.

Z drugiej strony zaś zapewnia nam bezpieczne zachowanie naszych uprawnień i ich swobodne używanie.

Sprawiedliwość zamienna skłania nas do oddania jeden drugiemu tego, co każdemu się należy. Normuje ona obowiązki obywateli między sobą i pokrywa się ze sprawiedliwością szczegółową.

Sprawiedliwość rozdzielcza jest cnotą, która znowu skłania społeczność do tego, aby każdemu oddać to, co mu się należy. Zatem normuje ona obowiązki społeczności względem obywateli. Nazywa się ona rozdzielczą, bo społeczność nakłada na obywateli pewne ciężary, ale też i przywileje. Chodzi o to, aby przywileje były rozdzielane proporcjonalnie do ciężarów. Sprawiedliwości rozdzielczej sprzeciwiałoby się faworyzowanie pewnych osób w przywilejach, a obciążanie w ciężarach i świadczeniach.

Sprawiedliwość karząca, czyli mszcząca (vindex). Często posługuje się nią sam Bóg, kiedy za złe karze, a za dobre wynagradza. Społeczność musi mieć możność jakiegoś przymusu, jakichś sankcji karnych. Jeżeli ktoś nie ma w sobie poczucia sprawiedliwości, ten nich się boi. W przeciwnym razie wydawane prawa nie miałyby żadnego poważania i byłyby lekceważone przez większość.

Cnoty pochodne od sprawiedliwości

Wymienimy tylko niektóre. Tymi, które w szczególny sposób są nam potrzebne do zachowania VII przykazania, bliżej się zajmiemy w następnej katechezie:

Cnota czci i szacunku, komu się należy.

Cnota oddania (pietas). To jest coś więcej niż cześć, bo w niej wchodzi w rachubę serce i uczucie. Ta cnota obowiązuje np. wobec rodziców i wobec ojczyzny.

Cnota posłuszeństwa przełożonym, czyli poddania się ich rozporządzeniom.

Cnota religijności wobec Pana Boga. Według wielu autorów cnota religijności pochodzi z nakazu cnoty sprawiedliwości.

Cnota wdzięczności za otrzymane dobrodziejstwa z chęcią odwzajemnienie się za nie.

Prawdomówność, aby nasze słowa, znaki zewnętrzne lub czyny odpowiadały temu, co myślimy.

Wierność w przyjaźni, w dotrzymywaniu obietnic, a ty samym umów.

Uczciwość polegająca na poszanowaniu cudzej własności.

Zasady w wykonywaniu cnoty sprawiedliwości.

Ludzie, którzy są wyżej postawione w doskonałości albo w hierarchii kościelnej, tym więcej powinni troszczyć się o zachowanie sprawiedliwości wobec bliźnich. Byłoby jakimś dziwnym nieporozumieniem, a wręcz ironią, gdyby oni właśnie nie świecili należnym przykładem, a wręcz byłoby to zgorszeniem.

Powinni oni strzec się wszelkich najmniejszych nawet uchybień (drobnych oszustw, kradzieży), jakich ludzie często się dopuszczają.

Swoim majątkiem powinni gospodarzyć rozsądnie, nie narażać go lekkomyślnie na karygodne spekulacje w nadziei łatwego wzbogacenia się. Jeżeli mają oni na swoim utrzymaniu jeszcze inne osoby, to tym większą powinni kierować się roztropnością we wszystkich transakcjach pieniężnych.

Powinni szanować wszelką własność, bo ona nie przychodzi łatwo w posiadanie. Pan Jezus przypomina: „Kto jest wierny w małej rzeczy, ten i w wielkiej będzie wierny” (Łk 16,10).

Powinni strzec się pożyczek i długów, bo kto nie ma teraz, to jakże będzie miał w przyszłości? Z przedmiotami pożyczonymi powinni obchodzić się jak ze swoją własnością.

W końcu, jeżeli komuś wyrządzili szkodę, to powinni dążyć do tego, aby ja jak najprędzej wynagrodzić: „jeżeli kogoś skrzywdziłem, to zwraca w czwórnasób” (Łk 19.8).

 

Katecheza 35. VII przykazanie Boże – Przedmiot formalny własności, czyli czynność nabywcza.

Przez przedmiot formalny własności rozumiemy drogi, przez które człowiek dochodzi do posiadania własności.

Zawłaszczenie, czyli zajęcie

Zawłaszczeniem (zajęciem) nazywamy zawładnięcie rzeczy bezpańskiej z zamiarem przywłaszczenia jej sobie. Może ono dotyczyć: ziemi niczyjej, opuszczonego domu, porzuconej rzeczy, skarbu, zwierząt i ptactwa żyjącego w stanie wolnym, itp.

Nie uważa się jednak za rzecz niczyją rzeczy zgubionej, chwilowo i przymusowo opuszczonych z zamiarem powrotu do nich czy też zwierząt będących pod ochroną.

Rzeczy bezpańskie stają się własnością tego, kto pierwszy je zajął.

Zwierzęta domowe, choćby się wymknęły spod władzy właściciela, nie przestają być jego własnością, podobnie jak inne jego własne rzeczy. Zwierzęta dzikie i oswojone są tak długo własnością ich właściciela, dopóki się do niego przyznają. W przypadku, gdy do niego nie wracają, stają się własnością tego, który je pierwszy zawłaszczył, np. króliki, gołębie, itp. Dzikie zwierzęta należą do tego, który je pierwszy pochwycił, chyba, że prawo zabrania chwytać pewne gatunki, ochrania je albo pozwala polować na nie tylko w pewnych okresach. To samo dotyczy ryb, chyba, że ktoś wynajmuje sobie staw albo jezioro od ich właściciela.

Skarbem nazywamy jakąkolwiek rzecz ruchomą, a kosztowną, ukrytą od dawna, o której nikt nie wie i która nie ma właściciela. Prawo natury przyznaje skarb temu, kto go zawłaszczył przez osobiste odkrycie albo dokonane w jego imieniu przez specjalnie wynajętego robotnika.

To samo potwierdza Jezus w znanej przypowieści o znalezionym skarbie: „Królestwo Niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli, który znalazł pewien człowiek, ukrył goz  powrotem, a następnie sprzedał wszystko, co miał i kupił ową rolę” (por. Mt 13,44).

Prawa państwowe różnie określają to, co należy uczynić ze znalezionym skarbem. Jedne każą się nim podzielić z właścicielem pola, inne z państwem. Niemniej wszystkie prawa cywilne przyznają znalazcy pewną część udziału.

Darowizna

            Darowizną nazywamy oddanie komuś danej własności bez wynagrodzenia, oddanie jej za darmo. Kto ma prawo posiadania, ten ma prawo darowania. Zarządca nie jest właścicielem, dlatego też nie może darować rzeczy, której nie posiada.

Do darowizny konieczna jest dobra wola ze strony darującej i brak  przymusu. Darowizna przymuszona jest z ustawy prawa nieważna, jeżeli była dana wbrew woli ofiarodawcy tak, że gdyby nie było nacisku, to darowizna nie doszłaby do skutku.

Darowizna może być ściśle dobroczynna albo może też być wynagradzająca lub intencjonalna.

Darowizna dobroczynna jest wtedy, gdy jest zupełnie bezinteresowna, gdy głos ma tylko sympatia.

Wynagradzająca ma miejsce wtedy, gdy jest dana jako potajemnie spłacony dług (restytucja ukryta) lub gdy jest darem wdzięczności za dobrodziejstwa.

Darowizna intencjonalna zachodzi wówczas, gdy ktoś spodziewa się od obdarowanego wdzięczności i rewanżu. W tym przypadku motywem nie jest sympatia i życzliwość lub nakaz sprawiedliwości, ale wyrachowanie i osobisty interes.

Rodzaje darowizny

Przez akt między żywymi, czyli taka darowizna, która zaraz i wprost przechodzi od właściciela na obdarzonego w sposób nieodwołalny.

Darowizna na wypadek śmierci, gdy prawo własności mad rzeczą darowaną nie przechodzi wcześniej na obdarowanego, jak po śmierci ofiarodawcy.

Większość dóbr, jakie Kościół posiada, pochodzi z darowizny. Bywało, że hojność możnych panów posuwała się do tego, iż niektóre katedry, kolegiaty lub klasztory miały całe klucze wsi, miast w swoim posiadaniu. Pepin i Karol Wielki, królowie frankońscy, ofiarowali tyle dóbr papieżowi, że utworzyło się z nich Państwo Kościelne. Nie zawsze na dobre wychodziły Kościołowi te majątki. Często psuły samych duchownych, ich włodarzy, wzbudzały zawiść i mnożyły mu wrogów. Niemniej jednak były one konieczne Kościołowi, który jako społeczność musi mieć oparcie o bazę gospodarczą.

Na podstawie prawa natury darować mogą wszyscy ludzie, którzy mają używanie rozumu. Jednak na podstawie praw wielu państw małe dzieci, małoletni albo będący pod opieką lub pozbawieni wolności (przymusowo), nie mogą dokonywać aktu darowizny.

Przyjmować darowizny może każdy człowiek, nawet płód w łonie matki. Oczywiście, że darować można tylko własne dobra, a nie cudze. Można darować dobra, które się już aktualnie posiada lub dobra przyszłe.

Darowizna przynosi też ciężary (np. obdłużenia) na nowego właściciela od przyjmującego dar zależy, czy się zgodzi wziąć go w posiadanie.

Rzecz raz darowana nie może być odwołana i oddana chyba, że była dana wbrew przepisom lub gdyby naruszała prawa innej innych.

Duchowny, który czy to od żyjących jeszcze, czy po śmierci jakiegoś fundatora otrzymał jakiekolwiek dobra na cel pobożny czy charytatywny, winien jest jak najdokładniej i jak najwierniej wypełnić myśl ofiarodawcy. Powinien on zawiadomić o tym również ordynariusza i dokładnie zdać mu sprawę z wszystkiego. Jest to konieczne i z tego względu, że przecież żaden proboszcz nie jest wieczny, a na fundacji często ciążą nieraz zobowiązania. Od biskupa zatem powinna zależeć ostateczna decyzja przyjęcia lub nie przyjęcia fundacji.

Odpowiedni kanon Prawa Kanonicznego orzeka, że ordynariusz powinien domagać się, by dobra przyjęte w zaufaniu zostały bezpiecznie ulokowane i zabezpieczone, i ma czuwać nad tym, aby wola ofiarodawcy była zachowana.

Jeżeli duchowny otrzyma coś nie dla Kościoła, ale dla siebie, może tym rozporządza tak, jak chce.

Kupno

            Przez kupno rozumiemy oddanie pieniędzy za towar. Jest to zatem swego rodzaju kontrakt, na mocy którego sprzedający i kupujący zrzekają się pewnych dóbr, aby nabyć nowe: jeden otrzymuje pieniądze, a drugi równoważną im w cenie rzecz.

            Piscetta daję następującą definicję: „kupno – sprzedaż jest to umowa, przez którą jeden z kontrahentów zobowiązuje się dać rzecz, a drugi zapłacić jej cenę”. Do zaistnienia kupna konieczne są trzy rzeczy:

Rzecz kupowana lub sprzedawana. Może być ona materialna lub duchowa (dzieło sztuki); może ona być obecna lub przyszła (np. plony, owoce, itp.).

Cena dokładnie wyliczona pieniędzmi.

Zgoda, która jest warunkiem koniecznym przy wszelkich transakcjach i umowach. Umowy wymuszone gwałtem są nieważne.

Zasady:

Cena powinna być równa wartości towaru.

Dozwolony jest pewien obustronny zysk, bo bez korzyści nie ma handlu. Sprzedający zyskuje pieniądze, a wyzbywa się rzeczy, która jest nu mniej potrzebna niż pieniądze. Kupujący zaś zyskuje towar, który w danym przypadku ma dla niego większą wartość niż uiszczona kwota.

Sprzedawca winien dać taki towar (gatunkowo) i w takiej ilości, w jakiej każe sobie płacić. W przeciwnym razie popełnia grzech oszustwa.

Sprzedawca winien wręczyć Recz sprzedaną, dostarczyć ją do rąk właściciela, bo to należy do kupna. Może sobie oczywiści potrącić koszty dostarczenia. Chyba, że kupujący zgodzi się własnym kosztem rzecz odebrać.

Sprzedawca winien ujawnić również braki uboczne, zwłaszcza jeżeli one obniżają wartość rzeczy. W tych przypadkach przy sprzedaży najczęściej dochodzi do największych oszustw.

Im większą szkodę wyrządza się drugiej stronie przy handlowych transakcjach, tym większy jest grzech. Zatem wielkość winy jest w prostym stosunku do wielkości szkody i krzywdy wyrządzonej.

Nabywca jest zobowiązany uiścić tyle i w takim czasie, jak to było umówione. Sprzedaż czasem może być połączona z umową dodatkową, np. że kupujący nie odsprzeda danej rzeczy określonym osobom; że przyjmie też i pewne ciężary związane z daną rzeczą, np. z dochodów z majątku będzie spłacał współwłaścicieli, itp.

Często istnieje umowa odkupna, czyli prawo odkupienia na nowo przez sprzedawcę danej rzeczy (np. jest to pamiątka rodzinna, której ktoś się wyzbywa mając długi).

Ciężka wina pociąga za sobą obowiązek restytucji i to pod grzechem ciężkim, jeżeli szkoda wyrządzona stronie drugiej jest znaczna. Jak trudno jest ustrzec się od grzechu przy wszelkiego rodzaju transakcjach, najlepiej świadczą słowa Biblii: „Trudno jest kupcowi ustrzec się od przestępstw, a handlarz nie będzie wolny od grzechu” (Syr 26,29).

Najem (salariat)

Najem jest to kontrakt, w którym zamiast towaru daje się swoją pracę za pewnym umownym wynagrodzeniem.

Piscetta daje takie określenie najmu pracy: „Najem pracy jest to umowa, na której mocy jedna osoba wykonuje lub przyobiecuje swoją pracę osobie drugiej za pewną opłatą”.  Kto wykonuje pracę, ten  nazywa się najemnikiem lub pracownikiem. Z kolei ten na czyją korzyść pracę się wykonuje, nazywa się najmującym albo pracodawcą. Czynność kontraktu nazywa się najmem.

Forma najmu (najemnictwa), czyli salariatu

Niewolnictwo to forma najemnictwa przy użyciu gwałtu i przemocy. Forma najbardziej brutalna, bezwzględna i nieludzka.

Służebnictwo to forma najmu pośredni, przejściowa. Do niej należała także dawna pańszczyzna chłopska.

Najemnictwo właściwe na podstawie umowy prawnej, gdzie najemca i najemnik mają równe prawa. 

W pierwszej formie właściciel ma czysty zysk. W drugiej formie najemnik ma minimalną część zysku. W trzeciej formie jest sprawiedliwy podział zysku.

Historia najmu

Najem istniał od samych początków istnienia społeczności. Człowiek zawsze potrzebował usług drugiego człowieka i za nie płacił.

Najemnikami była służba w domu i w gospodarstwie. Jezus przytoczył szereg przypowieści o najmie i o najemnikach. Oto niektóre z nich: o kąkolu (Mt 13,24 – 30), o czuwających sługach (Łk 12,35 – 40; Mt 24,45 – 51; Mk 13,34 - 37), o słudze wiernym i niewiernym (Łk 12,41 – 48), o przewrotnym włodarzu (Łk 16,1 – 9), o nieużytecznych sługach (Łk 17,10), o robotnikach w winnicy (Mt 20,1 – 16), itd.

Jedną z form najmu była pańszczyzna, którą powszechnie wprowadzono w Europie i w innych krajach. Często miał tu miejsce okrutny wyzysk chłopów.

Od czasów rozwoju rzemiosła i handlu miejskiego jeszcze bardziej upowszechnił się najem pracy. Potrzeba było więcej rąk do pracy czy pośredniczenia w handlu.

Najbardziej masowym stał się najem od XVIII wieku, kiedy zaczął rozwijać wielki przemysł, a liczna rzesza robotników zapoczątkowała odrębny stan. Dzisiaj ten stan robotniczy w niektórych państwach liczy połowę wszystkich mieszkańców, a może nawet i więcej. Zagadnienie stanu robotniczego, czyli proletariatu, jest kluczowym i pierwszym problemem każdego kraju.

Zasady

Pracodawca nie może wymagać więcej od pracownika niż to, do czego zobowiązał go przez umowę. Także najemnik nie może żądać więcej od najmującego, niż opiewa treść zobowiązania Umowa najemna musi być sprawiedliwa, czyli uwzględniać wszystkie prawa najmującego i najemnika.

Obowiązki chlebodawców, pracodawców:

Nie mogą swoich pracowników znieważać i źle traktować. To bowiem nie wchodziło w treść umowy.

Mają czuwać nad bezpieczeństwem swoich pracowników. Jeżeli z ich niedbalstwa robotnik ulegnie nieszczęśliwemu wypadkowi, odpowiada za to pracodawca i jest zobowiązany wynagrodzić to poszkodowanemu według obowiązujących ustaw.

To samo dotyczy przepisów higieny i zdrowia. Gdyby z niedbalstwa właściciela pracownik utracił zdrowie, to pracodawca jest zobowiązany mu to wynagrodzi.

Właściciel nie może więcej żądać od robotnika niż tego wymaga umowa. Jeżeli zaś żąda nadliczbowych godzin pracy, a pracownik a to się godzi, to winien mu te godziny wynagrodzić.

Właściciel ma prawo zmniejszyć wynagrodzenie, gdy pracownik poważnie nie wypełnia swoich zobowiązań. Jednak to musi być zgodne z prawami, które normują stosunek pracodawcy do pracownika i odwrotnie.

Obowiązki pracownika wobec pracodawcy:

Powinien szanować swojego pracodawcę.

Pracownik jest zobowiązany rzetelnie wywiązywać się ze swoich obowiązków.

Nie może żądać cen wygórowanych za swoją pracę.

Pracownik grzeszy, gdy się nie wywiązuje ze swoich obowiązków, gdy wyrządza szkodę pracodawcy, gdy go okrada. Jeżeli szkoda wyrządzona jest zawiniona i ciężka, to popełnia grzech ciężki i jest zobowiązany do restytucji, czyli do zwrotu (wynagrodzenia).

Pracownik nie jest zobowiązany wykonywać więcej, niż się zobowiązał. Jeżeli jednak swoją zapobiegliwością i talentem przyczynił się do tego, że dał właścicielowi więcej, niż się zobowiązał, to ma prawo za to żądać dodatkowego i proporcjonalnego wynagrodzenia.

Wynagrodzenie

Ogólnie wysokość wynagrodzenia normują publiczne ustawy. Dziś na ogół pracodawca nie wyznacza cen. Robotnik nie jest zdany na jego kaprys. Wywalczył już sobie pewne prawa w ciągu wielu lat.

Wynagrodzenie może być w pieniądzach albo w towarze.

Na miarę wynagrodzenia wpływają dwa czynniki: dochód z pracy i potrzeby robotnika. Obydwa te czynniki muszą być uwzględnione.

 Gdyby bowiem brano pod uwagę jedynie samą pracę robotników i według jej wartości szacowano wynagrodzenia, to na tym nie zyskałby ani pracownik, ani pracodawca. Nie zyskałby pracownik, bo tam, gdzie warsztaty produkowałyby dużo, gdzie byłby zbyt (podaż) na produkowane towary, pracownicy zarabialiby bajeczne sumy. Jednak w czasie chwilowego lub dłuższego  zastoju albo małej podaży robotnik nie otrzymywałby zgoła nic albo tak niewiele, że musiałby przymierać głodem.  Na wypadek kryzysu ekonomicznego robotnicy byliby bez środków do życia.

Nie zyskałby na tym także i właściciel. Byli utopiści zwłaszcza w początkach formowania się ruchu socjalnego, którzy twierdzili, że cały dochód z pracy należy do robotnika. Jednak w takim wypadku kto angażowałby swój kapitał w założenie przedsiębiorstwa? Kto chciałby ponosić ciężary związane ze sprowadzaniem maszyn, surowców, płaceniem podatków?

Dlatego koniecznym musi być i drugi czynnik, bo aby jakiekolwiek przedsiębiorstwo mogło prosperować, to i jego właściciel musi mieć także pewne zyski i to jest nieuniknione.

Istnieją pewne prace, które nie dają żadnego konkretnego finansowego zysku, np. prace urzędników, nauczycieli. Szkoła czy biuro to nie jest fabryka produkcyjna. W ich przypadku pracodawca nie może kierować się jedynie doraźnym zyskiem, jaki ma z pracy swoich pracowników.

Pracodawca tak musi układać swoje planowanie, aby pracownik mógł być wynagradzany według własnych potrzeb, a więc, by mógł się ze swojej pracy na tyle utrzymać, aby nie potrzebował dorabiać. Ile zatem powinna wynosić wartość wynagrodzenia za pracę? Oto są normy, którymi kierują się ustawy praw krajowych i międzynarodowych:

Płaca powinna wystarczyć na utrzymanie robotnika i jego rodziny. Zatem wynagrodzenie powinno uwzględniać również i rodzinę, którą robotnik ma na utrzymaniu.

Płaca powinna być taka, aby nie tylko wystarczała na życie, na ubranie oraz mieszkanie dla robotnika z rodziną, ale by on mógł jeszcze pozwolić sobie od czasu do czasu na pewną rozrywkę, by mógł odłożyć jakąś kwotę na swoje potrzeby kulturalne (wyjazd, kupno, książek, itp.).

Urlopy są płatne przez pracodawcę. Podobnie i leczenie (szpital czy sanatorium).

Płaca powinna być tak wysoka, aby pracownik mógł odłożyć część z niej jako ubezpieczenie na przyszłość od starości (emerytura), kalectwa (renta inwalidzka) czy leczenia (ubezpieczenie).

W końcu wynagrodzenie powinno uwzględniać także stan i zawód pracownika. Trudno sobie wyobrazić, aby minister zarabiał tyle samo, co kamieniarz, profesor uniwersytetu tyle, co praczka, a inżynier konstruktor tyle, co woźny. Istnieje zasada ogólna: Pracodawca nie jest jałmużnikiem wobec pracownika. Pensja dawana robotnikowi nie jest gestem łaski lub miłosierdzia, ale należnością. Jednak pracodawca powinien być czymś więcej dla swoich pracowników niż panem, bo powinien być dla nich ojcem. Zatem powinien pamiętać także o ich troskach i kłopotach osobistych oraz rodzinnych, dzielić z nimi wspólnie radości i smutki (urodziny dziecka, śluby, imieniny, pogrzeby).

Pracownicy natomiast powinni być mu oddani prawie jak synowie, kochać go i szanować jak ojca.

Pracownik powinien zrozumieć i nie dziwić się, że cały dochód pracy nie przechodzi do jego rąk. Podział zysku bowiem musi służyć utrzymaniu: pracownika, pracodawcy i warsztatu.

Pożyczka – procent

Pożyczka jest to umowa, mocą której jeden drugiemu daje jakąś rzecz pod warunkiem jej zwrotu.

Jeżeli pożyczający domaga się oddania tej samej rzeczy, to nazywamy to użyczeniem.

Jeżeli właściciel domaga się jedynie takiej samej rzeczy, czyli tego samego gatunku i tej samej ilości, to taką umowę nazywamy pożyczką.

Zasady:

Pożyczający (czy też użyczający) jest zobowiązany ostrzec tego, komu pożycza, o wadach danej rzeczy pożyczonej. Jeżeli pożyczający ma szkodę z tego, że właściciel nie ujawnił wady rzeczy pożyczonej, to ma prawo domagać się odszkodowania.

Pożyczający winien odda to, co pożyczył albo taką samą rzecz i w tej samej ilości w umówionym Eli rzecz uległa częściowemu lub całkowitemu zniszczeniu, to pożyczający winien naprawić szkodę, choćby ona powstała przypadkowo i bez jego winy. Przyjmując bowiem od właściciela jakąś rzecz, zobowiązał się tym samym do jej strzeżenia.

Pożyczający może żądać wynagrodzenia za pożyczenie. Jeżeli jednak w umowie nie zastrzegł sobie wynagrodzenia, to nie może go żądać później.

Pożyczający winien zwrócić rzecz pożyczaną w takim stanie, w jakim ją odebrał. Z tej racji musi ponieść koszty naprawy. Musi też rzecz oddać w czasie, w którym zobowiązał się ją zwrócić.

W wypadku zgubienia lub zniszczenia rzeczy pożyczanej kusi ją odkupić i oddać albo zapłacić taką cenę, jaką miałaby ta rzecz w czasie, gdy ją miał oddać.

Autor natchniony Księgi Syracha radzi, aby udzielać pożyczek, bo one są aktem miłosierdzia. Jednocześnie zaleca on wielką ostrożność w tym względzie, bo nieuczciwi ludzie uważają rzecz pożyczoną za swoją własność (Syr 29,1 – 7).

Mojżesz mówił nawet o procencie. Zatem już w jego czasach w użyciu była lichwa. Radzi on tylko, aby ubogim nie dawać na lichwę, czyli na zbyt wysoki procent (Wj 22,24).

Procent

            W szerszym znaczeniu procentem nazywamy wszelki naddatek, który zaciągający dług zobowiązał się oddać, oprócz zaciągniętej pożyczki. W ścisłym tego słowa znaczeniu przez procent rozumiemy naddatek pieniężny, należny za pożyczoną sumę pieniędzy. Słowo procent pochodzi z języka łacińskiego i znaczy tyle, co „od stu”, np. za każde 100 zł ktoś  zobowiązał się zwrócić 100 + 10 zł (10 procent).

W historii byli rygoryści, którzy nie pozwalali na żadne pobieranie procentu tytułem pożyczki. Tego zdania wydaje się trzymać św. Tomasz. Współczesny św. Tomaszowi, św. Bonawentura pisze: Lichwa jest to przywłaszczenie sobie cudzej własności pod osłoną umowy”. Jan Gerson, kanclerz Sorbony, tak to uzasadnia: Jest przeciw naturze żyć bez pracy, co właśnie ma miejsce przy procentach” Podobne stanowisko zdaje się zajmować w tej sprawie specjalna encyklika Benedykta XIV „VIX pervenit” z dania 01 listopada 1745 roku.

Wydaje się, że tu wchodził w grę jeszcze jeden czynnik, a mianowicie fakt, że tego rodzaju pożyczką trudnili się często obcokrajowcy, żerując na nędzy mieszkańców danego kraju i dochodząc przez nieuczciwą lichwę do wielkiej nieraz fortuny.

Jednak pożyczać drugiemu pieniądze jest często rzeczą trudną, bo właściciel pozbawia się przez to możliwości obracania tą gotówką i zarobkowania. Poza tym zawsze naraża się na utratę pożyczonej sumy. Zatem umiarkowany procent od pożyczki jest dozwolony.

Sam Jezus w jednej z przypowieści mówi o panu, który swoim urzędnikom przekazuje na procent pewne sumy: „Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał” (Łk 19,23).

Chodzi tylko o to, aby pobierany procent nie był za wysoki. Jeżeli procent jest zbyt wygórowany, t nazywamy go lichwą.

Nie wolno także podstępnie udzielać pożyczki na procent, aby kogoś zniszczyć gospodarczo czy wywłaszczyć lub zagarnąć jego własność wiedząc, że jest on niewypłacalny.

Znalezienie

            Rzeczy, które nigdy nie miały właściciela, albo co do których trudno jest stwierdzić, kto jest ich właścicielem ( np. perły znalezione w ziemi, drogie kamienie, pieniądze), stają się własnością tego, kto pierwszy je zawłaszczył.

Jednak w przypadku, gdy są to kruszce czy minerał stanowiące pewne pokłady, to należą  one do właściciela gruntu (np. węgiel, złoto, gaz).

Dobra wolne, które ktoś zostawił bez prawowitego spadkobiercy, należą według prawa do tego, kto je pierwszy znalazł i zajął. Ustawy niektórych państw każą je oddawać do skarbu państwa.

Dobra porzucone:

            Jeżeli te dobra ktoś porzucił umyślnie, jako niepotrzebne, to do nich ma prawo ten, kto pierwszy je znalazł i zajął. W przypadku, gdy ktoś je porzucił przypadkowo, ale z konieczności, np. uciekając przed wrogiem w czasie wojny, to nikt nie ma prawa jego dobytku ruszać, gdyż właściciel tych dóbr się nie wyrzekł i ma zamiar do nich powrócić.

Owoce zostawione przez właściciela bez chęci zbioru (bo mu się nie opłaca), także należą do tego, kto pierwszy je znajdzie.

Podobnie  każdy może swobodnie zbierać grzyby w lesie, jagody, poziomki, itp., chyba że ustawy państwowe tego zabraniają.

Ten, kto uratował jakąś rzecz od niechybnej zguby, np. z pożaru, z powodzi, itp., nie może jej sobie zatrzymać. W takich przypadkach można żądać wynagrodzenia za odzyskane rzeczy.

Ten, kto znalazł zgubioną cudzą rzecz, nie jest jeszcze na podstawie sprawiedliwości zobowiązany do jej podniesienia i zajęcia się nią. Jeżeli jednak może to uczynić bez większej niewygody, to ma obowiązek oddać ją na podstawie miłości, jeżeli wie, do kogo zgubiona rzecz należy. Kto znalazł zgubioną własność bliźniego i zajął się nią, ten winien oddać ją właścicielowi i to na podstawie cnoty sprawiedliwości. Jeżeli nie zna właściciela, to powinien to ogłosić tak, by właściciel rzeczy mógł się o zgubie łatwo dowiedzieć. Jeżeli właściciel się nie zgłosi, to rzecz znaleziona powinna wrócić do swego znalazcy.

 Znalazca ma prawo żądać wynagrodzenia za zgubę.  Wysokość wynagrodzenia zwykle określają ustawy państwowe lub obyczajowe.

Przy zgłaszaniu się właścicieli trzeba zachować pewną roztropność, gdyż w wielu przypadkach bardzo łatwo jest o oszustwo.

Przedawnienie

Przedawnienie (zasiedzenie, preskrypcja) jest to wprowadzony ludzkim zwyczajem sposób do nabycia prawa do jakiejś rzeczy lub zwolnienia się od pewnych zobowiązań ciążących na pewnych rzeczach po upływie przepisanego czasu.

Przedawnienie może być nabywcze lub utratne. Przedawnienie nabywcze jest wtedy, gdy na podstawie zaistniałego przedawnienia ktoś daną rzecz nabywa. Przedawnienie utratne jest wtedy, gdy ktoś przez przedawnienie traci daną rzecz.

Warunki konieczne do przedawnienia

            Odpowiedni przedmiot. Są rzeczy, które nigdy nie ulegają przedawnieniu. Do nich należy wszystko to, co pochodzi z prawa natury i z prawa Bożego objawionego.

            Dobra wola posiadacza. Posiadanie powinno być: spokojne, publiczne, niedwuznaczne i ciągłe. Dobra wiara polega na tym, że posiadacz rzeczy sądzi, iż daną rzecz prawnie posiada. Ta dobra wiara objawia się w następujących cechach:

Posiadanie spokojne, tzn., że posiadacz nie zajął rzeczy posiadanej przemocą, a właściciel nigdy się o nią nie dopytywał. Sam posiadacz nie przeszkadzał w niczym, aby prawowity właściciel mógł dochodzić swoich praw.

Posiadanie publiczne, czyli że posiadacz nie krył się z tym, iż daną rzecz posiadał lub jej używał.

Posiadanie niedwuznaczne, a więc nie ukrywane. Niedozwolone jest maskowanie, bo to wskazywałoby, że u posiadacza nie było wymaganej dobrej wiary.

Posiadanie ciągłe. Zwykle prawa przewidują, jak długa ma być ta ciągłość niezakłóconego niczym posiadania. Jednak przyjętym zwyczajem jest to, że każda utrata wpływa na to, że czas przedawnienia liczy się od ostatniego nabycia danej rzeczy.

Tytuł do przedawnienia. Tym tytułem musi być jakiś akt prawny, który dawał podstawę do zawłaszczenia danej rzeczy. Takim tytułem prawnym mogła być darowizna, kupno, zajęcie rzeczy niczyjej, zamiana, itp.

Czas. Czas tak dalece decyduje o przedawnieniu, że według ustaw wielu państw, jeżeli posiadacz znajduje się już bardzo długi czas (np. 30 lat) w posiadaniu jakiejś rzeczy, to niepotrzebny jest żaden inny tytuł. Już to samo jest prawnym tytułem, by samemu właścicielowi daną rzecz przyznać.  Nawet niektóre prawa nie wymagają dobrej woli, gdy minie zbyt długi czas zasiedzenia.

Jak długi okres czasu jest potrzebny do tego, aby zaistniało przedawnienie, to zależy od praw państwowych. Im rzecz jest cenniejsza i większa (np. cały obszar), to musi upłynąć więcej lat do przedawnienia. Tak więc w zależności od danej własności przedawnienie może nastąpić po 10 latach, ale może ono być  nawet po 100 latach.

Przybytek

            Przez przybytek rozumiemy powiększenie czyjegoś majątku, stanu posiadania przez dołączenie nowej własności tej samej materii. Przybytek może powstać z następujących przyczyn.

            Przybycie przez pochodzenie jednej rzeczy od drugiej. Dla przykładu: drzewo rodzi owoce; owca daje wełnę, mleko, a to wszystko właścicielowi przysparza majątku. Zasada jest jasna: do kogo należy drzewo, do tego należą owoce; do kogo należą zwierzę, do tego należą i wszystkie produkty zwierzęcia.

            Przybycie przez połączenie jakiejś rzeczy. Jest zasada, że to, co zostało wybudowane na gruncie właściciela, to do niego należy. Podobnie to, co zostało posiane, zasadzone, itp. Jeżeli więc ktoś wybudował coś na cudzym gruncie w złej czy dobrej nawet wierze, jeżeli obsiał cudzy grunt lb obsadził, to wszystko z prawa należy do właściciela gruntu.

Powyżej było opisywane zagadnienie przybytku przez połączenie dzięki ludzkiej interwencji i pracy. Jednak może być i przybytek zgoła inny i przypadkowy.

Bywa, że np. rzeka stale niesie muł i dany teren stale się przez to powiększa. Prawo naturalne i międzynarodowe w takim przypadku przyznaje szczęśliwemu nabywcy prawo posiadania nowego gruntu. Jeśli rzeka jednemu sąsiadowi odrywa grunt i ujmuje, a drugiemu przydziela, prawo natury i państwo również faworyzuje nabywcę. Byle tylko właściciel złośliwie sam w tym rzece „nie pomagał”. W takim bowiem byłby zobowiązany do zwrotu tyle ziemi, ile tamten przez jego podstęp utracił.

W przypadku, gdyby wystąpiłoby tak gwałtowne oderwanie gruntu (np. przez wylewy), że znaczna część gruntu sąsiada i to w jednej chwili, widocznie, dostała się do nowego właściciela, to oderwana część należy nadal do dawnego posiadacza.

Jeżeli on jednak o swoje pole się  nie upomniał, to przechodzi ono na własność nowego gospodarza.

Sprawy te zazwyczaj rozstrzyga praktycznie w poszczególnych wypadkach sąd rozjemczy.

Licytacja

Jest to sprzedaż publiczna jakiejś rzeczy, polegająca na tym, że nabywcą staje się ten, kto zapłaci najwyższą sumę (stawkę).

Licytacja może by dobrowolna, gdy ją przeprowadza sam właściciel na własną rękę albo przymusowa (sądowa), gdy przeprowadza ją sąd, by spłacić wierzytelność.

Sprzedawca musi sprzedać rzecz temu, kto zaoferuje więcej. Może też sam lub przez kogoś odkupić swoje rzeczy wystawione na licytację (chodzi o licytację przymusową), ale nie może podstawiać fikcyjnych licytatorów, czyli z nim umówionych, by podnosić cenę sprzedaży.

Gry pieniężne i zakłady

Ktoś może dorobić się nawet znacznego majątku przez tzw. grę pieniężną. Przez grę pieniężną rozumiemy kontrakt, mocą którego osoby biorące udział w grze umawiają się między sobą, że zwycięzca zabierze dla siebie to, co złożyli uczestnicy gry.

Zakładem nazywamy umowę, mocą której dwaj uczestnicy wypowiadając sprzeczne zdania co do danej sprawy lub przyszłego wypadku wzajemnie sobie obiecują, że kto odgadnie, po czyjej stronie będzie prawda, otrzyma umówioną sumę albo rzecz.

Z prawa natury wszelkiego rodzaju gry i zakłady są dozwolone. Właściciel swoją własność lub pieniądze może odstąpić temu, komu zechce.

Istnieje wielka liczba gier pieniężnych: karty, ruleta, loteria, zakłady, zgadywania, itp. Dzisiaj wszelkiego rodzaju gry pieniężne są powszechnym zjawiskiem. Te gry oraz zakłady są dozwolone pod następującymi warunkami:

Nie mogą one pochłaniać zbyt wiele czasu. Dla kogo gra nie jest rozrywką i przyjemnością, ale pasją i namiętnością lub kto by zaniedbywał swoje obowiązki dla gry, dla tego, jest jasną rzeczą, że staje się rzeczą grzeszną, a nawet prowadzącą do uzależnienia. Jeżeli ktoś poważnie zaniedbuje swoje obowiązki, ten grzeszy ciężko.

Przy grze nie wolno oszukiwać i używać podstępu. Często zdarza się, iż powstają zmowy pomiędzy graczami, szczególnie, gdy gra jest prowadzona o pieniądze.

Wolno grać o pieniądze, gdy to przyczynia się do rozbudzenia zainteresowania i grę urozmaica. Nie może to być jednak suma zbyt wysoka. Niebezpieczeństwo jest tym większe, że przecież gra się często powtarza. Wtedy nawet stosunkowo niewielkie sumy narastają do dużych. Stawka pieniężna zbyt wysoka nie tylko zubaża przegrywającego, ale też zaostrza grę i przyczynia się do tego, że staje się ona coraz bardziej bezwzględna i brutalna. Grę prowadzoną na zbyt wysoką stawkę i zbyt namiętnie nazywamy hazardem. Hazard zaś przestaje już być rozrywką, a staje się pogonią za jak największym zyskiem, często przy ogromnych stratach materialnych.

W końcu stawka musi być własnością gracza. Nie można brać cudzych pieniędzy, bo tego rodzaju gry są zawsze połączone z ryzykiem ich utraty.

W uczciwej grze decyduje rutyna i talent, a to stanowi cały powab gry. We wszelkiego rodzaju ruletach i loteriach decyduje prosty przypadek.

Przez loterię rozumiemy umowę, mocą której uczestnicy płacąc pewną kwotę otrzymują prawo do rzeczy lub do kwoty pieniężnej, jaką komuś los przeznaczy. Zdaje się, iż jedną z najstarszych gier pieniężnych była gra w kości. Już Psalmista wspomina o Mesjaszu: „Podzielili między siebie moje szaty, a o suknię los rzucili” (Ps. 21,19; por. J 19,24 – 25). W Księdze Jonasza jest również wzmianka o losach: „I rzucili losy, a los padł na Jonasza” (Jon 1,7). Święty Maciej na Apostoła został wybrany drogą losowania (Dz 1,26).

Grę w kości jako hazard na wysoką stawkę uprawiał cesarz August, jak świadczy Swetoniusz (Żywoty cezarów, księga III, rozdział 71). O hazardzie gry w kości dosadnie pisał Libanios: „A namiętny gracz w kości, na Zeusa, czyż jest człowiekiem wolnym? Któż kiedy zmuszał w podobny sposób sługę do niespania, jak ta chorobliwa namiętność  pozbawia snu ludzi pochylonych na grą i spierających się ze sobą? Skłania ona do zaniedbywania spraw publicznych, skłania do lekceważenia łaźni, ba, nawet i samego jedzenia („Mowa o niewoli”).

Nie jest grzechem grać w tego rodzaju gry dla przyjemności czy też w nadziei wygrania jakiejś sumy, ale pod następującymi warunkami:

Nie wolno wydawać pieniędzy ponad stan tak, aby ich miało brakować na rzeczy konieczne do życia dla siebie albo rodziny.

Nie wolno tak dalece się angażować w tego rodzaju zakłady i gry, aby one pochłaniały cały czas kosztem zaniedbywania swoich obowiązków zawodowych i rodzinnych.

Nie wolno dawać zbyt wysokich stawek, lecz według stanu zamożności. Powszechnie jest rzeczą wiadomą, iż tego rodzaju zakłady i instytucje żerują na ludzkiej naiwności i na chęci łatwego wzbogacenia się.

Wszelkiego rodzaju kasyna są często jednym z głównych dochodów niektórych państw. Jednocześnie są prawdziwą zmorą dla tych, którzy tam wchodzą. Przypadki uzależnienia, obłąkania i samobójstwa są tam na porządku dziennym, gdyż w nadziei wypłacenia się i wydobycia się z długów uczestnik gry wpadał w jeszcze większe zadłużenia. Z tego powodu rodziły się i rodzą defraudacje oraz nadużycia społeczne.

Chyba pierwszym i najlepiej wyposażonym miejscem do gry w ruletę jest Monte Carlo, stolica księstwa Monaco. Wynalazcą tej gry miał być sam Kartezjusz (1596 – 1650). Kasyno w Monte Carlo istniej od 1863 roku i jest główną podstawą utrzymania budżetu tego państewka.

W Ameryce rolę Monte Carlo spełnia położone w górach Sierra Nevada głośne Reno.

Różne gry „zgadywanki” (zgaduj – zgadule) są nieraz bardzo wartościowe i wychowawcze. Nie są one związane z utratą dużych sum pieniężnych, ale wysoce kształcą. Pobudzają one bowiem do specjalizowania się w danych dziedzinach wiedzy. Pozwalają ubogi, a utalentowanym osobom dopomóc sobie finansowo, ale nie narażają na dotkliwe straty materialne.

Gry w „zgadywanki” nabrały coraz większej popularności z chwilą wynalezienia telewizji. Zainteresowani mogą oglądać uczestników i słuchać ich odpowiedzi, a przy okazji sami się dokształcają.

W przypadku „toto-lotka” i podobne gry, to są one tego samego gatunku, co loterie. Te same też należy do nich stosować zasady.

Depozyt

Przez depozyt rozumiemy umowę, mocą której wręcza się komuś pewną rzecz na przechowania, aby jej strzegł bezpłatnie, a zwrócił w każdym żądanym czasie. Zasady dotyczące depozytu:

Odbiorca depozytu powinien strzec powierzonej sobie rzeczy z taką pilnością, jak zwykle strzeże się rzeczy własnych i jest zobowiązany do wynagrodzenia, jeżeli z jego niedbalstwa rzecz powierzona zginęła lub uległa zniszczeniu.

Jeżeli rzecz zginęła przypadkowo, to odbiorca nie odpowiada za to, chyba że zobowiązał się odpowiadać wobec właściciela za jej przypadkowe nawet i niezawinione zniszczenie.

Odbiorca depozytu nie może używać rzeczy odebranej, chyba że sobie to w umowie zastrzeże.

Przypadkowy zysk należy do odbiorcy, np. wełna, mleko, młode zwierzęcia, chyba że w umowie było jakieś zastrzeżenie.

Wreszcie odbiorca winien zwrócić depozyt każdej chwili, gdy tego zażąda właściciel, chyba że w umowie był wyraźnie zaznaczony termin.

Depozyt można zatrzymać, gdy właściciel nie wywiązał się ze swoich zobowiązań.

Nie wolno przyjmować w depozyt rzeczy kradzionych i cudzych. Byłoby to bowiem uczestnictwem w grzechu i w pomaganiu złodziejowi.

 

Katecheza 34: Siódme przykazane Boże – „Nie kradnij!”

Podstawowe pojęcia.

Ziemia i gleba – baza ekonomiczna

            Każde ziarno, aby mogło zachować dany mu od Stwórcy skarb życia, rozwinąć się w pełny kłos i dalej plenić się i rozmnażać na ziemi, musi mieć glebę, z której pobiera konieczny pokarm i w niej ma swoje oparcie. Gleba spełnia zadania bazy zaopatrzeniowej dla danego kwiatu, krzewu lub drzewa. Bogato, a zarazem misternie rozwinięta sieć korzeni najdobitniej świadczy, jak istotne znaczenie dla życia roślin ma ziemia, z której wyrastają.

            W życiu doczesnym każdej jednostki ludzkiej podobną rolę spełnia gospodarka posiadłościowa, majętnościowa, ekonomiczna. Bez niej nie zdoła się utrzymać żadna jednostka, żadna rodzina ani żadne państwo. Podstawa materialna jest tak dawna, jak dawną jest ludzkość. To miał na uwadze Bóg, kiedy odzywał się do pierwszych ludzi:  „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym…” (Rdz 1,28 – 29).

Człowiek stale musi troszczyć się o dach nad głową i o utrzymanie siebie samego i sobie powierzonych osób. Troska o zachowanie życia trwa nie jeden tylko dzień, ale całe lata. Z tego powodu człowiek musi myśleć również o pewnym zaopatrzeniu się na przyszłość, przewidywać czasy zbiorów w naturze oraz czas siejby i oczekiwania. To wymaga od człowieka niemało trudu i pochłania lwią część jego sił i czasu. Stwórca to przewidywał , bo powiedział do Adama: „Przeklęta będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia… W pocie oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie” (Rdz 3,17 – 19).

Z opisywanych powodów możemy zatem  porównać życie człowieka do życia wiecznie zapracowanej mrówki. Większość czasu wypełnia mu troska o zachowanie życia, a z nią wiąże się praca. Społeczność ludzką można porównać do wielkiego kopca mrowiska czy też do wspaniałego ula, gdzie tysiące robotnic uwija się nieustannie i niestrudzenie, aby całość mogła się zachować.

 Bazą zaopatrzeniową dla człowieka jest ziemia i jej dobra. Zarządzanie dobrami ziemi przez człowieka nazywamy gospodarką lub ekonomią. Te dwa czynniki decydują nie tylko o życiu fizycznym człowieka, ale także o jego życiu duchowym, a nawet nadprzyrodzonym i wiecznym.

Z tych powodów nie dziwi nas fakt, że po przykazaniach, które biorą pod ochronę samo życie ludzkie już rozwinięte albo potencjalne następuje przykazanie, które normuje stosunek człowieka do dóbr ziemi; przykazanie, które broni sprawiedliwego podziału tych dóbr tak, aby one mogły służyć zachowaniu wszystkich jednostek ludzkich, aby nie było takich, którzy niewiedzą, co robić z nadmiarem bogactw ani takich, którzy by musieli ginąć z braku Najkonieczniejszych środków do utrzymania swojego życia. Z Dlatego Stwórca rodzaju ludzkiego wypisał na tablicy Dekalogu: „Nie kradnij!”

Podstawowe pojęcia z zakresu ekonomii

            Nazwa ekonomia pochodzi od greckich słów „oikos” – dom oraz „nomos” – prawo, przepis i oznacza tyle, co planowane gospodarowanie dobrami materialnymi. Jako osobna gałąź wiedzy ekonomia rozwinęła się dopiero w ostatnich wiekach. Przekonano się bowiem, że zwłaszcza w większych społecznościach planowe przewidywanie i gospodarowanie dobrami materialnymi jest konieczne. Wybitni ekonomiści nie jeden raz ratowali państwa od ruiny gospodarczej, a czasem i politycznej. Od bogactw danego kraju i od jego zamożności zależy nie tylko dobrobyt obywateli i stopień kultury, ale także i polityka.

            Dobra ekonomiczne są czynnikiem istotnym do utrzymania się ludzkiego życia na ziemi. Jak bez gleby żadna roślina się nie utrzyma i musi zginąć, tak samo i człowiek zginie bez koniecznych środków do życia.

            Jeżeli dzisiaj tak bliskie się wydaje widmo przeludnienia i głodu, to zagadnienie pomnażania dostatecznej ilości pokarmu i sprawiedliwego jego rozdziału staje się kwestią naglącą. Tym właśnie zajmuje się ekonomia.

            Byłoby bardzo ciekawą rzeczą badać drogi, którymi kroczy współczesna ekonomika. Jednak nie jest celem naszej katechezy, by przybliżać systemy ekonomiczne, ich dziedziny i znaczenie. Naszym zadaniem jest wskazywanie zasad i norm moralnych, po których ma iść ludzkie zarządzanie dobrami ziemskimi tak, aby spełniły one właściwe zadanie, naznaczone im przez Stwórcę.

Zatem, jeżeli poruszymy sprawę dóbr i własności, to jedynie pod kątem moralnym, który muszą mieć na uwadze wszyscy ludzie; jednostki i społeczności ludzkie, jeżeli chcą być w zgodzie ze swoim sumieniem, prawem Bożym i z prawem natury.

Własność – podstawowe pojęcia odnośnie własności

Nazwa i pojęcie własności

            Przez własność (dobra, majątek, bogactwo, stan posiadania, kapitał, itp.) rozumiemy jakąkolwiek rzecz, która przedstawia jakąś wartość  oraz prawo posiadania i rozporządzania tą rzeczą z wykluczeniem innych ludzi. Podobne określenie własności daje ks. Szymański: „Prawo własności jest to wyłączne i stałe prawo posiadania rzeczy materialnej, jej użytkowanie i dysponowanie nią przez właściciela”.

Prawo rzymskie w następujący sposób określa prawo własności: „jus utendi, fovendi et abutendi”, czyli prawo używania, wyciągania korzyści i niszczenia rzeczy posiadanej.

Podstawą do prawa posiadania jest naturalne prawo do życia. To jest tytuł prawny do posiadania.

Przedmiotem posiadania nie może być osoba ludzka. Wykluczamy zatem stan niewolnictwa, który panu oddawał na własność drugiego człowieka, z którym mu było wolno robić, co mu się podobało. Jednak przedmiotem własności może być praca, gdyż tę da się łatwo zamienić na kapitał. Praca jest najczęściej wynagradzana płacą. W gruncie rzeczy właściwym przedmiotem własności są „rzeczy”, czyli wszystko, cokolwiek może mieć dla człowieka jakąkolwiek wartość, co mu przynosi korzyść.

Słowo „rzecz” zostało ujęte w cudzysłów, aby podkreślić, że nie chodzi nam jedynie o rzeczy ściśle materialne, ale że mogą w nie wchodzić istoty żywe, np. zwierzęta.

Do pojęcia własności należy również prawo administrowania, rozporządzania posiadłością. Prawo do rozporządzania nazywamy przedmiotem formalnym. Podstawą do posiadania jest samo życie. Jak bowiem zobaczymy, życie jednostki i społeczeństwa ludzkiego opiera się na stanie posiadania. Tytułem bezpośrednim do własności jest praca, darowizna, znalezienie, itp.

Od własności odróżniamy zarząd dóbr, administrację nimi.

Rodzaje własności

            Przedmiotem własności mogą być różne dobra. Z tej racji i własność będzie różna. Różny też może być stopień prawa do własności.

Dobra materialne i duchowe

            Dobrami materialnymi nazywamy wszelkie dobra, które podpadają pod zmysły, np. pole, las, jezioro, plac, dom, kościół, szkoła, itp. Nazywamy je również nieruchomościami, bo ich się nie da przenieść.

            Do dóbr materialnych należą także wszelkie ruchomości, np.; meble, sprzęt gospodarczy, narzędzia fabryczne, naczynia, pieniądze, itp. W końcu do dóbr materialnych należą wszelkie istoty żywe poza człowiekiem, a więc zwierzęta i rośliny.

Przez dobra duchowe rozumiemy dzieła umysłu ludzkiego, np. utwory pisarzy czy dzieła sztuki, o których wartości stanowi myśl, treść, a nie sam materiał, w którym są wykonane.

            Poza tym przez dobra duchowe rozumiemy również cześć, dobre imię, sławę, itp.

Dobra wspólne i prywatne

            Wspólnota pewnych dóbr może obejmować całą ludzkość, poszczególne rejony, narody, społeczności. Za dobra wspólne całej ludzkości uważa się dzisiaj przestworza od pewnej wysokości, oceany i morza otwarte w pewnej odległości od lądu. Do niedawna jeszcze pewne obszary ziemi były również wspólne.

Za dobra wspólne poszczególnych narodów uważa się pewne strefy im przyznane, pewne przestrzenie czy granice. One to właśnie określają położenie czy wielkość danych państw. Nazywamy je często dobrem lub własnością społeczną.

Oprócz tego każde państwo ma własne wydzielone dobra, którymi rozporządza, konieczne dla własnej gospodarki i utrzymania. Jeżeli bowiem jednostka ma potrzeby osobiste, to tym większe potrzeby ma społeczność ludzka.

W końcu są dobra społeczne stanowiące własność mniejszych zespołów społecznych, np. gminy, powiaty, miasta. Do nich należą: place, gmachy użyteczności publicznej, ulice, drogi, kolej, obiekty przemysłowe, punkty produkcji, kupna, sprzedaży, itp.

Dobra prywatne natomiast są do użytku osób prywatnych, pojedynczych albo zrzeszonych.

Dobra realne i potencjalne

            Dobra realne to konkretna majętność, jaką ktoś posiada. Dobrem zaś potencjalnym jest praca. Celem pracy jest najczęściej zdobycie pewnych dóbr, ich zachowanie lub pomnożenie.

Fakt istnienia własności

            Z faktem posiadania własności prywatnej lub społecznej powszechnie się spotykamy. Nie ulega on najmniejszej wątpliwości i nie był on nigdy też nigdy przez nikogo kwestionowany. Jeżeli toczono spory, to chodziło jednie o to, czy własność może posiadać tylko społeczeństwo, czy też jednostka i jaki jest zakres uprawnień jej posiadania. Były to raczej spory natury filozoficznej, bo praktycznie rzecz biorąc jednostka zawsze i wszędzie coś posiadała, bodaj to minimum, które jej było konieczne do życia.

            O istnieniu własności ogólnej, o tym, że ludzka społeczność ma prawo do posiadania, mówią już pierwsze rozdziały Biblii, w których jest opis stworzenia pierwszych ludzi i oddania im w zarząd całej ziemi i wszystkich jej dóbr: „Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo nasze; a niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad zwierzętami i nad wszystką ziemią” (Rdz 1,26).

            W pojęciu pierwotnym „panować” znaczyło mieć coś na własność i tym rządzić według swojej woli. Do panującego należało państwo i wszystkie jego dobra, nawet poddani byli uważani za jego własność w szerszym tego słowa znaczeniu. A że nie chodzi tu tylko o pierwszeństwo człowieka nad całym stworzeniem, Stwórca dodaje: „… napełniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną” (Rdz 1, 28). „.. i rzekł Bóg: oto dałem wam wszelkie ziele… i wszystkie drzewa…” (wiersz 29). Słowa „dałem wam” jeszcze silniej podkreślają zamiar Boga. Człowiek otrzymał całą ziemię i jej bogactwa jako dar od Stworzyciela. Tyle o własności ogólnoludzkiej, bo nieomal zaraz, prawie równocześnie jest wzmianka o własności prywatne. Kain, syn Adam, z plonów ziemi składa Bogu ofiary, a Abel, jego brat, z trzody. Zatem używają oni dóbr ziemskich i nimi rozporządzają według swojej woli.

            Do Abrahama mówił Bóg: „Potomstwu twemu dam tę ziemię” (Rdz 12,7). Jest to pierwsza wzmianka o własności narodowej, etnicznej. Jeszcze raz Bo to potwierdza uroczyście: „Podnieś oczy twoje i spojrzyj z miejsca, na którym jesteś teraz, na północ i na południe, na wschód i na zachód. Wszystką ziemię, którą widzisz, dam tobie i twemu potomstwu aż na wieki” (Rdz 13,14).

Niemniej jednak równocześnie jest wyraźny opis tego, że Abraham miał także swoją osobistą własność: ‘Wyszedł tedy Abram, jak mu Pan przykazał… I wziął Saraj, swoją żonę i Lota, syna swego brata, wszystką majętność, którą mieli, ludzi, których nabyli w Haranie… „Rdz 12,5).  „…a Abram był bardzo bogaty w posiadłość złota i srebra… Lot… miał trzody owiec, bydło i namioty. I nie mogli się pomieścić na ziemi, aby mieszkać razem, bo ich majętność była bardzo wielka…” (Rdz 13,2.5).

W tym opisie mamy już bardzo ciekawy szczegół, a mianowicie pierwszą wzmiankę w Biblii, że na tle własności (licznych trzód) doszło do kłótni i sporów. W dziejach patriarchy Abrahama mamy również pierwszą relację o napaści państw (koalicja państw) w wojnie, której celem była grabież dóbr pięciu innych królów: „I zabrali wszystką majętność Sodomy i Gomory…” (Rdz 14,11). Po uwolnieniu król Sodomy ofiaruje Abrahamowi część ze swoich majętności. Na tle ubieganie się o pierworództwo, czyli o przejęcie majątku ojca, Jakub oszukuje Izaaka. Na wielu kartach Pisma św. jest mowa o przeróżnych państwach i szczepach, jak też o ich granicach i posiadłościach.

Zatem z łatwością zauważamy, iż od samego zarania dziejów ludzkości, od pierwszej chwili, kiedy na ziemi pojawił się człowiek, jest także mowa o jego własności.

Geneza prawa własności

            Ojciec św. Pius XI: „Prawo do własności otrzymali ludzie od natury, tj. od samego Stwórcy w tym celu, aby z jednej strony każdy człowiek mógł zaspokoić potrzeby osobiste i rodzinne, i aby z drugiej strony dobra materialne, które Stwórca przeznaczył na użytek wszystkich ludzi, rzeczywiście temu celowi służyły za pośrednictwem własności” (Quadragesimo Anno).

            W rzeczywistości życie ludzkie i utrzymanie się człowieka na ziemi byłoby zgoła niemożliwym, gdyby nie miał on własności. Koniecznym dla człowieka jest dach nad głową, bo on go chroni przed zimnem i upałem, deszczem lub śniegiem. On też go zabezpiecza przed napaścią ze strony drapieżnych zwierząt.

            Od samego początku swego istnienia człowiek łączył się w gromady, budował osiedla i miasta. Ułatwiało mu to pożycie i zabezpieczało przed niebezpieczeństwem. Ludzie nie tylko budowali domy, ale też starali się je uczynić jak najwygodniejszymi. Stopień kultury człowieka mierzymy sposobem jego zagospodarowania się i urządzenia domu.

Wyżywienie stanowi największą troskę człowieka, zajmuje mu najwięcej czasu, pochłania najwięcej sił. Pokarmu dostarcza nu ziemia, ale musi ją uprawiać. Uprawę ziemi znali już pierwsi ludzie (Rdz 2,15; 4,2).

Człowiekowi potrzebne są również zwierzęta. Z hodowlą domowych zwierząt spotykamy się również u zarania dziejów ludzkości (Rdz 4,2). Widzimy, że rolnictwo i pasterstwo były pierwszymi i głównymi źródłami utrzymania się człowieka.

Ludzie zawsze potrzebowali narzędzi do pracy, sprzętów i naczyń. W miarę rozwoju kultury doskonalili oni też materiał oraz jakość swoich wyrobów. Z wolna rozwijali oni kopalnictwo i obróbkę wydobywanych materiałów.

Jednakże w historii własność prywatna miała również swoich przeciwników.

            Św. Epifaniusz gromił tych, którzy powołując się na źle rozumiany tekst „Dziejów Apostolskich”: „Wszystko mieli wspólne” (Dz 4,32) głosili, iż za czasów apostolskich nikt nie mógł posiadać żadnej własności pod grzechem ciężkim.

            Manichejczycy zakazywali gromadzenia, a nawet posiadania jakichkolwiek dóbr z nienawiści do materii. Niemniej jednak w praktyce posiadali pewne dobra (domy, pola, pieniądze, itp.).

            Również waldensi i albigensi podkreślali niebezpieczeństwo posiadania dóbr zakazując jednostkom rozporządzania nimi.

            Przeciwnikami własności prywatnej w rozszerzonym znaczeniu byli: Hugo Grocjusz, Puffendorf i ci wszyscy, którzy prawo posiadania dóbr przez jednostki wyprowadzali nie z prawa natury, ale z umowy społecznej. Ich zdaniem kiedyś wszystko było wspólne: rodzina, ród stanowiący idealną komunę, dobra materialne. Później drogą umowy rozdzielono dobra pomiędzy jednostki.

            Według Hobbesa, Montesquieugo, Benthama i innych, prawa cywilne dokonały podziału dóbr między osoby prywatne.

            Zdaniem Karola Marksa, Engelsa i Lenina dobra prywatne pochodzą stąd, że bezprawnie wydarły je społeczności jednostki silniejsze i bardziej bezwzględne.

            Własność państwowa.

Wielość potrzeb wzrasta w miarę przynależności do danego społeczeństwa większej liczby osób oraz w proporcji do zadań i warunków rozwoju danej społeczności. Jak ogromne potrzeby ma państwo: utrzymanie urzędników, armii, gotowej zawsze do obrony, utrzymanie szkół, szpitali, bezpieczeństwa dróg, środków transportu, zewnętrznej reprezentacji, itp.

Wydatki niejednego państwa sięgają zawrotnych i trudnych do wyobrażenia sum pieniężnych. Na to wszystko państwo musi mieć kapitał. Wydatek w samej swej naturze i istocie wymaga najpierw posiadania: aby dać, muszę wpierw posiadać. Zatem państwo musi posiadać swoje własne dobra i ziemie, dobra kopalne i przemysłowe, w zapasie złota. Własność jest konieczna do utrzymania się przy życiu i do prawdziwego rozwoju tak jednostki, jak też i społeczności ludzkiej.

Zakres prawa posiadania

            W przedmiocie zakresu prawa posiadania spotykamy najróżniejsze, podzielone zadania, w nim tkwi źródło różnorodności doktryn ekonomicznych.  Z nich wymienimy te, które są najbardziej radykalne i stoją na przeciwległych sobie biegunach.

Indywidualiści

            Bronią oni praw jednostki. Im przyznają nieograniczone wprost prawa. Według tej doktryny każdy człowiek jest nieograniczonym panem swojej własności. Może on z nią robić, co mu się podoba; może ją nabywać drogami, jakimi chce; może on ją też jak chce i kiedy chce zniszczyć. Jednostka nie ma obowiązku oglądać się na innych. Solidaryzm ludzki, altruizm nie ma najmniejszego sensu. Jednostka może domagać się swoich praw nawet brutalną siłą. Zwolennicy „walki o byt”, wielbiciele nauki Nietzschego o geniuszach – nadludziach propagowali hasło, iż ludzkie życie należy wzorować na naturze. W naturze zaś mamy nieustanną walkę o byt. Zwycięża ten, kto jest silniejszy. Osobniki słabe muszą zginąć. Taka selekcja dopomaga do zachowania czystości rasy ludzkiej. Z walki wyjdą obronnie i cało jedyni osobniki najsilniejsze, najbardziej witalne, a zatem najwartościowsze. To, że w tej walce mogą zginąć miliony istnień ludzkich, nie ma żadnego znaczenia. Giną tylko słabsi. To samo już jest korzyścią dla ludzkości jako takiej. Im zaś ludzi jest mniej, to tym lepiej, bo więcej jest „przestrzeni życiowej”.

Zwolennicy przewagi społeczności nad jednostką

            Na zupełnie przeciwnym biegunie stanęli ci, którzy na pierwszym miejscu stawiają nie jednostkę, ale społeczność, czyli gromadę ludzką plemienną lub państwową. Dla nich społeczność jest rodzajem wielkiego mrowiska, gdzie dziesiątki i setki tysięcy szarych mrówek żyje dla zachowania mrowiska.

            Wśród zwolenników tego kierunku myślenia funkcjonują także różne odłamy. Najskrajniej i najdalej idą ci, którzy jednostce nie przyznają żadnych praw. Jest ona przeznaczona dla dobra społeczności i o tyle ma prawo istnienia, o ile służy tejże społeczności. W przeciwnym razie jest pasożytem, którego należy się pozbyć. W takim ujęciu sama społeczność dostarcza wszystkiego, co potrzebne jest danej jednostce, normując przydział według tego, o jednostka daje lub może dać gromadzie ludzkiej.

Nauka katolicka

            Według nauki katolickiej człowiek nie jest absolutnym panem swoich dóbr. Według Bożych zamiarów ma on spełniać rolę ich zawiadowcy i mądrego administratora oraz pamiętać o tym, iż Panem najwyższym wszystkich dóbr na ziemi jest sam Bóg.

Z tego powodu Bóg zażądał od Żydów w Starym Testamencie ofiar ze wszystkich pierwocin w roślinach i zwierzętach, ofiary z dziesięcin, czyli z każdej dziesiątej części, nie licząc wielu innych ofiar (zob. Wj 22,29).

W tekście wyliczającym należne Bogu ofiary występuje charakterystyczne słowo „oddać”. Pan Bóg nie mówi „dać”, ale oddać , bo wszystkie one są Jego. „Do Pana należy ziemia i to, co ją napełnia, świat i jego mieszkańcy” (Ps 24,1).

Ponadto Bóg rezerwuje sobie jeden dzień w tygodniu, aby Izraelici pamiętali, że i czas należy do Boga. Nakazując święcić rok jubileuszowy co 7 i co 50 lat, Bóg daje rozkaz, aby ziemi w tym czasie nie ruszać. Na innym miejscu dodaje: „Nie wolno sprzedawać ziemi na zawsze, bo ziemia należy do mnie, a wy jesteście u Mnie przybyszami i osadnikami” (Kpł 25,23).

Jezus Chrystus często nazywa ludzi włodarzami (Mt 21,33 – 46), robotnikami w winnicy Pańskiej (Mt 20, 1 – 16) albo sługami (Łk 12,35 – 48). Mówi również o talentach, z których będą musieli zdać sprawę (Mt 25, 14 – 30). W przypowieści o drzewie nieurodzajnym grozi surową karą tym, którzy nie przynoszą owocu (Łk 13,6 – 9).

To stwierdzenie ma w skutkach ogromne znaczenie. Skoro człowiek nie jest absolutnym panem dóbr ziemi, to nie może ich bezmyślnie niszczyć. Przy ich używaniu musi zawsze się kierować wolą Tego, któremu te dobra powierzył w zarząd. Wolą Bożą zaś jest to, aby dobra ziemskie nie były jedynym celem człowieka, by nie stały mu się przeszkodą do zbawienia, ale aby właśnie przez nie on zdobywał sobie życie wieczne. Dlatego ma on obowiązek posługiwać się dobrami ziemi dla kultu Bożego i szerzenia Bożego Królestwa na ziemi w imię cnoty religijności.

Ponad to obowiązkiem człowieka jest dzielić się także swoją własnością, ile razy bliźni jest w naglącej potrzebie, w imię chrześcijańskiej miłości. Jezus zaleca miłosierdzie tymi pocieszającymi słowami: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7). W innym miejscu zachęcał: „Dawajcie, a będzie wam dane; miarą dobrą, napełnioną, potrzęsioną i opływającą dadzą wam w zanadrze wasze. Albowiem taką miarą, jaką wy mierzycie, będzie wam odmierzone” (Łk 6,38). Na Sądzie Ostatecznym Pan będzie oskarżał: „Albowiem byłem głodny, a nie nakarmiliście mnie; pragnąłem, a nie daliście mi pić; ….” (Mt 25,42 – 44). Bardzo surowe słowa rzuca Jezus pod adresem ludzi majętnych: „Zaprawdę powiadam wam, że bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebieskiego... I znowu powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi wejść do Królestwa Niebieskiego” (Mt19,23 – 24), ale nie zabrania ludziom posiadania bogactw. Napomina tylko: „I ja wam powiadam: czyńcie sobie przyjaciół z mamony niesprawiedliwości, aby, gdy pomrzecie, przyjęto was do wiecznych przybytków” (Łk 16,9).

Chociaż nauka Chrystusa nie uznaje zupełnego, niepodzielnego i całkowitego władania człowieka nad dobrami ziemskimi, to jednak uznaje tak własność prywatną, jak też i własność społeczną. Oto choćby tylko dwa przypomniane zdania: „godzien jest robotnik zapłaty swojej” (Łk 10,7) i „Oddajcie tedy cezarowi to, co jest cezara, a Bogu to, co jest Boże” (t 22,21).

Święty Piotr ganiąc Ananiasza za kłamstwo, tak się do niego odezwał: „Ananiaszu, czemu szatan skusił serce twoje, abyś skłamał Duchowi Świętemu i ujął z zapłaty za rolę? Czyż niesprzedana nie była twoją, a coś otrzymał, czyż nie należało do ciebie?” (Dz 5,3 – 4).

Podmiot prawa własności

Podmiotem prawa własności może być tylko człowiek. Widzimy, że do istoty własności należy nie tylko sama rzecz, posiadająca jakąkolwiek wartość, ale także jej użytkowanie.

Na podstawie prawa przyrodzonego, prawo własności przysługuje każdemu człowiekowi, nawet niemowlęciu jeszcze nie narodzonemu. Na to zgadzają się ustawy nieomal wszystkich narodów. Bo, chociaż niemowlęta nie mają jeszcze aktualnie używania rozumu, to jednak należą do społeczności ludzkiej i dzielą z nią jej prawa. Z tej racji zawsze przyznawano niemowlętom prawo do spadku, do następstwa tronu, itp.

Nabywać własność może nie tylko osoba fizyczna, ale i moralna. Przez osobę moralną rozumiemy zespół osób związanych ze sobą moralnie, czyli przez pewne zobowiązania, np. ślubami zakonnymi, stanem duchownym, spółką akcyjną, zawodem, itp. Wiemy, że istnieje własność przynależna do danego klasztoru, parafii, diecezji, szkoły, gminy, organizacji sportowej, oświatowej, charytatywnej, itp.

Dobra duchownych to te, które są ich osobistą albo kościelną własnością. Odnośnie do dóbr własnych duchowni mają pełne prawa. Natomiast zupełnie inaczej przedstawia się ta sprawa, gdy chodzi o dobra kościelne.

Dobrami kościelnymi nazywamy te dobra, które duchowni otrzymują wraz z beneficjum lub ze swoim urzędem.

W historii byli wprawdzie i tacy ludzie, którzy Kościołowi odmawiali prawa do posiadania jakiejkolwiek własności. Do nich należeli: Arnold z Brescji, Waldensi, Marsyliusz z Padwy, Wiklef i inni.

Kościół musi mieć swoje świątynie i plebanie, swoje domy parafialne i kaplic, swoje cmentarze, a w nich odpowiedni sprzęt i urządzenia.

Już od swoich początków Kościół posiadał dobra. W Dziejach Apostolskich czytamy, że niektórzy chrześcijanie przynosili do nóg Apostołów pieniądze za sprzedaną ziemię do ich dyspozycji (Dz5, 1 -2). Całe swoje majętności traktowali jako wspólną własność gminy kościelnej. Wiemy też, iż Apostołowie zbierali kolektę stałą i doraźną, obracając ją np. na pomoc materialną dla ubogich gmin (1 Kor 16,1 – 3).

Dzisiaj w skład dóbr kościelnych wchodzą nieruchomości ziemskie lub zabudowania oraz datki wiernych. Kodeks Prawa Kanonicznego przewiduje, np. ofiary na seminarium duchowne, na nadzwyczajne potrzeby diecezji, datki z okazji funkcji kościelnych i posługi, opłaty sądowe, itp.

 

Katecheza 33: „Skutki grzechów nieczystych i środki zaradcze”

Skutki rozpusty we wszelkich jej postaciach sieją takie spustoszenie, że stanowią one  jedną z największych plag ludzkości. Z tego powodu św. Jan Apostoł na pierwszym miejscu stawia pożądliwość ciała obok pożądliwości oczu i pychy żywota. Gdyby na świecie nie było tych trzech namiętności, to na ziemi byłby raj: „Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca, lecz od świata” (por. 1 J 2,16).

Poniżej wymienimy tylko niektóre z nich, aby uzyskać jaki taki obraz spustoszeń i szkód, jakie ta namiętność wyrządza ludziom.

Zwyrodnienie moralne jednostki i społeczeństwa

            Przy omawianiu poprzedniego przykazania pisaliśmy, że obowiązkiem człowieka jest praca nad pełnym rozwojem jego osobowości i nad doprowadzeniem do możliwie najwyższej doskonałości wszystkich władz duszy i ciała. Jednakże nie da się pisać o doskonałości, gdy rozpusta niszczy zdrowie ciała i degeneruje człowieka. A cóż dopiero mówić o duszy?! W rzeczywistości człowiek, którego ogarnie nieposkromiona namiętność seksualna, który wpadł w jej niewolę, nie myśli o niczym innym, jak tylko o zaspokojeniu swojej pożądliwości. Widzi on w każdej dziewczynie i kobiecie tylko przedmiot lubieżnych zabaw, dla których jest gotów oddać swoją cześć, stanowisko, pieniądze, a nawet wieczność.

Dla takiego nic nie znaczy, iż zdradza własną żonę, krzywdzi dzieci i rozbija ognisko domowe, a żyjąc stale w grzechu ciężkim w każdej chwili naraża się na wieczną zgubę.

Potrafi on tylko kpić ze wszystkich, którzy postępują inaczej, bo i tak im nie wierzy, uważając ich za obłudników, gdyż niemożliwym wydaje mu się, aby „normalny” mężczyzna nie miał instynktów, którym potrafiłby się oprzeć.

Całe swoje życie układa według takiej linii postępowania i tak ukierunkowuje całą swoją psychikę.

Taki człowiek tak dalece zatracił w sobie wszelkie poczucie moralne, że już nie odróżnia dobra od zła. Dla niego wszystko jest dobre, co służy do zaspokojenia jego żądzy. Cały swój wysiłek kieruje on ku temu, aby „przedmiot” jego zaspokojenia był coraz „nowszy”, coraz bardziej pobudliwy i sycący i aby zaspokojenie seksualne było coraz bardziej wyszukane. Ludzi czystych uważa on na nienormalnych i pozbawionych biologicznego witalizmu.

Należy też postawić sobie pytanie o to, czy w przypadku osób, które sprzedają się za pieniądze, dla których uwiedzenie jest sprawą prowadzenia interesu czy rzemiosła, można mówić o charakterze, o dążeniu do pełni doskonałości? Dla nich najwyższym ideałem jest to, aby mieć jak najwięcej klientów, jak najbogatszych i aby od nich jak najwięcej wydobyć.

Z tej racji, że często do tego rodzaju „zabaw” konieczne jest odurzenie i zamroczenie, więc nic dziwnego w tym, że osoby prostytuujące się i korzystające z ich usług, bardzo często nadużywają alkoholu, sięgają po narkotyki i podobne im używki, bardzo siebie degenerując, a przez to całe społeczeństwo.

Najlepszym sprzymierzeńcem opisywanego występku jest noc. To przecież także nie sprzyja zdrowiu fizycznemu.

W końcu częste, a nawet nieustanne drażnienie części rodnych powoduje ich degenerację. Osoby prostytuujące się szybko niszczeją, więdną, starzeją się i kończą swoje życie jako żebracy w przytułkach lub szpitalach.

Śmierć biologiczna

            Doskonale czujemy i wiemy, jaki jest porządek ustanowiony przez Stwórcę dla rodzaju ludzkiego: popęd połączony jest z rozkoszą dla rodzenia nowego życia. Każdy zaś, kto ten porządek odwróci, podważa podstawowe prawo Stworzyciela i uderza w sam pień ludzkości. Nie może zatem istnieć popęd tylko dla rozkoszy. Ziarno sieje się w ziemię, aby rodziło i owocowało. Kto zerwie kwiat, ten nie będzie miał owocu. Wysilanie się i wprzęganie wszystkich środków wiedzy ludzkiej jedynie do tego, aby dać maksimum przyjemności zaspokojonej żądzy, a równocześnie „obrona’ wszelkimi sposobami przed konsekwencją popędu seksualnego, życiem, jest rujnowaniem społeczności ludzkiej. To zagadnienie szeroko opisywaliśmy w V przykazaniu Bożym (eugenika), więc obecnie przejdziemy do następnej klęski, jaką niesie ze sobą nadużycie seksualne.

Choroby weneryczne

            Termin „choroby weneryczne” pochodzi od nazwy bogini rzymskiej, Wenery, którą uważano za patronkę budzącego się i powstającego życia biologicznego. Jej kult był bardzo mocno związany z misteriami o seksualnych przeżyciach. Choroby weneryczne to choroby narządów rodnych albo choroby związane z przeżyciami płciowymi. U zwierząt, które idą za normalnym popędem, regulowanym jedynie instynktem, nie spotyka się chorób wenerycznych. A jeżeli nawet gdzieś zaistnieje taki wypadek, to jest on notowany jedynie jako wyjątek. Natomiast wśród ludzi choroby te są czymś masowym. W taki sposób sama natura mści się za nadużycia w tym względzie.

            Od dawna istniały przeróżne choroby weneryczne. Lekarze wszędzie mieli do czynienia z nimi. O rzeżączce znajdziemy wzmianki w pismach chińskich, hinduskich, egipskich, babilońskich, itd. Choroba ta czyniła straszliwe spustoszenie w Grecji i w Rzymie.

Podobnie i o kile mamy wzmianki w pomnikach literatury chińskiej sprzed 2500 przed Jezusem. W Egipcie znaleziono papirus z XVI wieku przed Chrystusem, który wspomina o tej chorobie. Mojżesz o niej pisze w Księdze Kapłańskiej 13,31 – 38. W Indiach znano kiłę 800 lat przed nową erą. Także Hipokrates, Horacy, Celsus, Galen, Juvenal podają jej opisy.

Do Europy  pierwsza infekcja kiły przyszła z Ameryki w 1493 roku. Europejczycy ludom Ameryki dali wódkę, a te ludy Europie, kiłę – dwa ludobójcze środki.

O rzeżące w Polsce po raz pierwszy napisał medyk z czasów Stefana Batorego, Wojciech Oczko.

Kiła (Syfilis, lues). Zarażenie tą chorobą występuje prawie zawsze podczas stosunku płciowego. Czasem można przypadkiem zarazić się nią za pośrednictwem przyborów do mycia (np. mydło), przez używanie wspólnych naczyń, przez pocałunek, itp.

Chorobę wywołuje zarazek zwany krętkiem bladym. Bakcyl po dostaniu się do organizmu ludzkiego szybko przenika do krwi i atakuje organizm najpierw od wewnątrz.

Pierwsze objawy kiły pojawiają się po około trzech tygodniach od zakażenia. Powstają wtedy owrzodzenia, które chorzy uważają zwykle za rankę lub „zatarcie”.  Występują one najczęściej na narządach rodnych. Objaw ten nie jest bolesny i po pewnym , a po pewnym czasie ulega „zaleczeniu”. Choroba jednak rozwija się dalej. Po czterech lub pięciu tygodniach na skórze klatki piersiowej, pleców, rąk i nóg, a czasem na twarzy pojawiają się wysypki w postaci plamek lub grudek. Wysypce może towarzyszyć złe samopoczucie, osłabienie i ból głowy. Po dwóch lub trzech tygodniach wysypka znika, aby pojawić się na nowo. Jest ona wtedy bardzo niebezpieczna i zaraźliwa. Powstają zmiany na skórze, na błonach jamy ustnej czy też na narządach płciowych. Z czasem i te wysypki zaczynają znikać.

Jednak wirusy (krętki) atakuję teraz organizm od wewnątrz: wątrobę, serce, naczynia krwionośne, nerwy, mózg, rdzeń pacierzowy, skórę i kości. Objawy te zaczynają się dopiero po okresie od trzech do pięciu lat. Najczęściej pomiędzy piątym a dziesiątym rokiem.

Objawy kiły mogą wystąpić nawet po piętnastu i dwudziestu latach od zakażenia. Najczęściej kiła atakuje wtedy rdzeń i prowadzi do jego uwiądu. Początkowo jego objawy przypominają nieraz bóle reumatyczne. To może trwać kilka lat. Potem następuje stan ostry: chory nie może już chodzić, czasem nawet ślepnie, zeszpeca się ciało (rozpad tkanek powoduje zniekształcenia, czyli tzw. kilaki) najczęściej na twarzy.

Początkowo kiłę leczono rtęcią. Na początku XX wieku wprowadzono arsen i bizmut. W 1942 roku zastosowano penicylinę i do dziś ona jest najlepszym lekiem. Choremu na kiłę nie wolno wchodzić w związki małżeńskie i utrzymywać stosunków płciowych, bo może on łatwo zarazić drugą osobę. Z kolei od matki chorej na kiłę może się zarazić płód w jej łonie (zarazki są we krwi, która z matki przechodzi do dziecka). Najczęściej płód umiera w łonie matki, bo zarazki kiły go zabijają. W przypadku, gdy dziecko zarażone syfilisem urodzi się żywe, to ma jednak ślady wysypki na skórze, owrzodzenia, obrzęk błony śluzowej nosa powodujący to, iż dziecko nie może oddychać (zapka kiłowa) i dusi się przy próbie ssania, a w końcu umiera z niedożywienia.

Ponadto dziecko ma jeszcze schorzenia wewnętrzne i zewnętrzne, które sprawiają, że nie leczone umiera w pierwszym roku życia.

Kiła może zaatakować dziecko jeszcze w wieku dojrzewania. Powoduje ona: zaburzenia, niedorozwój, głuchotę, ślepotę.

Rzeżączka (Tryper, wiewiór). Zakażenie następuje również najczęściej przez kontakt płciowy. Tę chorobę powoduje zarazek zwany dwoinką Neissera. Jego nazwa pochodzi od nazwiska Alberta Neissera (+ 1916), który go wykrył. Objawy choroby występują już po okresie od dwóch do pięciu tygodni po zarażeniu się.

U mężczyzny rzeżączka rozpoczyna się przeważnie ropnym wyciekiem z cewki moczowej. Towarzyszy mu ból i pieczenie. Trwa to około dwóch tygodni. Powoli rzeżączka ogarnia całą cewkę aż po gruczoł krokowy i atakuj najądrze. Ulega ono powiększeniu i stwardnieniu. Chory cierpi bóle, którym często towarzyszy gorączka. W przypadku, gdy zapalenie najądrza jest obustronne, mężczyzna staje się bezpłodny. Niekiedy cewka moczowa na skutek tej choroby ulega zwężeniu i chory nie może oddawać moczu.

U kobiet choroba ta przebiega znacznie gorzej. Najpierw pojawiają się obfite ropne upławy. Zarazki przenikają głębiej do jajowodów i jajników. Kobieta często staje się bezpłodna. Ponadto rzeżączka powoduje u kobiety wewnątrz narządów rodnych różne zrosty, które w rezultacie mogą doprowadzić do ciąży pozamacicznej.

Dzieci kobiet chorych na rzeżączkę często rodziły się ślepe, bo przechodząc przez łono matki (pochwę) brały ze sobą zarazki, które atakowały oczy.

Do nie tak dawnych lat leczono rzeżączkę sulfamidą, a dzisiaj penicyliną.

Zło społeczne chorób wenerycznych. Największym niebezpieczeństwem chorób wenerycznych jest to, że powstają one z kontaktów płciowych, a tych kontaktów niepodobna jest uniknąć zupełnie. Ponadto ich objawy początkowo są niewidoczne i bardzo łudzące, iż są wyleczone, bo mają swoje okresy wzmożeń i zaników.

Zdradzają one także pacjenta, który uprawiał nierząd. Do niedawna ilość osób dotkniętych chorobami wenerycznymi w niektórych ośrodkach (miasta portowe, itp.) sięgała 30 %. Z tych 20 % osób o nich nie wiedziała i nie leczyła się.

Zło społeczne chorób wenerycznych tkwi także i w tym, że nie tylko czyni kalekami dorosłych, ale również i dzieci, które przez to stają się ciężarem dla społeczeństwa. Wiele dzieci, które rodzą się niewidome, jest bardzo nieszczęśliwych. Także bezpłodność ma swoją przyczynę w rzeżączce.

Co wiedzie do grzechów nieczystych?

Już wcześniej pisaliśmy, że po grzechu pierworodnym natura ludzka została skażona. Podobna jest ona do pacjenta, który przeszedł ciężką chorobę: słaba, skłonna do chorób. Grzech pierworodny zranił też naszą  naturę w jej instynkcie rozrodczym tak, że to, co miało być dla człowieka środkiem (rozkosz płciowa), stało się celem.

Dla zwierząt hamulcem jest instynkt, poza którego granice zwierzę nie wykroczy. Człowiek ma rozum i wolną wolę. U niego ta wolna wola bardzo często przeradza się w samowolę, a rozum zdaje się funkcjonować tylko po to, aby rozkosz uczynić bardziej wymyślną.

Dużą rolę w zwalczaniu niemoralności w dziedzinie seksualności ma państwo, gdyż ono posiada wszelkie środki do karania jej siewców. Państwa również bardzo energicznie zwalczają wszelkie nadużycia w tej materii. Ścigają samych przestępców, szczególnie gdy chodzi o gorszycieli nieletnich lub zwolenników przeróżnych ekscesów ( np. kluby nudystów, gwałcicieli, itp.). Nawet tam, gdzie toleruje się rozpustę jako zło konieczne, żąda się rejestracji prostytutek i poddaje się je regularnym badaniom lekarskim. Niemniej szeroko udostępnione są przychodnie i punkty lecznicze chorób wenerycznych. Otwiera się zakłady dla niepoprawnych zboczeńców o podłożu patologicznym. Ułatwia się samotnym i ubogim dziewczętom znalezienie pracy oraz dachu nad głową.

Wiele państw zwalcza pornografię i konfiskuje wszelkiego rodzaju pisma lub widowiska o charakterze gorszącym. W każdym państwie istnieje cenzura nie tylko polityczna, ale także moralna, stojąca na straży dobrych obyczajów. Historia potwierdza fakt, że im bardziej stanowcza jest władza państwa, tym silniejszy jest moralnie naród. Im zaś więcej okazuje się pobłażania, tolerancji, ustępliwości, tym szerzej rozlewa się gangrena zepsucia.

Stanowisko Kościoła w kwestii seksualnej

Już sam fakt, że przez tajemnicę Poczęcia i Narodzenia Syna Bożego opromienił Kościół czarem tylu misteriów i obrzędów; fakt, iż Matkę Słowa Wcielonego otoczył kultem dot6ąd niespotykanym, najlepiej świadczy, iż Kościół nie tylko nie wstydzi się zagadnienia powstawania życia ludzkiego, ale uważa je za największy Boży dar.

Małżeństwo Kościół zawsze otaczał wielką czcią jako sakrament, ale też zawsze jednak stanowczo zwalczał wszelkie nadużycia seksualne, piętnował je i ścigał.

Pan Jezus nieczystość wymienia obok zabójstwa, bluźnierstwa, kradzieży i fałszywego świadectwa (Mt 15,19). On sam grzech cudzołóstwa wymienia i przypomina, że nawet wiarołomne spojrzenie jest grzechem (Mt 5,28). Opowiada przypowieść o Synu Marnotrawnym, który „roztrwonił swoją majętność żyjąc rozpustnie” (Łk 15,13).

Święty Paweł także przestrzega przed grzechem rozpusty słowami: „Strzeżcie się rozpusty” i zwraca uwagę na to, że jest on wrogiem samego ciała, bo przyczynia się do jego zguby doczesnej i wiecznej: „kto rozpuście się oddaje, przeciw ciału swemu grzeszy” (1 Kor 6,18).

 Na innym miejscu Apostoł Narodów przestrzega przed grzechami nieczystymi i kończy konkluzją: „O tym też bądźcie przekonani, że żaden rozpustnik ani nieczysty… nie ma dziedzictwa w królestwie Chrystusa i Boga” (Ef 5,5). Zatem grzechy nieczyste zalicza on do grzechów ciężkich. Przestrzega Nawe przed bezwstydnymi żartami (Ef 5,4).

Św. Paweł, gdy dowiedział się o tym, że chrześcijanie z Koryntu uprawiają nierząd, skarcił ich za to surowo, a gorszycieli nakazał wykluczyć ze społeczności wiernych: „Powszechnie się słyszy o rozpuście między wami, i to rozpuście takiej, jakiej nawet nie ma wśród pogan; mianowicie, że ktoś żyje z żoną ojca swego. A wy unieśliście się pychą, zamiast z ubolewaniem żądać, by usunięto spośród was tego, kto się dopuścił wspomnianego czynu…. wydajcie takiego szatanowi na zatracenie ciała…” (1 Kor 5).

Z powyższych tekstów jasno wynika, że chrześcijaństwo od samego początku wypowiedziało walkę rozpuście. Ileż to chrześcijanek wolało oddać życie, aby nie zhańbić dziewictwa. Święte dziewice: Agata, Agnieszka, Łucja, Cecylia i tyle innych zdobyły nawet chwałę ołtarzy.

Środki zaradcze

Środki przyrodzone

Higiena. Ciało, a szczególnie miejsca obfitujące w gruczoły potne i wydzielinowe, muszą być utrzymywane w czystości. Wymaga tego higiena i warunki zdrowotne. Brud sprzyja chorobom, drażni i pobudza erotycznie.

Asceza zmysłów. Ten czynnik jest najważniejszy. Wolę trzeba kształtować i wzmacniać. Każdy, kto umie sobie odmówić nawet rzeczy dozwolonych, ten łatwo odmówi sobie i zakazanego owocu grzesznej rozkoszy. Kto jednak we wszystkim sobie dogadza, kto zadowala wszelkie swoje kaprysy, ten łatwo pójdzie za najmniejszym nawet pociągiem zepsutej natury.

Przy lekturze żywotów świętych zadziwia nas ich duch umartwienia, ich nieustanne samokrzyżowanie się: „Karcę ciało moje i do posłuchu przymuszam” (1 Kor 9,27). Niektórzy z nich odmawiali sobie stale snu, wielu z nich rezygnowało z niektórych pokarmów tak, co ilości, jak i jakości. Co więcej, często czytamy o wypadkach niezwykłego umartwiania ciała włosiennicami, biczowaniem, wyniszczającą pracą, itp. Czy nie jest to forma jakiegoś powolnego samobójstwa na raty z nienawiści do życia? Czy nie są to wypadki znęcania się nad sobą? Nie! W ich wypadku chodziło o to, aby wypełniać Pawłowe hasło; „Karcę ciało moje i do posłuchu przymuszam”.

W sytuacji, gdy wola opanuje zupełnie ciało, wtedy rządzi nim i kieruje, jak chce. Oczywiście, że ciało zbytnio wyczerpane jest podatne na nerwowe i seksualne odruchy tak samo, jak ciało wypieszczone i przekarmione.

Sport i praca. Pewnemu młodzieńcowi św. Jan Bosko, doskonały pedagog i znawca młodych dusz, powiedział: „Chcesz być wolny od grzechu, to staraj się o to, aby szatan zastał cię zawsze zajętym”. To jest złota maksyma. Lenistwo nauczyło ludzi wszystkiego złego. Człowiek gnuśny jest jak ugór, na którym wszystkie chwasty bujnie się plenią.

W swoich domach i w świetlicach młodzieżowych św. Jan Bosko najbardziej obawiał się nudy. Z tego powodu cały swój wysiłek skierował na to, aby młodzież stale była zajęta, aby miała szerokie zainteresowania i przejawiała aktywność. Dlatego propagował sport, zabawy, konkursy, rozwijał uzdolnienia artystyczne w orkiestrze, śpiewie, w teatrzyku. Stale urządzał jakieś imprezy, aby chłopcy po prostu nie mieli czasu na to, by o czymś innym myśleć. Była to cudowna profilaktyka, która dawała człowiekowi taki potencjał zdrowych emocji, aby na chorobliwe nie było miejsca. Człowiek zajęty pracą nie ma czasu na pokusy w ciągu dnia, a kiedy przychodzi noc, kładzie się do snu tak zmęczony, że nie wie nawet, kiedy zasypia.

Dla ludzi młodych konieczna jest rozrywka. Jej rolę najlepiej spełni sport, który ma jeszcze inne, uboczne korzyści: rozwija cnoty towarzyskie, wyrabia muskulaturę, daje moc przeżyć, emocji i hartuje wolę.

Środki nadprzyrodzone

            Z pewnością bylibyśmy w wielkim błędzie, gdybyśmy wierzyli w zupełne uśmierzenie popędu seksualnego w człowieku. Człowiek niestety zawsze go z sobą nosi i nigdy nie może ręczyć za to, czy w chwili najmniej stosownej i przewidywalnej on nie wybuchnie ze wzmożoną siłą, jak wezbrany powodzią górski potok.

Zbyt mocno przesadził Freud, kiedy „libido”, czyli żądzę, uczynił źródłem wszystkich pożądań i przeżyć fizyczno – psychicznych. Niemniej miał on rację w tym, że ten popęd zaliczył do najsilniejszych w człowieku, do żądz, które tkwią w samym instynkcie, a więc w samej naturze ludzkiej. Z tego powodu sama natura nie zawsze jest zdolna go ujarzmić, ale za wolą Boga na pomoc idzie jej siła nadprzyrodzona, łaska Boża uczynkowa, jako doraźna w każdym przypadku pomoc Boża oraz łaska uświęcająca, jako potężny przypływ życia Bożego. Tej podwójnej pomocy łaski doświadczamy z mocą, gdy: pamiętamy o Bożej obecności, modlimy się, często i godnie przystępujemy do sakramentów świętych, wchodzimy w relacje przyjaźni ze świętymi orędownikami w niebie, a szczególnie z Matką Najświętszą.

Pamięć o Bożej obecności

            W Księdze Mądrości Syracha Bóg zapewnia: „Nie spadnie zło na bojącego się Pana, a jeśli będzie doświadczany, dozna wybawienia” (Syr 33,1).

Na innym miejscu czytamy: „Obrzydliwe są Panu złe plany, lecz dobre słowa są czyste” (Prz 15,26).

Józef Egipski kuszony przez żonę Potifara  zawołał: „Jakże więc mógłbym uczynić tak wielką niegodziwość i zgrzeszyć przeciwko Bogu” (Rdz 39,9).Pamięć o Bożej obecności uratowała go od upadku.

Podobnie i sprawiedliwa Zuzanna w chwili próby zawołała: „Jestem w trudnym ze wszystkich stron położeniu. Jeżeli to uczynię, zasługują na śmierć; jeżeli zaś nie uczynię, nie ujdę rąk waszych. Wolę jednak niewinna wpaść w ręce wasze, niż zgrzeszyć wobec Pana” (Dn 13,22 – 23). Dla tej bohaterskiej kobiety pamięć o Bożej obecności była pierwszym i ostatecznym motywem, aby nie ulec namowie niecnych kusicieli.

W niektórych domach funkcjonuje zwyczaj, że w każdym pokoju umieszcza się napis: „Bóg cię widzi” albo „Bóg na ciebie patrzy”, aby domownikom nieustannie przypominać o Bożej obecności. Grzechy nieczyste mają to do siebie, że lubią cień i przeważnie popełniane są w ukryciu.

Tymczasem przed Bogiem niczego nie ukryjemy, a za każde zwycięstwo nad pokusą ma Bóg przygotowań dla nas nagrodę. „We wszystkich sprawach pamiętaj o swym kresie, a nigdy nie zgrzeszysz” (Syr 7,36).

Każdy, kto głęboko wierzy, ż na sądzie Bożym wyjawione będą wszystkie dobre i złe nasze uczynki; kto wie, że każdy grzech ciężki jest osobistym wyborem piekła, wiecznego oderwanie się od Boga, ten nie tak prędko ulegnie pokusie, choćby ona była nie wiadomo jak gwałtowna.

Modlitwa

            „Wiedząc jednak, że nie zdobędę jej inaczej, tylko jeśli Bóg udzieli, a to już było sprawą Mądrości wiedzieć, czyja jest ta łaska, udałem się do Pana i błagałem Go i mówiłem z całego serca” (Mdr 8,21).

Z tych słów Biblii wynika, że potrzebna jest natychmiastowa reakcja i obrona, gdy przychodzi pokusa. Biada temu, kto zostanie przez nią zaskoczony znienacka, bo wtedy nawet wielokrotnie słabszy wróg może go pokonać. Święty Jan Bosko swoim chłopcom w takich sytuacjach dał następującą radę: „Gdy zaś pokusa w was uderzy, wtedy nie czekajcie aż opanuje wasze serce, ale natychmiast ją oddalajcie od siebie pracą lub modlitwą. A gdy jeszcze nie ustąpi, przeżegnajcie się nabożnie lub ucałujcie poświęcony krzyżyk albo medalik mówiąc: ‘Maryjo, Wspomożenie Wiernych, módl się za nami’ lub ‘Dziewico Niepokalana, ratuj mnie!’ Ta rada św. Jana Bosko była i jest pożyteczna nie tylko dla młodzieży, lecz jest pomocna dla każdego z nas. Każdy, kto nauczy się stale w ten sposób odpędzać wszelkie pokusy modlitwą, ten może być pewny zwycięstwa.

Sakramenty: pokuty i Eucharystii

Zawsze najpotężniejszym środkiem opanowania wszelkich poruszeń ciała jest łaska Boża. Wymienioną łaskę wprost i bezpośrednio przez sakramenty.

Specjalnie do leczenia ran duszy Jezus ustanowił sakrament pokuty. W nim dokonuje się tajemnicze obmycie wszystkich brudów duszy, zagojenie wszelkich ran, darowanie wszystkich win, skreślenie wszelkich długów. Winowajca staje się świętym, a nawet przyjacielem i przybranym dzieckiem Boga.

Jak suchy pień drzewa w majowe dni ożywia się, okrywa zielenią i bujnym kwieciem, tak dusza ludzka dławiona okowami grzechów zamienia się w jeden kwitnący ogród cnót, budzi się w niej i czyni cuda słońce Bożej łaski.

Nie ma lepszego środka na leczenie namiętności, a nawet upadków w grzechy nieczyste, jak częsta i szczera spowiedź, która za każdym razem wyjednywa nam odpuszczenie win i sprowadza przypływ Bożej łaski.

Ponadto łaska sakramentu pokuty daje nam specjalne łaski uczynkowe – leczące. Ich to zadaniem jest właśnie nie tylko zabliźnić rany, ale uodpornić nas na ataki pokus. Widzimy to po każdej spowiedzi, jak czujemy się dziwnie umocnieni duchowo. Z tej racji rzadko się zdarza, aby człowiek po dobrze przeżytej spowiedzi zaraz wpadł w te same grzechy. Nawet beznadziejnym nałogowcom poleca się częstą, choćby nawet codzienną spowiedź (a przynajmniej po każdym upadku), aby ich osłabioną wolę wzmocnić łaską. Ponadto w sakramencie pokuty zawarta jest jeszcze jedna siła wychowawcza, którą jest konieczność wyznania grzechów. Doskonale wiemy, jak to wyznanie grzechów jest trudne, szczególnie, gdy chodzi o grzechy bezwstydne; jak wtedy wstyd zamyka usta człowiekowi. Spowiedź zaś zmusza do przyznania się i do oskarżenia się może nawet powtórnego, chociaż upadek był po niedawnej spowiedzi. To bardzo mobilizuje wolę i wyzwala w człowieku najszlachetniejsze energie, by jednak z nałogu się wydobyć. To są przyczyny, dla których święci, znani jako znawcy dusz, zwłaszcza młodych, jak św. Filip Nereusz i św. Jan Bosko, nieustannie i niestrudzenie polecali częstą oraz szczerą spowiedź świętą.

W walce ze słabością i grzechem nie może zabraknąć Komunii św., pokarmu dla duszy, przyjęcia samego Boga do serca. Wtedy nawet najbardziej słaby człowiek może powtórzyć za św. Pawłem: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13). Komunia św. ma szczególne własności leczące w odniesieniu do naszego ciała. Kto przyjmuje Ciało Pańskie, nabywa niejako własności Ciała Chrystusa. Dzisiaj jest ono nieśmiertelne, uwielbione, przebóstwione. Każda Komunia św. jest zaczynem nieśmiertelnego życia.

Sam Jezus mówi: „Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze” (J 6, 48 – 50). Nad nieskalane Ciało Pańskie w Eucharystii nie ma silniejszego leku na rany naszego ciała, na gaszenie ognia pożądliwości i żądz. „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8,31).

Nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny

            Bardzo silnym bodźcem ku dobremu jest pamięć o tym, że przed nami tylu było innych, którzy mieli to samo ciało ludzkie, co my; tę samą ułomną ludzką naturę, a jednak przez całe swoje życie pozostali czystymi. Można zatem ten instynkt opanować w sobie i oddać go w służbę ducha.

Nabożeństwo do świętych Pańskich, a szczególnie do Najświętszej Maryi Panny daje nie tylko bodziec do naśladowania, ale jedna nam orędowników, przyjaciół przed tronem Bożym, którzy starają się na wszelkie sposoby wspomagać nas w dobrym.

Wstrzemięźliwość i anielska czystość

            Wstrzemięźliwość ma bardzo szeroki zakres. Oznacza ona tyle, co panowanie nad sobą, ale przede wszystkim opanowanie ciała.

            Często przez wstrzemięźliwość rozumie się również powstrzymanie się od pokarmów, a wtedy nazywamy ją postem, albo od picia napojów alkoholowych, wtedy nazywamy ją abstynencją.

Cnotę wstrzemięźliwości w opanowaniu pożądliwości seksualnych nazywamy cnotą czystości.

Cnota czystości zawiera dwa aspekty: stronę negatywną i pozytywną. Strona negatywna polega na unikaniu tego wszystkiego, co mogłoby się łączyć z grzechami seksualnymi, a więc zawiera w sobie moment obrony i walki. Strona pozytywna polega na tym, aby duchowi dać taką przewagę nad ciałem, by problem obrony przed ciałem był nie do pomyślenia.

Czystość może mieć swoje stopnie i odmiany. I tak stopniem najwyższym i najdoskonalszym jest niewinność. Niewinność pojmujemy czasem jako dożywotnią dziewiczość, wolność od grzechu z osobą drugiej płci. Doskonale zdajemy sobie spraw z tego, jak ta niewinność miła Panu Bogu i jak jest trudna.

Przez niewinność święci rozumieli także wolność od wszelkiego brudu grzechowego, od grzechu ciężkiego, aby nie utracić nigdy szaty godowej łaski uświęcającej  otrzymanej na chrzcie św.; nie utracić nigdy przyjaźni z Bogiem, nigdy nie wpuścić szatana do serca przez grzech śmiertelny.

Dalej idzie czystość dziewicza, panieńska. Wreszcie czystość w najwłaściwszym tego słowa znaczeniu. U ludzi nie związanych małżeństwem polega ona na powstrzymywaniu się od wszelkiego zadowolenia seksualnego, czyli od wszelkich grzechów nieczystych. U ludzi zaś, którzy żyją w stanie małżeńskim, czystość będzie polegać na takim wzajemnym pożyciu seksualnym, aby ono nie uwłaczało ludzkiej godności.

Czystość małżeńska zakazuje wszelkich grzechów nieczystych, popełnionych nawet myślą z osobami obcymi. Św. Jan Bosko określa czystość jako „nienawiść i wstręt do tego wszystkiego, co sprzeciwia się VI przykazaniu Bożemu”.

Znaczenie cnoty czystości

            W hierarchii wszystkich cnót, cnota czystości nie jest najważniejszą i pierwszą. Są cnoty o wiele ważniejsze od niej: np. trzy cnoty Boskie, cztery cnoty kardynalne, cnota religijności, itp.

Jednak wśród cnót obyczajowych cnota czystości zajmuje jedno z miejsc głównych, nie tyle ze względu na zasięg, ile raczej ze względu na problem. Żyć w ciele ludzkim, a jednak żyć tak, jakby się było bez ciała, to na dłuższą metę jest bohaterstwem. Z tego względu święci tę cnotę nazywają anielską, bo ona nas upodabnia do aniołów. Jednak występuje ta ogromna różnica, że kiedy anioł jest duchem, który nie posiada ciała oraz jego skłonności, to człowiek musi się z nim codziennie borykać. W takich warunkach zostać wiernym Bogu i zachować niewinność serca, to jest heroizm, a zwłaszcza, gdy dzisiaj zewsząd szerzy się zepsucie obyczajów.

Cnota czystości jest raczej „wypadkową” wielu innych cnót, całego ich kompleksu. Opanowanie na dłuższy czas pożądliwości ciała wymaga niecodziennego hartu woli, wiary, miłości Boga, itp. Słusznie św. Tomasz przez czystość rozumie w ogóle samą świętość twierdząc, że człowiek święty znaczy to samo, co człowiek czysty. Podobnie inni święci myśleli w podobny sposób, np. św. Bazyli i Grzegorz Wielki. Święty Jan Bosko swoim wychowankom również często powtarzał, że czystość „nie może być nigdy samotna, bo ona jest królową, której zawsze towarzyszy orszak wielu, jeśli nie wszystkich cnót”.

Nic dziwnego zatem w tym, że dla „dzieci tego świata” cnota czystości wydaje się wręcz niemożliwą do zachowania.

Co daje cnota czystości każdemu z nas?

            Jeżeli cnota czystości jest „wypadkową” wielu innych cnót, to jasną jest rzeczą, że kto ją posiada, ten też ma wiele innych cnót i jest święty.

Z tego powodu wiele osób, aby sobie tę cnotę zapewnić i zabezpieczyć zobowiązuje się osobnym ślubem wystrzegać wszelkich grzechów przeciwko czystości. Ślub czystości obowiązuje w zakonach jako podstawa życia zakonnego, z tym, że zawiera on w sobie także zobowiązanie celibatu, czyli bezżeństwa.

Każdy, kto posiada cnotę czystości, ten jest panem swoich namiętności. Nie obawia się ich ekscesów. Zaoszczędza sobie wielu pokus i tylu poruszeń, które męczą umysł i osłabiają wolę. Umysł tych ludzi pozostaje jasny i nie zamroczony namiętnością. U tego rodzaju ludzi przypomina on czasem jasny umysł Adama przed jego upadkiem w raju. Taką mądrość posiadał św. Tomasz z Akwinu, św. Bonawentura, św. Franciszek Salezy, św. Jan od Krzyża, itd. Co więcej, spotykamy świętych, którzy nie mieli specjalnej wiedzy, a jednak otrzymali wiedzę Bożą, jak np. św. Katarzyna Sieneńska, która wsławiła się swoimi traktatami i listami do papieży, św. Katarzyna Genueńska traktatem o czyśćcu, św. Teresa dziełami z zakresu ascezy i mistyki chrześcijańskiej, itd.

Kto jest czysty, ten również posiada silną wolę. Historia tak często mówi o wielu wspaniałych wodzach, którzy umieli zwyciężać nawet o wiele silniejszych od siebie wrogów. Niestety nie umieli oni zwyciężyć samych siebie. Aleksandra Wielkiego nie zmogły żadne trudy wojenne, nie pokonał żaden wróg, ale zniszczyły go pijaństwo i rozpusta tak, iż mając zaledwie trzydzieści kilka lat skończył swoje życie. Z kolei Cezar wiódł tak rozpustne życie, że sam historyk rzymski, Swetoniusz, pisał o tym wielkim wodzu: „Istnieje powszechne i zgodne przekonanie, że Cezar miał tak zmysłowy temperament, iż hojnie sypał na miłostki i uwiódł wiele znakomitych kobiet”. Nazwano go nawet publicznie „mężem wszystkich kobiet i żoną wszystkich mężczyzn” (Swetoniusz, Żywoty cezarów, Księga I, rozdziały 50 – 52).

 

Katecheza 32: „Grzechy przeciwko VI przykazaniu Bożemu”.

Grzechów przeciwko VI przykazaniu Bożemu jest tak wiele, że aby się w nich nie pogubić, musimy je podzielić na pewne grupy. Przewrotność ludzka umiała stworzyć tyle form rozpusty i nadużycia instynktu płciowego, że aż zdumienie nas ogarnia. Z tego powodu, iż nie są one jedynie wymysłem, to musimy się nimi choć pokrótce zająć.

Bezwstydne spojrzenia, wyobrażenia, myśli i uczucia

            Wszystkie grzechy przeciwko VI przykazaniu nazywamy ogólnie grzechami nieczystymi lub rozpustą. Przez rozpustę rozumiemy nieumiarkowaną żądzę rozkoszy cielesnych. Chodzi tu głównie o narządy płciowe, rozrodcze, gdyż do nich Bóg przywiązał pewną rozkosz, aby ludzie tym chętniej byli gotowi podjąć się obowiązków, które wynikają z pożycia seksualnego. Każdy, kto szuka samych rozkoszy bez ich celu, mija się z założeniem i celem narządów rozrodczych istniejących w człowieku. Zatem specjalnie podkreślamy, że rozpusta jest to „nieumiarkowana” żądza rozkoszy, czyli wychodząca poza granice natury i rozumu.

            Rozpusta może być: częściowa (złe moralnie myśli, żądze, spojrzenia, dotyki nieskromne) albo zupełna (niedozwolone stosunki płciowe); zgodna z naturą, czyli według praw natury albo wbrew tym prawom;  uprawiana przez jednostki „przygodnie” lub zawodowo; tolerowana lub ścigana przez prawo. Te wszystkie przypadki rozpatrzymy poniżej.

            Wszelkie czynności duchowe mają swoje źródło w bodźcach zewnętrznych, które przyjmujemy przez zmysły. Również i grzech wkracza do nas przez zmysły.

Geneza grzechu jest następująca: bodziec, przyjęcie przez zmysły (wrażenie), pamięć, wyobrażenie, zezwolenie myśli i woli. Bodziec cielesny może pochodzić od innych lub od nas samych. Działa on na nasze zmysły: wzrok, słuch, powonienie i czucie. Drogą zmysłów (jako wrażenie zmysłowe) bodźce idą do władz duchowych, do umysłu i woli. Często rolę łącznika spełniają zmysły wewnętrzne: pamięć i wyobraźnia. One to wywołują uczucia.

Z tej racji, że przeżycia cielesne są związane z ludzką naturą organicznie, więc nas to nie dziwi, iż najłatwiej i najczęściej nas atakują; że burza uczuć jest o wiele silniejsza niż przy innych pokusach. W przypadku, gdy umysł je specjalnie zatrzymuje w pamięci, gdy się nimi zadowala, a wola ich nie odrzuca, to wtedy to zadowolenie nazywamy grzechem, bo jest świadome i dobrowolne. Jednak jak długo nasza wola z nim walczy i boryka się, tak długo nie jest grzechem, czyli nie jest nam moralnie poczytane. Co więcej, ta walka może nam być poczytana za zasługę. Jest to o tyle ważne, że wiele delikatnych, bojaźliwych i nieuświadomionych osób niepokoi się w chwili pokus, czy w sumieniu nie zawiniły wobec Boga.

Zdarza się też i odwrotna droga pokus: nie od zmysłów do umysłu i woli, ale od woli i umysłu do zmysłów. Dzieje się to wtedy, gdy zła wola pobudza umysł, ten zaś sięga do pamięci i wyobraźni, a te uderzają w uczucia i poruszają zmysły. Tak powstają poruszenia zmysłowe „kierowane, a nie jak w pierwszym przypadku „okolicznościowe”.

Czasem też i sam szatan wznieca w nas pokusy nieczyste. Dzieje się to bardzo rzadko, najczęściej u osób daleko zaawansowanych na drodze doskonałości. Owe pokusy cechują się tym, iż są niespodziewane i bardzo gwałtowne. Łatwo mogą je poznać dusze świątobliwe i po tym, że się do nich w niczym nie przyczyniły.

W końcu są osoby i typy wyjątkowo płciowo pobudliwe. Czasem jest to z powodu choroby, niekiedy z nerwowego wyczerpania, z braku odpowiedniej higieny. Wpływ na to mogą mieć pewne okresy ludzkiego życia (wiosna, wiek dojrzewania, przekwitanie, itp.). W tych przypadkach odpowiedzialność człowieka jest mniejsza.

Rodzi się jednak pytanie: w jaki sposób spojrzenie, uczucie, a nawet sama myśl mogą być poczytane za grzech, a w tej materii nawet jako grzech śmiertelny.

Wiele osób nie rozróżnia i nie widzi w tym zła. Dopiero czyn bezwstydny uważa za grzech. Najlepszym tego dowodem jest fakt, iż się wcale nie spowiada z myśli i z uczuć czy też spojrzeń nieczystych.. Pismo św. jednak mówi jasno: „ Obrzydłe są Panu myśli złe” (Prz 15,26); „Któż zastosuje rózgi na moje myśli, a do serca mego karność mądrości, by nie oszczędzić mnie w moich błędach, nie przepuścić moich grzechów, aby się nie mnożyły moje winy i aby moje grzechy się nie wzmagały” (Mdr 23, 2 – 3).

Rzecz to oczywista, bo z myśli złych rodzą się złe czyny. Nie było złych czynów, gdyby nie było złych pożądań i zamiarów. Czyn najpierw rodzi się w myśli, a jego wykonanie to już tylko owoc złych myśli.

Tu leży głębia Jezusowej nauki: piętnuje nie tylko sam skutek, ale i jego przyczynę. Potwierdzenie tego znajdujemy w Ewangelii: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A ja wam powiadam: Każdy kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w sercu swoim dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5,27 – 28). I z tego Jezus wyciąga konsekwencje: „Jeżeli więc twoje oko jest powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej jest bowiem dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła” (Mt 5, 29). Zdanie Pana samo złe oko może przyprawić człowieka o wieczną zgubę, bo ono doprowadza do złych czynów.

Od pożądliwości i złych myśli zmysłowych należy odróżnić prostą ciekawość. Człowiek o pewnych rzeczach nie tylko powinien, a wręcz musi wiedzieć, aby prawidłowo funkcjonować w życiu i w społeczeństwie. W przypadku, gdy człowiek sam się uczy samego siebie i stara się poznać swoje funkcjonowanie w sferze płciowej, nie grzeszy. Co więcej, rodzice i wychowawcy sami powinni go uprzedzić w sprawach działania w sferze je płciowości: stopniowo i roztropnie, aby mu zaoszczędzić niepotrzebnych niepokojów i pokus.

Słowa bezwstydne

            Słowa bezwstydne są o tyle niebezpieczne, że są zawsze skierowane ku drugim osobom. Mało kto sam się podnieca erotycznie słowami nieskromnymi. Im większy brak kultury, tym bardziej te słowa są ordynarne i obrażające wstydliwość. Jeszcze bardziej rozpowszechniane są bezwstydne prostackie „kawały”. One są o tyle niebezpieczne, że mają zabarwienie dowcipu i dlatego dłużej utrwalają się w pamięci.

Wśród młodzieży lubieżność znajduje swoje ujście w uświadamianiu się nawzajem. Najczęściej spotyka się to u dziewcząt, nastolatek, dla których wszelkie opowiadania na tle erotycznym mają silne zabarwienie emocjonalne i graniczą z sensacją. Tego rodzaju rozmowy szerzyły się epidemicznie w internatach zamkniętych: męskich i żeńskich, gdzie nie było tak wielu rozrywek, gdzie te same osoby ciągle się spotykały.

Funkcjonuje typ lubieżności w słowach, którym są rozpustne przyśpiewki. Ich „wzięcie” polega na tym, że są one często rymowane, ujęte w rytmiczne strofki i w melodię, co podsyca zmysłowość i podnieca nerwy.

Ze swojej natury słowo bezwstydne jest grzechem, bo jest ono tego samego rodzaju, co sam grzech, który ze swojej natury jest grzechem ciężkim. Jednak często w rachubę wchodzi w tym przypadku nieuświadomienie, głupota, lekkomyślność i prostactwo.

Wynalezienie radia bardziej wzmocniło pozycję słowa, a telewizji obrazu i słowa. W obecnej dobie Internetu słowo i obraz są najpotężniejszymi środkami propagandy dobra, ale jeszcze częściej dla wielu zła.

Pornografia

            Chodzi tu o bezwstydne pisma, druki, obrazy i filmy, które są potężnym sprzymierzeńcem zła i jednym z najbardziej masowych sposobów siania zepsucia. Z tego powodu musimy o niej również napisać.

Wyraz „pornografia” pochodzi z języka greckiego: porne = nierządnica i grapho = piszę. Przez pornografię zatem rozumiemy pisma i obrazy o treści lubieżnej, niemoralnej. Moraliści definiują ją jako opis brudu w dziedzinie seksualnej, połączony z pewnym jego usprawiedliwieniem, a nawet apoteozą.

Druga część definicji wydaje się nam istotną. O brudach moralnych niekiedy musi pisać: lekarz, aby je oświetlić z punktu widzenia medycyny; biolog i antropolog, by być wiernym opisowi natury ludzkiej; moralista, aby dać pewne etyczne wskazania, by wysnuć normy i zasady postępowania; historyk, by dać możliwie jak najwierniejszy opis epoki czy też danego narodu. To jeszcze nie będzie pornografia, choćby przytoczone fakty były nawet bardzo zawstydzające.

Istotną cechą jest opisywanie w tym celu, aby wywołać „dreszczyki” zmysłowe, by zadowolić najniższe instynkty człowieka.

Pornografia jest naprawdę czymś tak bardzo niebezpiecznym i destruktywnym, skoro musiało się nią zająć nawet prawo międzynarodowe.

W 1910 roku szereg państw zawarło w Paryżu porozumienie celem zwalczania wydawnictw pornograficznych.

W 1923 roku konwencja w Genewie postanowiła ścigać pornografię, a mianowicie niszczyć i karać producentów za wykonywanie, przechowywanie i rozpowszechnianie pism, rysunków i przedmiotów o treści pornograficznej, jak też wystawianie tych przedmiotów na widok publiczny. Zakazany został wszelki handel nimi. Polecono wyławiać i wskazywać tych producentów, którzy rozprowadzaliby tego rodzaju rzeczy.

W 1947 roku podpisano w Lake Succes protokół, który mówi o przeniesieniu wszelkich uprawnień Ligi Narodów w sprawie pornografii na ONZ.

Nic zatem dziwnego, że i w prawie polskim surowej karze podlegają wszyscy czerpiący zyski z pornografii.

Nie ma nic dziwnego w tym, że zostały ustalone surowe przepisy w odniesieniu do pornografii. Z natury rzeczy pismo jest bardziej niebezpieczne od żywego słowa. Jest samo słowo utrwalone. Mogą je czytać tysiące i miliony; mogą je czytać dziś i za sto lat. Słowo powiedziane przebrzmiało i więcej nie wróci. Słowo utrwalone graficznym znakiem pisma lub rysunku trwa i swój zgubny wpływ może wywierać przez całe wieki.

Najniebezpieczniejszy jest rysunek i obraz, gdyż nie potrzebują tłumaczenia i komentarzy, nie stoją im na przeszkodzie trudności językowe, jest komunikatywnym zawsze, wszędzie i dla wszystkich.

Pisarze i artyści bronią się czasem przed zarzutem o pornografię twierdząc, że jest to zamach na ich wolność, bo oni służą tylko hasłu: „sztuka dla sztuki” i nic więcej.

Jeżeli tak jest, to dlaczego swoje dzieła oddają w ręce innym? Skąd tka troska o to, aby je poznały masy społeczeństwa? Dlaczego ich nie wręczą tylko znawcom i specjalistom od sztuki? Zadaniem sztuki jest propagowanie piękna, kult piękna. W przypadku, gdy sztuka musi ukazywać zło i brud moralny, to niech go piętnuje jako brud, jako zło, a nie gloryfikuje jako piękno i dobro.

Nieskrępowana wolność psucia obyczajów i wypaczeń moralnych pojęć na pewno nie jest sztuką, bo jest to samowola i anarchia. Obowiązują pewne zasady i kanony, którym sztuka musi służyć. W takich wypadkach „piękno” jest etykietą, ale towarem jest brud, a celem zysk.

Bezwstydne czyny

            Jeżeli zakazane są wszelkie dobrowolne myśli, spojrzenia i słowa niemoralne, to tym bardziej zakazane są wszelkie czyny bezwstydne.

Poprzez czyn bezwstydny rozumiemy wszelkie akty dotyku, które mają na celu zaspokojenie lubieżności. Wykluczamy zatem wszelkie czyny konieczne, jak: czynności fizjologiczne, lecznictwo, higienę, itp.

Już sama liczba nazw wskazuje, jak powszechne są tego rodzaju czyny. Nazywamy je czynami: bezwstydnymi, niemoralnymi, nieskromnymi, nieczystymi, zmysłowymi, lubieżnymi, nieobyczajnymi, itp. Niekiedy mówimy wprost o bezwstydzie, nierządzie, rozpuście, nieskromności, niemoralności, nieczystości, pornografii, zepsuciu, lubieżności, zgniliźnie, rozwiązłości, hiperseksualizmie, erotyzmie, erotomanii, obsesji zmysłowej, itp.

Nierząd prywatny – zwykły – ze sobą samym.

W pierwszej kolejności napiszemy o nierządzie prywatnym, czyli o grzechach nieczystych uprawianych przez poszczególne jednostki prywatnie.

Od nierządu prywatnego odróżnimy nierząd publiczny, oficjalnie zatwierdzony albo milcząco tolerowany, kiedy to nierząd traktuje się jako zawód i jako źródło utrzymania. Ten rodzaj jest urzędowo rejestrowany i przez społeczność kontrolowany. Nazywamy go inaczej prostytucją.

Ekshibicjonizm

            Termin pochodzi z języka łacińskiego: exhibere = wystawiać na widok publiczny.

            Ekshibicjonizm jest to swego rodzaju zboczenie moralne, polegające na tym, że ekshibicjonista lubi wystawiać na widok publiczny części płciowe swego ciała.

            Tego rodzaju wynaturzenie można dosyć często spotkać u chłopców przed okresem dojrzewania. W nieskromnych zabawach lubią oni się rozbierać i pokazywać się bez osłony.

Najskrajniejszą formą ekshibicjonizmu jest propagowanie przez niektórych osobników zupełnego i to publicznego nudyzmu. Swego czasu w mediach głośno było nawet o klubach lub związkach nudystów w różnych krajach świata (USA, Anglia, Włochy i inne). Ekshibicjonista znajduje zupełne zadowolenie płciowe w samym obnażaniu sienie lub osoby drugiej, najczęściej płci odmiennej.

Dotyki nieskromne

W tym przypadku chodzi o zwykłe dotyki nieskromne odnośnie do siebie samego, czy też osób drugich. Towarzyszą one wszelkim grzechom nieczystym, które się od nich rozpoczynają. Często bywa, że ktoś się zadowoli tylko tą wstępną „grą”. Wtedy mówimy o zwykłych dotykach nieskromnych.

Zasady tutaj są następujące:

Nie wolno czynić aktów nawet godziwych dla wywołania poruszeń cielesnych, np. rozbierać się, oglądać swoje ciało, myć – w celu zadowolenia zmysłowego.

Wolno natomiast spełniać wszystkie tego rodzaju czynności obojętnie, choć będą przy nich pewne poruszenia cielesne, np. gdy spełnia się czynności fizjologiczne, przy kąpieli, przy oględzinach lekarskich i leczeniu pacjenta, itd.

Moraliści wyróżniają części ciała: zwykłe, które zawsze wolno dotknąć i obnażyć; części wstydliwe (piersi, uda) i części bezwstydne (płciowe lub im najbliższe) (Por. Noldin, De sexto praecepto, nr 51).

Prummer odnośnie dotyków nieskromnych stawia taką zasadę: „Dotyki przelotne części wstydliwych własnego ciała lub ciała bliźniego nie dla przewrotnej intencji, ale też bez konieczności i potrzeby, wydają się być grzechem lekkim…” Jednak gdyby były one połączone z silnym pożądaniem (np. dotykanie piersi kobiety) czy też poruszeniem zmysłowym albo ze zgorszeniem, to będą one grzechem ciężkim” (św. Alfons Liguori, Theol. moral. 1, 3, n. 419, Vermeersch, Theol. Moral., t. IV, nr 104).

W tym przypadku szczególnie niebezpieczne są tańce i pocałunki.

Tańce

            Taniec to oddanie zewnętrznymi ruchami wewnętrznej radości i podniecenia. Już dziecko wraża swoją radość tak często w mimice twarzy, w ruchach rąk i w podskokach. Dorosły człowiek także nie może się ustrzec zewnętrznych objawów radości w gestykulacji czy w sposobie mówienia. Ujęcie tych wszystkich zewnętrznych objawów        radości w pewną miarę, rytm i takt, stanowi istotę tańca. Starożytni uważali, iż człowiek poważny nie powinien zbyt ujawniać swoich wewnętrznych przeżyć. Powinien nad nimi panować.

Niebezpieczeństwo grzechu w tańcach jest bardzo wielkie, bo często jest to: pora nocna, sztuczne i drażniące oświetlenie, omdlewający zapach nocnych lokali, trunki usypiające czujność, a wzmagające pobudliwość zmysłów, odzienie lżejsze i swobodniejsze, wyzywające pozy, podniecająca muzyka, stykanie się ciał. To wszystko sprawia, że w tańcu tak łatwo o erotyczne podniecenie, pożądliwość, upojenie, grzech.

Nie chodzi nam o tańce klasyczne, w których jest tyle piękna, dystynkcji, godności. Nie chodzi też o tańce ludowe (folklor), które zazwyczaj są bardzo wesołe i skromne, a jednocześnie pełne wdzięku. Chodzi o tańce kabaretowe, podniecające erotycznie.

Pocałunki

            Pocałunek sam w sobie jest rzeczą niewinną. Spotykamy się z nim nieomal tak dawno, jak długo istnieje ludzkość.

            Już w Księdze Rodzaju spotykamy się z przykładami na to, że już patriarchowie znali pocałunki. Pocałunkiem wita Jakub swego brata Ezawa (Rdz 33,4). Podobnie i Józef „całował wszystkich braci swych i płakał” (Rdz 45,15). Podobnie płakał także przy śmierci ojca i całował jego zwłoki (Rdz 50,1).

            Pocałunek był znany też w starożytnym Egipcie i Babilonii. Zwyczaj całowania w usta przyjęty był u Greków i dawnych Rzymian, Gotów i Wikingów. Pocałunkiem witali się przyjaciół Słowianie.

Dzisiaj pocałunek jest wszędzie znany i jest on w powszechnym zwyczaju: ludzie całują się dla okazania czci (pocałunki liturgiczne w Kościele Katolickim), dla okazania sobie miłości. Mnóstwo pocałunków składa matka i ojciec na twarzy dziecka, w podobny sposób nawzajem całują się małżonkowie.

Sam w sobie pocałunek nie może być zatem grzechem. Jednak będzie nim pocałunek zabarwiony erotyzmem. Według opinii moralistów czasami pocałunek może być nawet grzechem ciężki, gdy jest zbyt namiętny i podniecający seksualnie, a skierowany do drugiej osoby, do której nie ma się prawa, jakie daje małżeństwo.

Onanizm

            Jego nazwa pochodzi od imienia Onana (Rdz 38,6 – 9). Przyjęła się ona na oznaczenie samogwałtu.

Grzech ten ma różne nazwy: onanizm, samogwałt, masturbacja, ipsacja, rozwiązłość i rozpusta z samym sobą albo polucja zawiniona.

Wielu autorów zalicza onanizm do grupy perwersji seksualnej. Jednak wydaje się, iż klasyfikacja tego grzechu jest zbyt surowa. Skoro bowiem sama natura tak często, gdy chodzi o młody wiek, wydala z organizmu męskiego nasienie przez polucje nocne, to znaczy, że jest raczej zjawisko naturalne.

Grzech ciężki popełnia ten, kto sam tak dalece rozdrażnia się seksualnie, iż powoduje umyślne, zamierzone wydalenie ze siebie nasienia (ejakulacja).

U kobiet może także w pewnym znaczeniu wystąpić samogwałt (onanizm), gdy drażnienie części rodnych posuwa się do tego stanu podniecenia, że następuje wydalenie cieczy limfatycznej z pochwy.

Samogwałt jest grzechem bardzo częstym wśród młodzieży. Statystyki i ankiety wykazują, że spotyka się go bardzo często u młodzieży męskiej.

Samogwałt jest grzechem ciężkim, jeżeli jest przewidziany i zamierzony. Jeżeli samogwałt jest nie jest zupełnie zawiniony, ale powstał na skutek chwilowego podniecenia, pokusy zaraz nie odpartej, wtedy jest grzechem lekkim.

W przypadku, gdyby samogwałt był zupełnie niezawiniony, np. był wynikiem fizjologicznej potrzeby, nocnej polucji czy jakiegoś nerwowego szoku, wstrząsu, a tym bardziej jakiejś choroby, wtedy wcale nie będzie grzechem. Należałoby jednak w przypadku częstego powtarzania się tego zjawiska, udać się do lekarza i leczyć się.

Mówiono, że samogwałt grozi zdrowiu. Jednak dzisiejsza nauka temu zaprzecza. Niemniej jest rzeczą pewną, iż samogwałt ma inne, uboczne szkodliwe sutki: osłabia wolę, rozstraja nerwy, gdy jest zbyt częsty, odbiera chęć do nauki, psuje charakter młodej osoby i może doprowadzić do perwersji, zboczenia seksualnego albo dać psychiczną i fizyczną dyspozycję do tego, aby dany osobnik szukał tylko przeżyć seksualnych i w nich widział swój cel życia.

Przeważnie młodzież wstydzi się tego grzechu. Wstyd zamyka jej nawet usta przy kratkach konfesjonału. Niebezpieczeństwo potęguje to, że ten grzech może być popełniony zawsze i wszędzie, w każdej chwili i w każdym miejscu. Ponadto, gdy ktoś wpadnie w ten nałóg, ma tak dalece osłabioną wolę, a tak pobudliwą naturę, że nawet przy najmniejszym poruszeniu, czy wyobrażeniu, już wpada w ten grzech ponownie. Następuje potem zwątpienie w skuteczność walki, a walka z tym nałogiem jest bardzo trudna. Higiena, sport, unikanie samotności, w końcu szczera pobożność i częsta spowiedź św. mogą zlikwidować ten nałóg.

Nierząd prywatny, zwykły, odnośnie innych osób.

            Wymienione powyżej grzechy miały raczej charakter ogólny. One są zazwyczaj wstępem i przygotowaniem do wszelkiego rodzaju grzechów bezwstydnych. Jednak zasadniczo dotyczą one jednostek. Najczęściej też zaczynają się one od zainteresowania się własną osobą. W tych przypadkach są też najczęstsze upadki. Z tych racji zostały one włączone do niedozwolonych osobistych przeżyć erotycznych.

            Teraz zajmiemy się grzechami, które dotyczą innych osób. Nie są one same w sobie przeciwne naturze, a tylko są grzechem z tego powodu, iż niedozwolone ze względu na okoliczności i zły cel.

Fetyszyzm

            Wymieniamy ten grzech jako osobliwość. Jego nazwa pochodzi od słowa fetysz = czar. Fetyszyzmem określamy najniższy stopień religii, wiarę w czary; przypisywanie pewnym przedmiotom Bożej mocy. Łączy się z tym cześć bałwochwalcza.

            W naszym przedmiocie natomiast fetyszyzm polega na podniecaniu się i zaspokajaniu lubieżności przez samo patrzenie lub dotykanie przedmiotów  należących do osób drugich, zwłaszcza do drugiej płci: np. części bielizny, ubrania, włosów, samego wizerunku lub fotografii. Osoba chora na tego rodzaju chorobę seksualną nie potrzebuje już niczego więcej do tego, aby zaspokoić swoją namiętność. Sam przedmiot lub wizerunek, na który jest uwrażliwiona w sposób szczególny, wystarczy jej, aby ją podniecić i zaspokoić.

Uwiedzenie

            Przez uwiedzenie albo inaczej rozwiązłość rozumiemy grzech mężczyzny z kobietą, grzech w którym dochodzi do stosunku płciowego. W zależności od tego, jaka jest to kobieta, także stopień tego grzechu jest różny.

            Rozwiązłość, rozpusta zwykła (fornicatio) jest wtedy, gdy grzech ten jest dokonany za zgodą dziewczyny, która nie jest dziewicą, ale miała już nie jeden tego rodzaju grzech.

Uwiedzenie dziewicy (stuprum) ma osobną nazwę.  Skoro dziewczyna sama zgodziła się na grzech, to już przez to sama winna jest grzechu ciężkiego i ma w nim zła osobnego. Jednak jeżeli dziewczyna decyduje się na czyn rozpustny po raz pierwszy, to znaczy, że siła namowy i kuszenia ze strony wspólnika musiała być większa, skoro niewinna dotąd dziewczyna dała się namówić i wciągnąć w sidła.. Dodatkowo do grzechu może dojść jeszcze okoliczność zgorszenia niewinnej osoby i wprowadzenie jej na drogę grzechu. W takim przypadku wina kusiciela jest większa.

Gwałt polega na tym, że mężczyzna siłą uprowadza kobietę i z nią grzeszy. Dodatkowo do jej krzywdy zbezczeszczenia dodaje on jeszcze brutalną napaść. Jest rzeczą oczywistą, że zgwałcona kobieta nie ma żadnego grzechu, jak długo na grzech się nie zgadza i broni się przed napastnikiem. We wszystkich kulturalnych państwach gwałt jest ścigany jako przestępstwo i karany prawnie.

Rozpustni starcy z Księgi Daniela, którzy napadli znienacka cnotliwą Zuzannę i chcieli ją przymusić do grzechu, zostali skazani na śmierć przez ukamienowanie (Dn 13).

Kto gwałtem zmusił kobietę do grzechu, ten nie jest zobowiązany do restytucji. Rację  stanowi to, że moralnej krzywdy nie da się przeliczyć na pieniądze. W przypadku, gdy zgwałcona kobieta uległa jakiemuś okaleczeniu lub chorobie, restytucja, czyli wynagrodzenie jest obowiązkiem sumienia. Podobnie, gdyby ze stosunku poczęło się dziecko, ojciec musi zadbać o jego utrzymanie.

W przypadku, gdy kobieta sama na grzech przyzwoliła, a może jeszcze stronę drugą do niego nakłoniła, wtedy nie może rościć sobie pretensji do wynagrodzenia. W przypadku poczęcia dziecka, mężczyzna ma obowiązek zapewnić dziecku utrzymanie.

Kto zwiódł kobietę obietnicą małżeństwa, ten powinien wziąć z nią ślub zwłaszcza, jeżeli ma z nią dziecko. Tego wymaga prosta uczciwość ludzka. Chyba, żeby się okazało, że ona nie ma zupełnie danych, aby być jego małżonką.

Prawo Konstantyna Wielkiego przewidywało za porwanie i za uwiedzenie gwałtem, karę śmierci.

Cudzołóstwo. Sama polska nazwa najlepiej określa istotę tego grzechu, którą jest korzystanie z łoża kobiety cudzej, czyli zamężnej. Kobieta zamężna należy do męża i nie dysponuje już sobą. Cudzołóstwo jest podwójnym grzechem: przeciwko wstydowi oraz wiarołomstwem, czyli złamaniem przysięgi małżeńskiej. Cudzołożnik zatem narusza dwa Boże przykazania; II i VI i to w materii poważnej. Do tego należy jeszcze dodać to, że ten grzech godzi w jedność pożycia małżeńskiego, że rozbija rodzinę, niszczy szczęście jednostek i przyspiesza ruinę ludzkiej społeczności.

Niestety w przeszłości, na skutek upośledzenia prawnego, kobiety były w takich wypadkach karane bezwzględniej i surowiej. Stary Testament przewidywał surowe kary za grzech cudzołóstwa ( Pwt 22,22).

Konkubinat to wspólne życie mężczyzny i kobiety na sposób małżeństwa bez sakramentu i bez kontraktu cywilnego związku małżeńskiego.

Grzech osób duchownych. Osoba poświęcona  Bogu w zakonie lub w kapłaństwie, która oddaje się grzechom nieczystym ze sobą lub z innymi osobami popełnia nie tylko grzech śmiertelny przeciwko nieczystości, ale gwałci też II przykazanie Boże, łamiąc przysięgę złożoną przy święceniach kapłańskich lub ślub złożony przy profesji zakonnej. Według niektórych moralistów dochodzi tu jeszcze grzech przeciwko I przykazaniu Bożemu, grzech świętokradztwa, bo ciało i osobę poświęconą na służbę Bogu oddaje grzesznym rozkoszom i pozwala się naruszać innym. Większość jednak autorów nie zgadza się z tym stwierdzeniem. Często, niestety, do tego grzechu dołącza się jeszcze grzech zgorszenia.

Nierząd prywatny wbrew naturze

            Już niektóre z wymienionych powyżej grzechów bezwstydnych pewni moraliści klasyfikują do kategorii grzechów przeciwnych naturze ludzkiej. Mają oni jednak poważnych oponentów. Z kolei do przypadków, które wymienimy poniżej, nie ma żadnych wątpliwości. Opinia publiczna piętnuje je jao erotyczne zwyrodnienia, zboczenia. Wymienimy najważniejsze z nich.

Sadyzm jest to zwyrodnienie erotyczne mężczyzn lub kobiet, które polega na lubowaniu się w zadawaniu cierpień fizycznych i moralnych osobom drugim (nazwa pochodzi od pisarza M. de Sade 1740 – 1814), który celował w tego rodzaju opisach).

Masochizm to obłęd erotyczny polegający na odczuwaniu rokoszy podczas doznawania udręczeń fizycznych albo moralnych ze strony osoby drugiej, zwłaszcza płci odmiennej (nazwa pochodzi od nazwiska literata Sacher Masocha 1835 – 1895, który ten stan opisał).

Sodomia to grzech niezgodny z naturą, a polegający na czerpaniu seksualnej satysfakcji z obcowania z osobą tej samej płci (homoseksualizm: dziś w odniesieniu do mężczyzny używa się terminu gej, a do kobiety lesbijka, od wyspy Lesbos) lub ze zwierzętami ( nazwa od miasta Sodomy, o którego zniszczeniu ogniem niebieskim za te grzechy mówi Stary Testament, Rdz 19).

Kazirodztwo (incessus) to grzech nieczysty popełniony z bliskimi krewnymi. Nazywamy go inaczej „zboczeniem Edypa”, gdyż według starogreckiej opowieści król Teb, Edyp, miał zgwałcić własną córkę, Elektrę. Freud nazywa ten popęd „kompleksem Edypa”.

Już w samej naturze jest wpisane takie funkcjonowanie człowieka, iż czuje on naturalny pociąg seksualny do płci przeciwnej obcych sobie osób, a nie czuje go do płci drugiej w rodzinie. Ojcu nawet nie przyjdzie na myśl, aby można było grzech ten popełnić z własną córką, bratu z siostrą, a matce z synem. W taki sposób sama już natura normuje pożycie małżeńskie i chroni je od nadużyć. Lekarze już dawno stwierdzili, że małżeństwa „rodzinne”, czyli z bliskimi w pokrewieństwie, nie dają zdrowego i licznego potomstwa oraz że stosunkowo duży procent ich potomstwa cechuje jakiś rodzaj upośledzenia. Statystyki wykazują, iż około 80% dzieci z takich małżeństw nie cieszy się pełnym zdrowiem fizycznym lub psychicznym.

Kościół za grzech kazirodztwa uważa także grzech nieczystości popełniony z powinowatymi i ze spokrewnionymi duchowo lub prawnie. Z tego powodu jako przeszkodę małżeńską stawia pokrewieństwo, np. wypływające z adopcji (nie może się ożenić ojciec z adoptowaną córką, matka z adoptowanym synem, a brat z adoptowaną siostrą), ojciec chrzestny z chrześniaczką, itp.

Niektóre państwa uznają także powinowactwo legalne (prawne), np. nie pozwalając na małżeństwo opiekuna ze swoją wychowanką.

Pedofilia to nazwa zboczenia, która pochodzi od dwóch greckich słów: „paidos” – dziecko i „philia” – miłość,  a polegającego na odczuwaniu popędu płciowego do dzieci. Dla pedofila głównym lub wyłącznym sposobem osiągania satysfakcji seksualnej jest kontakt z dziećmi w okresie przedpokwitaniowym lub we wczesnej fazie pokwitania. Czyny pedofilskie to: obnażanie się i masturbowanie się przed dziećmi, oglądanie i dotykanie ich narządów płciowych oraz stosunki seksualne.

Gerontofilia to grzech rzadki, a polegający na skłonności do życia seksualnego z osobami starymi. Nazwa pochodzi z języka greckiego od wyrazu „geron”, który oznacza tyle, co starzec oraz „philia” – miłość.

Zoofilia (bestializm) to z kolei skłonność do grzechów bezwstydnych ze zwierzętami. Często ten grzech zdarzał się i zdarza się u mężczyzn zajmujących się pasterstwem oraz u pań zakochanych w swoich zwierzętach. Każdy, kto popełnia taki grzech, to grzeszy nie tylko bardzo ciężko, ale też poniża godność człowieka. Ten grzech znany był już w starożytności, bo Prawo Mojżesza przed nim napomina: „Nie będziesz obcował cieleśnie z żadnym zwierzęciem; przez to stałbyś nieczystym. Także i kobieta nie będzie stawać przed zwierzęciem, aby z nim się złączyć. To jest sromota!” (Kpł 18, 23). „Ktokolwiek by obcował ze zwierzęciem, winien być ukarany śmiercią” (Wj 22,18).

Nekrofilia to polska nazwa wywodząca się od dwóch greckich słów: „nekros” – trup, zmarły i „philia” – miłość, a oznacza ona zboczenie polegające na pociągu seksualnym do ciał zmarłych i na osiąganiu satysfakcji seksualnej ze zwłokami. Na szczęści przypadki podobnego bestialstwa są bardzo rzadkie.

Erotomania. W tym przypadku nie chodzi o takie nieopanowanie seksualne, że ofiara tego grzechu wpada w końcu w nałóg i stale grzechy nieczyste popełnia. W tym przypadku chodzi o stan chorobliwy, o nadmierne, wybujałe rozwinięcie popędu seksualnego połączone z ekscesami seksualnymi.

Nazywamy je także : satyriasis lub nimfomanią od słów: satyr i nimfa. Według greckich baśni leśne satyry stale uprawiały  gody miłosne z nimfami leśnymi lub wodnymi.

Nierząd publiczny i komercyjny – prostytucja

            Profesor Neis nazywa prostytutką każdą kobietę, która utrzymuje stałe, zawodowo, pozamałżeńskie stosunki seksualne, choćby miały one na celu jedynie rozkosz seksualną bez chęci zysku.

            Większość moralistów jednak określa jako prostytutki kobiety, które nie tylko wyżywają się seksualnie z innymi osobami, bo to jest rozpusta, ale które czynią to komercyjnie, czyli za opłatą „w gotówce” lub w innym wynagrodzeniu.

            W historii spotykamy się z przypadkami i nadal się spotykamy, że i mężczyźni uprawiali nierząd. Na dworze rzymskich cezarów było to powszechne. Nieomal każdy z nich miał swoich „ulubieńców”.

 W dzisiejszych czasach nazwę : „Don Juanów” lub „Alfonsów” noszą rozpustni uwodziciele kobiet.

Prostytutki mają wiele nazw: hetery, kokoty, kurtyzany, metresy, girlsy, gejsze, kobiety lekkich obyczajów, nierządnice, itp. Z tych licznych nazw widać, jak ten grzech jest pospolity.

Stręczycieli nazywamy: sutenerami, rajfurami, a domy publiczne – lupanarami.

Dzieje prostytucji są tak samo dawne, jak dzieje ludzkości. Wspomina o niej Stary i Nowy Testament; Rdz 6; 19 i 38,12 – 26; Joz 2; Sdz 11; 2 Krl 11; 1 Kor 5,1 – 13; 6,12 – 20, Ap 14,8.

W starożytnym Egipcie i Babilonii masowo uprawiano nierząd „sakralny”. Świątynie Astarty i Izydy, Cybeli, a potem w Grecji i w Rzymie Wenery (stąd nazwa chorób wenerycznych) w niczym nie różniły się od domów publicznych. Tam to szły tłumy, aby podniecać się misteriami specjalnie przygotowanymi ta,, by potem szale ekstazy „religijnej” pod przykrywką czci bogini życia i płodności oddawać się rozpuście z kobietami, które były na utrzymaniu stróżów danych miejsc kultu.

W Grecji temu samemu celowi służył kult Apollina, Dionizosa i Afrodyty. Rzymianie mieli w czasach cesarstwa osobne gaje i ustronia poświęcone „religijnym” misteriom miłosnym. Już w roku 368 przed Chrystusem Portumus daremnie walczył z orgiami ku czci Bachusa. Z kolei chwalebny i zaszczytny w dawnym Rzymie urząd edylów do ścigania wszelkich przestępstw moralnych zamienił się w urząd rejestracyjny i podatkowy. Stało się tak, bo edylowie nie ścigali prostytutek, ale je rejestrowali dla pobierania podatków, które przynosiły państwu znaczne dochody.

Kościół zdławił nierząd na długie wieki. Jeżeli był on uprawiany, to w ukryciu. Jednak po wojnach krzyżowych i na skutek rozluźnienia obyczajów zaczął się szerzyć na nowo. W XIII i XIV wieku prostytucja występowała znów masowo. Pojawiły się znowu domy publiczne, które były utrzymywane przez książąt. W Paryżu podobno prostytucja miała mieć swój własny cech.

Daremnie św. Ludwik IX nakazał wypędzić wszystkie prostytutki poza mury miast i konfiskować ich mienie, bo już w 1180 roku w Anglii uznał je jako instytucję prawną król Henryk II. Jak grzyby po deszczu, tak też wtedy zaczęły się mnożyć szpitale z chorymi na weneryczne choroby. Nazywano je „domami francuskimi”.

Na czas sejmu Cesarstwa Niemieckiego w 1394 roku zjechało do Frankfurtu aż 800 prostytutek. Czasy jarmarków były głośne z masowo uprawianej prostytucji.

Od XI wieku zaczęły powstawać zakony dla upadłych kobiet. Wstępowały do nich kobiety z własnej woli albo przymuszane do tego.

Wiek XVII  i XVIII był chyba szczytem wyuzdania w Europie. W 1792 roku w samym Berlinie liczono około 100 domów publicznych.

Walka z prostytucją

            Państwa broniły się przeciw prostytucji obierając drogę reglamentacji lub abolicjonizmu albo bezwzględnej walki.

Reglamentacja polega na ścisłej kontroli prostytutek, aby nie dawać im pełnej swobody. W takiej sytuacji pozwala się na nierząd tylko w zarejestrowanych  domach publicznych będących pod ścisłym nadzorem. Ten system przed II wojną światową przyjął się we Włoszech, Francji, Belgii, Portugalii, Grecji, Turcji.

Abolicjonizm zostawiał zupełną swobodę nierządowi i żądał całkowitego zniesienia reglamentacji. W 1919 roku za abolicjonizmem opowiedziała się Szwecja i Norwegia. Nieco później, ale również przed II wojną światową, opowiedziały się za nim także: Anglia, Niemcy, Dania, Irlandia, Holandia, Czechosłowacja, Jugosławia.

Niektóre państwa wprowadziły nowy system, tzw. neoreglamentacji, w którym rejestruje się prostytutki bez domów publicznych. Ten system do 1939 roku przyjęła: Austria, Polska, Estonia, Węgry, Łotwa, Rumunia i inne.

 System całkowitego zakazu wszelkiej rozpusty i zwalczanie wszelkich jej form przez państwo. Taki system istniał w USA i w innych państwach.

Przyczyny prostytucji

            Rozluźnienie zasad moralnych. Do rozpusty pacha chyba nie tyle nędza, ile wyrafinowanie seksualne. Tam, gdzie za cel postawi się żądzę seksualną, gdzie panuje przesyt przyjemności, chęć użycia najwyżej wyrafinowanych emocji seksualnych, tam dla prostytucji nastaje złoty okres.

Brak silnej i zdecydowanej postawy ze strony społeczeństwa. Dla przykładu możemy podać Francję, w której już od XI wieku na dworze królewskim powstała jakby korporacja „pań dworu”, które nosiły nazwę „prostitues royales”, w odróżnieniu od prostytutek pospolitych. Zatem panie dworu królewskiego to była „elita” uprawiająca nierząd. Przykład szedł z góry. Nie może nas zatem dziwić fakt, iż w XV wieku na 150.000 ludności Paryża było przeszło 5.000 prostytutek.

Jeszcze gorzej jest w przypadku, gdy państwo chce mieć z posiadanych domów publicznych stałe swoje źródło dochodu. Wtedy, wszędzie i ze wszystkich stron, szerzy się dodatkowo propagandę niemoralności. Dzisiaj ogromna ilość grup interesu czerpie z niej ogromne dochody, więc bezwstyd szerzy się przez: radio, kino, telewizję, teatr, prasę, internet, itp.

Powyżej wymienione zostały przyczyny wypływające z samego społeczeństwa. Do nich należy dodać to, że ze strony prostytutek dużą atrakcją i ponętną stawką jest łatwość zarobku za cenę oddania swego ciała. Jeżeli do tego jeszcze dojdzie nędza, sytuacja bez wyjścia (brak zarobku, pracy, dachu nad głową), to nie dziwi, iż tak wiele kobiet i dziewcząt schodzi na taką drogę życia.

Nieopanowanie popędu seksualnego to czynnik ze strony mężczyzn. Gdyby nie było „zapotrzebowania” ze strony mężczyzn, to w jednym dniu prostytucja przestałaby być problemem. Oni uwodzą i oni płacą za grzech.

           

Katecheza 31: VI przykazanie Boże -  Zagadnienie celibatu i dziewictwa

Podstawowe pojęcia

Słowo celibat pochodzi z języka łacińskiego „caelibatus” i oznacza ono bezżeństwo. Już sam rdzeń słowa wskazuje, iż wyraz „celibat” pochodzi od innego słowa łacińskiego „caelum” – niebo. Rzymianie bowiem uważali, że wyrzeczenie się przeżyć seksualnych jako coś niezwykłego, co możliwe jest tylko dla niebian.

Przez dziewictwo natomiast rozumiemy tyle, co nienaruszenie. Każda kobieta ma błonę dziewiczą u wejścia do pochwy. Pierwszy stosunek seksualny tę błonę przerywa. Od tej chwili kobieta przestaje być dziewicą.

Dziewica brutalnie zgwałcona pod przymusem zewnętrznym, choć materialnie przestaje być dziewicą, to jednak formalnie jest nią, bo w rzeczywistości nie pozwoliła ona na grzech z drugą osobą.

W języku polskim funkcjonuje jeszcze trzecie słowo: „panieństwo”. Bardzo często jeszcze utożsamia się go z dziewictwem. Nadal mówimy: „Najświętsza Maryja Panna”. W Litanii Loretańskiej sławimy Matkę Bożą równocześnie jako Pannę, czyli Dziewicę („Panno można; Panno łaskawa; Panno wierna”, itp.). 

Jednak obecnie przez pannę rozumiemy każdą dziewczynę lub kobietę, bo starszą już wiekiem, która żyje w stanie bezżennym, a ma już za sobą przekroczenia natury seksualnej z innymi osobami. W takim znaczeniu odpowiednikiem słowa „panna” u mężczyzn byłoby słowo „kawaler”, czyli człowiek stanu wolnego.

Dziewictwo zatem jest cnotą najdalej posuniętą. Dziewica nie miała z żadnym mężczyzną stosunków płciowych. Jest nienaruszona. W szerszym tego słowa znaczeniu dziewicami nazywamy także mężczyzn, którzy nigdy nie mieli stosunku z kobietą.

Celibat natomiast nie suponuje koniecznie dziewictwa, ale tylko bezżeństwo. Ten, kto obiera celibat jako cel życia, nie musi być dziewicą. Może już mieć za sobą grzechy popełnione w tej materii, byle tylko ich wyrzekł się na przyszłość i byle postanowił sobie żyć w stanie bezżennym.

Z kolei o takiej osobę, która już żyła w stanie małżeńskim i po śmierci współmałżonka zrezygnowała z powtórnego małżeństwa, nie mówimy, że obrała celibat, ale że jset wdowcem lub wdową.

Geneza celibatu i dziewictwa

            W praktyce życia celibat był zawsze dosyć powszechnym i dawnym zjawiskiem. Składało się na to wiele przyczyn.

Jedną z nich jest obawa małżeństwa. Ktoś może się obawiać „niewoli” małżeńskiej, tyranii męża, zawodu ze strony kobiety i decyduje się na stan bezżenny (celibat).

Bywały również przypadki, że z pobudek wyższych obierano stan bezżenny, stały lub przejściowy. Dla przykładu podajemy, iż w dawnym Rzymie żądano celibatu (a nawet dziewictwa) do trzydziestego roku życia od kapłanek bogini Westy (westalki).

Jednakże w starożytności dziewictwo bywało niezmiernie rzadkie. Wprost trudno było pojąć, aby panna, a tym bardziej mężczyzna, mógł się wyrzec zaspokojenia popędu płciowego. Nawe w narodzie żydowskim dziewictwo należało do niezmiernie rzadkich przypadków. Całe życie społeczne było nastawione na to, aby dziewczynę, podobnie i chłopca, doprowadzić do małżeństwa.

Pismo św. a stan dziewiczy

            Już w Księdze Mądrości czytamy pochwalne słowa ku czci dziewictwa: „.Błogosławiona niepłodna, ale nieskalana, która nie zaznała współżycia w łożu, w czasie nawiedzenia dusz wyda plon. I eunuch, co nie skalał swych rąk nieprawością ani nic złego nie myślał przeciw Bogu; za wierność otrzyma łaskę szczególną i dział pełen radości w Świątyni Pańskiej…  Lepsza bezdzietność połączona z cnotą, nieśmiertelna jest bowiem jej pamięć, bo ma uznanie u Boga i ludzi: …” (Mdr. 3,13 – 14; 4,1).

W tym tekście nie ma mowy wprost o dziewicach dożywotnich. Sławiona jest raczej czystość przedmałżeńska, ale wzmianka o trzebieńcach wskazuje na to, że autor natchniony miał i tych na myśli, którzy na zawsze wyrzekli się przeżyć seksualnych.

Jednak podobnych tekstów niewiele znajdziemy w Starym Testamencie. Natomiast wiele więcej jest miejsc, które nawołują do wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej, które przestrzegają młodzieńców przed zepsutymi kobietami, jedynie w tym celu, aby chłopca lub dziewczyną lepiej przygotować do małżeństwa. Dla przykładu autor Księgi Syracha wprost przestrzega przed celibatem: „Kto zdobędzie żonę, ma początek pomyślności, pomoc podobną do siebie i słup oparcia. Gdzie nie ma ogrodzenia, rozdrapią posiadłość, a gdzie brakuje żony, tam mąż wzdycha zbłąkany. Któż będzie ufał gromadzie żołnierzy, co chodzi od miasta do miasta? Tak samo człowiekowi, który nie ma gniazda i zatrzymuje się tam, gdzie go mrok zastanie.” (Mdr. 36,24 – 27).

Pierwszym, który stan bezżenny i dziewiczy podnosił w pochwałach, był Jezus Chrystus. Jednak On sam mówi, że ten stan nie jest dla wszystkich, ale jedynie dla wybranych: „Nie wszyscy pojmują tę naukę, ale jedynie ci, którym zostało to dane. Albowiem… są trzebieńcy, którzy się sami na to skazali, dla Królestwa Niebieskiego” (Mt 19,11 – 13). W tych słowach Jezus ma na myśli „wytrzebienie” się nie fizyczne, lecz duchowe, czyli wyrzeczenie się zamiarów pożycia płciowego. Jednocześnie stan dziewiczy nazywa Pan Jezus stanem anielskim: „będą jak aniołowie Boży w niebie” (Mt22,30). Sam był poczęty z Dziewicy, bo chciał mieć Matkę dziewiczą. Swoim uczniom nie wzbraniał wprawdzie małżeństwa, ale uczniem „którego Jezus umiłował” J 13,23) był ten, był ten, który żył w stanie dziewiczym. Jemu też Pan oddał pod opiekę Swoją Matkę – Dziewicę („Oto Matka twoja” – J 19,27). Pochwalił dziewictwo św. Jana Chrzciciela, o którym powiedział, że jest większy niż prorok: „Oto posyłam anioła  mego… „ (Mt. 11,10). Zatem Jan – dziewica jest przyrównany do anioła.

Uczniowie Jezusa idąc śladami Mistrza mieli zawsze dziewictwo w wielkiej czci i zawsze je wynosili ponad małżeństwo. Święty Paweł cały rozdział w jednym ze swoich Listów poświęca temu stanowi. Najpierw Apostoł Narodów stwierdza: „Co do spraw, o których mi pisaliście, to dobrze jest człowiekowi nie łączyć się z kobietą” (1 Kor. 7,1). Apostoł jednak wie, iż to dla wszystkich jest niemożliwe, więc zaraz dodaje: „Ze względu jednak na niebezpieczeństwo rozpusty, niech każdy ma swoją żonę, a każda swego męża. Mąż niech oddaje powinność żonie, podobnie też żona mężowi. Żona nie rozporządza własnym ciałem, lecz jej mąż; podobnie też i mąż nie rozporządza własnym ciałem, ale żona. Nie unikajcie jedno drugiego, chyba że na pewien czas, za obopólną zgodą, by oddać się modlitwie; potem znów wróćcie do siebie, aby nie kusił was szatan do niewstrzemięźliwości… Tym zaś, którzy nie wstąpili w związki małżeńskie oraz tym, którzy już owdowieli, mówię: dobrze będzie, jeżeli pozostaną jak i ja. Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie. Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie niż płonąć…. Nie mam zaś nakazu Pańskiego co do dziewic, lecz daję radę… Jesteś związany z żoną? Nie usiłuj się odłączyć od niej! Jesteś wolny? Nie szukaj żony! Ale jeżeli się ożenisz, nie grzeszysz. Podobnie dziewica, jeśli wychodzi za mąż, nie grzeszy” (1 Kor. 7,2 – 28). Po tych słowach św. Paweł porównuje stan małżeński i dziewiczy. Wykazuje on wyższość dziewictwa nad małżeństwem (oczywiście z tych pobudek, które wymienia): „Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, by przypodobać się Panu. Ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński, zabiega o sprawy świata, o to, aby by się przypodobać żonie. I doznaje rozterki. Podobnie i kobieta, niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta i ciałem, i duchem. Ta zaś, która wyszła za mąż, zabiega o sprawy świata, o to, aby przypodobać się mężowi… Jeżeli ktoś jednak uważa, że nieuczciwość popełnia wobec swej dziewicy, jako że przeszły jej już lata i jest przekonany, że tak powinien postąpić, niech czyni co chce: nie grzeszy; niech się pobiorą! Lecz jeżeli ktoś, bez jakiegokolwiek przymusu, w pełni panując nad swoją wolą, postanowił sobie mocno w sercu zachować nietkniętą swoją dziewicę, dobrze czyni. Tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, ale jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia” (1 Kor. 7,32 – 38).

Święty Jan Apostoł w zachwyceniu widział Baranka, a przy nim tłum: „I śpiewają jakby pieśń nową przed tronem i przed czterema Zwierzętami, i przed Starcami: a nikt tej pieśni nie mógł się nauczyć, prócz stu czterdziestu czterech tysięcy wykupionych z ziemi. To ci, którzy z kobietami się nie splamili; bo są dziewicami; ci, którzy Barankowi towarzyszą, dokądkolwiek idzie; ci spośród ludzi zostali wykupieni na pierwociny dla Boga i dla Baranka.” (Ap. 14,3 – 4).

Z powyższych słów wynika zdaniem św. Jana, że dziewice czeka w niebie szczególna nagroda: „A nikt tej pieśni nie mógł się nauczyć…”

Pierwsze wieki chrześcijaństwa z radością podjęły rzuconą zachętę do dziewictwa. Pustynie zaroiły się mnichami, gdyż wiele tysięcy ludzi oddało się Bogu na wyłączną służbę, osobnym ślubem zobowiązując się do zachowania dozgonnego dziewictwa. Pierwsi pisarze i Ojcowie Kościoła poświęcili pochwałom stanu dziewiczego najpiękniejsze karty swoich dzieł.

Już św. Klemensowi Rzymskiemu przypisywano dwa „Listy do dziewic”, odznaczające się wzniosłością  i pięknem. I chociaż nauka wykazała ich późniejsze pochodzenie, to jednak należą one do najdawniejszych pomników literatury na ten temat. Święty Ignacy w „Liście do Efezjan” chwali dziewictwo Matki Bożej (Ef. 19).

Św. Cyprian (+ 258) w dziełku pt. De virginibus” pisze: „Pierwsza nagroda stokrotna jest dla męczenników, druga, sześćdziesięciokrotna jest dla was”.

Atenagoras (II – III wiek), znany apologeta chrześcijański, pisał do Rzymian: „Znajdziecie mnóstwo naszych ludzi, zarówno mężczyzn jak kobiet, którzy przez całe życie pozostali w stanie wolnym w celu bliższego zjednoczenia się z Bogiem” (Legatio pro Christianis, 33).

Tertulian (+ 240) poświęca osobne swoje dziełko dziewicom („De Virginibus velandis”).

Synod w Ancyrze zalicza tych, którzy by złamali ślub dziewictwa do bigamistów i dla nich przewiduje te same kary.

Orygenes dziewictwo nazywa poświęceniem ciała Panu Bogu.

Św. Metody z Olimpu (+ 311) napisał o dziewictwie dziełko pt. „Uczta dziewięciu dziewic”. Platońskiemu „eros” przeciwstawia on chrześcijańską wstrzemięźliwość. Każda z dziewic wypowiada pochwały dziewictwa. Ostatnia zaś, św. Tekla, kończy rozprawkę hymnem ku czci Oblubieńca Chrystusa i Jego Oblubienicy Kościoła.

Z późniejszych Ojców Kościoła na temat dziewictwa pisali: św. Grzegorz z Nyssy (+395), św. Jan Chryzostom (+ 407), św. Ambroży (+ 397) - (np. Libri III de virginibus ad Marcellinam, De institutione virginis et S. Mariae virginitate perpetua, Exhortatio virginitatis, itp.), św. Augustyn (+430), św. Cezariusz z Arles (+542).

Dziewictwo miało również swoich przeciwników. Jedni twierdzili i nadal twierdzą, że jest niemożliwą rzeczą, aby człowiek mógł wytrwać w dozgonnym dziewictwie i celibacie; że okrucieństwem jest żądać od kogoś wyrzeczenia, które byłoby nawet wbrew naturze, bo wbrew naturalnym dążeniom człowieka.

 Czasem słyszy się także głosy, że ci, którzy zobowiązują się do celibatu czy dziewiczego życia (zakon, kapłaństwo), są obłudnikami, bo faktycznie i tak żyją inaczej. Funkcjonuje też lekceważące nastawienie do celibatu. Uważa się, iż decydują na dozgonne dziewictwo albo na celibat jednostki upośledzone, kalekie, bez tego instynktu, który w życiu psychicznym człowieka ma tak ogromne znaczenie. Wreszcie były i są głosy, że celibat jest szkodliwy dla zdrowia. W myśl tego przesądu zalecano kiedyś św. Kazimierzowi, aby wszedł w związek małżeński „dla poratowania zdrowia”.

Nietrudno jest odpowiedzieć na te wszystkie zarzuty, gdyż nie jest prawdą, że w dozgonnym dziewictwie lub celibacie człowiek nie może wytrwać.

Historia Kościoła przytacza przykłady życia tysięcy osób, które wytrwały w dziewictwie lub w celibacie do końca swojego życia. Powiedzieć o nich, że to nieprawda, że to zakłamanie i obłuda, to nie tylko byłby zarzut wyssany z palca, ale przede wszystkim bezmyślny i świadczący raczej o pewnym upośledzeniu myślenia tego, który wydaje taki uogólniony i krzywdzący zarzut.

 W realiach życia, jeżeli nawet znajdujemy przykłady potwierdzenia tego zarzutu, to zawsze jest to w poszczególnych przypadkach i stanowi wyjątek od ogólnej reguły i zasady.

Błędny jest także zarzut i zupełnie niezgodny z prawdą, że stan dziewiczy lub celibat obierają osoby upośledzone i pozbawione uczuć. Poczet wspaniałych zakonników i zakonnic mówi wręcz o czymś innym, że to właśnie najlepsze jednostki idą do kapłaństwa czy zakonu. Postacie takie, jak święci: Benedykt, Franciszek, Dominik, Tomasz, Ignacy Loyola, Wincenty a`Paulo, Jan Vianney, Ambroży, Augustyn, Hieronim, Cyryl, Bazyli, Jan Złotousty, Leon Wielki, Agnieszka, Cecylia, Łucja, Katarzyna, Joanna D`Arc, Teresa i tylu innych, pozostaną na zawsze nie tylko w historii Kościoła, ale i całej ludzkości jako najjaśniejsze ideały tego, co wielkie, wzniosłe szlachetne.

Pewną rzeczą jest również to, że staropanieństwo czy starokawalerstwo ma swoje niebezpieczeństwa i może na psychice człowieka wycisnąć pewne znamię i charakterystyczne rysy, które mogą być nawet bardzo uciążliwe dla innych. Wszystko jednak zależy od kultury osobistej i duchowej poszczególnych osób. Człowiek, który swoje najlepsze siły i szczęście poświęci wielkim hasłom; człowiek, który dzieli swoje serce pomiędzy rzesze, wydobywa ze swej duszy takie bogactwo uczuć i oddania, że nie może z nim iść w porównanie poświęcenie nawet wielu matek. Tylko człowiek, który z egoizmu i z wyrachowania, dla swoich osobistych niskich i samolubnych pobudek, obierałby „stan wolny”, paczyłby swój charakter, czyniąc go zimnym i wyzutym z wszelkich ludzkich uczuć.

Te właśnie walory, jakie daje celibat, skłoniły Kościół do tego, że z wolna wprowadził go w swoim Kapłaństwie jako nakaz. Jeszcze do VII wieku spotykamy żonatych biskupów, a nawet papieży, nie pisząc o szeregowych kapłanach. Synami kapłanów byli papieże, np.: św. Bonifacy I (418 – 422), św. Feliks III (483 – 492), św. Anastazy (496 – 498), św. Sylweriusz (536 – 537) był synem papieża, św. Hormizdasa (514 – 523). Jeżeli synowie kapłanów i biskupów piastowali najwyższe urzędy kościelne, a nawet są czczeni jako święci, to widać, że to nie było rzeczą zakazaną w początkach Kościoła.

Synody i sobory w Kościele Zachodnim zdołały w końcu doprowadzić do tego, że celibat stał się warunkiem „sine qua non”, bezwzględnym do przyjęcia kapłaństwa.

Kościół żądając od swoich ministrów aż tak daleko posuniętego wyrzeczenia, miał na względzie o wiele większe dobra duchowe, cele i korzyści. W rzeczywistości sługa ołtarza, nie związany rodziną, może poświęcić wszystek swój czas i wszystkie swoje siły Bogu i ludziom w pracy duszpasterskiej.

 

Katecheza 30: VI przykazanie Boże – Miłość biologiczna źródłem życia  

Miłość dająca życie.

Przy omawianiu V przykazania Bożego widzieliśmy, że nienawiść zawsze rodzi śmierć. Człowiek, który wyzbył się miłości staje się zdolny do straszliwych zwyrodnień. Gotów jest on posunąć się do każdej zbrodni, byle tylko nasycić chęć zemsty, chciwości czy żądzy władzy. Jak nienawiść rodzi śmierć, tak miłość rodzi życie.  To jest jej cały car i niezaprzeczona potęga.

Ze względu na to, że miłość ma również rodzić życie fizyczne, Stwórca chciał, aby miała ona swoje organiczne zespolenie z fizyczną strukturą człowieka i aby stamtąd mogła czerpać swoje podniety. Z tej racji stwarzając człowieka, Bóg ustanowił cały system narządów ludzkiego ciała, które mają służyć temu wielkiemu zadaniu.  Temu ma służyć różnorodność płciowa i naturalny pociąg ku sobie dwóch odrębnych istot ludzkich. Nazywamy to miłością biologiczną. Jest to miłość dwóch płci do siebie, której owocem ma być nowe życie. Tak pełnią się wyroki Boże: „Rośnijcie i mnóżcie się i napełniajcie ziemię” (Rdz 1,28).

Opiekę nad misterium tworzenia się nowego, ludzkiego życia zawiera w sobie szósty nakaz Dekalogu: „Nie cudzołóż!” Bardzo stanowczą jest jego forma, która jest zakazem. Zakaz jest zawsze silniejszy, gdy jest wyrażony tak zwięźle i kategorycznie. Wydaje się, że nie można było użyć lepszego słowa. Życie płciowe ma na celu stworzenie ludzkiego życia, a w ten sposób utrzymanie rodzaju ludzkiego na ziemi. Jest ono nie tylko dozwolone, lecz i godziwe. Jednak konieczny jest jeden warunek: jedynie dla tych, którzy gotowi są do podjęcia się trudu ojcostwa i macierzyństwa. Niepowołanym do tego droga jest zamknięta, a cudze łoże jest w całym znaczeniu „cudzym” łożem, do którego nie ma się prawa. Jeżeli Bóg z pożyciem płciowym złączył rozkosz, to jedynie dlatego, aby adepci tym ochotniej podjęli się konsekwencji wzajemnego ze sobą pożycia.

Ciało ludzkie jako podłoże biologicznej miłości.

Słusznie możemy przypuszczać, że Opatrzność Boża miała wiele innych dróg do utrzymania życia na ziemi w ogóle, a zachowania rodzaju ludzkiego w szczególności. Skoro jednak wybrana została to droga, to trzeba nam ją uznać za najlepszą.

Bóg mógł przecież stwarzać każdego człowieka odrębnie i osobno, jak to czyni, dając przy poczęciu każdej jednostce duszę nieśmiertelną. Jednak wtedy człowiek byłby zupełnie czymś obcym i obojętnym dla drugiego człowieka. I oto cud Bożej przemyślnej mądrości: pąk, kwiat, owoc, nasienie. Wszystko, co żyje na ziemi, jest śmiertelne, trwa niewiele lat. Czasem istnienie danej istoty oblicza się na jeden dzień. Co będzie z całym gatunkiem? Jak się zachowa? Jak przetrwa próby niesprzyjających warunków, a nawet kataklizmów? W takich przypadkach jednostek musi być tyle, aby chociaż w pojedynczych osobnikach mógł przetrwać gatunek. Cud ten widać jako zjawisko powszechne, jako prawo natury: kiełkująca roślina wypuszcza pierwsze pędy, potem pąki, kwiaty. Następnie zbliża się pora jesieni i śmierć. Czy zupełna? – nie. Roślina przekazuje dar życia dany jej ongiś od Stwórcy, w starannie przygotowanym owocu. Ileż tam przewidującej troski, by nasienie, zarodki nowego życia, jak najstaranniej się w setki i w tysiące. To zjawisko obserwujemy również w świecie zwierząt.

Również w człowieku występują podobne formy: dziecko, młodzieniec, mąż dojrzały, starzec. Matka pochylona nad kołyską dziecka, owocem jej żywota. Patrzy na nie z bezgraniczną miłością. Dla jego obrony gotowa jest wszystko oddać. Jednakże matka zajęta nieustannie dzieckiem, które bezradne bez przerwy potrzebuje jej opieki, musi mieć zabezpieczony byt. Troskę o utrzymanie matki i dziecka bierze na siebie ojciec. On jest współtwórcą życia, które jest także jego owocem. Z tego powodu, kiedy obowiązkiem matki jest stać przy dziecku i zaspokajać wszystkie jego potrzeby, to obowiązkiem ojca jest dostarczanie matce i dziecku wszelkich środków do życia. Nie troszczyłby się tak o dziecko, gdyby sam nie zapalił światełka nowego życia. Tak więc dwoje pochyla się nad „trzecim”, „nowym”. Pod czułą opieką matki i ojca dziecko rośnie, powoli uczy się chodzić o własnych siłach, rozpoczyna wiek szkolny, wchodzi w wiek młodzieńczy, a wreszcie staje się dojrzałe i samodzielne. A co dzieje się z tymi, którzy dziecku dali życie? W miarę upływu lat pojawiają się na ich głowach pierwsze siwe włosy, zwiastuny jesieni i zimy; na twarzach przybywa im zmarszczek; mnożą się dolegliwości; niedołężnieją; przychodzi starość. I choćby ta starość była nie wiadomo jak pogodna, to zawsze ona jest zachodem życia i zawsze jest uciążliwa oraz bezradna. Wtedy niedawne dziecko, dziś już człowiek dorosły, bierze w opiekę matkę i ojca – starców. Zmieniają się role: rodzice stają się dziećmi, a dzieci przyjmują na siebie obowiązki rodziców. Spłacają dawno zaciągnięty dług w nadziei, że i oni kiedyś będą potrzebowali opieki i pomocy od własnych dzieci, gdy przyjdzie starość.

W tym celu, aby człowieka niejako przysposobić do tego, aby zechciał podjąć się trudu ojcostwa i macierzyństwa, natura nie dała jednostkom ludzkim wszystkich darów, ale je rozdzieliła równomiernie tak, że co posiada strona jedna, tego nie ma strona druga. Warunkiem koniecznym do powstania nowego życia ludzkiego jest współudział dwojga osób płci odmiennej, natura wyposażyła człowieka w przemożny instynkt, czyli popęd, który nazywamy miłością biologiczną. Miłość biologiczna polega na nieprzepartym, wprost ślepym pociągu osoby płci jednej do osoby płci odmiennej. Pociąg ten powoduje zbliżenie się obu płci do siebie w złączeniu miłosnym, które nazywamy stosunkiem, a którego wynikiem jest nowe życie.

Płeć w Bożej ekonomii.

W Bożej ekonomii płeć nie jest czymś przypadkowym, ale koniecznym. Człowiek sam sobie nie jest całkowicie wystarczalnym. Natura daje jednostce tylko część darów, a resztę każe jej szukać u jednostki płci odmiennej. Razem dopiero dwie jednostki różnej płci tworzą pełnię, całość, syntezę. Tak jest, gdy chodzi o stronę somatyczną, fizyczną (inna jest budowa mężczyzny, a inna kobiety), bo inne są ich zadania i inne przeznaczenie. O tych różnicach fizycznych, ale też duchowych u obu płci będziemy teraz pisać, podziwiając jak piękne są plany Boże i jak daleko przewidujące.

Elementy płciowe przygotowują specjalne narządy zwane gruczołami płciowymi, czyli gonadami. Te gonady (męska – dydimus i żeńska – ovarium) stanowią pierwszorzędną cechę płciową, odróżniającą mężczyznę i kobiet w ich cielesnej, specyficznej konstytucji.

Płeć żeńska – kobieta

Strona somatyczna, czyli fizyczna. Ciało kobiety jest ciałem matki. Celem istnienia kobiety, jej przeznaczeniem jest macierzyństwo. Kobieta mając dać dziecku ciało z własnego ciała i konieczny do życia dla niego pokarm, otrzymała do tego zadania specjalne narządy. Łono matki jest pierwszą dla dziecka kołyską i pierwszym mieszkaniem na długie dziewięć miesięcy. W zasadzie po narodzeniu zaś mleko matki jest jedynym pokarmem dla dziecka. Zatem cała budowa ciała kobiety jest tak pomyślana, by mogła ona spełnić rolę matki, czyli aby mogła ona począć dziecko, rodzić i karmić.

Strona psychiczna kobiety. Psychika kobiety jest ściśle związana z jej sferą genitalną, morfologiczną. Już u małych dziewczynek widzimy dążności „macierzyńskie”. Najmilszą dla nich zabawą jest zajmowanie się lalkami, które imitują żywe dzieci. Całe godziny mogą one spędzać przy lalkach, nieustannie je myjąc, karmiąc, ubierając i pieszcząc. Kobieta ma wrodzony instynkt macierzyński: lubi dzieci, ma do nich niezwykłą cierpliwość, jest ofiarna i gotowa do najwyższych poświęceń, lubi porządek i czystość, zajęcia domowe są jej światem. Jest uczuciowa. Szuka oparcia. Jej miłość jest bardziej idealna. Ponadto jest ona bardziej odporna na trudy i cierpienia.

Płeć męska

Strona somatyczna. Mężczyzna ma być ojcem i żywicielem rodziny. Do tego zadania ściśle dostosowana budowa jego ciała.

Różnice psychiczne. Psychicznie mężczyzna bardzo różni się od kobiety. Stworzony jest do ciężkiej pracy i do obrony. Już jako mały chłopiec najczęściej lubi zabawy w policjantów i złodziei, jeździć na drewnianym koniu, nosić papierowe hełmy i podzwaniać drewnianą szabelką lub nosić nowoczesny karabin. Mężczyzna jest bardziej spokojny i zrównoważony. Idzie nie tyle za intuicją serca, ile za chłodnym rozsądkiem. W życiu rodziny spełnia rolę żywiciela i opiekuna, a wic kogoś ma rolę kierowniczą. Zazwyczaj w pożyciu seksualnym on pierwszy podejmuje inicjatywę. Kobieta jest raczej typem oczekującym i przyjmującym.

Patologiczne wynaturzenia narządów płciowych. Czasem spotykamy osoby, które wskutek jakichś patologicznych czynników nie posiadają pewnych narządów rozrodczych albo mają je w zdeformowanej formie lub w końcu w formie szczątkowej. Nazywamy to wynaturzeniem, bo to jest wyjątek od zwykłego biegu natury.

Piszemy o deformacjach patologicznych, czyli wrodzonych, aby odróżnić je od deformacji powstałych z konieczności drogą operacji albo gwałtu (sterylizacja).

Brak pewnych narządów płciowych często jest przyczyną tzw. „niezdolności płciowej”, która polega na tym, że dana osoba jest niezdolna do aktu płciowego, zmierzającego do budowania więzi i szczęścia małżeńskiego oraz do zrodzenia potomstwa, czyli do urzeczywistnienia celu małżeństwa.

„Do zupełnego aktu płciowego w znaczeniu kanonicznym potrzebne jest a) wprowadzenie członka męskiego do pochwy i b) złożenia w niej nasienia. Jeżeli to jest niemożliwe, zachodzi niezdolność płciowa, czyli niezdolność do obcowania cielesnego” (ks. F. Bączkiewicz, Prawo Kanoniczne, t. II, s. 217).

Wypadkami niezdolności płciowej zajmujemy się na tym miejscu z tego powodu, że jest ona kościelną przeszkodą zrywającą do zawarcia małżeństwa. Znaczy to, iż Kościół takie małżeństwa uważa za nieważne, czyli nieistniejące. Warunkiem tego jest to, aby ta niezdolność płciowa istniała u którejś ze stron przed zawarciem małżeństwa.

Prawne odróżnienie niezdolności małżeńskiej ma swoje uzasadnienie w naturze samego małżeństwa, które daje prawo do pożycia małżeńskiego oraz do zrodzenia potomstwa. Zatem, jeżeli ktoś nie jest zdolny do pożycia małżeńskiego, ten mija się z zasadniczym celem instytucji małżeństwa.

Z kolei od niezdolności płciowej należy odróżnić niepłodność. Niezdolność i niepłodność to są dwie odrębne sprawy. Przez niepłodność (sterilitas) rozumiemy wrodzoną lub nabytą wadę u kobiety lub u mężczyzny w poczęciu i w zrodzeniu potomstwa. W tym przypadku oboje są zdolni do aktu płciowego, ale tylko nie są zdolni do rodzenia. Zachodzi ona u starców, u kobiet cierpiących na różne choroby kobiece, itp. Niepłodność nie stanowi przeszkody do małżeństwa.

Dojrzewanie płciowe, jego znaczenie i etapy.

            Natura działa powoli, systematycznie i celowo. Nie lubi gwałtownych skoków. Pierwszy okres życia człowieka na ziemi koncentruje się wokół ustalenia i ukształtowania całej jego struktury fizycznej  i rozwinięcia wszystkich części ciała. Potem dopiero organizm zaczyna się koncentrować na narządach rozrodczych, aby je w pełni rozwinąć. To nazywamy dojrzewaniem płciowym.

Dojrzewanie płciowe nazywamy także pokwitaniem. Jest to okres przejściowy między dzieciństwem a pełną dojrzałości wieku dorosłego. U dziewcząt łatwo go można zauważyć po zmianach somatycznych. Zmiany te pojawiają się u dziewcząt między 12 a 14 rokiem życia (menstruacja, uwypuklenie piersi, zmiany zewnętrzne i wewnętrzne w narządach rodnych).  Jednak granica lat może się wahać od 9 do 17 lat.

Okres dojrzałości płciowej u kobiety i zdolności  do rodzenia dzieci w naszym klimacie zaczyna się około 15 roku, a kończy się między 45 a 50 rokiem życia.

U chłopców okres dojrzewania zaczyna się nieco później i a dłużej. Nie ma tak widocznych, jak u dziewcząt, objawów zewnętrznych. Około 13 a 16 roku życia ciało chłopca zaczyna przybierać na wadze, a poszczególne jego części zaczynają wzrastać bardzo szybko, choć nierównomiernie. Chłopiec w tym wieku traci proporcję, jego ruchy stają się ociężałe, niezgrabne, przechodzi zmianę głosu (mutacja). W tym czasie też pojawia się pierwsza polucja.

Okres dojrzewania jest klasycznym przykładem tego, jak silnie związana jest dusza i ciało. Gwałtowne zmiany ustrojowe w organizmie chłopców i dziewcząt niemniej silnie ujawniają się w ich życiu psychicznym. W tym okresie rozbudza się u młodzieży silne zainteresowanie si zagadnieniami płciowymi. Chłopiec przeżywa to raczej sam i wstydzi się ujawniać swoich niepokojów i wątpliwości. Stara się troszczyć o swój wygląd zewnętrzny. Jeżeli moralnie jest już zgorszony, to szuka podobnego sobie towarzystwa i tam się wyżywa w bezwstydnych kawałach i miłostkach. Często zamyka się w sobie i sam boryka się ze swymi trudnościami. W tym czasie występują najczęściej przypadki samogwałtu.

Dziewczyna również w tym okresie dużo zajmuje się sobą i analizą zjawisk fizjologicznych, jakie w sobie zauważa. Lubi z zaufanymi koleżankami rozmawiać na tematy erotyczne. Następuje w ten sposób wzajemne uświadamianie się w sprawach seksualnych.

Poważaniem u nich cieszą się często osoby bardziej zaawansowane w tych sprawach, może nawet już o pewnej przeszłości na tym polu. Do starszych w tym czasie młodzież na ogół nie ma zaufania. Jest to rzeczą naturalną, bo: wyrastają przecież z wieku dziecięcego i coraz bardziej upodabniają się do rodziców; widzą, jak różnice, jak dystans pomiędzy nimi szybko znika. Jeżeli do rozwoju fizycznego dojdzie wyższość umysłowego wykształcenia oraz budzący się w tym okresie gwałtowny krytycyzm, to nie ma nic dziwnego w tym, że ich stosunek do rodziców staj się coraz bardziej chłodny. Winę za to często ponoszą i sami rodzice, bo nie rozumieją tego, co ich młodzież przeżywa, traktują ich stale jak małe dzieci, nie potrafią ich we właściwym czasie umiejętnie  uświadomić i przygotować na czas próby. Denerwują się ich nerwowymi wybrykami, nieposłuszeństwem, które nie jest niczym innym, jak chęcią pewnego usamodzielnienia się, samostanowienia o sobie, a buntem na wszelki nacisk starszych. Młodzież widzi, jak dalekie od ideału jest postępowanie rodziców i starszych, przeżywa wtedy romantyczny idealizm, który nie przeszedłszy jeszcze twardej szkoły życia przejaskrawia zło, oburza się na nie, a idealizuje sobie zbytnio życie, zbyt liczy na własne siły. Co dawne, to uważa za złe, zgniłe i przeżyte. Oni dopiero rozpoczną nową erę i od nich się rozpocznie szczęście ludzkości.

Około 18 – 20 roku życia przychodzi uspokojenie i normalizacja życia psychicznego. W tym czasie formuje się ostatecznie charakter młodzieży. I znowu łączy się to właśnie z uformowaniem i rozwinięciem somatycznym jednostki.  Z okresu dojrzewania młodzież przeszła w wiek dojrzały. Następuje normalizacja życia fizycznego i psychicznego, cielesnego i duchowego. Czas wrzenia minął, temperatura opadła do normalnych stopni. Zwykle wtedy młodzież otrzymuje świadectwo dojrzałości.

Instynkt seksualny, czyli miłość biologiczna.

            Popęd seksualny, czyli płciowy (płci jednej do drugiej) nazywamy inaczej instynktem seksualnym. Tkwi on w samej naturze ludzkiej i jest organicznie związany z rozwojem człowieka oraz ma do dyspozycji bogato wyposażoną aparaturę specjalnych narządów. Starożytni popęd ten nazwali „eros” (miłość zmysłowa) w odróżnieniu od „Amor” (miłość duchowa). Obecnie coraz częściej lansuje się wyraz „miłość biologiczna”. Termin ten jest szczęśliwszy od używanego dawniej: „miłość zmysłowa” lub „miłość cielesna”. W ich bowiem brzmieniu daje się odczuć pewnego rodzaju napiętnowanie, jakby to było jakieś moralne zło. Natomiast termin „miłość biologiczna” podkreśla, że miłość ta ma swoje głębokie podłoże naturalne;  że jest biologiczną koniecznością; że bez tego pociągu do płci przeciwnej byłoby niemożliwe zachowanie rodzaju ludzkiego. Z tego powodu ta miłość jest na pewno dobra i etyczna. Złym i szkodliwym może być tylko jej przerost lub niewłaściwe użycie, o cym będziemy pisać.

            Sakrament małżeństwa, według nauki Kościoła, daje prawo do seksualnego, cielesnego ze sobą pożycia. Z tej racji pojmowanie tego tematu jako drażliwego, jako czegoś, o czym nie wypada mówić lub pisa, byłoby nieuzasadnioną pruderią i nienaturalnością. Skoro życie seksualne jest koniecznością, skoro jest prawem naturalnym, skoro od niego zależy los ludzkości, to nie tylko wolno zagłębiać się w tajniki, analizować je i wyciągać z nich wnioski, ale jest to powinnością i nakazem nauki. „Uciekanie od spraw ludzkiego ciała w świat abstrakcji; nierealne i nieżyciowe ich przedstawianie, otaczanie ich murem niezdrowej pruderii, nikomu nie wyszły na dobre; życie bowiem okazało się silniejsze; można nie dostrzegać płynącego nurtu, można go nawet zasypać i ukryć pod ziemię: w najmniej oczekiwanej chwili i w najmniej przewidywanym miejscu nurt zrobi sobie wreszcie drogę, może jednak spowodować zniszczenie i przynieść zgubę” (ks. Stanisław Kluz, Sprawy seksualne dzisiaj, Tygodnik Powszechny z dnia 8 XI 1959 roku).

Owoc biologicznej miłości.

            Obok budowania szczęścia dwojga ludzi, jednym z głównych celów biologicznej miłości, jest poczęcie nowego życia. Poczęcie każdej nowej istoty ludzkiej to dalszy ciąg stworzenia, to jakby dalsze urealnienie się w czasie wielkiego Bożego „fiat” – niech się stanie.

Zanim nowa istota ludzka rozpocznie swój żywot, to komórka męska musi się połączyć z komórką żeńską w ciele kobiety. Zatem do zapoczątkowania nowego życia konieczni są ojciec i matka. Z tej racji jednym z głównych powodów, dla którego mężczyzna i kobieta zawierają małżeństwo jest to, że ono umożliwia im prawnie zamieszkanie pod jednym dachem, wspólną pomoc, wzajemne przebywanie i dzielenie ze sobą wspólnych radości oraz trosk.

Życie małżeńskie dwojga ludzi najściślej wiąże pożycie płciowe. W czasie stosunku płciowego uczucie miłości osiąga swój punkt kulminacyjny, bo w nim obydwoje małżonkowi oddają się sobie nawzajem w darze ze wszystkiego, co posiadają, a przede wszystkim z siebie samych. Widzimy, że stosunek płciowy, gdy spełnia on wszelkie wymagania związane z godnością człowieka i chrześcijanina staje się „komunią małżeńską”.

Chwilę wejścia komórki męskiej (plemnika) do komórki żeńskiej (jaja) nazywamy zapłodnieniem albo poczęciem. Wtedy też Bóg daje nowej istocie ludzkiej duszę nieśmiertelną. Moment poczęcia staje się wielką tajemnicą, bo w niej również zaangażowany jest sam Bóg, a gdzie jest Bóg , tam jest świętość. Z tego powodu nie może być ona dla dojrzale myślącego chrześcijanina powodem żartów lub dowcipów, chociaż w życiu codziennym bywa bardzo różnie w tym względzie.

Zarodek nosi nazwę embrionu ludzkiego. Embrion rozwija się w łonie matki przez dziewięć miesięcy. Mówimy wtedy, że kobieta jest w ciąży albo w stanie „błogosławionym”. Ja osobiście wolę słowo „błogosławiony”, gdyż „ciąża” zwraca naszą uwagę na ciężar, jaki kobieta musi ponosić, co jest prawdą, ale słowo „błogosławiony”, czyli „szczęśliwy” kieruje naszą uwagę na szczęście, jakie przynosi rodzinie i całemu społeczeństwo rozwijające się życie nowego jej członka, który staje się ich radością, a nie ciężarem.

Kobieta o dokonanym w łonie swoim poczęciu nowego życia jeszcze nie wie. Dopiero z upływem kolejnych dni może zacząć „podejrzewać”, a po upływie co najmniej miesiąca, zacząć mieć tego pewność. W tym czasie w niej samej komórki mnożą się złączone ze sobą silnie w jedną całość, która początkowo wygląda jak kulka, ale potem kula, w której można odróżnić już poszczególne narządy i części ciała. Gdy dziecko wychodzi na świat zewnętrzny z łona matki, posiada już przeszło 200 milionów komórek. Oto cudowne dzieje tajemnicy powstania nowej istoty ludzkiej.

Niebezpieczeństwa instynktu płciowego

            Instynkt, czyli popęd płciowy (do drugiej płci) jest podstawą utrzymania na ziemi rodzaju ludzkiego. Jednak niesie on ze sobą również swoje niebezpieczeństwa. Porównać go możemy do żywiołu, a żywioł może być błogosławieństwem albo przekleństwem. Jak wielkim błogosławieństwem są żywioły w przyrodzie, gdy są w porę ujęte w służbę człowiekowi. Jednak mogą one wyrządzić bardzo wiele zła, gdy wyrywają się z kontroli ludzkiej.

W przypadku instynktu płciowego człowieka należy zaznaczyć, że został on skażony przez grzech pierworodny. To tylko powiększa jego grozę. Bóg stworzył pierwszego człowieka o idealnej karności. Ciało było całkowicie poddane duchowi, a duch Bogu. Kiedy duch ludzki wypowiedział  posłuszeństwo swemu Stwórcy, to wtedy nastąpił też rozłam w samej naturze człowieka, powstały w nim niejako dwa obozy i rozpoczęła się walka.

Naturaliści, odrzucający fakt istnienia grzechu pierworodnego oraz jego skutków, nie mogą sobie wytłumaczyć tego rozłamu, jaki w człowieku jest uderzający. U zwierząt życie płciowe przebiega spokojnie, unormowane prawami biologii. Tylko człowiekowi sprawia ono tyle trudności, wyrządza masę szkód i niejednokrotnie doprowadza nawet do zbrodni.

Dziedziczymy  naturę skażoną i upadłą, w której część zmysłowa walczy o prawo pierwszeństwa nad częścią duchową i bardzo źle się dzieje, gdy zwycięża sfera zmysłowa. Choroby przenoszone drogą płciową to jeden ze skutków nadużywania płciowego instynktu. Dziwna rzecz, bo kiedy u zwierząt choroby płciowe są zjawiskiem dosyć rzadkim i przypadkowym, to u ludzi są one zjawiskiem dosyć częstym i wtórnym, to znaczy spowodowanym przez samego człowieka przez nadużywanie popędu seksualnego.

Dogmatyka szeroko omawia zagadnienie faktu i następstw grzechu pierworodnego. Ograniczymy się tu jedynie do przytoczenia kilku tekstów ze źródeł Objawienia. Potwierdzą one to, że o czym mówi na powszechne doświadczenie.

O tradycji żydowskiej w Starym Testamencie i o ogólnym przekonaniu o tej prawdzie pisze autor apokryficznej 4 księgi Ezdrasza: „Bowiem ziarno nasienia zła zasiane zostało w sercu Adama od początku, i ile zrodziło nieprawości aż dotąd i zrodzi aż do czasu? Poszukaj też i w sobie nasienia złego posiew, jak wiele zrodziło nieprawości” (4 Ezdr. 4,30 -32).

Święty Paweł pisze wprost: „Dlatego, jak przez jednego człowieka wszedł grzech na ten świat, a przez grzech śmierć, tak i na wszystkich ludzi śmierć przeszła, bo wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5,12). Na czym miało polegać to skażenie ludzkie?

To skażenie natury ludzkiej polega na naruszeniu równowagi pomiędzy prawami ciała a prawami ducha. Apostoł Narodów nie wstydzi się wyznać: „Nie rozumiem bowiem tego, co czynię. Bo nie to czynię, co zamierzam dobrego, lecz czynię, co znienawidziłem jako zło… Więc już nie ja to czynię, ale grzech, który tkwi we mnie. Wiem bowiem, że we mnie, to jest w ciele moim, nie przebywa dobro… Bo nie czynię dobra, którego chcę, ale zło, którego nie chcę, to czynię”. O jakie tu chodzi zło? – „a widzę inne prawo w członkach moich, sprzeczne z prawem umysłu mojego, poddające mnie w niewolę pod prawo grzech, które jest w członkach moich. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała tej śmierci?” (Rz 7,15 – 25).

Zatem bunt ciała, pożądliwość ciała tak silna, że nieomal zniewalająca („bo nie czynię dobra, którego chcę, ale zło, którego nie chcę, to czynię”) to przyczyna krzyku: „Któż mnie wyzwoli z ciała tej śmierci!.

Granice popędu seksualnego

            W odniesieniu do popędu płciowego od wielu wieków funkcjonowały dwa prądy filozoficzno – teologiczne, które się ze sobą ścierały: rygorystyczny i hedonistyczny.

Rygoryzm miał zawsze sporo zwolenników, szczególnie w dawnych czasach. Spotykamy go w: buddyzmie, w nauce Zoroastra, w mazdeizmie, u manichejczyków, czy w końcu u rygorystów wszelkich odcieni w chrześcijaństwie.

Geneza rygoryzmu ma swoje oparcie w dualizmie, czyli w nauce dwóch potęgach, które rządzą światem: Dobru i Złu. Obydwie te potęgi bezwzględnie się zwalczają. Zwolennicy dualizmu początek wszelkiego dobra upatrywali w pierwiastku duchowym, a źródło wszelkiego zła widzieli w materii.  Najjaskrawiej ten dualizm występuje w człowieku, który jest istotą duchowo – cielesną. Rygoryści wszelkie ło upatrywali w ciele ludzkim. Z tej racji nie tylko nie pozwalali na zaspokojenie popędów cielesnych, ale je gwałtownie zwalczali przez represje środkami surowej ascezy. W cielesnym pożyciu upatrywali oni moment szczególnie niebezpieczny, bo właśnie ono prowadziło do nieustannego odradzania się i rozmnażania się czynnika cielesnego. Chrześcijaństwo nigdy tak daleko nie poszło. Jednak i w nim zaistniały pewne wypaczenia. Wystarczy przypomnieć sekty rygorystów pierwszych wieków (montaniści, gnostycy, nowacjanie, manichejczycy) oraz późniejszych czasów (katarzy, albigensi, waldensi, janseniści).

Twierdzili oni, że np. małżeństwo jest co najwyżej dopuszczalne tylko dla rodzenia potomstwa, ale nie wolno mieć stosunków płciowych tylko dla przyjemności, że po śmierci jednego ze współmałżonków druga strona nie może powtórnie wejść w związek małżeński, że dla małżonków grzechem ciężkim są wszystkie nieskromne myśli, spojrzenia, słowa i dotyki, itp.

Rygoryzmowi hołdował także Lew Tołstoj, który propagował swoistą walkę z ciałem i pochwalał nawet samobójstwo.

Na przeciwległym biegunie myśli i postaw znajdują się hedoniści wszelkich odcieni. Oni znowu każdy popęd seksualny uważają za dar natury i popierają wszelkie sposoby jego zaspokojenia. W ich mniemaniu nie ma czynów niemoralnych i nie ma zbrodni seksualnych. Wszystko, co człowiek czyni jest dobre, bo wszystko dąży do zaspokojenia naturalnego popędu. Nie ma tam żadnych barier ani żadnych praw, a jeżeli są, one właśnie są niemoralne. Jest to jednym słowem zupełny anarchizm moralny.

Natomiast stanowisko Kościoła, gdy chodzi o popęd płciowy, przedstawia się następująco:

Popęd płciowy sam w sobie jest nie złym, ale czymś dobrym, gdyż jest darem Bożym. Ma służyć budowaniu ludzkiego szczęścia oraz zachowaniu rodzaju ludzkiego. Jednakże ten popęd musi mieć swoje granice w jego zaspokajaniu, gdyż tego wymaga dobro jednostki i ogółu.

Zaspokajanie potrzeb popędu seksualnego dozwolone jest jedynie w ramach pożycia małżeńskiego, bo ono ma być drogą do budowania szczęścia małżonków oraz do utrzymania rodzaju ludzkiego. Ponadto tylko małżonkowie mają prawo do ojcostwa i macierzyństwa, gdyż dziecko do prawidłowego i dobrego wychowania potrzebuje ojca oraz  matki. Dziecko wychowywane tylko przez jednego z rodziców albo przez innych wychowawców zawsze doznaje doświadcza braków zaspokojenia różnorodnych potrzeb, których ci ludzie nie mogą mu ich zapewnić.

Z tego powodu wszelkie życie płciowe pozamałżeńskie jest grzechem i to zawsze grzechem ciężkim, bo dotyczy spraw bardzo ważnych w życiu osobistym jednostki i ogółu społeczeństwa.

Grzechem ciężkim jest zaspakajanie się płciowe na własnym ciele przez erotyczne myśli, uczucia i bodźce. Tego rodzaju zadowolenia nie znają zwierzęta. Ich instynkt jest zwrócony ku innej płci i to w granicach określonego czasu (okres rui).

Grzechem ciężkim będzie również wszelka pożądliwość i czyn erotyczny skierowany ku osobie drugiej poza małżeństwem. Jeżeli to będzie skierowane ku tej samej płci, to będzie to grzech nawet przeciw naturze.  Jeżeli zaś byłby to grzech popełniony z płcią odmienną poza małżeństwem (czyli pożycie cielesne nie w małżeństwie), to wtedy będzie grzech ciężki zgodny z naturą, ale niezgodny z prawem; będzie to zatem czyn nielegalny. Normalnie nazywamy go rozpustą, bo prawo do pożycia seksualnego daje tylko małżeństwo. W przypadku, gdy jedna albo obydwie ze stron była w sakramentalnym związku małżeńskim z inną osobą, to do rozpusty dojdzie .jeszcze grzech świętokradztwa, czyli profanacji sakramentu małżeństwa oraz grzech grabieży, bo pozbawienia należnych praw bez możliwości obrony innego współmałżonka i dzieci z ich małżeństwa. Zatem w jednym czynie byłyby złamane trzy Boże przykazania: I; VI i VII.

Trzeba z całą mocą zaznaczyć, że rozpusta jest zawsze grzechem ciężkim, który świadczy o niedojrzałości osobowej osób, które jej się dopuszczają, bo tylko małżonkowie mogą wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za płód zrodzony ze stosunków miłosnych, za owoc ich miłości.

Cnota skromności i wstydliwości.

            W języku polskim wyraz „skromność” ma wiele znaczeń: pokora, prostota, wstydliwość.

Używamy go, gdy mówimy, że ktoś jest skromny wobec pochwał i w powodzeniu, to mamy na myśli, że nie wynosi się ponad innych, nie pyszni się, nie chwali, itp.

Stosujemy go, kiedy mówimy, iż dana dziewczyna jest skromna, a chcemy podkreślić, że jest ułożona, delikatna, wstydliwa, nie pozwala sobie na nic, co mogłoby obrazić jej ludzką godność

Często wybieramy go, gdy podkreślamy, iż ktoś ma skromny strój, tzn. niewyszukany, prosty, itd.

Z powyższych stwierdzeń wynika, że słowu „skromność” najlepiej odpowiada określenie: przyzwoitość.

Pismo św. chwali tę cnotę: „Z wyrazu twarzy poznaje się rozumnego. Ubranie męża, uśmiech ust i chód jego mówią o nim, kim jest” (Ekl/Syr 19, 19 – 30).

 Święty Paweł wprost zaleca skromność: „Skromność wasza niech będzie znana wszystkim ludziom” (Flp 4,5).

Sam Jezus piętnuje wszelkiego rodzaju zgorszenia: „Kto by zaś zgorszył jedno z tch maleńkich, które we mnie wierzą, lepiej by mu było, aby mu zawieszono kamień młyński u szyi i pogrążono go w głębinie morskiej. Biada światu za zgorszenia….” (Mt 18, 6 – 10).

Wyraz „wstydliwość” ma już bardziej jednolite znaczenie: oznacza pewien lęk i obawę, aby nie doznać zawstydzenia od ludzi.

O tym, że lęk jest istotnym elementem wstydliwości świadczą słowa Pisma św. wypowiedziane przez Adama: „… przestraszyłem się, bo jestem nagi” (Rdz 3,10).

Zawstydzenie jest to przykre uczucie, obawa że możemy być w oczach innych poniżeni, gorsi. Wstydliwość obejmuje wszystkie nasze relacje z ludźmi. Dziecko wstydzi się wobec osób starszych, obcych. My przeżywamy to samo, gdy stajemy wobec osób godnością wysoko postawionych, gdy mamy publicznie występować, itp. Zatem wstydliwość to obawa ośmieszenia się wobec innych ludzi.

Jak słowu „skromny” najlepiej odpowiada jako synonim wyraz „przyzwoity”, tak terminowi „wstydliwy” może najlepiej odpowiadałby wyraz „zażenowany”.

Jednakże przez wstydliwość najczęściej rozumiemy cnotę, która stoi na straży przeżyć płciowych. Naturalny wstyd stoi na straży i chroni przed nadużyciem popędu płciowego. Tam, gdzie nieraz bezsilne są wszelkie zakazy, wstyd staje się najsilniejszym hamulcem dla jednostki albo dla społeczności (gdy wyraża się w tzw. opinii publicznej).

Cnota wstydliwości łączy się ściśle z cnotą skromności, szczególnie gdy chodzi o ochronę intymnych części ciała, które mają jakikolwiek związek z płcią. W tym przypadku wstydliwość polega na zakrywaniu intymnych części ciała. Jest rzeczą ciekawą, że na całym świecie, nawet u najprymitywniejszych ludów, znane jest noszenie ubrania lub bodaj zastępczej opaski. Jeżeli zaś można by wymienić eksponowanie nagości dla niej samej, to są wyjątki z ogromnej masy ludzkiej, która części intymne dyskretnie zakrywa.

Stwierdzamy również, że im wyższa jest kultura danego narodu, tym strój jest obfitszy, bogatszy i różnorodniejszy. Spełnia on bowiem nie tylko rolę ochrony, ale również i ozdoby. Ponadto ubiór ma także cel zdrowotny, bo chroni ciało przed zimnem lub przed zbytnim żarem słońca. Strój spełnia funkcję społeczną, gdyż pozwala  odróżnić stan szlachecki,  żołnierski, kapłański, sądowniczy, itd. Strój wyraża też nastrój serca, gdyż inaczej ubieramy w dzień powszedni, a inaczej w święta, inaczej na przyjęcie weselne, a inaczej na żałobę, itd.

Jednakże przede wszystkim strój spełnia rolę strażnika cnoty wstydliwości. Gdy Adam zgrzeszył, to odezwała się w nim namiętność.  Poczuł, że intymne części ciała, które są dobre i konieczne do życia każdego człowieka, mogą stać się przedmiotem zawłaszczenia i urzeczowienia drugiej osoby, w jego przypadku Ewy. Podobnie poczuła to również Ewa. Z tego powodu zrobili sobie opaski, które zakryły części intymne ich ciał. Przy tej okazji dowiadujemy się z ust samego Boga, że konieczność zasłaniania intymnych części ciała zaistniała dopiero po grzechu pierworodnym, bo wtedy zrodziła się żądza cielesna, niepodporządkowana nakazom ducha.

Człowiek wstydliwy nie obnaża się łatwo nawet wtedy, gdy jest sam. Chociaż ma prawo do swojego ciała, to jednak dobrze wie o tym, że obnażanie się bez potrzeby, przyglądanie się sobie z upodobaniem, a tym bardziej dotyki, mogą wywołać taką falę namiętności zmysłów, która łatwo doprowadzi do rzeczywistych czynów bezwstydnych. Jednak wstydliwości nie możemy łączyć z pruderią. Z tej racji wstydliwość nie wyklucza koniecznej troski o swoje ciało, o jego higienę i stosowania koniecznych środków leczniczych.

 

Katecheza 29 - Życie nadprzyrodzone, odniesienie do świata zwierząt i czynniki prowadzące do łamania albo zachowywania V przykazania Bożego.

Skoro Bóg już w raju obdarzył pierwszych ludzi życiem nadprzyrodzonym jako uzupełnieniem i koroną wszystkich darów, to z tego powodu nie może braknąć w naszych rozważaniach o ludzkim życiu pominąć tego zagadnienia. Pisaliśmy już o życiu fizycznym i duchowym człowieka, bo one należą do jego istoty i natury. Teraz wypada napisać o życiu, które się naturze ludzkiej zupełnie nie należało, a którym Stwórca chciał nas ubogacić, podnosząc do godności dzieci Bożych. Odtąd stanie się ono dla człowieka czymś tak ważnym i koniecznym, że bez niego życie wieczne po śmierci nie ma żadnego sensu, gdyż byłoby jednym wielkim niekończącym się nieszczęściem. W sytuacji, gdy tak wiele mówimy o wartości życia fizycznego i duchowego, kiedy tak wielką troską je otaczamy, to jak niezmiernie więcej powinno człowiekowi zależeć na tym, aby miał w sobie to, co decyduje o jego przyjaźni z Bogiem i co mu może zapewnić szczęście na całą wieczność. O życiu nadprzyrodzonym człowieka, o życiu łaski mówią liczne traktaty o łasce. W tym miejscu raczej przypomnimy sobie najogólniejsze podstawowe pojęcia i wnioski. Chodzi bowiem o to, aby w trosce o utrzymanie życia fizycznego i duchowego, nie zapomnieć o darze życia nadprzyrodzonego, które decyduje o pełni rozwoju naszego ciała i duszy i o szczęściu doczesnym oraz wiecznym.

Fakt istnienia życia nadprzyrodzonego, jego istota i znaczenie

Dogmatem wiary jest prawda, że pierwsi ludzie otrzymali w raju łaskę uświęcającą. Sobór Trydencki tę prawdę uroczyście orzekł.

Katechizm określa, czym jest łaska uświęcająca: „Jest to dar Boży, który daje życie nadprzyrodzone i czyni nas dziećmi Bożymi”.

Światem nadprzyrodzonym nazywamy niebo. Zatem życiem nadprzyrodzonym jest życie, które mają mieszkańcy nieba: Pan Bóg i aniołowie. Z natury człowiek ma tylko jedno życie: przyrodzone, cielesno – duchowe. Ono to sprawia, że człowiek je, oddycha, rośnie, śpi, chodzi, czuje, myśli, czyta, liczy, tworzy sądy, pamięta, wspomina, ulepsza, tworzy.

Bóg chciał nam dać jeszcze coś więcej, ofiarując życie wyższe, o wiele pełniejsze i doskonalsze, którego nie ma na ziemi ani w przyrodzie, a które czyni nas podobnymi do samego Boga i daje nam prawo do nieśmiertelnej, wiecznej chwały.

Z tego powodu, że to życie Boże jest poza naszą naturą i poza przyrodą, więc nazywamy je „życiem nadnaturalnym” albo „nadprzyrodzonym”.

Z tej racji,  że to życie nam się zupełnie nie należy, ale jest wyłącznym darem Boga, dlatego nazywamy go łaską. Przez ten dar stajemy się świętymi, a zatem najczęściej nazywamy go laską uświęcającą.

Jeszcze lepiej poznamy wartość łaski uświęcającej, gdy sobie przypomnimy, co ona nam daje i jakie przynosi ze sobą dobrodziejstwa:

Łaska uświęcająca w naszej duszy gładzi grzechy. Komu Bóg zapali w duszy światło swojej łaski uświęcającej, to przez to samo gładzi grzechy, podobnie jak przy zapaleniu światła giną ciemności

Łaska uświęcająca upiększa naszą duszę.

Łaska uświęcająca przynosi ze sobą przeróżne cnoty nadprzyrodzone.

Łaska uświęcająca czyni nas przyjaciółmi i dziećmi Bożymi.

Łaska uświęcająca daje nam prawo do nieba.

Pan Jezus nazywał niebo „domem”: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele” (J 14,2). Z tego powodu, kto ma w duszy łaskę uświęcającą, ten może być pewnym zbawienia.

Kto ma łaskę uświęcającą, ten już tu na ziemi jest niezmiernie szczęśliwy, bo nawet cierpienia i próby przyjmuje jako dar z ręki najukochańszego Niebieskiego Ojca.

Łaskę uświęcającą w raju otrzymali pierwsi ludzie. Utracili ją jednak przez grzech nieposłuszeństwa Bogu. Aby utracony skarb łaski uświęcającej ludziom na nowo przywróci, Syn Boży, przyszedł na ziemię i pojął się Ofiary Krzyża. Możemy zatem powiedzieć, że łaska uświęcająca znaczy tyle, co sam Krew i Życie Pana Jezusa. Została nam ona przywrócona kosztem Jego męki i śmierci.

Człowiek laskę uświęcającą otrzymuje podczas chrztu świętego. Kiedy ją utraci przez grzech śmiertelny, to Bóg mu ją przywraca przez sakrament pokuty. Ponadto laska uświęcająca może w nas stale się pomnażać i wzrastać przez przyjmowanie Komunii św.  oraz przez inne sakramenty. Możemy w sobie pomnażać świętość, a przez nią i stopień przyszłej chwały w niebie, czego nie mogą aniołowie, bo dla nich minął już czas zasługi.

Stosunek życia nadprzyrodzonego do życia fizycznego i duchowego

Mogłoby się wydawać, że pomiędzy tymi trzema formami życia nie ma żadnych stycznych. Bóg jednak tak przedziwnie skonstruował ludzką naturę, że te trzy formy są od siebie wysoce uzależnione. I tak na życiu fizycznym bazuje życie duchowe, a w pewnej mierze również i nadprzyrodzone. Rozwijać się i działać duchowo może bowiem tylko człowiek fizycznie żywy. Podobnie, jak długo żyjemy na ziemi, tak długo mamy możność otrzymania łaski uświęcającej. Co więcej, możemy tę łaskę pomnażać, a więc bogacić w sobie życie nadprzyrodzone, przez przyjmowanie sakramentów i przez rozwijanie w sobie cnót, wlanych nam razem z łaską uświęcającą. Pomiędzy życiem duchowym a nadprzyrodzonym jest bardzo wielka zależność i łączność: zdobywamy łaskę, pomnażamy ją i pielęgnujemy w sobie cnoty wlane właśnie poprzez władze duchowe, poprzez rozum i wolną wolę. Jeżeli ponadto uprzytomnimy sobie, że dzięki łasce uświęcającej po zmartwychwstaniu ciał na końcu świata ciała nasze dostąpią także chwały uwielbienia, to widzimy, jak życie nadprzyrodzone głęboko sięga w swoich zbawiennych skutkach i jak wielkie korzyści przynosi ono naszemu ciału i naszej duszy, życiu fizycznemu i duchowemu.

Zgorszenie

Jedynym wrogiem życia nadprzyrodzonego jest grzech śmiertelny. Zadaje on śmierć nadprzyrodzonemu życiu w duszy ludzkiej. Z tego powodu święci obawiali się grzechu śmiertelnego jako swojego największego i nieprzejednanego wroga. Można bowiem utracić wszystkie majętności, można stracić sławę, zdrowie, a nawet życie. Nie są to największe straty, bo gdy się posiada łaskę uświęcającą, to posiada się skarb największy, ma się wieczność. „Czego oko ludzie nie widziało ani ucho nie słyszało i w serce człowieka nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (Iż 64,4; 1 Kor. 2,9).

Wśród wszystkich grzechów śmiertelnych w sposób szczególny i bezwzględny jest piętnowany grzech zgorszenia. Gorszyć kogoś, to znaczy psuć, czynić gorszym, złym, czyli słowem, czynem lub złym przykładem doprowadzić kogoś, przywieść kogoś do grzechu ciężkiego. Skoro ten grzech deprawuje moralnie i wypacza jego charakter, to czyni niepowetowaną szkodę jego życiu duchowemu.

Jeżeli Jezus grzech zgorszenia napiętnował z taką bezwzględnością i niezwykłą gwałtownością, to jedynie dlatego, iż ten grzech wyrządza niepowetowane szkody nadprzyrodzone: ograbia on dusze z łaski  uświęcającej; z serc ludzkich wypędza Boga, a wprowadza do nich szatana, a przez to czyni człowieka nieprzyjacielem Boga i pomocnikiem diabła. Gdy grzech zgorszenia nie wydzierał Bogu dusz nieśmiertelnych, gdyby nie pozbawiał ich chwały wiecznej, a tylko przynosiłby szkody doczesne, to Chrystus z całą pewnością nie wystąpiłby przeciwko niemu tak gwałtownie (Mt 18,6 – 7).

Jeżeli życia ciała jest czymś tak wielkim, że Bóg ochrania je osobnym przykazaniem i woła: „Nie zabijaj”, to cóż dopiero mówić o życiu Bożym w nieśmiertelnej duszy, od którego zależy cała nasza wieczność szczęśliwa lub nieszczęśliwa. To niebezpieczeństwo jest tym poważniejsze, że wystarczy jeden grzech śmiertelny, aby nas ograbić z łaski uświęcającej i stać się przyczyną naszej wiecznej zguby.

O tym, w jaki sposób człowiek może stać się przyczyną zgorszenia dla innych, mówią grzechy cudze (wspólne). Jest ich dziewięć:

Grzech nakazywać

Do grzechu radzić

Na grzech zezwalać

Do grzechu pobudzać

Grzech pochwalać

Na grzech drugiego milczeć

Grzechu nie karać

Do grzechu dopomagać

Grzechu innych bronić

Jednak grzechami zgorszenia w najwłaściwszym tego słowa znaczeniu nazywamy nie tyle grzechy wspólne, popełnione z drugimi, ani nawet nie te, które inni popełniają z naszej winy i pobudki, ale grzechy śmiertelne, w których uczymy kogoś grzechu i do niego doprowadzamy. Możemy to wnioskować ze słów Pana Jezusa: „Kto by zaś zgorszył jedno z tych małych, które we mnie wierzą…”. A więc grzech zgorszenia to, np. nauczyć złego i zepsuć moralnie niewinne dziecko i doprowadzić je do grzechów rozpustnych; nauczyć kogoś kradzieży, podłości, podstępu, obłudy; rzetelną naturę wykoślawić, moralnie okaleczyć i unieszczęśliwić na wieki. Taki może nigdy nie wiedziałby o pewnych grzechach, gdyby gorszyciel go ich nie nauczył. Nigdy by też ich w życiu zapewnie nie popełnił.

Grzech zgorszenia kryje w sobie jeszcze jedno wielkie niebezpieczeństwo, a mianowicie działa jak zaraza. Zgorszony często sam staje się gorszycielem i psuje innych, a ci następnych, i tak zło mnoży się nieraz na sposób moralnej epidemii. Któż zdołałby w cyfrach ująć spustoszenia wyrządzone przez gorszące filmy i widowiska? Wiadomo przecież, że na skutek zepsucia natury ludzkiej zło łatwiej bywa przyjmowane niż dobro, działa o wiele silnej i atrakcyjniej. Cóż dopiero, gdy jest podawane w formie drażniącej instynkty, a nawet jest gloryfikowane?

Stosunek człowieka do zwierząt

Człowiek jest panem całego widzialnego wszechświata. Panowanie to dał mu Bóg w chwili stworzenia pierwszych ludzi. Już sam fakt, e człowiek jest istotą najwyższą najdoskonalszą na ziemi, daje mu prawo do tego panowania. Był czas, gdy człowiek bał się kiedyś istot od siebie silniejszych. Boi się ich jeszcze i teraz, gdy jest sam i to jeszcze bezbronny. Nie trudno jest jednak stwierdzić, iż ludzkość rządzi całym widzialnym światem, a wszystkie stworzenia są jej podległe.

Pismo św. na swoich pierwszych stronach, gdzie jest mowa o człowieku, podkreśla jego pierwszeństwo wśród widzialnych stworzeń i prawo rządzenia nimi: „Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo nasze”. Tu jest podkreślona godność człowieka, jego tytuł do sprawowania władzy nad całym światem. Po tym następuje konsekwentnie: „niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad zwierzętami, nad wszystką ziemią i wszelkim płazem, który pełza po ziemi”. Po realizacji swojego zamysłu wyżej podkreślonego: „I błogosławił im Bóg i rzekł: Rośnijcie i mnóżcie się i napełniajcie ziemię, a czyńcie ją sobie poddaną; panujcie  nad rybami morskimi i nad ptactwem powietrznym, i nad wszystkimi zwierzętami, które ruszają się na ziemi” (Rdz 1, 26. 28).

W przyrodzie obserwujemy też powszechnie, że wszystkie istoty niższe są po to, aby służyły wyższym, bo takie jest prawo natury. Świat roślinny służy zwierzętom, które swobodnie się nim żywią. Osobniki większe i silniejsze żywią się zwierzyną słabszą. Ona zaś, aby nie wyginęła doszczętnie, ma zwykle większą płodność i rozrodczość.

Nie można więc zgodzić się z filozofią indyjską, która nie pozwala ruszyć żadnej żywej istoty, aby jej nie uczynić „krzywdy”. Nie jest też możliwe do naśladowania postępowanie znanego współczesnego humanisty, Alberta Schweitzera, który nie pozwalał „z szacunku dla życia urwać choć jednego listka z drzewa, ułamać kwiatu do wazony czy otworzyć wieczorem okna w pokoju w obawie, że rój muszek oblepi szkło zapalonej lampy i opali sobie skrzydełka”.

My wiemy, że wszystkie stworzenia na ziemi są dla człowieka i mają mu służyć. Z tej racji pojawia się pytanie o praktyczne konsekwencje tego stwierdzenia

Co wolno człowiekowi w stosunku do zwierząt?

Człowiek może niszczyć osobniki dla siebie niebezpieczne i szkodliwe. Może je niszczyć wszelkim sposobami, stosując nawet środki masowej ich zagłady. W taki właśnie sposób lekarze zwalczają bakterie – zarazki. W ten sposób uwalniamy się od plagi stonki, myszy, szczurów, wilków i dzików.

Wolno zabijać zwierzęta dla swojej korzyści, np. na pokarm, itp. Wolno też zabijać zwierzęta wtedy, gdy nie mamy środków na ich utrzymanie i gdy stają się nam ciężarem: np. zbytnio się rozmnożyły króliki lub psy, zestarzały się i stały się nieużyteczne.

Zabijamy też zwierzynę na polowaniu.

Dozwolone są igrzyska zwierząt: walki kogutów i byków, tak modne w wielu krajach, a zwłaszcza w Hiszpanii.

Tym bardziej wolno zabijać zwierzęta w celach doświadczalnych. Wtedy nawet wolno jej zadawać męki. Nie to bowiem jest celem, ale wypróbowaniem nowych metod leczenia ludzi i ratowania ich od śmierci (króliki doświadczalne, świnki morskie, szczury, itd.)

Skoro człowiek może w pewnych wypadkach zabijać zwierzęta, to tym bardziej może je w podobnych i wymienionych przypadkach kaleczyć, bić, np. broniąc się przed nimi, robiąc na nich lecznicze zabiegi, uszlachetniając rasę albo tworząc nowe ich odmiany. Może też zwierzęta pozbawić wolności, gdy to służy jego dobru.

Czego nie wolno człowiekowi w stosunku do zwierząt?

Człowiek powinien wiedzieć, że nie jest absolutnym panem nad stworzeniami, a wobec tego i jego władza nad istotami ziemi nie jest absolutna. Zwierzęta są w pewnym stopniu dobroczyńcami człowieka, gdyż są jego żywicielami i pomocnikami w pracy. Często potrafią się one tak przywiązać do swojego pana, że stają się dla niego najwierniejszym sługami i przyjaciółmi. Któż z nas nie słyszał o kruku św. Pawła Pustelnika, o psie św. Rocha, o psie „Grogio” , obrońcy św. Jana Bosko? Jak wiele jest uroku w legendzie o św. Genowefie i łani, czy w jeleniu św. Eustachego? Na dźwięk mowy św. Franciszka z Asyżu zlatywać się miały ptaki i tulić mu się do dłoni, ryby miały słuchać kazań św. Antoniego z Padwy, lew miał opuścić jaskinię i iść za św. Sabą jak wierny pies. W żywocie św. Maloriusza, biskupa z Dol w Bretanii (VI wiek) czytamy, że pewien książę w podzięce za oczyszczenie go z trądu oddał biskupowi połowę swoich posiadłości. Wtedy to zwierzęta leśne przeszły z posiadłości księcia do posiadłości biskupa. Miało się to powtórzyć kilka razy, gdy te części były zamieniane na prośbę księcia.

Wymienione powyżej owiane czarem poezji podania uczą nas, że święci musieli ogromnie kochać przyrodę i że w każdej istocie widzieli stworzenie Boga, dar Ojca Niebieskiego. Poematy Biedaczyny z Asyżu słane do „brata słońca”, do „sióstr jaskółek”, rozmowa z „bratem wilkiem” w Gubbio, to klasyczne przykłady najserdeczniejszego stosunku świętych do stworzeń ziemi.

Fakty wzięte z życia potwierdzają, że zwierzęta potrafią ocenić dobroć i łaskawość swojego pana, bo przywry, aby zwierzęta, które mu służą otaczać należytą troską, aby mogły mu służyć jak najdłużej. Zły to gospodarz, który nie dba o swój sprzęt i dobytek. Podobnie i zwierzęta powinien otaczać odpowiednią troską. Rodzi się pytanie o to, w czym ta troska ma się wyrażać?

Człowiek ma stworzyć zwierzętom odpowiednie warunki życia, do których należą: higieniczne, wygodne i ciepłe pomieszczenie, odpowiednie wyżywienie, nie może ich zmuszać do nadmiernych wysiłków i pracy, nie można ich bić i znęcać się nad nimi.

Człowiek, który nie dba o swoje zwierzęta, zaniedbuje je, głodzi, a nawet znęca się nad nimi, nie tylko pokazuje, że jest złym gospodarzem, ale też staje się brutalny i okrutny dla ludzi.

Hitlerowcy, aby zaprawić do okrucieństw swoją młodzież, urządzali z nią „zabawy”, w czasie których robiono „zawody”, kto z chłopców lub dziewcząt okaże się bardziej wyrafinowany w męczeniu zwierząt. Postępując w taki sposób zatruwano młode dusze, wyrywano z nich uczucia litości, współczucia i wskazywano sposoby zadawania największego bólu przy minimalnym wysiłku ze strony oprawców, wskazywano jak najłatwiej ofiarę obezwładnić. Posiewem tej szkoły były obozy koncentracyjne i dokonywanie w nich zbrodni na niewinnych ofiarach ludzkich.

Z tego powodu należy już u dzieci surowo eliminować wszelkie objawy zwyrodnienia pod tym względem. Chłopcy, którzy potrafią niszczyć gniazda ptaków, usuwać z nich jajka lub małe pisklęta, którzy motylom lub muchom wyrywają skrzydełka lub nóżki, w okrutny sposób dręczą koty lub psy, zasługują na surową karę. W taki bowiem sposób  wychodzą z duszy ludzkiej najniższe instynkty i wyładowują się sadystyczne żądze. Przecież nawet, gdy na zwierzętach dokonuje się różnych prób dla dobra ludzi, to zawsze podaje się im środki uspokajające lub znieczulające, aby zaoszczędzić im niepotrzebnego bólu, chociaż pociąga to za sobą dodatkowe koszty.

Montesquieu wspomina, że areopag grecki skazał na śmierć chłopca za to, że ten zabił wróbla, który schował się pod jego koszulę, gdy ścigał go jastrząb. Ten sam areopag skazał na śmierć innego chłopca, który ptakowi wydłubał oko („O duchu praw, ks. 5, Roz. 19).

Trzeba wdrażać dzieciom i starszym ludziom zamiłowanie do przyrody oraz podkreślać, ile korzyści przynoszą nam zwierzęta. Trzeba uczyć wszystkich troski o zwierzęta zimą.

Bardzo niewłaściwie postępują ci, którzy znowu zbyt przywiązują się do zwierząt, traktując je na równi z ludźmi, a często nawet lepiej. Dla nich pokojowy piesek nieraz znaczy więcej niż inny człowiek. Obojętnie przechodzą obok największej nędzy ludzkiej, a będą wylewać łzy na widok nieżywego ptaszka. Przekazuje  się, że tego rodzaju perwersją psychiki odznaczał się Himmler. Nie mógł patrzeć, gdy kwilił z głodu ptaszek, a miał ich podobno całe stada w swych pokojach, a równocześnie spokojną ręką podpisywał wyroki śmierci, wydawał rozkazy mordowania niewinnych ludzi z całą bezwzględnością.

W niektórych krajach istnieją podobno cmentarze psów, kotów, ulubionych kanarków, z których każdy swój grobowiec i kwiaty. To już jest zwyrodniała miłość do zwierząt, niegodna człowieka. Stosunek do zwierząt jest wyrazem kultury społeczeństwa, jest moralnym sprawdzianem jego poziomu etycznego.

Co prowadzi do grzechów przeciwko V przykazaniu Bożemu?

Rozluźnienie obyczajów. Wszędzie tam, gdzie jest panowanie prawa, gdzie jest karność obyczajów, gdzie opinia publiczna reaguje natychmiast na każdy wybryk, tam mało jest przestępstwa. Z kolei zaś wszędzie tam, gdzie prawo nie ma autorytetu, gdzie gwałt jest zjawiskiem powszechnym, gdzie nie ma dostatecznej ochrony publicznej, bardzo biedni są mieszkańcy i godni najwyższego pożałowania. Już dawno zauważono, iż po wielkich wojnach, które zawsze powodują rozprężenie obyczajów, bandytyzm i chuligaństwo szerzą się nagminnie i stają się plagą społeczną. Po I wojnie światowej liczba band i napadów była tak wielka, że musiano wprowadzić doraźne sądy.

Za chuliganów uznajemy tych, którzy okazują postawę buntu przeciwko najbardziej zasadniczym normom postępowania i współżycia ludzkiego. Chuligana cechuje brutalny i nieokiełznany seksualizm, zamiłowanie do burd i bójek, lekceważenie wszelkich norm moralnych i autorytetów. Chuligan bezmyślnie niszczy własność społeczną i jest wrogo nastawiony do społeczeństwa. Robi wszystko na przekór wszystkim. Chuliganeria rekrutuje się głównie z młodzieży, która jest szczególnie podatnym materiałem, lubi łączyć się w bandy lub w „paczki”. Kolektyw ten jest z góry wrogo nastawiony do społeczeństwa i do ludzi dorosłych. Cechuje go dziwnie silny solidaryzm. Klimatem pożądanym są sensacje, ekscesy i awantury.

Święty Augustyn chyba najlepiej ze starożytnych pisarzy opisał psychikę chuligana: „A ja pragnąłem popełnić kradzież  i popełniłem, nie zmuszony potrzebą ani ubóstwem, lecz z pogardy dla sprawiedliwości… A jednak sam nie byłbym tego uczynił… A więc ukochałem tam także towarzystwo tych, z którymi to uczyniłem… O wielce nieprzyjazna przyjaźń, niepojęte opętanie myśli, dla zabawy i żartu, i chciwości szkodzenia, i z chęci cudzej krzywdy bez żadnej własnej korzyści… tylko dlatego, że powiedziano: Chodźmy, zróbmy!... i wstyd było nie być bezwstydnym… wstydziłem się swoich rówieśników, że mniej jestem od nich bezwstydny…” ( Wyznania, Warszawa 1955, s. 26 – 27).

Gniew – nienawiść – brak miłości. Najczęściej gniew jest przyczyną grzechów przeciwko V przykazaniu Bożemu. Bo w gniewie człowiek obrzuca przeciwnika przezwiskami i obelgami, życzy mu rzeczy najgorszych, a wreszcie posuwa się do rękoczynów. Jest rzeczą oczywistą, że w sprzeczce i w gniewnym podnieceniu człowiek nie panuje nad sobą. W stanie takiego gniewnego podniecenia bardzo łatwo jest o poranienie drugiego, a nawet o jego zabicie.

Od gniewu dużo  bardziej niebezpieczniejsza jest nienawiść. Żar nienawiści budzi żądzę zemsty. Człowiek w takim stanie gotów jest posunąć się do każdej zbrodni. Jakże inaczej byłoby w ludzkim świecie, gdyby pamiętano o słowach Jezusa: „Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował bliźniego twego, a w nienawiści będziesz miał twego nieprzyjaciela. A ja wam powiadam” Miłujcie nieprzyjaciół waszych i dobrze czyńcie tym, którzy was mają w nienawiści, a módlcie się za prześladujących i spotwarzających was” (Mt 4,43 – 44).

To z nienawiści Ezaw chciał zabić swego brata, Jakuba (Rdz27,41); bracia chcieli zabić Józefa, ale potem go sprzedali do Egiptu (Rdz 37); Saul wiele razy chciał zabić Dawida (n. 1 Krl 24).

Z tego powodu słusznie św. Jan Apostoł brak miłości zrównał z samym zabijaniem, bo z braku miłości powstaje nienawiść, a z niej zbrodnia: „Każdy, kto nie miłuje brata swego, jest mordercą. A wiecie, że żaden morderca nie ma w sobie życia wiecznego” (1 J 3,15).

Podobnie jest i z gniewem. Gniew rodzi w człowieku napięcie, które koniecznie trzeba rozładować, bo nie da się z nim żyć. Z tego powodu Pan Jezus gniew stawia na równi z zabójstwem: ‘Słyszeliście, że powiedziano: Nie zabijaj, a kto by zabił będzie winien sądu. A ja wam powiadam, że każdy, kto się gniewa na brata swego, jest zabójcą i będzie winien sąd”" ( Mt 5, 21 – 22).

Święty Paweł upomina, aby zbyt długo w sercu nie nosić żalu i gniewu na bliźniego: Niech słońce nie zachodzi nad waszym zagniewaniem” (Ef 4,26).

Przekleństwa i przezwiska. Pisaliśmy o nich już przy II przykazaniu Bożym. Jednak niektórzy moraliści uważają je raczej za grzech przeciwko V przykazaniu. Z przekleństwem zawsze połączone jest złorzeczenie. U ludzi starożytnych funkcjonowało przekonanie, iż przekleństwo musi się spełnić, a szczególnie gdy pochodzi z ust ojca lub matki.

Przezwiska są łagodniejszą formą przekleństwa, ale za to dużo częstszą. Przezwiska są grzechem z tego powodu, że lżą i poniżają człowieka, przeciwko któremu są one wymierzone. Pobudzają go one do gniewu, a przez to wywołują sprzeczki, kłótnie, a nawet rękoczyny. Przezwiska drażnią i kłują moralnie człowieka. Szczególnie cierpi moralnie ten, kto się nie umie bronić, a niejednokrotnie, gdy prześladowanie jest zbyt częste i brutalne, mocno traci na zdrowiu.

Jezus wypowiedział bardzo surowe słowa pod adresem ludzi, którzy tak łatwo używają przezwisk: „Kto by rzekł bratu swemu „Raka” , winien będzie Rady, a kto by mu rzekł „Głupcze”, będzie winien ognia piekielnego” (Mt 5,22)”.

Złośliwość. Wielu ludzi jest ze swojej natury są złośliwych i zgryźliwych. Złośliwi lubią mieć swoje ofiary, nad którymi się pastwią. Nie wiedzą oni, że złym słowem można nieraz zadać większy ból niż nożem; że ich żart i dowcipy ranią nieraz bliźniego, a ranią tym bardziej im bardziej jest on nieśmiały i bezbronny. Podobnie nieszlachetnie jest walczyć z przeciwnikiem, który nie umie się bronić. Ci sami dowcipnisie są przeważnie bardzo czuli na punkcie własnej osoby i niezmiernie się obruszają, gdy do nich samych ktoś w podobny sposób się dobierze. Człowiek złośliwy ma dziwny zmysł podpatrywania i widzenia tylko rzeczy złych i jest wysubtelniony na zło. Z ułomności ludzkich potrafi drwić, a dla upadków i słabości jest bezwzględnym sędzią. W sobie zaś widzi samo dobro. Wygląda to tak, jakby złośliwiec własne braki chciał pokryć szyderstwem i ośmieszaniem wad innych. Przyjaźń z człowiekiem złośliwym jest niemożliwą, a współżycie niewolą. On przecież najlepsze intencje na złe przetłumaczy, a najszlachetniejsze porywy serca ośmieszy.

Niezgoda. Niektórzy ludzie nie potrafią żyć w zgodzie z innymi. Taki osobnik „choruje”, jeżeli się z kimś nie pokłóci. Jak wiele zwad, kłótni, oszczerstw i plotek, a nawet zbrodni zasiała ludzka niezgoda. Jest to również nasza polska narodowa wada. Przysłowie głosi, że „gdzie jest dwóch Polaków, tam są trzy partie, stronnictwa”. Juliusz Cezar swoich pamiętnikach stwierdza, iż Galów podbił tylko dzięki niezgodzie ich wodzów. To samo Tacyt pisze o ludach germańskich w Anglii: „Niegdyś słuchali królów, teraz za sprawą naczelników kierują nimi stronnictwa i namiętności polityczne. I nic bardziej nam nie pomaga przeciw tym nader potężnym ludom, jak to, że o wspólnym działaniu nie radzą. Rzadko kiedy łączą się dwa lub trzy państwa dla odparcia wspólnego wroga – niebezpieczeństwa. Każdy wojuje z osobna i tak są zwyciężani” (Żywot Agrykoli, ks. II. Roz 2).

Pycha, chciwość i zazdrość. Człowiek pyszny wynosi się nad innych, pogardza nimi, obraża ich  oraz na każdym kroku okazuje im swoje lekceważenie. To są właśnie grzechy przeciwko V przykazaniu Bożemu. Człowiek pyszny jest mściwy i zawzięty. Pcha się również ambitnie do władzy  i do sławy. Biada temu, kto mu stanie na drodze, bo wtedy nie przebiera on w środkach i pójdzie po trupach. Kiedy widzi on, że jego plany zostały pokrzyżowane, że nie uda mu się osiągnąć tego, c chce, to wtedy mści się na przeciwniku jawnie lub skrycie.

Pismo św. mówi o Kainie: „Rozgniewał się Kain bardzo i zapadła mu twarz, bo wejrzał Pan na Abla i na dary jego, ale na Kaina i na jego dary nie wejrzał” (Rdz 4,5).

Chciwość jest główną przyczyną grzechów przeciwko VII przykazaniu Bożemu. Czasem jednak wciska ona broń do ręki i każe mordować, byle tylko ofierze wydrzeć jej majątek. Jeżeli wiele kradzieży i rabunków kończy się tragicznie, to dlatego, że zbrodniarz powiedział sobie, że musi daną rzecz, przedmiot zdobyć i to za wszelką cenę, nawet kosztem życia i krwi.

A historie wojen ludzkich? Co było ich przyczyną. Najczęściej chęć grabieży i łupów, nadzieja wzbogacenia się.

Co ułatwia zachowanie V przykazania Bożego?

Zachowanie tego przykazania ułatwiają wszystkie cnoty przeciwne wymienionym wadom. Na rozluźnienie obyczajów najlepszym lekarstwem jest karność; na gniew i nienawiść – łagodność i dobroć; na przekleństwo – błogosławienie nawet wrogom; na złośliwość – życzliwość; na niezgodę – zgodliwość i pokój; na pychę – pokora; na chciwość – szczodrobliwość i poprzestanie na swoim.

Jednak przede wszystkim potrzebna jest miłość. Gdy ludzie kochali się jak dzieci Boże i gdyby pamiętali o tym , że Jezus nakazał zaraz po Bogu miłować każdego człowieka, nawet wroga, tak ja On go miłuje, to nie byłoby nienawiści i zawiści, kłótni i podstępów, zemsty i pomstowania, a wszyscy staliby się lepszymi i staraliby się czynić tylko dobro. Znikłyby z oczu iskry nienawiści, z ust słowa nienawiści i nie byłoby zaciśniętych pięści, a wszędzie widziałoby się dobre oczy, życzliwe i uśmiechnięte twarze oraz dłonie wyciągnięte i zawsze skore do pomocy.

 

Katecheza 28:  V przykazanie Boże – Duchowe życie ludzkie

                 W poprzednich katechezach zakończone zostały rozważania na temat pierwszego i najniższego stopnia życia ludzkiego. Tymczasem człowiek oprócz ciała posiada także duszę, która ma swoje potrzeby i cele. Działanie duszy jest jednak pośrednie, bo ona działa w ludzkim ciele i poprzez to ciało. Nie trudno jest odróżnić funkcje czysto cielesne i zmysłowe od duchowych w człowieku. Już sam fakt istnienia osobnej nauki pod nazwą psychologia (nauka o duszy) mówi sam za siebie.

                 O istnieniu w człowieku pierwiastka duchowego, o jego przymiotach, władzach duszy i ich odrębnych funkcjach mówi nauka o człowieku i o jego kulturze, a w teologii taką funkcję pełni traktat o genezie człowieka, o jego naturze i przeznaczeniu.

                 Zajmiemy się zatem omówieniem naszych obowiązków wobec duszy, jej stosunkiem do ciała i jej potrzebami. Pisać będziemy o nich z punktu widzenia filozofii moralnej, a stronę nadprzyrodzoną opiszmy jako odrębne zagadnienie.

Praca nad umysłem

                  Skoro człowiek posiada rozum i jako istota duchowa wyróżnia się nim ponad wszystkie inne istoty na ziemi, to jest rzeczą oczywistą, że praca nad jego rozwojem, bogaceniem i uszlachetnieniem jest nie tylko rzeczą dozwoloną, ale też niezbędną i konieczną. Człowiek nie może bać się wiedzy, ale powinien pragnąć jej ze wszech miar i wszystkimi dozwolonymi sposobami ją zdobywać. Natura ludzka nie jest statyczna, lecz dynamiczna i nie może stać w miejscu, ale stale zdąża do postępu. Inaczej jest w przypadku zwierząt. Je cechuje zastój i ich sposób bytowania jest zawsze ten sam nawet po tysiącach lat. Tymczasem człowiek zawsze coś ulepsza i udoskonala. Nigdy nie jest całkowicie zadowolony z tego, co już osiągnął i ma, lecz nieustannie pragnie, aby było coraz lepiej. To dążenie człowiek otrzymał od swego Stwórcy: „Rośnijcie i mnóżcie się, napełniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną…” (Rdz 1,28).

                 Z całą jasnością dostrzegamy, ile cudów dokonał rozum jednostek i zbiorowości ludzkiej. Ziemi wydarł on jej skarby. Energię żywiołów wprzągł w swoją służbę. Na morza rzucił pływające kolosy ze stali, dotarł na dno oceanów i wydobył ich tajemnice. Rakietami wzbił się w przestworza i myśli o podbijaniu planet. Radio, kino, telewizja, internet, mózgi elektronowe i roboty wykonujące wszystkie prace za człowieka, to dzieła umysłu ludzkiego.

                 Obowiązkiem człowieka jest stale wszystko doskonalić, poprawiać swoje warunki życia na ziemi, pogłębiać wiedzę. Im więcej człowiek jest oświecony, tym bardziej różni się od zwierząt.

                 Jednakże wiedza nie powinna odbierać człowiekowi właściwej miary i oceny własnej i nie powinna go zaślepiać, ale przeciwnie, otwierając coraz to nowe tajemnice przyrody powinna w nim budzić zachwyt nad Bożą mądrością, potęgą i dobrocią. Takie uczucia budziły się w sercu naszego narodowego wieszcza, gdy pisał: „Rozumie ludzki. Tyś mały przed Panem. Tyś kroplą w Jego wszechmogącej dłoni. Świat cię niezmiernym zowie oceanem i chce ku niebu na twej wzlecieć toni… Ach! Ty bez wiary byłbyś niewidomy.” (A. Mickiewicz, Rozum i wiara).

Kształcenie woli

                 Ważniejszym od kształcenia umysłu jest kształtowanie woli. Nie można bowiem zgodzić się za Sokratesem, że wiedza jest tym samym, co życie i że  wystarczy wiedzieć, jak należy postępować, aby dobrze to czynić. Według Sokratesa ludzie tylko dlatego źle postępują, że błądzą. Jednak codzienna praktyka wykazuje zupełnie co innego, gdyż człowiek może doskonale znać wszystkie normy i zasady moralne, a jednak postępować całkowicie inaczej. W takim przypadku czynnikiem decydującym nie jest rozum, ale wola. Umysł spełnia tylko rolę pedagoga i doradcy, lecz decyduje i wybiera wola. Współczesna rzeczywistość przekonała ludzi, człowiek może być bardzo zaawansowany w nauce, a równocześnie być „moralnym zerem”. Z tego powodu dzisiaj kładzie się tak wielki nacisk na kształcenie charakteru człowieka, na jego indywidualne i społeczne wychowanie. Swoją wolę człowiek kształtuje przez poznawanie zasad moralnych i przez praktykowanie różnych cnót. Człowiek wysiłkiem pracy nad sobą musi wyzbywać się wad i nałogów, bo im mniej mają one wpływu na jego postępowanie, tym więcej swoich wysiłków zwraca on ku czynieniu dobra, tym piękniejszy ma charakter i tym więcej ma wartości w sobie. W swojej pracy nad sobą każdy człowiek powinien zwracać uwagę na to, aby usuwać przywary, które są jemu szczególnie właściwe, związane z jego temperamentem, stanem czy nawet zawodem. Z kolei człowiek równocześnie powinien zwracać swoją uwagę na te cnoty, które mogą podkreślić jego indywidualność i w jego pracy mogą być wyjątkowo przydatne.

Stosunek życia fizycznego do duchowego

                 Życie duchowe z samej swojej natury jest wyższe i doskonalsze niż życie fizyczne. Codzienność potwierdza, iż niejednokrotnie w małym i niepozornym czasem ciele działa wspaniały, potężny i twórczy duch. Społeczność ludzka zawsze ceniła sobie typy piękne fizycznie i o klasycznej budowie, ale o wiele wyżej stawiała tych, którzy wiedzę ludzką geniuszem swego ducha umieli pchnąć na nowe tory lub którzy bogactwem swoich wartości wewnętrznych zasłużyli sobie na przydomek „dobroczyńców ludzkości”.

                 W przypadku alternatywy duch czy ciało, zawsze powinny zwyciężać sprawy ducha. Ciało powinno służyć duchowi. Jeżeli skażona grzechem pierworodnym natura ludzka w swojej zmysłowej i niższej części, pcha człowieka do grzechu, do zła, to człowiek powinien zawsze dać pierwszeństwo duchowi, choćby musiał zdobywać się na wyrzeczenie i ofiarę. Święty Paweł nie waha się pisać w Liście do Rzymian: „Nieszczęsny ja człowiek. Któż mnie wyzwoli z ciała tej śmierci?... widzę inne prawo w członkach moich, sprzeczne z prawem mego umysłu, poddające mnie w niewolę pod prawo grzechu…” (Rz 7, 23,24). Dlatego „karcę moje ciało i przymuszam do posłuszeństwa, abym zatem innych nauczając sam nie był odrzuconym” (Kor. 9,27).

Chociaż nie wolno nam nigdy zaniedbywać troski o nasze ciało, chociaż mamy obowiązke dbać o nie, aby je doprowadzić do pełnej sprawności i piękna, to jednak nie może się to dziać z zaniedbaniem strony wyższej, duchowej, a nawet jej kosztem.

                 Ideałem byłoby doprowadzić obydwie strony do zupełnej harmonii i równowagi, aby sobie wzajemnie pomagały do pełnego rozwoju osobowości ludzkiej.

Czynniki tamujące rozwój i działalność władz duchowych człowieka

                 Natura człowieka jest skażona przez grzech pierworodny. O tym grzechu bardzo szeroko mówi dogmatyka i całe nauczanie Kościoła. W naszym przypadku chcemy podać cztery różne świadectwa, które stwierdzają t samą prawdę.

                 Bóg zwraca się do Noego: „Żadną miarą więcej nie będę przeklinał ziemi dla ludzi; zmysł bowiem i myśl serca człowieczego skłonne są do złego od jego młodości” (Rdz 8,21).

                 Platon, przedstawiciel myśli greckiej, napisał: „Przyjacielu, w każdym z nas rządzą dwie siły i za nimi idziemy, dokąd nas prowadzą. Jedną z tych sił jest żądza rozkoszy, która jest wrodzona każdemu człowiekowi. Drugą zaś siłą jest jego wola do dobrego, a ta jest nabyta. Niekiedy obie te siły są między sobą w zgodzie; innym znowu razem kłócą się. Niekiedy jedna zwycięża; kiedy indziej druga jest górą” ( Fajdros, r. 14).

                 Z kolei Owidiusz, przedstawiciel świata rzymskiego, pisał: „Video meliora proboque, deteriora sequor – Widzę, co jest lepsze, zgadzam się na nie, a jednak idę za tym, co gorsze”.

                 Foerster, przedstawiciel współczesnej pedagogiki, pisał: „Każdy ma swe życie w swoim ręku i może je w interesie swego charakteru uczynić tym, czym sam zechce. Jeżeli kto chciałby stwierdzić bezzasadność tego stanowiska optymistycznego, wystarczy, aby po lekturze tych książek o woli począł obserwować samego siebie i innych. Zrazu ogromy zachwyt. A potem wszystko zostaje po staremu. Skąd ta bezsilność? Otóż stąd, że owe książki nie zajmują się zgoła głębszymi warunkami psychicznymi, a przede wszystkim owym fundamentalnym rozdwojeniem, które św. Augustyn nazywa chorobą ludzkiej woli, o którym poucza nas apostoł Paweł na podstawie tak głębokiego swojego doświadczenia…. Lecz jak w medycynie nie ma skutecznej terapii bez wnikliwej diagnozy, tak też nie można myśleć o skutecznym kształceniu charakteru nie troszcząc się o ostateczne źródła bezcharakterowości. W tym zaś właśnie tkwi istota o grzechu pierworodnym, że zajmuje się ona najgłębszą przyczyną słabości woli ludzkiej. Tłumaczy ona, że źródło to tkwi nie w pierwiastkach materialnych, lecz w samej duszy, mianowicie w tajemniczej jej skłonności do odpadania od Boga w świat widzialny i uchwytny…( Wychowanie i samowychowanie).

                 Namiętności. Namiętnościami nazywamy poruszenia zmysłowe, które powstają ze skłonności zmysłowych. Freud przyjmuje jeden zasadniczy i naczelny popęd seksualny, płciowy, który nazywa „libido”. Od niego mają pochodzić jako pochodne i zależne wszystkie inne żądze. Tak uproszczone tłumaczenie czynów ludzkich jest niezgodne z rzeczywistością i upokarza ludzką godność. Popędów jest bardzo wiele. James wylicza ich 32, a św. Bernard 325. Oto ważniejsze z nich: popęd samoobrony, pokarmu, ruchu, posiadania, poznania, popędy wzruszeniowo – uczuciowe, popęd zachowania gatunku, stadny, władczy, naśladowniczy, sympatii czy nienawiści.

                 Popęd to siła, która leży u podstaw procesów psychofizycznych, to siła witalna, służąca celom biologicznym i organicznym człowieka. Są to energie potencjalne, uruchamiane w celu zaspokojenia potrzeb życiowych jednostki. Z tego widać, że namiętności – popędy są siłą konieczną i pożyteczną oraz mogą stać się dobrodziejstwem podobnym do opanowanego przez człowieka żywiołu ognia czy wody.

                 Mówimy o istnieniu popędów nie tylko wtedy, gdy one działają, ale także, gdy one są bezczynne. To zaś oznacza, że popędy jako siła witalna stale istnieją i mogą być rozbudzone w każdej chwili, jak żywioł ognia, który się tli.

                 Rozbudzeniu popędu jako siły towarzyszy pragnienie jego zaspokojenia. Napięcie popędu może dojść do szczytu tak, że człowiek traci świadomość i panowanie nad sobą.

                 Najczęściej namiętność ujawnia się na zewnątrz we wzburzeniu, bladości czy napływie krwi, w drganiach, w chodzie, błysku oczu, itp.

                 Praca nad namiętnościami nie powinna zwracać się w kierunku niszczenia popędów, bo to byłoby daremne i szkodliwe. Z tego powodu rodzi się pytanie o to, jak pracować nad namiętnościami? W gruncie rzeczy one nie powinny rządzić człowiekiem i ponosić go, ale winny być podporządkowane wolnej woli. Dusza ma je wprząc w sytuować. Każdy popęd to ślepa siła, ale przecież siła, a to tyle, co żywioł w przyrodzie. Osy popędy szkodliwe, tamować ich możliwości przez wspieranie popędów pożytecznych. Uszlachetniać je przez nadawanie im motywów i szlachetnych kierunków. Zasada sublimacji uczuć i popędów jest podstawą współczesnej pedagogiki.

                 Nieznajomość. Polega ona na braku potrzebnej  w danej sprawie wiedzy. Różni się ona od błędu, który polega na tym, że posiadamy wiedzę o danej rzeczy, ale błędną i niewłaściwą. Praktycznie jednak oba te pojęcia pokrywają się, co do treści i stosowanych do nich zasad. W teologii moralnej przez nieznajomość, czyli przez ignorancję, rozumiemy nieznajomość prawa lub okoliczności jego zastosowania.

                 Ze względu na podmiot może to być nieznajomość prawa albo faktu.

                 Nieznajomość prawa: kto nie zna prawa albo jego zakresu, np. nie zna przepisów postnych czy praw małżeństwa.

                 Nieznajomość faktu: ktoś nie wie, czy w danej sytuacji obowiązuje znane mu prawo, np. nie wie, czy dzisiaj są dni postne; czy dana osoba jest z nim na stopniu pokrewieństwa unieważniającego małżeństwo. Tak zatem zna prawo, ale nie wie, że coś właśnie pod to prawo podlega.

                 Ze względu na osobę nieznajomość może być niepokonalna albo pokonalna.

                 Nieznajomość niepokonalna zachodzi wtedy, gdy o istnieniu prawa nie powstała nawet najmniejsza wątpliwość albo mimo rzetelnego wysiłku nie można było tej wątpliwości żadną miarą usunąć.

                 Nieznajomość pokonalna ma miejsce wtedy, gdy można było ten brak usunąć. Nazywamy ją zawinioną i dobrowolną.

                 Nałogi nazywamy chorobą woli. Powstają one przez stałe powtarzanie jednych i tych samych złych czynów. Wola nabywa przyzwyczajenia, gdy stale powtarza pewne czyny tak, że wykonuje je nieomal już automatycznie i odruchowo (bezwolnie). Nałóg to nawyk w złym. Od nałogu odróżniamy nawyk. Nawyk polega na powtarzaniu tej samej czynności moralnej.

                 Częste wykonywanie tych samych czynności usprawnia mechanizm działania, czyni je szybsze, pewniejsze i dokładniejsze, a równocześnie je ułatwia, gdyż pozwala na oszczędzanie energii psychicznej. W ten sposób nawyk udoskonala instynkt, który tak sprawnie działa u zwierząt. Dzięki nawykom człowiek może zautomatyzować szereg pożytecznych dla siebie czynności.

                 Nawyk to ćwiczenie, które wzmacnia nas biologicznie, jak bezczynność nas biologicznie osłabia. Energia, tkwiąca w każdym organizmie, jest nastawiona na działanie. Narządy uzdalniane mogą wykonywać coraz trudniejsze prace. Najlepszym obrazem tego, co można osiągnąć przez ćwiczenia, są wyczyny sportowe.

                 Nawyki niosą ze sobą również pewnego rodzaju zagrożenia: zmechanizowanie, zanik świadomości i kontroli, obniżenie uczucia. Złe nawyki są dla człowieka tym, czym jest kalectwo lub chroniczna choroba.

                 Nałogi, chociaż bardzo osłabiają działanie rozumu i woli, to jednak nigdy ich całkowicie nie znoszą. Z tego powodu człowiek odpowiada za nie w takiej mierze, w jakiej przy działaniu zachowuje świadomość i wolność. Często nazywamy je złymi przyzwyczajeniami lub wadami.

                 Trzeba pracować nad leczeniem i umacnianiem słabej woli i za wszelką cenę usuwać okazje do złego. Słabą wolę ludzką należy poddawać nadprzyrodzonemu działaniu Bożej łaski uświęcającej, która gładzi grzechy śmiertelne i daje Boże moce w cnotach wlanych i darach Ducha Świętego oraz łaski, której szczególnym zadaniem i specjalnością to właśnie dziedzina nadprzyrodzonych czynów. Z tego płynie konieczność częstego przystępowania do sakramentów świętych z jak najlepszym usposobieniem ducha.

Przeszkody ze strony zewnętrznej

                 Gwałt, czyli przymus jest to użycie siły fizycznej w tym celu, aby kogoś zmusić do wykonania lub zaniechania jakiegoś czynu.  Aby gwałt zaistniał, to musi go spowodować przyczyna zewnętrza i wolna i musi ta przyczyna posłużyć się przemocą fizyczną. Niektórzy moraliści odróżniają jeszcze przymus moralny (np. groźby). Jednak większość z nich zalicza tego rodzaju przymus do obawy.

                 Gwałt może być bezwzględny lub względny.

                 Gwałt bezwzględny jest wtedy, gdy ulegający przemocy fizycznej wszelkimi dostępnymi sobie sposobami czyni sprzeciw – fizyczny i moralny, czyli zewnętrzny (obroną ciała) i wewnętrzny (obroną woli).

                 Gwałt jest względny, gdy ofiara napaści stawia za mały opór (gwałt zostałby odparty, gdyby opór był większy) albo też swoją wolą mniej lub więcej na gwałt przyzwala.

                 Gwałt jako przymus zewnętrzny i fizyczny nie może bezpośrednio wpływać na ludzką wolę, a więc decydować o moralności i o odpowiedzialności za czyn. To zaś oznacza, że ofiara bezwzględnie, fizycznie zmuszona do jakiegoś czynu, za ten czyn zupełnie nie odpowiada, jeżeli tego czynu nie chce. Dla przykładu podajemy, że nie ma żadnego grzechu dziewczyna, którą ktoś zgwałcił, gdy ona wszelkimi sposobami starała się stawiać opór. Żadnej zasługi człowiek, gdy ktoś bez jego woli rozdaje jego majątek biednym (np. ojciec św. Franciszka, którego syn wydawał ze sklepu dla biednych potajemnie).

                 Czyny spełnione pod wpływem gwałtu względnego są mniej lub bardziej poczytalne w zależności od siły oporu woli.

                 Strach jest to jeden z popędów, a mówimy o nim osobno tylko ze względu na jego szczególny rodzaj.

                 Bojaźń jest to wstrząs duchowy w obliczu zagrażającego niebezpieczeństwa obecnego lub przyszłego. Przedmiotem bojaźni jest zło, jakie zagraża człowiekowi.

                 W przypadku, gdy obawa jest tylko czynnikiem współtowarzyszącym, czyn ludzki jest zazwyczaj wolny i poczytalny. Wola bowiem nie odbiera rozumowi świadomości i mimo lęku działa świadomie, a lęk nie tamuje jej czynności.

                 Natomiast w przypadku, gdy lęk jest tak silny, choćby względnie, że odbiera lub umniejsza umysłowi świadomość, to wtedy odpowiedzialność za  jest pomniejszona albo żadna.

                 Chociaż funkcjonuje zasada, że nawet wielki strach nie odbiera świadomości i wolności w działaniu, a zatem i odpowiedzialności za czyn, to jednak Prawo Kanoniczne pewne przypadki uważa za nieważne, gdy są wykonane w wielkim strachu, np. ciężka obawa unieważnia małżeństwo, nowicjat czy śluby zakonne, itp.

Przeszkoda metafizyczna – szatan

                 Poniżej przytoczymy kilka świadectw, których dostarczają nam źródła Obawienia: Biblia i Tradycja.

                 Święty Piotr pisze: „Bądźcie wstrzemięźliwi i czuwajcie, bo wróg wasz, szatan, krąży jak lew ryczący, szukając kogo by pożarł. Opierajcie mu się w wierze, wiedząc, że to samo utrapienie spotyka waszych braci w świecie” (1 P 5,8 – 9).

                 Z kolei święty Paweł mówi: „Przyobleczcie się w zbroję Bożą, abyście mogli się ostać przeciw zasadzkom diabelskim. Albowiem prowadzimy walkę nie z ciałem i krwią, ale przeciw książętom i władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw złym duchom w przestworzach niebieskich” (Ef 6,11 – 12).

                 Katechizm Kościoła Katolickiego: „Pismo św. potwierdza zgubny wpływ tego, o którym Jezus mówi, że „od początku był on zabójca (J8,44), a nawet usiłował odwrócić Jezusa od misji powierzonej Mu przez Ojca…. Wśród jego dzieł najcięższe w konsekwencjach było kłamliwe uwiedzenie, które doprowadziło człowieka do nieposłuszeństwa Bogu. Moc szatana nie jest jednak nieskończona. Jest on tylko stworzeniem; jest mocny ponieważ jest czystym duchem, ale jednak stworzeniem; nie może przeszkodzić w budowaniu Królestwa Bożego. Chociaż szatan działa w świecie przez nienawiść do Boga i Jego Królestwa w Jezusie Chrystusie, a jego działanie powoduje wielkie szkody – natury duchowej, a pośrednio nawet natury fizycznej – dla każdego człowieka i dla społeczności, działanie to jest dopuszczone przez Opatrzność Bożą, która z mocą i zarazem z łagodnością kieruje historią człowieka i świata…” (KKK, nr 394 i 395).

                 Jezus polecił nam, abyśmy codziennie Bogu Ojcu się polecali i Jego opieki oraz obrony szukali nie wątpiąc w to, że nas ratunek Boski nie opuści, abyśmy mieli wpaść w sidła owego najchytrzejszego nieprzyjaciela ludzkiego (por. prośbę „i nie wódź nas na pokuszenie”).

                 Święty Ambroży podkreśla: „Inaczej doświadcza Bóg, a inaczej kusi a. Szatan szuka, jak człowieka zgubi, a Pan Bóg, jak człowieka koronować”.

                  Augustyn: „Szatan porusza człowieka nie przymusem, lecz namową i wydobywa nasze przyzwolenie nie gwałtem, ale jedynie schlebianiem”.

                 Święty Leon: „Większym jest ten, który jest w was, niż ten, który jest przeciw wam”.

                 Szatan, jak już zostało podane za KKK,  jako czysty duch jest potężniejszy od człowieka. Władza jego na ziemi jest jednak ograniczona.

Najdramatyczniejszą formą opanowania przez szatana jest tzw. opętanie człowieka przez złego ducha. Kościół ustanowił osobne modły (egzorcyzmy) do wypędzenia szatana z opętanych. Poleca jednak zachowywać należną ostrożność, aby patologicznych schorzeń nie brać za opętanie.

Przeszkody uboczne

                 Dziedziczność. Na podstawie wielu danych można by sądzić, że wpływ dziedziczenia ma decydujące znaczenie na formację duchową i moralną człowieka. C. Lombroso (+ 1909) twierdził, że na 100 zbrodniarzy około 40  jest niewinnych, bo zostali oni dziedzicznie obciążeni. To twierdzenie usiłował udowodnić nawet na podstawie wynaturzonej budowy ciała.

                 Dziś nikt nie zaprzecza, że istnieje dziedziczenie także właściwości psychicznych. Jednak badania wykazały, że jest ono znacznie mniejsze niż w dziedzinie ciała. Dziedziczenie obejmuje przede wszystkim dyspozycje psychiczne, podłoże. Jednakże te dyspozycje są nieokreślone, odznaczają się one ogólnikową potencjalnością. Treścią wypełniają się one dopiero z biegiem czasu, zależnie od charakteru podniet i środowiska.  I tak ktoś może mieć nawet wybitne zdolności muzyczne lub językowe, ale jeżeli nie będzie miał okazji ich rozwinąć, to pozostaną one jako talenty niewykorzystane, zmarnowane, „zakopane”. Podobnie wady i złe skłonności dziedziczne można naprawiać, prostować, stwarzając dla typów szczególnych odpowiednie warunki, np. dla dzieci upośledzonych należy tworzyć szkoły specjalne i otoczy je osobną opieką. Ta sam roślina w swoim klimacie dochodzi do pełni rozwoju, a karłowacieje w nieodpowiednim.

                 Dziedziczeni fizyczne (np. obciążenia) mają niewątpliwie wielki wpływ i na duszę, która jest z ciałem związana organicznie. Człowiek jednak duszy nie dziedziczy od swoich rodziców, a zatem nie może być mowy o dziedziczeniu cnót czy wad. Podłoże to jeszcze nie samo uzdolnienie czy wypaczenie.

                 Jeżeli chodzi o przeprowadzane badania w odniesieniu do ludzi i ich strony psychicznej, to dają nam one coraz więcej niespodzianek. Jeżeli przy rozwoju biologicznym można mówić o prawach w znaczeniu ścisłym, to w tej dziedzinie możemy opierać się na daleko posuniętych przypuszczeniach, od których jednak zawsze są możliwe odchylenia, jakich nigdy nie można przewidzieć.

                 Nie można pominąć także siły przeobrażającej, jaką jest dla duchowej i moralnej postawy człowieka, łaska Boża. 

                 Temperament. Wszyscy zgadzają się z tym, że temperamenty mają łączność z pobudliwością i zdolnością do reakcji w człowieku. Ma to wielkie znaczenie dla czynów ludzkich. Temperamenty więcej „gorące” lubią mniej się zastanawiać i z tego powodu ulegają ślepym popędom. Temperamentom o mniejszej pobudliwości potrzeba stale bodźca. Kiedy więc pierwszym potrzebne jest raczej „wędzidło”, to drugim potrzebniejszy jest bicz do popędzania.

                 Wiek. Wszyscy to wiedzą, że inna jest poczytalność małego dziecka, inna dorosłego człowieka i inna dla zdziecinniałego starca. Małe dzieci cechuje żywość, brak zastanowienia, lekkomyślność. Potrzebują one częstych, ale krótkich napomnień, gdyż łatwo zapominają. Wiek krytyczny w życiu chłopca budzi szereg nowych trudności i niebezpieczeństw. Młodzieniec staje się zamknięty w sobie, krytyczny i nieufny wobec zdania starszych, łatwo lgnie do książek, a nie ma jeszcze wyrobionego zdrowego krytycyzmu. Odczuwa wiele wątpliwości religijnych, potrzebę refleksji, trapią go silne pokusy i podniety płciowe, itp.

                 Większość ludzi zdaje sobie sprawę z tego, ile słabości przynosi ze sobą starość. Do różnych dolegliwości ciała, które stale narastają, dołączają się ułomności psychiczno – moralne. Z tego powodu starzec staje się nieraz nieznośny, podejrzliwy, skąpy, rozgoryczony, zrzędliwy, itp.

                 Każdy kto zna dobre i złe strony każdego wieku, i płci, stanu, będzie się starał jedne pielęgnować, a inne obcinać jak szkodliwe pędy. Każdy też widzi, że jeżeli te okoliczności zmniejszają stopień zasługi albo winy, to również zmniejszają stopień odpowiedzialności moralnej.

                 Wychowanie. Wiemy, jak ogromne znaczenie na kształtowanie osobowości ludzkiej w dobrym lub w złym ma wychowanie. Pisaliśmy o tym obszernie już wcześniejszych katechezach.

                 Choroby psychiczne. Każda choroba jest sparaliżowaniem normalnej działalności jakiejś części ciała i podcięciem przez to sił witalnych całego ciała. Choroby zazwyczaj niosą ze sobą długie cierpienie, a chory jest często niezdolny do pracy i staje się ciężarem dla otoczenia, szczególnie gdy mamy do czynienia z nędzą, brak środków leczniczych, opuszczenie, itp., to wszystko budzi w chorym najczarniejsze myśli i pcha go nieraz do czarnej rozpaczy.

                 To samo można powiedzieć o wszystkich innych nagłych nieszczęściach, jakie spadają na ludzi, szczególnie, gdy są niespodziewane i bardzo dotkliwe. Mogą one nieść ze sobą tak silne zaburzenia psychiczne, że ich epilogiem czasami staje się szpital dla psychicznie chorych albo samobójcze targnięcie się na własne życie.

                 Poniżej przytoczymy przykłady niektórych chorób, które w sposób szczególny paraliżują działalność umysłu albo woli, a przez to umniejszają odpowiedzialność za czyny lub zupełnie ją znoszą.

                 Neurastenia, czyli rozstrój nerwowy, polega na przewrażliwieniu nerwowym, na zbyt silnej reakcje na podniety, nieproporcjonalnej do ich napięcia. Neurastenik z powodu drobnostek traci wewnętrzną równowagę i panowanie nad sobą. Wtedy rozum u niego jest zahamowany w swej działalności, a wola działa pod wpływem popędu. To zbyt gwałtowne wyładowanie energii psychicznej powoduje jako reakcję wtórną – wyczerpanie. Po wstrząsach następuje załamanie psychiczne, depresja.

                 Bardzo często spotykana histeria jest rodzajem neurastenii. Jej przyczynę często stanowią domowe tragedie, zawiedzione nadzieje, nieszczęścia albo zbyt silne przeżycia. Polega ona na gwałtownej pobudliwości uczuciowej oraz na raptownych zmianach usposobienia: z krańcowej radości do krańcowej depresji, z krańcowej miłości do nienawiści, itp. Najczęściej występuje ona u kobiet, które mają delikatny i wrażliwy charakter. Owocem histerii jest fantazjowanie (opowiadanie niesłychanych rzeczy), przewidzenia, a czasem wyuzdanie moralne (żądza podniet).

                 Histerię spotykamy także w dziedzinie religijnej. Osoby takie szukają w podnietach religijnych podłoża dla swej nadwrażliwości: stąd skłonność do dziwactw religijnych, „zachwytów”, „objawień”, a nawet „ekstaza”. Histeria również objawia się wmawianiem w sobie urojonych chorób, omdleniem, itp.

                 Urojenia, czyli natręctwa myślowe, występują na tle neurastenii, histerii i sklerozy starczej. Opanowują one człowieka z wielką gwałtownością, wciskają się umysł uporczywie jako mania prześladowcza lub inna. Opanowują one człowieka, angażując cały jego potencjał myślowy i wolitywny. Natręctwo myślowe objawia się również w gwałtownych pokusach, wątpliwościach, bluźnierstwach, jakie się na usta cisną, itp.

                 Łatwo jest poznać pokusy płynące z tej choroby po tym, że są one gwałtowne, natrętne, niezwykłe i niespodziewane.

                 Hipochondria jest to choroba odnosząca się do stanu zdrowia człowieka. Polega ona na przeczuleniu na punkcie swojego zdrowia, na wyszukiwaniu coraz to nowych urojonych chorób, na zbytnie trosce o zdrowie, na obawie przed zakażeniem się, na ciągłej obawie zatrucia się przy przyjmowaniu pokarmów. Hipochondryk lubi czytać i mówić o swoich chorobach, żyje w ciągłej niepewności i obawie zarażenia się. To go wyczerpuje i czyni niezdolnym do jakiejkolwiek pracy, poza troską o coraz nowsze sposoby leczenia.

                 Melancholia nie jest tym samym, co temperament melancholiczny, który ma tylko małe zabarwienie tej choroby psychicznej. Polega ona na stałej niepewności i przygnębieniu, na przeczuciach i niezadowoleniu ze wszystkiego i ze wszystkich, na trzymaniu sobie w samotności, żalu do otoczenia z powodu tego, że wszyscy stronią od niego, na płaczliwości, stałym niezadowoleniu, bezwzględności w krytyce nawet najżyczliwszych sobie osób. Przy tym stanie chory wszystko wyolbrzymia, żądając od wszystkich ciągłego współczucia, łatwo pamięta krzywdy (często urojone).

                 Skrupuły jest to nieustanna niepewność, co do faktycznego stanu swojej duszy, stała obawa, że nie wszystkie grzechy zostały odpuszczone, stałe wracanie do dawnych grzechów i win, niepokój o przeszłe spowiedzi, doszukiwanie się w każdej czynności grzechu, a w każdej niedoskonałości grzechu ciężkiego, ciągłe radzenie się innych, a przy tym upór przy własnym zdaniu.

                 Porażenie psychiczne, czyli obłęd. Zdarzają się osoby, którym brak jest uczuć: żalu, współczucia, wdzięczności, miłości, wstydliwości, itp. Jak daltonista nie widzi pewnych kolorów, tak i moralnie porażony człowiek nie reaguje wcale na pewne bodźce, jest niewrażliwy na to, na co są uwrażliwienie wszyscy normalni i zdrowi ludzie.

                 Schorzenia patologiczne. Do nich należą: skłonność do pastwienia się, okrucieństwa, bestialstwa, sadyzmu, kretynizm i upośledzenie umysłowe, infantylizm, czyli trwałe zdziecinnienie (naiwność, niezdolność do uwagi, brak krytycyzmu, zbyt jaskrawe i trwałe zapominanie się, itp.), kleptomania, czyli kradzież ze ślepego popędu, a nie z potrzeby czy z nałogu, itd.

Przyczyny fizyczne paraliżujące wprost świadomość i działanie woli ludzkiej

                 Hipnotyzm. Hipnoza jest to stan psychiczny zbliżony do snu, podczas którego człowiek przeżywa ograniczenie świadomości i ulega nakazom zewnątrz. Jako środek leczniczy znana była już w dawnych Indiach i u Greków. W tym miejscu nie będzie szerzej omawiać samej hipnozy, ale podkreślimy tylko, że jej momentem istotnym jest psychiczne uzależnienie się pacjenta od hipnotyzera. Hipnotyzm jest dozwolony tylko w ważnych i godziwych przypadkach sumiennym lekarzom specjalistom dlatego, że nieumiejętne stosowanie hipnozy łączy się z silnym napięciem nerwów i jest dla zdrowia bardzo szkodliwe. Odebranie zaś człowiekowi wolnej woli przez hipnotyzera może być użyte do złych celów. Z tego powodu lekkomyślne oddawanie się hipnozie jest grzeszne i niedozwolone.

                 Narkomania jest to nałóg używania środków narkotyzujących, czyli oszałamiających i odurzających. Człowiek w miarę jak przyjmuje tego rodzaju środki, zapada w stan marzenia i przyjemnej halucynacji. Przyczyną tego zjawiska jest mniej czy więcej silne podrażnienie ośrodków mózgowych środkami, które specjalnie na to odurzenie wpływają. Narkotyki są pochodzenia naturalnego (np. niektóre rośliny) lub otrzymuje się je na drodze przemian sztucznych, chemicznych.

                 Do rodzajów narkomanii należą m. in. morfinizm, czyli nałóg używania morfiny; kokainizm, czyli nadużywanie kokainy; heroinizm, czyli nadużywanie heroiny; eteromania – używanie eteru do odurzania się, itp.

                 Narkotyk wprowadza człowieka sztucznie w sen lub półsen, znieczulając go na bodźce zewnętrzne. Z tej racji ma on powszechne zastosowanie w medycynie. Wreszcie jako zjawisko uboczne występuje często w narkozie z pewnymi specyfikami (np. morfiną, kokainą, heroiną) stan poczucia błogości, przyjemne halucynacje i maniactwa.

                 Używanie narkotyków było znane u wielu ludów. Już Homer wzmiankuje o tym, że Grecy wyrabiali z maku jakiś napój „zapomnienia” (Nepenthes). Tym napojem Helena uspakajała Telemacha zdjętego żalem za zaginionym ojcem, Odyseuszem. Również Wergiliusz w swoich „Georgikach” także wspomina, że mak sprowadza letejskie zapomnienie. Istnieją także ślady tego, że mak i jego właściwości znane były już w starożytnym Egipcie. Z niego miał on się rozpowszechnić po całym świecie. Narkotyków używano w lecznictwie i we wróżbiarstwie. Słynne „pytie” przy sanktuariach greckich odurzone dymem „świętego ognia” wpadały w zamroczenie i bełkotały poszczególne słowa. Z nich wróżbici składali i „sporządzali” wróżby. Narkotyków używano w czasie „seansów” i tańców obrzędowych, zabaw i uroczystości, a niekiedy nimi odurzano skazanych na śmierć, by złagodzić ich cierpienia.

                 Narkotyki do tego stopnia działają paraliżująco na wolę ludzi, że narkomani stają się wprost ludźmi bezwolnymi.

                 Alkoholizm. O alkoholizmie pokrótce piszemy w tym miejscu dlatego, że jest on przede wszystkim środkiem odurzającym, a zatem bardzo mocno działa on na władze psychiczne. „Stan upojenia alkoholowego cechuje osłabienie hamującego działania wyższych warstw psychicznych… oraz pobudzenie niższych ośrodków życia psychicznego… Stan upojenia alkoholowego cechują podniecenie psychiczno – ruchowe i wzmożone samopoczucie przejawiające się w uczuciach radości… W dziedzinie instynktów spostrzegamy wzmożenie popędu seksualnego i popędów parcjalnych, jak walki, agresji – z jednoczesnym osłabieniem instynktu samozachowawczego” ( H. Zajączkowski, Leczenie alkoholizmu przewlekłego, Warszawa 1950, s. 13). Zatem przyczyny „popularności” alkoholu to: oszołomienie i odurzenie, podniecenie, uczucie radości, pobudzenie popędu seksualnego i walki, dobre samopoczucie, upojenie, itp. Jednak jednocześnie człowiek przez nadużycie alkoholu poniża się, gdyż traci swoją świadomość i robi rzeczy, których później bardzo się wstydzi. Człowiek w odurzeniu pijackim traci też i wolę, staje się automatem, który działa za pierwszym lepszym odruchem instynktu i daje upust każdej namiętności.  Jeżeli zaś to zdarza się częściej, wtedy najpierw może dojść chwilowego i przejściowego, a później nawet do trwałego obłędu.

                 Kościół zawsze potępiał nadużywanie alkoholu i surowo je piętnował. Święty Paweł pisze; „Nie łudźcie się: ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy… ani złodziej… ani opoje… nie posiądą Królestwa Bożego” (1 Kor. 6,9 – 10).

                 Święty Augustyn tymi słowami piętnuje grzech pijaństwa: „Pijaństwo jest matką wszelkich zbrodni, korzeniem występków, początkiem przestępstw, zamieszaniem rozumu, przeinaczaniem zmysłów, utratą niewinności, dobrowolnym szaleństwem, szpetnością obyczajów, hańbą życia, niesławą dobrego imienia, zepsuciem duszy”. W innym miejscu zaznacza: „Pijak niszczy trunek, a od trunku sam bywa niszczony, obmierzły Bogu, wzgardzony od aniołów, wyśmiany od ludzi, wyzuty z cnót, upokorzony od czarta”

                 Na zakończenie pragniemy dodać, że podobnie jak powyżej wymienione uzależnienia, tak samo działają i wpływają na świadomość i wolną wolę człowieka i inne, bardziej współczesne uzależnienia: pornografia, uzależnienie od seksu, internetu, zakupów, hazardu, telefonów komórkowych. Te uzależnienia leczy się tak samo, jak alkoholizm czy narkomanię.

 

Katecheza 27:  „V przykazanie Boże – Życie fizyczne społeczności ludzkiej jako całości”.

Do tego momentu pisaliśmy o tym, co wprost dotyczyło obrony życia jednostek. Teraz chcemy mówić o grzechach, które godzą w istnienie całego rodzaju ludzkiego. Nasze rozważania będą dotyczyć zwłaszcza dwóch zagadnień: wojny oraz ograniczania zbyt szybkiego rozrostu ludzkości w jej biologicznych podstawach.

Zagadnienie wojny według jej zwolenników jest zjawiskiem na wskroś naturalnym i dobrym, bo walkę obserwujemy w całej żywej przyrodzie, a co więcej, im istoty są wyższego rzędu, tym ta „walka  byt”, czyli o utrzymanie gatunku jest bardziej bezwzględna. Cały świat zwierząt jest tak zbudowany, że niższe istoty służą jako żer i baza utrzymania dla istot wyższych i doskonalszych.

Zwolennicy tego sposobu rozumowania pozostają jednak w sprzeczności sami ze sobą. Jeżeli bowiem istnieje „walka o byt”, to jej celem jest utrzymanie swojego gatunku. Zatem przyroda nie dąży do zniszczenia i do śmierci, ale do zachowania i rozwoju.

Twierdząc, iż istnieje walka pomiędzy istotami niższymi a wyższymi, oni sami stwierdzają, że istoty niższe są stworzone dla istot wyższych. Zatem dla człowieka są przeznaczone wszystkie istoty na ziemi, co potwierdził sam Bóg stwarzając pierwszych ludzi: „A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1,26).”Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną, abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1,28).

Ponadto nie zauważono, aby w przyrodzie ożywionej istniała powszechna  walka jako prawo biologiczne pomiędzy osobnikami tego samego gatunku. Zdarza się to jedynie niekiedy w szczególnych przypadkach, ale tylko jako wyjątek. Czyżby gatunek ludzki, który jest najwyższy w przyrodzie i któremu wszystko ma służyć, sam był skazany ślepym prawem na nieustanne wzajemne rzezie i mordy w „walce o byt” na ziemi? Byłby to pewnego rodzaju nonsens.

Tymczasem trudno jest nie zauważyć, że dzieje ludzkości to nieprzerwane pasmo krwawych wojen, które wcale nie są potwierdzeniem jakiejś  ślepej biologicznej konieczności i prawa natury, ale ich źródłem jest po prostu sama skażona grzechem pierworodnym ludzka natura, chciwa i zachłanna, mściwa i okrutna. Jak bowiem niezmiernie trudną rzeczą jest współżyć ze sobą w zgodzie poszczególnym jednostkom ludzkim, tak jeszcze trudniej jest współżyć ze sobą całym społecznościom i narodom.. Nie żadne prawo „tępienia” i wyniszczania rodzaju ludzkiego, a tylko nieumiejętność współżycia, niezgoda, nieumiejętność pogodzenia wspólnych interesów, samolubstwo i chęć wyzysku u mocniejszych, są przyczynami wojen pomiędzy ludźmi.

Nie potrzeba wybitnych zdolności, aby stwierdzić, że wojna nie jest potrzebą, a tym mniej ślepą koniecznością, ale tylko największym nieszczęściem i wrogiem ludzkości. Jeżeli złem jest każda śmierć człowieka i zbrodnią jest stać się jej przyczyną, to jak wielką zbrodnią i potworną nikczemnością jest każda wojna, która niesie ze sobą niezliczoną ilość mogił i cmentarzy; która zostawia społeczności ludzkiej tylu inwalidów i kalek, sierot oraz wdów; która powoduje tak wiele spustoszenia i zdziczenia moralnego; która niszczy tyle dóbr materialnych i kulturalnych. Czy to wszystko możemy nazwać dobrodziejstwem?

W czasie II wojny światowej grupa Niemców zajęła ważny odcinek w Grenlandii. Usiłowano przeciw nim użyć Eskimosów, którzy jednak okazali się zupełnie do tego nie nadającymi się ludźmi. Nie mogli oni pojąć, dlaczego człowiek ma walczyć i zabijać drugiego człowieka. Zabijać foki, białe niedźwiedzie, to owszem, ale drugiego człowieka? Przecież spotkanie człowieka na lodowych i śnieżnych pustkowiach jest zawsze błogosławieństwem.

Jakże tragicznym nieporozumieniem jest to, że ludzkość mogłaby tak wspaniale urządzić sobie życie na ziemi, a tymczasem jest ze sobą skłócona. Posiewem miłości może być pokój, braterstwo narodów i dobrobyt, gdy posiewem nienawiści jest wojna oraz jej opłakane skutki.

Zniszczenie ekonomiczno – gospodarcze to owoce wszystkich wojen. Spalone całe miasta, wsie zniesione z powierzchni ziemi, stratowane płody ziemi i obszary leżące odłogiem to posiew wojny.

Genewski dziennik prawniczy „Revue du Droit International” pokusił się kiedyś o zestawienie tego, ile mogły kosztować ostatnie wojny oraz wydatki na broń konieczną do walki i na utrzymanie armii. Wojna domowa stanów amerykańskich (1861 – 1865) przyniosła stratę 42 miliardów dolarów w złocie;  wojny napoleońskie przyniosły stratę 38 miliardów dolarów w złocie; wojna krymska kosztowała 9 miliardów dolarów w złocie; wojna rosyjsko – japońska 13 miliardów w złocie; I wojna światowa przyniosła stratę 100 miliardów, a II wojna światowa kosztowała same tylko Stany Zjednoczone w ciągu pierwszych tylko 18 miesięcy aż 150 miliardów dolarów. Do końca 1944 roku zniszczono w Europie 23.600.000 domów mieszkalnych oraz 14.500.000 gmachów publicznych i przedsiębiorstw przemysłowych. W samym tylko Związku Radzieckim uległo zniszczeniu 1.710 miast i przeszło 70.000 wsi.

Gdybyśmy to wszystko zliczyli, co zostało wydane na koszty związane z prowadzeniem wojny lub obrony, to za te sumy ludzkość mogłaby opływać w dobra, których trudno nawet sobie wyobrazić. Tymczasem ludzkość podobna jest do szaleńca, który raz po raz w trudzie i mozole buduje sobie dom, zakłada gospodarstwo, kupuje sobie kosztowne meble, sprzęty i narzędzia, aby za chwilę to wszystko podpalić i puścić z dymem płomieni. A potem znowu zabiera się do budowy. I tak swój eksperyment swój ponawia niezliczoną ilość razy.

Szkody kulturalne, jakie niosą z sobą wojny, są wprost nie do obliczenia: tyle zniszczonych szkół i instytucji naukowych, tylu uczonych wezwanych na front, sparaliżowanie całej pracy na korzyść techniki wojennej, która pochłania najlepsze siły ludzkie oraz olbrzymie sumy. Każda wojna przynosząc udoskonalenie środków ludobójczych, wymyśla coraz groźniejsze środki tępienia przeciwnika. W ciągu ostatnich lat wynaleziono: gazy trujące, czołgi, karabiny maszynowe, latające fortece, lotniskowce, rożne samoloty odrzutowe, pociski V1 i V2, broń atomową i wodorową, która potrafi spowodować zagładę całej ludzkości.

Przerażająca jest również liczba ofiar w ludziach: w wojnach napoleońskich zginęło 10 mln ludzi; w wojnie francusko – pruskiej w 1870 roku około 1 mln; w I wojnie światowej 1914 – 1918 liczna ofiar wynosiła 11 – 12 mln, a w II wojnie światowej 1939 – 1945 zginęło 52 mln ludzi.

Szkody moralne należą do największych i najbardziej niebezpiecznych spustoszeń, jakie czyni wojna, a których nie da się obliczyć w żaden sposób. Każda wojna jest posiewem nienawiści i ją pomnaża, daje okazję do wyładowania wszelkich najgorszych instynktów i okrucieństw, zatraca pojęcie dobra i zła.

Definicja wojny. Prummer określa wojnę jako „walkę przy pomocy siły i broni między dwoma wojskami przeciwnymi”.  Wojna może być ofensywna, gdy ma charakter zaczepny , albo defensywna, gdy ma charakter obronny.

Godziwość wojny. Po tylu klątwach rzuconych na jakąkolwiek wojnę zdawałoby się, że jest rzeczą zbyteczną pytać o to, czy wojna jest godziwa? Jednak zagadnienie wojny nie jest takie proste. Jeżeli w razie konieczności jednostka ma prawo domagać się siłą na swoim wrogu naprawienia wyrządzonych krzywd; jeżeli prawo natury pozwala jednostkom bronić się przed napastnikiem, to czyż tego prawa nie miałoby mieć państwa? Czy nie wolno byłoby odeprzeć napastnika siłą samego państwa lub z pomocą koalicji sąsiednich zagrożonych również państw? Czy te wszystkie rozliczne wojny miałyby być bezprawiem? Moraliści stawiają następujące warunki, które pozwalają na prowadzenie wojny.

Wojnę może wypowiedzieć tylko kompetentna do tego władza publiczna państwa. To rzecz oczywista, bo swym ciężarem wojna spada na wszystkich obywateli i jej konsekwencje musi ponosić cały naród. Dlatego do wojny nie może doprowadzić czy ją spowodować jednostka prywatna czy nawet grupa, ale musi o tym zadecydować cały naród poprzez swoich przedstawicieli.

Do wojny musi być ważna i sprawiedliwa przyczyna, gdyż każda wojna powoduje wiele zła i straszliwe są jej skutki. Kto decyduje się na wojnę, ten musi wszystko przewidzieć, aby szkody nie były większe od korzyści. W przeciwnym razie nie wolno rozpoczynać kroków wojennych. Ponadto o wojnie wolno myśleć tylko wtedy, gdy wyczerpano już wszelkie inne środki. Wojna zawsze musi być traktowana jako ostateczność. Święty Tomasz tak streszcza naukę Kościoła o wojnie: „ Prowadzić wojnę to nie kwestia chęci, ale konieczności”. Z tego powodu przed rozpoczęciem wojny trzeba dążyć ze wszystkich sił do tego, aby spór załatwić pokojowo.

Zdaniem św. Tomasza może być nawet słuszna przyczyna do wypowiedzenia wojny, a jednak nie wolno jej wypowiadać, jeżeli nie przewiduje się większych korzyści niż szkód.

Nie stanowi żadnej racji do wypowiedzenia wojny chęć rozszerzenia granic, bo byłby to tylko gwałt i pospolity rabunek. Nie można też uznać za rację wystarczającą „konieczność przestrzeni życia i rozwoju”, bo nie jest sprawiedliwe zabezpieczanie sobie pomyślnego rozwoju kosztem innych.

Nie jest też wystarczającą racje do wypowiedzenia wojny chęć zabezpieczenia się przed przeciwnikiem, chyba że są oczywiste dowody na to, iż ten przeciwnik gotuje się krwawej rozprawy z nami. Wypowiedzenia wojny też nie da się wytłumaczyć chęcią nawrócenia innego kraju.

Rodzi się zatem pytanie o racje wystarczające do wypowiedzenia wojny. Należą do nich: chęć uwolnienia się z niewoli wroga, odebranie gwałtem zabranych ziem, odepchnięcie agresora z granic, które on przestąpił w celach zaborczych, złamanie paktu, itp. Najbardziej stanowczo chyba zganił wypowiedzenie wojny dla zbyt błachych powodów Hugo Grocjusz (1583 – 1645), holenderski historyk, prawnik, filozof i dyplomata, ojciec prawa międzynarodowego. Napisał on trzy księgi o wojnie i pokoju. Nazywa on czymś barbarzyńskim, aby dla błahych powodów chwytać za oręż „bez żadnego szacunku dla Boskiego lub ludzkiego prawa, jakby pod nakazem szału, gotowego na wszelkie bezeceństwa” (Prolog, 28). Grocjusz podaje w jednym lapidarnym zdaniu, kiedy wolno rozpocząć wojnę: „ defensio, recuperatio rerum et punitio… nam ubi iudicia deficiunt, incipit bellum  {obrona, odzyskanie rzeczy, ukaranie… tylko wtedy sprawiedliwe jest rozpoczęcie wojny}” ( Lib. II, cap. I).

Obecnie prawa międzynarodowe dokładnie określają kogo należy uważać za agresora i w jakich warunkach wolno wypowiedzieć wojnę. Zostały również ustanowione sankcje dla napastników.

Normy moralne dotyczące prowadzenia wojny.

O godziwości czy też niegodziwości danej wojny nie decyduje żołnierz, ale jego władza naczelna, a raczej zwierzchnia władza państwa. Najczęściej splot przyczyn wojny jest tak skomplikowany, a nawet otoczony tajemnicą państwową, że do żołnierza należy tylko posłuszeństwo rozkazom. Odpowiedzialność za wojnę i za jej skutki spada nie na jednostki, żołnierzy czy obywateli, ale na tych, którzy kierują rządami państwa. Z tego powodu żołnierz, który by uciekł z pola walki albo bojkotował wojnę czy zarządzenia swoich władz, jest traktowany jako zdrajca i popełnia grzech przeciwko swemu narodowi.

W normalnych warunkach wojny nie wolno prowadzić przeciwko ludności cywilnej. Mówi o tym wyraźnie prawo międzynarodowe. Wyjątkiem może być sytuacja, gdy cała ludność czynnie staje do walki.

Często mówi się o tym, że wojna powinna być totalna i bezwzględna. Zaznacza się, że tajemnicą wielkich wodzów – zwycięzców było to, że używali wszelkich dostępnych rdzenia przeciwnika. Zasada taka jest bardzo mylna i nieludzka.

Wojna sama w sobie jest już wielkim nieszczęściem i powoduje wiele szkód. Jeżeli prowadzący wojnę jest na tyle silny, że da sobie radę z przeciwnikiem, nie powinien używać wszelkich dostępnych mu środków niszczących, ale tylko takich, które są konieczne w danej sytuacji. Ukaranie przeciwnika, to nie to samo, co jego zupełne wyniszczenie. Żądanie i wymuszanie od niego należnej satysfakcji to nie to samo, co odebranie mu zupełnej wolności i zniszczenie biologiczne warunków jego istnienia i rozwoju. Represje są dozwolone tylko o tyle, o ile tego wymaga wina albo bezpieczeństwo.

Po takiej linii poszły również ostatnie konwencje międzynarodowe. W konwencji paryskiej w roku 1856 ułożono niektóre reguły obowiązujące państwa w wojnie morskiej. Deklaracja petersburska z roku 1868 zakazywała używania pocisków wywołujących nadmierne cierpienia, czyli pocisków rozrywających, tzw. Kul dum – dum. Na konferencji brukselskiej w roku 1874 ułożono deklarację praw wojny lądowej. Tą sprawą zajęła się też konferencja haska w roku 189 i w roku 1917. Protokół genewski z roku 1925 dotyczy wojny gazowej i bakteriologicznej, a konferencja genewska z roku 19239 mówi o chorych, rannych i jeńcach wojennych. Protokół londyński z roku 1936 mówi o używaniu łodzi podwodnych. Konferencja genewska  z roku 1949 dotyczy: chorych, jeńców, rannych i traktowania ludności cywilnej.

Japonia zaatakowania Rosję w 1904 roku bez wypowiedzenia wojny. Z tego powodu na Konferencji w Hadze w 1907 roku zawarto umowę, że wojny nie wolno wypowiadać bez uprzedniego ostrzeżenia.

 Jeńcy wojenni dawniej był traktowani jako niewolnicy i wrogowie. Uśmiercano ich lub zamieniano w niewolników. Często  stosowano wymianę lub wykup jeńców. Ostatnią tego rodzaju umową była umowa niemiecko – francuska z roku 1870. Dziś jeńców broni regulamin umowy haskiej z 1907 roku, który został uzupełniony regulaminem III Konferencji Genewskiej z 1949 roku. Jeńców wolno internować, ale nie torturować, aby z nich wydobyć zeznania lub też mścić się. Wolno odbyć sąd na zbrodniarzach, ale zgodnie z prawem. Jeńca nie wolno karać za ucieczkę. Gdy uda mu się ucieczka do obcego państwa, to wtedy ma być wolny. Nie wolno jeńca zatrudnia niewolniczo, źle traktować, itp.

Szczegółowy regulamin odnośnie walki zbrojnej wydała też ONZ określając, kiedy wojna jest niesłuszna, napastnicza, zaborcza, jakie sankcje są stosowane wobec agresorów, itp.

Przeciwnicy wojny

Pismo Święte Starego Testamentu w bardzo wielu miejscach mówi o wojnach, ale nigdy jednak nie wypowiada swojego ostatecznego zdania na ten temat. Mówiąc o nich wypowiada się raczej popularnie i oddaje nastroje, jakie panowały w narodzie izraelskim. Do zwycięskich wojen Żydzi, jak każdy inny naród, odnosili się przychylnie, a nawet entuzjastycznie. Swoich zwycięzców lub obrońców zaliczali do bohaterów narodowych (Mojżesz, Jozue, Gedeon, Dawid, Judyta, itd.). Wojny, które kończyły się klęską narodu albo nawet niewolą, Księgi święte opłakują jako wielkie nieszczęście i klęskę narodową.

Nowy Testament mówi tylko o wojnie duchowej. W tym znaczeniu wypowiada się Pan Jezus: „Nie mniemajcie, że przyszedłem zsyłać pokój na ziemię; nie przyniosłem pokoju, ale miecz” (Mt 10,34).  Cała Ewangelia jest jakby jednym wielkim kazaniem o miłości. Z tej racji, gdyby narody żyły według jej ducha, to wojny byłyby anachronizmem i czymś nie do pomyślenia. Równocześnie żołnierzowi wstępować w szeregi wyznawców Jezusa, a tym, którzy zostali chrześcijanami nie nakazywano wyrzeczenia się służby wojskowej.

W starożytności przeciwnikiem wojny był grecki historyk Tukidydes. Na własne oczy oglądał on okrucieństwa wojny peloponeskiej. Z tego powodu napisał on bardzo surowe słowa pod adresem wojny: „…wojna zaś niszcząc morale, codzienne życie, jest brutalnym nauczycielem, kształtującym namiętności tłumu według chwilowej sytuacji…” (Wojna Peloponeska, Księga III, 82). Umiarkowanym przeciwnikiem wojny był też Cycero. Dopuszcza on wojnę tylko jako ostateczność. Stwierdza, że istnieją dwa sposoby załatwiania sporu: umowa i siła. Pierwsza przystoi ludziom, a druga zwierzętom (De officiis, I).

Dzisiaj idea pokoju zdobywa coraz więcej zwolenników. Wszyscy bowiem doskonale zdają sobie sprawę z tego, że warunkach współczesnej techniki wojna prowadzona totalnie mogłaby doprowadzić do zniszczenia całej ludzkości.

„Pierwszym i najbardziej pilnym obowiązkiem jest czynić wszystko, aby wyjąć spod prawa i odrzucić raz na zawsze wojnę jako sposób rozstrzygania sporów między narodami” (Pius XII – Przemówienie wigilijne w roku 1944). „Zachowując pokój można zachować wszystko; rzucając się w wir wojny, można wszystko stracić” (Pius XII – Apel do świata,  sierpień 1939). „Konflikt wojenny byłby tak straszliwym obłędem, a nowe rodzaje broni sprowadziłyby taką eksterminację, że ziemia zamieniłaby się w jedną bezkształtną pustynie” (Pius XII, Przemówienie na zamknięcie Roku Świętego, grudzień 1950).

Eugenika

Ważność zagadnienia. „Eugenika jest to nauka o dziedzicznym uszlachetnieniu i fizycznym doskonaleniu rasy ludzkiej” (Mała Encyklopedia Powszechna, Warszawa 1959). Jej twórcą jest F. Galton (1822 – 1911), biolog i antropolog angielski. W swoim podstawowym dziele „Inquieres into human faculty” mówi on o ulepszeniu rodzaju ludzkiego. Jednakże problem człowieka nie jest taki prosty i najczęściej wyrywa się on z ram matematycznych liczb.

Do najwięcej dyskutowanych i kluczowych zagadnień należy dziś problem „kontroli urodzin”. Przyczyną tego jest fakt takiego rozmnożenia się rodzaju ludzkiego, że zachodzi poważna obawa, iż niedługo dla ludzi zabraknie miejsca na ziemi; że ziemia nie wyżywi tylu ludzi. Jeżeli dzisiaj głoduje większa część ludzkości, to co będzie za sto lat i później? Socjologowie i ekonomiści nie bez słusznej przyczyny biją na alarm i z lękiem patrzą w przyszłość, bo kto zapewni tylu miliardom ludzi dach nad głową, wyżywienie, zatrudnienie, itd.? Czy można zdać się tylko na losy Opatrzności Bożej? Przecież Bóg dał ludzkości ziemię w zarządzanie, aby na niej mądrze gospodarowała z myślą o swojej przyszłości.

Historia. W dziejach ludzkości już w starożytności spotykamy się z problemem przeludnienia. Księga Rodzaju podaje całe mnóstwo spisów rożnych szczepów i ludów (Rdz 6; 10; 11). Historia powszechna potwierdza, iż w czasach już odległych od nas o całe długie tysiąclecia niektóre części ziemi były tak przeludnione, że stały się terenem nieustannych walk przeróżnych ludów. Tak było z doliną Mezopotamii, z Kanaanem, Egiptem, Małą Azją, a później z Grecją, gdzie na małym skrawku ziemi tłoczyło się mnóstwo państw, zaciekle się zwalczających. Jak rodzono sobie w takich sytuacjach? Obierano wtedy dwie drogi: wojnę albo osiedlane się na terenach mało zamieszkałych. W konsekwencji były to bardzo krwawe walki o ziemie albo wędrówki. Świat stał otworem i czekał na ludzi – zdobywców.

U narodów o wyższej  kulturze spotykamy jeszcze inne zjawisko, które wpływało tamująco na biologiczny rozwój ludności: rozluźnienie obyczajów i rozbicie rodzin. Polegało ono na tym, że użycie i rozkosz postawiono na pierwszym planie. Z tego powodu ideałem rodzin było to, aby nie mieć dzieci, gdyż dziecko jest zawsze ciężarem. Potomstwa wystrzegano się przez powszechne stosowanie środków antykoncepcyjnych, a jeżeli dziecko się już poczęło, to je usuwano i niszczono. W taki to sposób w wielu krajach zahamowano gwałtownie przyrost ludności do tego stopnia, że liczba ludności danych obszarów nie wzrastała, ale zaczęła spadać, aż doszło do tego, że kraje te zaczęły się wyludniać. W takiej sytuacji Oktawian August wydał specjalne prawa zapewniające pomoc państwa, a nawet specjalne przywileje i nagrody dla niewiast, które będą miały przynajmniej troje dzieci.

Do naszych czasów rodzaj ludzki, jako całość,  pomnażał się w liczbę nieustannie. Dawniej nie prowadzono statystyk ludności całej ziemi. Wiemy jednak, że na pewno linia wzrostu szła stale w górę. Dzisiaj ludzkość stoi przed poważnym problemem, bo nie możne wzrastać w liczbie w nieskończoność. Co zatem czynić?

Jako pierwszy to pytanie postawił Jean Antoine de Condorcet (1743 – 1794), filozof i matematyk francuski. Najsilniej jednak na ten temat przemówił anglikański pastor i ekonomista Tomasz Robert Malthus (1766 – 1834) w rozprawie „An essay on the principle of population”. W tej rozprawie Malthus uczył, że ziemi grozi przeludnienie. Jeżeli nie zmniejszą jej rozrostu wojny, występki i klęski, to tak ona się rozpleni, iż nie będzie dla niej miejsca na ziemi. Wykazywał on, że rozmnażanie się ludzkości idzie w postępie geometrycznym, gdy środki żywności wzrastają o wiele wolniej, bo w postępie arytmetycznym. Tak więc liczba ludności na ziemi wzrasta w postępie: 1; 2; 4; 8; 16, itd., a środki utrzymania w postępie: 1; 2; 3; 4; 5; itd. Na skutek tego pisał Malthus: „po 225 latach będzie się miał stosunek ilości ludności do ilości środków utrzymania, jak 512 do 10, po 300 latach jak 4096 o 13, zaś po 2 tys. lat różnica ta byłaby nie do obliczenia, mimo tego, iż produkcja żywności wzrosłaby do niesłychanych rozmiarów” (Zob. ks. J. Piwowarczyk, Biologia czy etyka/, Tygodnik Powszechny z dnia 29 V 1949 roku, s. 1).

Książka ta odbiła się bardzo głośnym echem w świecie, a to samo świadczyło już o tym, że Malthus poruszył niezmiernie żywotny i aktualny problem. Powstał cały szereg dzieł i publikacji na temat populacji. Idąc śladami Malthusa dochodzono do fantastycznych obliczeń, wróżąc ludzkości przeludnienie i śmierć głodową na przestrzeni 1900, czy najpóźniej 1960 roku. Historia jednak wykazała, że Malthus popełnił wiele błędów i że jego obliczenia się nie sprawdziły. Niemniej jednak problem ten nie został rozwiązany.

Neomaltuzjanizm. Malthus jako jedyne wyjście z niebezpiecznej sytuacji zbytniego rozrostu ludzkości proponował dobrowolne ograniczenie przyrostu naturalnego przez wyrzeczenie się małżeństwa, opóźnianie małżeństwa i przez wstrzemięźliwość małżeńską.  Szybko po jego śmierci zaczęły powstawać w świecie związki neomaltuzjańskie proklamujące o wiele bardziej radykalne środki niż te, które wysuwał sam Malthus.

Neomaltuzjanizm a nauka Kościoła. Kościół dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że liczba urodzin musi być jakoś rozumnie regulowana. Nie można przecież mówić o nieograniczonych możliwościach zaludniania ziemi. Katolicki znawca tego problemu, ks. H. Pesch postawił dwie podstawowe zasady. Pierwszą jest to, że liczba i wzrost ludności zależą od ilości żywności będącej w danej chwili do rozporządzenia. Drugą zaś jest ta, że wzrost ludności poza granice zakreślone tą zależnością i obiektywną możliwością bądź niemożliwością zwiększania środków żywności nie może służyć dobrobytowi ludzkości.

Z przytoczonych powyżej  dwóch zasad wynika to, że trzeba normować liczbę ludności do liczby „łyżek”. Na ziemi powinno być tylu ludzi, aby dla wszystkich wystarczyło posiłku; aby każdy mógł się utrzymać i aby nikt nie umierał z głodu. Jeżeli zatem więcej jest ludzi niż środków do utrzymania, to jest w Tm coś niemoralnego, bo w ten sposób skazuje się pewną liczbę ludzi na śmierć.

Co zatem robić, aby tak nie było i jak wybrnąć z tej przykrej sytuacji? Może w końcu trzeba by zacząć nie wydawać tyle na zbrojenie, ale te ogromne środki finansowe przeznaczyć na maksymalne wykorzystanie ziemi. Uczeni twierdzą, że posiadamy jeszcze na ziemi olbrzymie możliwości zupełnie dotąd nie wykorzystane. Mówi się o olbrzymich rezerwach, jakie kryją morza i oceany. Chemiczna fabrykacji potrafi współcześnie w jednej małej kostce zawrzeć więcej kalorii odżywczych niż w wielu kilogramach mięsa i jarzyn. Może niedługo zobaczymy na ziemi inne i nowe sposoby odżywiania się.

Niemniej jednak byłoby naiwnością i prymitywizmem, aby propagować bezmyślną rozrodczość bez względu na to, czy rodzinę stać na utrzymanie dowolnej liczby dzieci i na zapewnienie im przyszłości. Z tej racji Kościół propaguje i zaleca wstrzemięźliwość małżeńską w dniach płodności, jeżeli nie chce się przekazywać nowego życia. Propaguje oraz nakazuje także stan dziewiczości, powstrzymywanie się od wszelkich stosunków płciowych, jak też celibat, czyli życie samotne dla osób wolnych i nie będących jeszcze w stanie małżeńskim. Od swoich sług Kościół żąda celibatu, bo wie ile trosk przysparza rodzina i jej utrzymanie na godziwym poziomie życia. Kościół założył też niezliczone instytuty zakonne, których członkowie zobowiązują się pod grzechem ciężkim nie tylko wyrzeczenia się małżeństwa, ale również wszelkich grzechów cielesnych. Już sam Jezus zachwalał stan dziewiczości dla Rrólestwa Bożego, a Apostołowie zostawili nam przepiękne hymny na cześć dziewictwa (np. 1 Kor. 7).

W każdym czasie i w każdym miejscu Kościół zwalczał tzw. „wolną miłość”, czyli wyuzdanie seksualne. Jedynie w ramach życia małżeńskiego Kościół pozwala na pożycie płciowe. Gdyby wśród wiernych istniała należna karność i gdyby pożycie płciowe odbywało się jedynie w ramach życia małżeńskiego, to ileż by uniknięto przez to poczęć pozarodzinnych, niechcianych, przypadkowych i kłopotliwych.  Ponadto Kościół propagował zawsze wstrzemięźliwość w samym małżeństwie zachęcając swoje dzieci do tego, aby w pewne dni lub okresy (np. Adwent, Wielki Post) umieli złożyć Bogu także ofiarę z przyjemności pożycia małżeńskiego. Zawsze jednak Kościół potępiał takie czyny, które są wbrew samej naturze ludzkiej, a przez to szkodzą poszczególnym ludziom, rodzinom, społeczeństwu i narodom.

Czym kieruje się Kościół w tak twardej i nieugiętej postawie? W odpowiedzi na to pytanie, należy zaznaczyć, iż zawsze chodzi mu na pierwszym miejscu o dobro i szczęście poszczególnych osób, małżeństw i społeczeństw, a w konsekwencji ludzkości. Zawsze akt małżeński powinien odbywać się według praw natury, bo w przeciwnym razie natura ma to do siebie, że „mści się i to powoli na tych, którzy lamią jej prawa”. Natomiast życie według jej praw prowadzi do radości, szczęścia i rozwoju miłości. Na drugim miejscu, według nauki Kościoła, obok szczęścia osobistego małżonków pożycie małżeńskie ma także na celu zachowanie rodzaju ludzkiego, czyli potomstwo. Z tego powodu wszelkie praktyki niezgodne z naturą , czyli np. zabiegi chirurgiczne, okaleczenia i poronienia, połączone czasem z niebezpieczeństwem zakażenia, a nawet śmiercią kobiety – matki są grzechem. Naczelną zasadą lekarzy jest „primum non nocere” (pierwsze nie szkodzić). Tymczasem taki „zabieg” jest zawsze wtargnięciem w żywy organizm ludzki, bez konieczności udzielania mu potrzebnej pomocy. W takim przypadku lekarz usuwa jedno (płód) i rani drugie (matkę).

 

Ponadto Kościół stoi na stanowisku, że w chwili poczęcia Bóg daje embrionowi ludzkiemu nieśmiertelną duszę ludzką. Od tej chwili płód jest osobą ludzką, czyli człowiekiem,  a z tym nie można już dyskutować na poziomie rozumnych argumentów. Dzisiaj często dzieje się inaczej, bo ludzkie rozumy są tak mocno zaciemnione przez różnego rodzaju zniewolenia, że wyłączają normalne i prawidłowe funkcjonowanie jego władz.

 

 

Katecheza 26: „V przykazanie Boże – Kiedy wolno pozbawić życia bliźniego?”

W obronie własnej i bliźniego. Prawo natury nie tylko pozwala na obronę siebie, ale tę obronę nakazuje. Już z pobieżnej nawet obserwacji zwierząt stwierdzamy, że stawiają one bardzo gwałtowny opór i zaciekle bronią własnego życia albo życia swoich najbliższych (np. matka swych młodych piskląt czy szczeniąt). Czy człowiek miałby być w gorszym położeniu od zwierząt?

Życie własne i życie drogich nam osób jest dla nas zawsze bliższe niż życie napastnika. W przypadku, gdy mamy do wyboru między życiem własnym, a życiem bliźnich, to mamy prawo dać pierwszeństwo życiu, które jest nam droższe. Napastnik godząc w ludzkie życie przewiduje, że ta osoba będzie się bronić i życia nie odda za darmo. Wobec tego niejako wyzbywa się swoich praw do własnego życia. Godziwość samoobrony albo obrony osób sobie drogich potwierdza również Pismo św.

Abraham otrzymał pochwałę za to, że stanął w obronie bratanka, którym był dla niego Lot, i stoczył orężną walkę z napastnikami w jego obronie (Rdz 14). Wiele krwawych walk musiał stoczyć Mojżesz z napastnikami, którzy zagradzali mu drogę do Ziemi Obiecanej (Wj 17; Lb 21, itd.). W toczonych bojach otrzymywał on pomoc od samego Boga. Zresztą sam Mojżesz pozbawił życia napastnika, Egipcjanina, w obronie pewnego Żyda., rodaka (Wj 2). Jozue otrzymuje zapewnienie od samego Boga, że będzie przy nim, jak był z Mojżeszem, gdy on będzie mężnie walczył i nie będzie obawiał się żadnych wrogów (Joz 1,5).

Trzeba jednak mocno podkreślić, że nie wolno pozbawić życia agresora, o ile nie ma naprawdę odpowiednio poważnej i proporcjonalnej do tego przyczyny. Wolno zatem odebrać życie bliźniemu tylko w niezmiernie ważnych wypadkach: w obronie własnej lub bliźniego, gdy nie ma innego środka obrony, gdy zagraża niebezpieczeństwo śmierci, poranienia lub okaleczenia, w obronie bytu materialnego oraz czystości (jeżeli wystarczy tylko spłoszyć napastnika, to nie wolno go zabić). Śmierć można zadać tylko w ostateczności. Przy tym pamiętać należy, że samoobrona jest przywilejem, ale nie jest bynajmniej obowiązkiem, a tym mniej przymusem. Można więc z samoobrony zrezygnować i wybrać własną stratę niż szkodę napastnika. W przypadku, gdy chodzi o obronę bliźniego, to obrona może być obowiązkiem, np. obowiązkiem rodziców jest obrona własnego dziecka, choćby nawet z narażeniem własnego życia. Podobnie obowiązkiem jest bronić rodziców i przyjaciół, szczególnie gdy jest nadzieja odparcia agresora.

Społeczność może pozbawić życia jednostkę wybitnie szkodliwą. Święty Tomasz przytacza rację: „Społeczeństwo ludzkie jest ciałem, a pojedyncze osoby jego członkami. Jak wolno odciąć część ciała dla ratowania całego ciała, tak wolno karać śmiercią złoczyńców dla ratowania społeczeństwa” (q 64).

Przez społeczność rozumiemy społeczność rozumiemy jednak społeczność świecką i ziemską. Kościół jako społeczność duchowa nie ma prawa karać nikogo śmiercią. Karę śmierci dla heretyków w ciągu wieków stosowała władza świecka, która w herezji widziała przyczynę zakłócenia porządku publicznego, a nawet często krwawych zaburzeń. W przypadku społeczności piszemy o niej samej, a nie poszczególnych jej członkach. Jednostkom nie wolno zbrodniarzom wymierzać kary śmierci. W takim to znaczeniu Jezus powiedział, że „Wszyscy…, którzy za miecz będą chwytali, od miecza poginą” (Mt 26,52). Prawo to ma jedynie władza danej społeczności.

Jak już zostało zaznaczone przy opisywaniu problemu zabójstwa, Pismo św. pozwala na to, aby zabójca był karany śmiercią (por. Wj 21,12). Stary Testament przewidywał karę śmierci m. in. za następujące grzechy: za złorzeczenie przeciw rodzicom, za bluźnierstwo, za fałszywe świadectwo i za gwałcenie świąt.

Do prawa miecza władzy państwowej czyni wyraźną aluzję św. Paweł (Rz 13,4) i św. Piotr (1 P 2,14).

Kara śmierci jest ochroną społeczności przed jednostką złą i szkodliwą. Trzyma ona także na baczności i odstrasza innych, którzy chcieliby iść w jej ślady. Święty Tomasz tak jeszcze pisze; „Władza świecka ma powierzoną władzę nad społecznością. Jak do lekarza należy prawo odcinania chorych członków dla ratowania całego ciała, tak do władzy państwa należy ścigać przestępców i usuwać ich ze społeczności, jeśli są dla niej niebezpieczni” (q 64).

Zabronione jest jednak prawo „lynchu” (linczu), kiedyś tak bardzo popularne w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, pozwalające za krzywdę, choćby nawet najmniejszą, wyrządzoną przez Murzyna osobie białej, mścić się dotkliwie i karać nawet śmiercią. Z tych samych racji zakazana jest „vendetta” ( powszechna jeszcze do niedawana na Korsyce i w Sardynii), obowiązująca też w niektórych szczepach arabskich. Polega ona na tym, że za zabicie kogoś z rodziny na najbliższych krewnych spoczywa obowiązek ścigania mordercy tak długo, aż się go pozbawi życia. W ten sposób, w niektórych krajach, wymordował się całe rodziny. Kara śmierci wymierzana jednostkom przez społeczeństwo, miała jednak zawsze swoich przeciwników. Stanowczo potępiali ten rodzaj kary waldensi, anabaptyści, a z filozofów Jeremiasz Bentham, Cezar Beccaria, Gyorgy Lucas i inni.

Władza świecka zazwyczaj sama nie wydaje wyroku śmierci na zbrodniarzy, ale ma do tego przeznaczony osobny organ, który nazywamy trybunałem albo sądem. Istnieją również zasady, które określają, kiedy i w jakich warunkach sąd może skazywać winowajcę na karę śmierci:

Nie wolno nikogo skazać na śmierć, jeżeli nie ma się zupełnej pewności co do winy. Odebranie życia komu jest najwyższym wymiarem kary, a więc wina musi być absolutnie pewna i wykazana.

Do skazania kogoś na śmierć wina musi być odpowiednio proporcjonalna do kary, bo w przeciwnym razie wyrządzono by krzywdę skazanemu. Zbyt pochopne szafowanie karą śmierci za byle jakie narażanie się władzy jest niedopuszczalne, chociaż było ono częstym zjawiskiem w rządach tyranów.

Wiele kodeksów karnych zabrania wykonywania wyroku śmierci na kobietach, które są w stanie błogosławionym, dopóki nie wydadzą na świat dziecka. Skazana na śmierć jest przecież matka, a nie można karać śmiercią niewinnego dziecka.

Skazańcowi należy dać czas do pokuty i do moralnego naprawienia swoich zbrodni. Trzeba mu dać też sposobność do tego, aby pojednał się z Bogiem. Tego żąda miłosierdzie chrześcijańskie. Z tego powodu niektóre kraje zniosły karę śmierci kierując się tym, że kara nie powinna mieć na celu jedynie pomstę, ale i poprawę. Winowajcy należy dać czas i sposobność do naprawienia szkód wyrządzonych społeczności. Stąd mówi się o dożywotnich obozach pracy dla tego rodzaju przestępców.

W miarę możliwości należałoby łagodzić rodzaj śmierci. Dawniej skazańcowi starano się samą śmierć uczynić czymś, ci by przypominało piekło, a innych mogło od winy odstraszyć. Silono się zatem, aby śmierć była jak najbardziej okrutna i wymyślna. Często poddawano ofiarę torturowaniu oraz nie szczędzono mąk i przy samej też śmierci: ścięcie toporem, utopienie, powieszenie, spalenie, a były to najłagodniejsze formy śmierci. Bywało, że winowajcę łamano kołem (na kole druzgotano mu kości), że żywcem przypalano, wbijano ofiarę na pal, żywcem ćwiartowano, bito kańczugami do wyzionięcia ducha, obdzierano żywcem ze skóry, wyrywano kleszczami kawałki ciała, wypruwano wnętrzności. W carskiej Rosji dopiero w 1689 roku zniesiono karę zakopywania żywcem, w 1972 roku zniesiono karę śmierci przez wlewanie do gardła wrzącego metalu.

Wymienione kary stosowano za zbrodnie specjalne:, np. zdrada państwa lub króla, ojcobójstwo (matkobójstwo), dzieciobójstwo, wielobóstwo, świętokradztwo, itp. Uważano bowiem, że są pewne zbrodnie, którym zwykłą śmiercią zadośćuczynić się nie da. Dzisiaj jednak prawa wszystkich narodów cywilizowanych uważają, że samo zadanie śmierci jest najwyższym wymiarem kary i panuje dążność do jej złagodzenia, aby sama śmierć nastąpiła błyskawicznie i możliwie bezboleśnie. Przed śmiercią skazaniec wyraża często swoje życzenie, które się wypełnia, o ile one nie są sprzeczne z prawem.

W oparciu o jakieś prawo zwyczajowe w niektórych państwach starożytnych, a także u ludów germańskich, dawni moraliści przyznawali mężowi prawo zabicia żony, jeżeli przychwycił ją na wiarołomstwie. Temu jednak stanowczo sprzeciwiał się św. Tomasz, a papież Aleksander VII potępił to kategorycznie. Była to bowiem bardzo wyraźna dyskryminacja żony. Czy mąż miał mieć większe prawa, a jego grzechy mogły uchodzić bezkarnie?

Jeżeli prawowity sąd może skazać na karę śmierci, to tym bardziej może on skazać na mniejsze kary. Zasady obowiązują takie same, jak te, które zostały opisane powyżej.

W dziejach ludzkości powszechnie stosowano kary ochromienia, czyli mutylacji. W Starym Testamencie ucinano ręce, wyłupywano oczy, itp.: „duszę za duszę (życie za życie, krew za krew), oko za oko, ząb za ząb, ręka za rękę, nogę za nogę, ranę za ranę siniec za siniec” (Wj 21,24 – 25’ Kpł 24,19 – 20, Pwt 19,21).

W państwie frankoński stosowano już od VII wieku kary cielesne, a nawet mutylacyjne, np. obcinanie rąk, nóg, uszu, nosa, języka, itp. Przy tym starano się stosować rodzaj kary do rodzaju przestępstwa, np. za krzywoprzysięstwo karano obcięciem ręki, za bluźnierstwo obcięciem języka.

Podobne kary stosowano i w państwach germańskich już od dawna. Wiemy, że Bolesław Krzywousty kazał pozbawić oczu swego brata Zbigniewa.

We Francji jeszcze w XVI wieku za kradzież karano obcięciem ucha, za kradzież powtórną obcięciem nogi, a na końcu karą śmierci. Jeszcze w XVIII wieku powszechnie stosowane były w Europie następujące kary cielesne: obcięcie lub opalenie ręki, wyrwanie, odcięcie lub przekłucie języka, obcięcie warg, piętnowanie, pręgierz i chłosta.

Najwięcej tortur stosowano przy śledztwach. Opierając się na przekonaniu, że winowajca zawsze kłamie i że tylko torturami można wydobyć od niego prawdę, tortury stosowano powszechnie.  W Austrii jeszcze do 1803 roku stosowano karę pręgierza i chłosty.

Karę chłosty stosowano zawsze i wszędzie. Pismo św. dozwala na jej użycie rodzicom wobec dzieci (zwłaszcza ojcu) i panom wobec sług (czy niewolników). Prawo bicia dane rodzicom jest tak powszechne, że chyba nie ma narodu ani szczepu, w którym by ono nie było przyjęte.

Podobne prawo dawano także pedagogom i wychowawcom. Znane są rzeźby na wazach starogreckich, na których są przedstawione sceny wykonywania na uczniach kary chłosty przez pedagoga.

Karę chłosty na winowajcach spotykamy w historii wszystkich państw. Stosowano ją powszechnie jako najpospolitszy wymiar kary na niewolnikach. Jednak i kara chłosty nie może być stosowana przez kogokolwiek na kimkolwiek. Karzący musi mieć również miarę w karaniu, aby za drobne przewiny nie stosował dotkliwej kary.

Dzisiaj karę chłosty uważa się za karę prymitywną, brutalną i ostateczną w pewnych wypadkach. Współcześnie pedagodzy stanowczo ją potępiają i wykreślają z programu wychowania.

Kiedy wolno narazić własne życie?

Nie istnieje taki przypadek, aby człowiek mógł targnąć się bezpośrednio na własne życie.

Mogą jednak zaistnieć takie sytuacje, w których może on narazić swoje życie. W pewnych wypadkach będzie to nie tylko godziwe, ale nawet obowiązujące w sumieniu, np. wezwanie kapłana do człowieka umierającego na zakaźną chorobę. W takim przypadku kapłan nie może odmówić przyjścia pod pozorem obrony życia, ale ma obowiązek pójść i zaopatrzyć ciężko chorego. To jest obowiązek jego stanu. Święty Alojzy Gonzaga i św. Karol Boromeusz zarazili się i zmarli przedwczesną śmiercią w czasie posługi udzielanej zarażonym. Nasz o. Beyzm i holenderski apostoł trędowatych, o. Damian, zmarli na trąd, bo poświęcili swoje życie dla trędowatych. Bohaterski o. Kolbe ofiarował swoje życie za pewnego ojca rodziny, na którego padł los podzielenia doli dziewięciu współtowarzyszy, skazanych na straszliwą śmierć głodową w bunkrze obozu oświęcimskiego. Swoją postawą o. Maksymilian wprawił w zdumienie nie tylko swoich współtowarzyszy niedoli, ale także hitlerowskich zbrodniarzy, dla których było to czymś niezwykłym.  Jeżeli do życia ludzkiego dodamy jeszcze ratowanie duszy nieśmiertelnej, to już na opisanie tego brakuje zwykłych słów. „Dusza ludzka ma tak wielką wartość, że dla jej ratowania należy poświęcić nie tylko dobra ziemskie, ale nawet życie” – napisał św. Wincenty.

Lekarz ma podobny obowiązek stanu. Musi on iść do chorego, choćby zachodziła poważna obawa, że sam może się zarazić. Straż ogniowa musi spieszyć na pierwszy sygnał, aby ratować ludzi i domy z narażeniem własnego życia. Podobnie jest z policją i ze służbami bezpieczeństwa, które są wszędzie tam, gdzie zakłócony jest porządek publiczny, choćby z narażeniem własnego życia. Gdyby w takich wypadkach ktoś stchórzył, byłby pociągnięty do odpowiedzialności.

 Nie da się wymienić wszystkich ludzi, którzy oddali swoje życie w obronie bliźniego nawet w przypadkach, w których nie mieli specjalnego obowiązku narażać się na śmierć, ratując tonących, w czasie pożarów, broniąc w ostatniej chwili przed wypadkiem.

Istnieją specjalne stowarzyszenia, które mają na celu spieszenie z pomocą ludziom zagubionym w górach, na pustyniach, na morzu czy tym, którzy ulegają jakimkolwiek wypadkom. Funkcjonuje również międzynarodowe prawo, że każdemu człowiekowi należy przyjść z pomocą bez względu na wyznanie czy narodowość. Istnieją też alarmowe sygnały (np. SOS), które mobilizują wszystkich do udzielenia pomocy.

Do tej listy trzeba doliczyć ludzi, którzy narażali wspaniałomyślnie i oddali swoje życie w obronie Ojczyzny albo jako męczennicy w obronie wiary. Takich nazywamy zwykle bohaterami, bo trzeba na to nie lada hartu woli i umiłowania ideałów, aby dla nich oddać największy skarb: własne życie.

Pan Jezus stanowczo żąda od swoich wyznawców wierności posuniętej nawet do oddania życia, gdy zajdzie taka potrzeba: „A kto by stracił swe życie dla mnie, znajdzie je’ (Mt 16,25). „A każdy, kto by opuścił dom, braci, siostry, ojca, matkę, żonę, synów, rolę dla imienia mego, stokroć więcej otrzyma i żywot wieczny odziedziczy” (Mt 19,29).

Jeden z męczenników machabejskich tak się odezwał do Antiocha: „Gotowiśmy raczej umrzeć, niż Zakon Boży przestąpić” (2 Mch 7,2). Matka machabejska pocieszała swoich synów tłumacząc im, że Bóg, który dał im życie, potrafi również ich życiem wiecznym nagrodzić, jeżeli oni wspaniałomyślnie złożą dla jego praw ofiarę ze swojego życia (2 Mch 7, 22 – 23).

Rodzi się dodatkowe pytanie o to, czy wolno narażać swoje życie wtedy, kiedy człowiekowi grozi najprawdopodobniej śmierć, a w ucieczce, która jest tym zagrożeniem życia, ma tylko maleńką iskierkę ocalenia? W takim przypadku należy stwierdzić, że tak. Tak czynili ci, którzy uciekli z hitlerowskich transportów wiozących ludzi na straszliwą i niechybną śmierć. Dobrze czyni i ten, kto skacze z okna w czasie pożaru, gdy nie ma innej drogi wyjścia z płonącego i walącego się już domu.

Wyczyny cyrkowe, popisy akrobatyczne, popisy z tresurą dzikich zwierząt traktuje się jako rzeczy dozwolone. W takich przypadkach bardzo rzadkie są wypadki śmierci, gdyż ci ludzie są zawodowo przygotowani do tych imprez, bo przez lata ćwiczeń nabyli niezwykłej zręczności, a w związku z tym nie ponoszą wielkiego ryzyka. Dodać trzeba, że tego rodzaju ćwiczenia mobilizują w człowieku niezwykłe siły i energie, ćwiczą wolę i wyrabiają wiele cnót. Nie jest to zatem bezmyślne igranie z życiem, choć na pierwszy rzut oka tak się wydaje. Wyjątkiem byłoby rzeczywiste zaniedbanie przygotowań, ćwiczeń, koniecznych środków ostrożności, zbytnia brawura dla poklasku, bo wtedy trudno byłoby usprawiedliwić takie postępowanie. Dowodem na to, że tego typu zajęcia są „dozwolone” jest fakt, że Kościół nigdy ich wprost nie potępił, chociaż faktem jest, iż odnosił się do nich z wielką rezerwą.

Tym bardziej godziwe jest polowanie na dzikie zwierzęta, udawanie się w niebezpieczną drogę w celach odkrywczych, zdobywanie szczytów, itd. Dzięki takim właśnie ludziom udało się zdobyć nieomal cały świat, odkryć bieguny i głębie oceanów, oznaczyć najwyższe masywy górskie, marzyć o zdobywaniu przestrzeni. W takich przypadkach obowiązuje jedna zasada: „im większe niebezpieczeństwo, tych większych trzeba użyć środków zabezpieczenia; im wyprawa jest poważniejsza, tym lepiej trzeba się do niej przygotować”. Do tego typu rodzaju imprez niebezpiecznych, a jednak pożytecznych zalicza się dziś przeróżnego rodzaju wyczyny i zawody sportowe. Kosztują one nieraz wiele ogromnego napięcia nerwów, zużywają masę energii ludzkiej, a nawet czasem kończą się kalectwem, a może i śmiercią (np. wyścigi na wszelkich pojazdach mechanicznych, sankach, nartach, boks, itp.). Jednak nikt nie stwierdzi, aby one były czymś złym.

Wysiłek dziesiątków tysięcy ambitnych olimpijczyków podniósł możliwości ludzie do niepojętych wprost rozmiarów. Wierzyć się nie chce, że współczesny człowiek osiągnął takie wyniki w biegach, skokach, podnoszeniu ciężarów i we wszystkich dziedzinach kultury fizycznej.

Natomiast z całą mocą trzeba podkreślić, że czymś godnym potępienia byłaby bezmyślna i ślepa brawura, osiąganie rekordów za wszelką cenę połączone z brakiem zachowania środków ostrożności lub ograniczone do brutalnego współzawodnictwa. Trudno jest też nazwać czymś rozumnym i pożytecznym zawody: kto więcej zje; kto więcej wypije; kto dłużej potrafi mówić; kto dłużej będzie grał, itp.

Zagadnienie życia „niepotrzebnego”.

Słowo „niepotrzebnego” zostało umieszczone w cudzysłowie. Nie ma bowiem na ziemi nigdy, jeżeli chodzi o człowieka, życia niepotrzebnego. Czyjeś życie może być wprawdzie pewnym ciężarem dla rodziny  albo społeczeństwa, ale przecież zawsze życie ludzkie przedstawia wartość i znaczy więcej niż brak życia, niż śmierć.

O życiu „niepotrzebnym” mówią tylko ludzie wyzuci z wszelkich uczuć moralnych. Zaliczają oni do ludzi niepotrzebnych, zawadzających, tamujących  rozwój społeczności, a nawet szkodliwych, wszelkiego rodzaju jednostki kalekie fizycznie lub psychicznie niedorozwinięte, upośledzone, okaleczałe.

W historii powszechnej spotykamy się z tym, że np. w Grecji i w starożytnym Rzymie zniedołężniałych starców niekiedy dobijano; że dzieci – niemowlęta niepotrzebne lub kalekie strącano ze skał (np. znana skała Tarpejska w Rzymie, skały Tajgetu w Sparcie). Prawo Likurga w Sparcie pozwalało zabijać „niepotrzebne” i ułomne dzieci. Nawet Platon pochwalał to w swoim „Państwie”. Prawo XII Tablic w Rzymie również pozwalało na zabijanie dzieci ułomnych. Herodot wspomina o zabijaniu starców w czasie głodu, aby zaoszczędzić żywności. Znane też są przypadki zabijania rannych w czasie przemarszów wojsk.

Z rozporządzeniem masowego zabijania dzieci spotykamy się po raz pierwszy w Księdze Wyjścia: „Potem do położnych u kobiet hebrajskich… powiedział król egipski te słowa; Jeśli będziecie przy porodach kobiet hebrajskich, to patrzcie na płeć noworodka. Jeśli będzie chłopiec, to winniście go zabić…” (Wj 115 – 16). Względy polityczne dyktowały faraonowi nakaz mordowania w obawie, aby naród żydowski zbytnio się nie rozrósł.

Były to jednak zjawiska rzadkie i sporadyczne, bo w samej naturze ludzkiej istnieje naturalny i zdrowy odruch na tego rodzaju gwałt. Jeżeli ktoś i tak już został pokrzywdzony, to dlaczego jeszcze więcej go krzywdzić? Gdzie jest takie prawo, aby niewinnego człowieka wolno było pozbawić życia tylko dlatego, że jest bezbronny i słaby? I nic nie znaczy fakt, że może ktoś sam o to prosi, bo nie może znieść swego niedołęstwa. Ile by to pociągnęło za sobą nadużyć! Rozkaz mordowania wszelkich „istot niepotrzebnych” na masową skalę wydał Hitler dekretem z dnia 01 września 1939 roku. Na mocy tego dekretu mieli być mordowani wszyscy epileptycy, schizofrenicy, umysłowo chorzy, starcy niezdolni do pracy i kryminaliści. Wszystkie szpitale były obowiązane podać wykaz swoich pacjentów i osobne listy przeznaczonych na zagładę.

Masowe mordowanie przeprowadzano w obozach koncentracyjnych, wyniszczając w ten sam sposób miliony osób celem, jak to stwierdzały ówczesne pisma rządowe, „likwidacji wszelkich elementów niegodnych życia”.

Mamy przecież nie takie znów rzadkie przypadki, że kalecy doskonale radzą sobie w życiu (głuchoniemi, nawet niewidomi) i są pożyteczni swojemu społeczeństwu. Kalekami zostają często ci, którzy dzielnie walczyli obronie Ojczyzny albo poświęcili się dla bliźnich. Czy ci ludzie mogliby spodziewać się za swoje bohaterstwo śmierci od tego samego społeczeństwa, dla dobra którego się poświęcili.

Historia Sparty przekazuje, że Agesilaos urodził się jako ułomne dziecko i miał być strącony ze skał Tajgetu. Swoje ocalenie zawdzięczał temu, że ktoś wziął go na wychowanie i ukrył. W późniejszym czasie został on królem Sparty i bohaterem narodowym. Wiadomo również, że ojciec Beethovena był alkoholikiem, a sam kompozytor cierpiał bardzo na postępującą głuchotę.  Ojciec Goethego był schizoidalnym psychopatą, jego siostra Kornelia cierpiała na ciężką depresję, a syn zaś Augustyn był prawie debilem. Abraham Lincoln, prezydent Stanów Zjednoczonych, pochodził z dziedzicznie obciążonej rodziny.  Juliusz cezar oraz Napoleon I byli epileptykami. Także słynny wódz rzymski Narses był kaleką.

Podobnych dowodów na to, jak bardzo trzeba być ostrożnym, aby pewnego rodzaju ludzi nie zaliczać do „niepotrzebnych” lub nawet szkodliwych dla społeczności ludzkiej, można by przytaczać setkami, ale nie ma w tym miejscu takiej potrzeby.

 

 

Katecheza 25: V przykazanie Boże  - Grzechy przeciwko fizycznemu życiu człowieka

Zabójstwo. Z grzechem zabójstwa spotykamy się już na pierwszych stronach Biblii, które opisują początki ludzkich dziejów. Już Kain, syn Adama, popełnił zbrodnię bratobójstwa. Od tamtej chwili ponury cień Kaina przesuwa się poprzez dzieje rodzin, plemion i narodów.

Morderstwem (mordem) nazywamy niesprawiedliwe odebranie życia bliźniemu. Specjalnie dodajemy słowo „niesprawiedliwe”, gdyż są wypadki, w którym odebranie życia bliźniemu jest usprawiedliwione.

Jeżeli człowiek nie jest panem własnego życia, a tym bardziej nie może samowolnie dysponować życiem drugiego człowieka. Niesprawiedliwe pozbawienie życia drugiego człowieka zawsze i wszędzie zaliczano do najcięższych grzechów, kwalifikując je do zbrodni. Obierając życie drugiemu, wydziera się mu wszystko: szczęście, rodzinę, majątek. W przypadku, gdyby zamordowany był w stanie grzechu ciężkiego, to pozbawia się go możliwości nawrócenia, a więc wydziera mu się całą szczęśliwą wieczność i skazuje się go na wieczne męki.

Jeżeli jeszcze do powyższego stwierdzenia dodamy fakt, że niezmiernie rzadki jest przypadek, aby człowiek żył sam jeden tylko, a tym samym nie zostawiał rodziny, krewnych i przyjaciół; że może jest on jedynym dzieckiem i nadzieją rodziców albo jedynym żywicielem rodziny, to przyznać musimy, że zabójstwo jest nie tylko występkiem w stosunku do osoby – jednostki, ale jest również zbrodnią społeczną, bo w swoich skutkach dotyczy ono pewnej grupy społecznej.

Już sam lęk, jaki człowiek odczuwa na myśl o możliwości zejścia z tego świata z rąk mordercy, najlepiej świadczy o tym, jak ciężka jest to zbrodnia. O tym, że zabójstwo należy do najcięższych grzechów przeciwko bliźniemu, świadczą surowe kary, jakimi zawsze ścigano zabójców. Prawo Mojżesza przewidywało śmierć dla zabójców. „Ktokolwiek by wylał krew człowieczą, będzie wylana krew jego” (Rdz 9,6). „Kto uderzy człowieka chcąc go zabić, niechaj śmiercią umrze” (Wj 21,12).  Zatem nawet za nieudany zamach w Biblii jest przewidziana kara śmierci. W przypadku zabójstwa Nawe prawo azylu musiało być zawieszone, aby zbrodniarz otrzymał należną mu zapłatę: „Jeśliby zaś ktoś posunąłby się do tego, że bliźniego zabiłby podstępnie, oderwiesz go nawet od mego ołtarza, aby ukarać śmiercią” (Wj 12,14).

Pismo św. nazywa zabójstwo grzechem wołającym o pomstę do nieba. I słusznie, bo zamordowany ma zamknięte usta i nie może wołać oraz dopominać się kary na krzywdzicielu, ale za niego woła do Boga jego krew niewinnie przelana. „Rzekł Bóg: Cóżeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie” (Rdz 4,10 – 11).

Nawet gdyby śmierć człowieka spowodował zwierzę, to ono w Prawie Mojżesza musiało ono być zabite: „Jeśliby wół pobódł mężczyznę lub kobietę tak, iż ponieśliby śmierć, wówczas wół musi być ukamienowany, lecz nie wolno spożyć jego mięsa..” (Wj 21,18). Św. Paweł pisze, że „…mordercy nie posiądą Królestwa Bożego” (Gal 5,19 – 22).Święty Jan grozi mordercom, że ich udziałem będzie: „jezioro ogniem i siarką gorejące „ (Ap 21,8).

Biblia piętnuje również jako karygodne bezprawie mordy rytualne: „Ktokolwiek z synów Izraela albo spośród przybyszów, którzy osiedlili się w Izraelu, da jedno ze swoich dzieci Molochowi, będzie ukarany śmiercią” (Kpł 20, 1 – 2). W przypadku Abrahama stanowczy zakaz anioła wskazuje na to, że żądanie ofiary z syna było jedynie próbą jego wiary, której poddał go Bóg (Rdz 22).

Nie można też pochwalić krwawej ofiary z dziecka, którą złożył Bogu Sędzia Jefte. Była w niej nie tyle wola Boga, ile ignorancja wodza narodu, bo przecież Bóg takiej ofiary by nie żądał.

Najstarszy kodeks świata, Kodeks Hammurabiego, przewiduje śmierć za śmierć. Tak też było we wszystkich znanych nam prawach państw. Mojżesz, chociaż był ulubionym faworytem faraona, jednak musiał uciekać w obawie kary śmierci za to, że w gniewie zabił Egipcjanina (Wj 2, 12 – 15).

W starym prawie frankońskim za zabójstwo karano „kołem”, czyli śmiercią łamania kości na kole, albo ścięciem.

Grzech zabójstwa sam w sobie jest zawsze grzechem bardzo ciężkim, ale i on może mieć swoje stopnie w zależności od tego, kogo się morduje i w jakich okolicznościach. Grzech ojcobójstwa, matkobójstwa na pewno zawsze będzie większą zbrodnią niż pozbawienie życia innego człowieka lub nawet wroga Specyficzną też wagę miał zawsze mord dokonany na osobie panującego. Świętokradztwem  prawie jest zabójstwo osoby Bogu poświęconej, zakonnej lub kapłana, jako dodatkowa obraza samego Boga. Jak wielką musi być nienawiść Boga, skoro ktoś jest zdolny posunąć się aż do mordowania Jego sług.

Kto jako zawód obiera sobie mordowanie niewinnych ludzi (wszelkiego rodzaju: rabusie, opryszki, dozorcy obozów koncentracyjnych), ten zdradza nie tylko rysy mordercy, ale również i wykolejeńca. Zazwyczaj w takich przypadkach społeczeństwo samo we własnej obronie ściga tego rodzaju szkodników publicznych i tępi ich, stosując nawet w pewnych przypadkach doraźne, czyli natychmiastowe sądy, aby się uwolnić od niebezpiecznej plagi.

Morderca jest zobowiązany do restytucji, czyli do wynagrodzenia wyrządzonej krzywdy. Pewnym jest, że krzywdy tej nie zdoła wynagrodzić swojej ofierze, bo jej nie możne już ożywić. Powinien on wynagrodzić krzywdę tym, którzy z powodu śmierci danej osoby ponieśli szkodę: np. małżonce, dzieciom zabitego, itd. Jeżeli zabójstwo się nie udało, bo ofiarę uratowano, to zabójca zobowiązany jest pokryć wszystkie koszty jej leczenia. Jeżeli zaś osoba ta została kaleką, morderca winien dać jej oraz tym, których dotąd utrzymywała, utrzymanie.

Samobójstwo. Sam Pan Jezus często podkreślał, że człowiek nie jest absolutnym panem tego, co posiada, ale jest tylko dzierżawcą i administratorem darów otrzymanych od Boga. Najlepiej zobrazował to w przypowieściach o dzierżawcach, o włodarzu, o talentach. To odnosi się do wszystkich darów, jakie człowiek posiada, a szczególnie do daru życia. Zresztą już autor Księgi Mądrości napomina: „Ty bowiem, Panie, życie i śmierć masz w swojej mocy, przywodzisz do bram śmierci i wywodzisz” (Mdr 16,13). Święty Paweł idzie jeszcze dalej: „Nikt bowiem z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera. Bo jeżeli żyjemy, dla Pana żyjemy” (Rz14,7).

Samobójstwo jest grzechem przeciwnym naturze, bo nie widzimy, aby zwierzęta same sobie odbierały życie. Każda istota żyjąca na ziemi za wszelką cenę broni swojego życia. Zdarzają się przypadki, iż zwierzęta słabe i bardzo płochliwe, doprowadzone do ostateczności, stawiają gwałtowny opór znacznie silniejszemu przeciwnikowi, aby  ocalić życie.

Rzeczą bardzo tragiczną jest sytuacja, gdy człowiek sam przecina pasmo swego życia. W takim przypadku, gdy jeszcze pomyślimy, na jakie naraża się nieszczęście w wieczności, umierając najprawdopodobniej w grzechu śmiertelnym. Jeżeli bowiem możemy mieć wątpliwości, co do osób zabitych z cudzej ręki czy może nie mieli łaski uświęcającej, to gdy chodzi o samobójcę, to jest to nieomal rzeczą przesądzoną. Grzech samobójstwa jest grzechem ciężkim i trudno jest pomyśleć, aby ktoś popełniwszy go zupełnie świadomie nie był o tym przekonany. To jednak nie przesądza, że w pewnych konkretnych okolicznościach, gdy zgon nie nastąpi zaraz, samobójca oświecony łaską Bożą nie pojedna się z Bogiem przez żal doskonały. Kto by więc śmiał targnąć się na własne życie, nie tylko łamałby wyraźny nakaz Boży: „Nie zabijaj”, ale też popełniłby grzech przeciwko własnej naturze, pozbawiając się życia i narażając na wieczne męki potępienia.

Samobójca wyrządza wreszcie krzywdę także osobom trzecim przez dane zgorszenie, poprzez różne domysły, które mogą ich zniesławić, a w końcu pozbawiając ich swojej pomocy materialnej czy moralnej.

Ktoś może mieć pretensje, że Kościół tak surowo traktuje osoby, które już za życia miały wiele tragizmu i, że z góry je skazuje na nowe, wieczne męki. W takim przypadku zachodzi jednak duże nieporozumienie. Kościół nie skazuje samobójców na piekło, ale stwierdza jedynie, że oni sami poważnie na nie się narażają. Obrońcy samobójców często usprawiedliwiają samobójstwo tłumaczeniem, że życie dla nich stało się nieznośne; że cierpienie, które ich spotkało, było nie do zniesienia. Trzeba by zapytać takich ludzi o to, jak zniosą oni nieporównywalnie większe cierpienia wieczne, jeżeli nie mogli znieść cierpień i nieszczęść chwilowych i przejściowych?  Inną jest sytuacja, gdy nieszczęście człowieka jest tak wielkie, że wprost odbiera mu rozum i doprowadza go do takiego rozstroju nerwowego, iż nie wie on, co czyni. Wtedy winę samobójstwa można wytłumaczyć niepoczytalnością. Jednak nie do pomyślenia jest, aby człowiek świadomie, przy zdrowych zmysłach sam targał się na swoje życie. Żadna przyczyna takiej krzywdy sobie wyrządzonej nie zdoła usprawiedliwić.

Z historią samobójstwa spotykamy się również w Biblii. Saul, który tyle razy czyhał na życie Dawida, który zamordował arcykapłana i osiemdziesięciu kapłanów, obawiając się wpaść w ręce swoich śmiertelnych wrogów, haniebnie odbiera sobie życie (1 Krl 31). Odrażająco też opisana jest przez Ewangelistów śmierć Judasza.

Z samobójstwem spotykamy się dość często  i w historii powszechnej narodów. W starożytnej Grecji starcy pozbawiali się życia na wyspie Kleos, aby nie być ciężarem dla innych. Na wyspie Leukas samobójstwo popełniali zawiedzeni kochankowie. Eurypides wyraźnie zachwala samobójstwo, Ci, z których świat nie ma pożytku, powinni sami usunąć się z niego, a nie zawadzać innym.

W starożytnym Rzymie było ono uważane za pewien rodzaj bohaterstwa. W pewnych przypadkach nakazywano samobójstwo jako pewien rodzaj honorowego wyjścia i jako najbardziej „ludzki” sposób usuwania niewygodnych rywali czy przeciwników. Sokrates otrzymał wyrok sądu, że ma zażyć truciznę. Podobny wyrok od Nerona otrzymał Seneka, głośny filozof rzymski.

Powstaje problem, czy taki wyrok pochodzący z wyroku prawa sprawiedliwego, a odnoszący się do zbrodniarza, mógłby być wykonany? To znaczy, czy w takim przypadku zbrodniarz i skazaniec mógłby sam odebrać sobie życie, aby uniknąć procesu, rozgłosu, publicznej kompromitacji, itp.?

Zdaniem Billuarta, św. Alfonsa Ligurio i innych moralistów nigdy nie można sobie samemu odbierać życia nawet i w takim wypadku. Zasada jest bowiem jedna i ogólna: sam sobie nikt nie może odbierać życia. Jednak, np. Prummer przychyla się do zdania tych, którzy twierdzą, że w takim przypadku można to uczynić, gdyż to nie sam skazaniec decyduje o swoim życiu, ale sąd, który wydał wyrok śmierci i który może w każdej chwili wykonać go przez kogo zechce.. Kto sprawiedliwym wyrokiem został skazany na śmierć, wykonując na sobie akt śmierci jest tylko w tym wypadku wykonawcą prawa i działa jako czynnik sprawiedliwości. Sam jednak Prummer ten rodzaj śmierci nazywa okrutnym.

Według statystyki, opublikowanej przez ONZ w połowie XX wieku, w tamtym okresie w 25 krajach na ziemi na 100 tys. mieszkańców przypadało średnio 17 samobójstw. Na miliard ludzi liczba ta wynosiła aż 170 tys. rocznie. W całości więc ta liczba jest bardzo wielka. Największą liczbę samobójstw odnotowano w Japonii, Danii, Austrii, Szwajcarii. Najmniejszą zaś w Irlandii, Chile, Szkocji i Hiszpanii.

Ciekawą rzeczą byłoby wyczerpujące zbadanie tego, jakie są przyczyny samobójstwa. Takich badań było sporo i chociaż są one niekompletne, to jednak rzucają sporo światła na to zagadnienie. Do zarejestrowanych najczęściej przyczyn należą: choroby nerwowe, rozluźnienie obyczajów oraz filozoficzno – religijne nastawienie do życia doczesnego, czasem sankcjonujący je zwyczaj (np. w Japonii – harakiri).

Dzisiaj, w dobie niespotykanego nagromadzenia przeróżnych bodźców, wrażeń i przeżyć psychicznych, wobec niesłychanie szybkiego tempa życia, człowiek stał się nadmiernie wrażliwy i nerwowy. Nie dziwi zatem rozwój wszelkiego rodzaju nerwic oraz to, że ten czy ów tego nie wytrzymuje i kończy gwałtowną depresją psychiczną lub szokiem nerwowym, który go doprowadza do samobójstwa.

Opisywanej zbrodni sprzyja powszechne rozluźnienie obyczajów. Sybaryta życiowy, który przedwcześnie wyssał z życia wszystko, co tylko mógł, to człowiek bez ideałów i wyższych planów, który nudzi się i przed sobą widzi tylko pustkę. W przypadku, gdy dotknie go jakieś nieszczęście, wtedy kompletnie się załamuje i tragicznym aktem kończy swoje bezbarwne życie. Powieść Sagan pt. „Witaj smutku” jest typowym tego przykładem. Ta pisarka opisuje w niej życie wielkiej liczby młodzieży na Zachodzie: zblazowane, znudzone, egoistyczne, przesycone rozpustą i bezideowe. Jej udziałem jest smutek, nieznośne rozdarcie serca. Z takiego stanu rzeczy jeden tylko krok do tego, aby znaleźć „ocalenie” w samobójstwie.

Jeżeli do tego stanu dołożymy jeszcze książki, radio, telewizję, filmy, internet, które bardzo często gloryfikują nihilizm i zalecają samobójczy koniec, to trudno jest się dziwić, że w takiej atmosferze występek samobójstwa staje się czymś pospolitym.

W końcu samobójstwu sprzyjają niektóre systemy filozoficzno – religijne. W starożytności samobójstwo było uznawane jako zjawisko normalne, czasem nawet jako bardzo honorowe wyjście z przykrej dla siebie sytuacji, np. ktoś naraził się panującemu władcy i obawiał się, że wpadnie w jego mściwe ręce; popełnił jakieś publiczne nadużycie lub czyn zupełnie go kompromitujący; zawiódł się na czyjejś miłości lub zaufaniu; spotkało go jakieś nagłe nieszczęście, zagrażające ruiną rodziny czy nawet rodu, itd.

Stoicy i epikurejczycy z zasady samobójstwo uważali za rzecz godziwą. Gnostycy i manichejczycy z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzisiaj jeszcze sekty niektórych ascetów bramińskich czy buddyjskich w materii i w ciele ludzkim widzą źródło wszelkiego zła. Z tego powodu propagują różne sposoby poskramiania ciała, a nawet samobójcze wyzwolenie z jego niewoli duszy, skazanej inaczej na męki.

Lekkomyślne narażanie życia. Istnieje niezliczona wprost liczba przypadków, w których człowiek nie wprost, ale jednak faktycznie staje się zabójcą albo samobójcą. Większość ludzi jest bardzo daleko wrażliwa i nigdy nie posunęłaby się do zbrodni zabójstwa lub samobójstwa, ale równocześnie zachowuje się dziwnie lekkomyślnie i bezmyślnie, gdy chodzi o pewne sytuacje, w których dość łatwo można stracić swoje życie lub narazić życie innych ludzi. Dla przykładu wymienimy kilka przypadków jako ilustrację powyższego stwierdzenia.

Chyba do dzisiaj nie policzono dokładnie i nie podano w liczbach, ile dzieci, a nawet dorosłych, zginęło w naszym kraju albo zostało kalekami z powodu nierozumnego bawienia się niewypałami, jakie pozostały po ostatniej wojnie. Pomimo ciągłych ostrzeżeń plaga ta pozbawiła życia i okaleczyła ogromną liczbę dzieci i dorosłych.

Zbyt rzadko myślimy o tym, co dzieje się na naszych drogach i szosach. Warto by podliczyć, ilu ludzi pozbawiło się przez to życia lub zdrowia. Wypadki drogowe (lądowe, wodne i powietrzne) pochłaniają na świecie rocznie setki tysięcy ofiar ludzkich i czynią więcej spustoszenia niż niejedna wojna. Bardzo adekwatną nazwą lekkomyślnych kierowców jest słowo „pirat drogowy”.

Pracownicy wielu fabryk odpowiadają w swoich sumieniu za to, że z powodu ich niedbalstwa wychodzą maszyny z technicznymi błędami, które później stają się przyczyną nieszczęśliwych wypadków. Najczęstszą chyba przyczyną wypadków są sami kierowcy przez to, że prowadzą pojazdy w stanie nietrzeźwości, lekceważą przepisy drogowe, nie otaczają swoich pojazdów należną troskliwością o ich stan techniczny, itd. Lekkomyślne zabawy są również częstą przyczyną śmierci lub kalectwa. Bardzo często zimą młodzi chłopcy, ale nie tylko, wchodzą na warstwę cienkiego lodu pokrywającego stawy lub rzeki albo latem zażywają kąpieli w miejscach niepewnych i niebezpiecznych. Zbyt rzadko liczymy ofiary, które pochłonęła woda. Jeżeli ktoś wie i przewiduje, że grozi mu albo innej  osobie niebezpieczeństwo, poważne kalectwo lub utrata życia, a jednak naraża siebie lub innych, to popełnia grzech ciężki. W razie nieszczęścia lub szkody wyrządzonej osobom trzecim jest zobowiązany do restytucji na podstawie cnoty sprawiedliwości. Grzeszy także ciężko ten, kto żąda od pracownika sobie podległego wykonania pracy bardzo niebezpiecznej, a nie stara się o to, aby go uchronić od wypadku i zapewnić mu należne bezpieczeństwo. Z tego powodu państwo wyznacza osobne kontrole, które mają na celu zbadanie teo, czy warunki higieniczne i zdrowotne w danym zakładzie są przestrzegane i czy pracownik jest zabezpieczony od wypadków. W miejscach chorób zakaźnych obowiązują surowsze przepisy sanitarne (szpitale, ambulatoria, sanatoria, itp. W fabrykach wyrobów chemicznych i gazów zakłada się specjalne maski, a nawet ubrania. W kamieniołomach, hutach i kopalniach obowiązuje surowa dyscyplina. Pomimo tak wielkiej czujności i rygoru nadal zdarza się wiele wypadków. Trudno jest nawet pomyśleć o tym, co by było, gdyby nie stosowano żadnych środków ostrożności i gdyby tych wykroczeń nie ścigano sankcjami surowych kar.

Szkodzenie własnemu zdrowiu i okaleczanie się. Powyżej zostało napisane o lekkomyślnym narażaniu swojego lub cudzego życia. W tym przypadku chodzi o wypadki ranienia i okaleczenia siebie albo innych.

Pod grzechem ciężkim nie wolno jest okaleczać ani siebie ani innych osób bez dostatecznie poważnych powodów. Jeżeli człowiek nie jest panem swojego życia, to nie może lekkomyślnie go sobie ani innym nie tylko odbierać, ale też okaleczać. Każde okaleczenie jest gwałtem zadanym naturze i fatalnie się odbija na zdrowiu i ludzkim życiu. Z tego powodu grzeszyłby ciężko ten, kto by w gniewie kaleczył siebie albo bliźniego. W tym drugim przypadku jest zobowiązany do restytucji. Grzechem ciężkim jest kaleczenie siebie po to, aby uniknąć służby wojskowej. Normalnie służba wojskowa jest obowiązkiem każdego obywatela i uchylanie się od niej stanowi grzech przeciwko własnej ojczyźnie.

Wolno jest jednak dopuścić do okaleczenia w przypadku, gdy chodzi o ratowanie życia, np. we wszystkich zabiegach chirurgicznych i operacyjnych.

Specyficzną formą okaleczenia się jest kastracja. Kastracja, zwana inaczej trzebieniem lub sterylizacją, czyli wyjałowieniem, polega na usunięciu narządów płciowych, rozrodczych, albo na ich zniszczeniu, aby były niezdolne do rodzenia. Tego zabiegu dokonuje się przez chirurgiczne wycięcie narządów rozrodczych względnie naświetlenie ich promieniami Roentgena, a wtedy następuje wyjałowienie, czyli zanik funkcji rozrodczych. Osobnika pozbawionego narządów płciowych, rozrodczych i niezdolnego do rodzenia potomstwa, nazywamy kastratem albo eunuchem. O eunuchach słyszy się wiele w starożytności. Najczęściej przebywali oni na dworach. Pozbawieni oparcia we własnej rodzinie byli całkowicie zależni od panującego, a tego powodu ślepo mu wierni. Panujący był też spokojny o swoje żony i nałożnice, ponieważ eunuchowie nie czuli pociągu do płci odmiennej.

Od czasów humanizmu aż nieomal do XIX wieku modne było kastrowanie chłopców, aby zachować ich dziecięcy głos (sopran, alt) do końca życia i popisywać się nim w różnych występach chórów koncertowych, operowych czy teatralnych. Przez długie wieki do chórów nie były dopuszczane kobiety. W czasach II wojny światowej hitlerowcy wysunęli pomysł masowej sterylizacji własnej ludności dla zachowania czystości rasy oraz ludności podbitej dla biologicznego wyniszczenia narodów.

Na końcu wspomnieć należy również o ascetach, którzy propagowali kastrację dla uchronienia się od pokus i grzechów nieczystych oraz dla zachowania anielskiej cnoty czystości czy też nawet dziewiczości. Tak zrobił słynny mędrzec starożytnego chrześcijaństwa, Orygenes, kierownik szkoły katechetycznej w Aleksandrii, wielki apologeta chrześcijański, potępiony jednak za ten czyn przez swojego biskupa. Orygenes powoływał się na słowa samego Pana Jezusa: „Albowiem są trzebieńcy, którzy się sami na to skazali dla Królestwa Niebieskiego” (Mt 19,12). Apologeta ten wziął te słowa w znaczeniu dosłownym. Tymczasem ów tekst mówi o celibacie, czyli o duchowym „wytrzebieniu się” z pożądania małżeństwa; o pragnieniu, aby przez całe życie prowadzić dziewiczy żywot.

Wolno jednak człowiekowi poddać się operacji grzebieniowej dla ważnej przyczyny, gdy chodzi o ratowanie zdrowia lub życia, np. narządy płciowe są dotknięte chorobą, która zagraża zdrowiu całego organizmu albo nawet życiu (stany zapalne, rak, itp.). Wtedy taka operacja staje się koniecznością, jak każdy inny zabieg dla ratowania życia człowieka.

Nie można jednak nigdy dla żadnych innych racji poddawać się lub zmuszać kogoś do wytrzebienia czy wyjałowienia płciowego. Karygodnym był zwyczaj kastrowania dworzan i sług pałacowych, kastrowania dla kariery śpiewaczej, wytrzebienia się nawet dla źle rozumianej ascezy religijnej, a już zbrodnią przeciwko ludzkości jest skazywanie narodu na sterylizację dla zachowania „czystości rasy” czy też dla biologicznego wyniszczenia ludów podbitych.

Każdy, kto by dokonywał zabiegu trzebienia poza wypadkiem konieczności ratowania życia, popełniałby grzech ciężki. Taki sam grzech śmiertelny miałby ten, kto by się poddawał takiemu zabiegowi albo zmuszał do tego kogokolwiek. Trzebieniec nie może przyjąć święceń kapłańskich i musi mieć dyspensę od nieregularności (Kan. 1041), choćby kastracja nastąpiła z konieczności ratowania życia.

Długo dyskutowaną przez moralistów było zagadnienie, czy wolno wytrzebić osobniki zdegenerowane; idiotów, nałogowych zboczeńców, kaleki, itp. Jednakże w tym wypadku także opinia publiczna opowiada się przeciw sterylizacji. Każdy człowiek ma naturalne prawo do małżeństwa oraz do jego aktów i nie można go tak dalece okaleczyć, aby do nich był zupełnie niezdolny. Zazwyczaj z tego rodzaju małżeństwa potomstwo jest ułomne i  kalekie, ale to nie jest zasadą. Często dzieci osób ślepych, głuchych, niemówiących czy też chromych są zdrowe i zupełnie normalne. Dopuszczenie w takim przypadku wyjątków mogłoby prowadzić do bardzo wielu nadużyć.

Zagadnienie eutanazji opisujemy jako wyodrębniony problem, chociaż stanowi on właściwie szczegół uzupełniający rozdział o zabójstwie czy samobójstwie, ale z jego powodu toczono długie i uparte boje. Jak sama nazwa mówi „eu – thanasia” (dobra, łagodna, spokojna śmierć) chodzi o wypadek bardzo drażliwy, bo jest pewność, że śmierć nastąpi niezawodnie. Czy w takim razie wolno ją sobie lub komuś uczynić łagodną? Czy wolną ją przyspieszyć? Jeżeli jeszcze do niej się dołącza długie, powolne konanie i wielkie męczarnie, czy nie lepiej wtedy prędzej skończyć z życiem?

Zagadnienie to jest o tyle delikatniejsze, że wielką rolę odgrywa tutaj czynnik emocjonalny oraz współczucie. Po co ktoś ma być ciężarem dla innych w nieuleczalnej, a często bardzo przykrej i kosztownej w leczeniu chorobie? Czy nie lepiej jest, aby mu przyspieszyć śmierć? Po co ktoś ma przeżywać tortury długiej, śmiertelnej, a często bardzo bolesnej choroby (np. raka), skoro dni jego życia i tak są już policzone? Czy nie jest brakiem litości pozwolić mu żyć? Czy nie lepiej jest skrócić mu te męki i w ten sposób śmierć, i tak pewną, uczynić bardziej znośną?

Początkowo zatem chodziło jedynie o złagodzenie śmierci. Szybko jednak śmierć zaczęto przyspieszać, aby właśnie choremu „zaoszczędzić” „niepotrzebnych” cierpień. Dzisiaj słowo „eu – thanasia” oznacza nie tyle złagodzenie śmierci, co jej przyspieszenie. Współcześnie zatem przez eutanazję rozumiemy „śmierć z litości”, zadanie komuś śmierci, aby się nie męczył.

W starożytności często czytamy o wypadkach samobójczej śmierci ludzi, których medycyna skazała na długie konanie. Spotykamy się również z przypadkami dobijania rannych żołnierzy, aby się nie dostali do niewoli wroga i nie musieli znosić tortur. Podczas ostatniej wojny Hitler zastosował masowe mordowanie kalek lub nieuleczalnie chorych już nie w imię litości, ale dla względów ekonomicznych. Nawet własnych żołnierzy przywiezionych z frontu wschodniego z odmrożonymi kończynami kazał dobijać w szpitalach specjalnymi zastrzykami.

Taki zabieg jest niedozwolony i zakazany pod grzechem ciężkim, bo jest mordem i brutalnym wkraczaniem w prawo natury oraz wydzieraniem człowiekowi życia, które jest jego najwyższym i pierwszym dobrem.

Należy z mocą podkreślić, że wielki ból i cierpienia zawsze można uśmierzyć. Mówi się czasem o niechybnej śmierci, ale jednak nigdy nie jest ona absolutnie pewna. Znamy przypadki, że pomimo przewidywań i rokowań lekarzy, wbrew wszelkim pozorom, organizm ludzki w pewnych przypadkach zdobywa się na cudowny zryw, mobilizuje niespodziewanie nieznane i tajemnicze rezerwy i nieuleczalną chorobę ostatecznie zwycięża. Cały czas sztaby naukowców pracują nad opanowaniem chorób i szukaniem na nich lekarstw. Niejednokrotnie w ostatniej nieomal chwili jakiś nowy wynalazek ratuje komuś życie. Dobijanie więc siebie lub drugiego, to odebranie ostatniej szansy i nadziei. Często zdarza się również, że jednak lekarze się pomylili i uznali za nieuleczalne to, z czego chory się wyleczył. Powszechnie jest wiadomym, że człowiek chory jest niemałym ciężarem i kłopotem dla swojego otoczenia. Jakże skwapliwie by korzystano z tego, aby się go bez skrupułów pozbyć pod pretekstem ulżenia choremu,  i złagodzenia jego śmierci.

Kościół w takich przypadkach poleca ufność w nadprzyrodzoną interwencję Matki Bożej i Świętych Pańskich, ale poleca również użyć wszelkich sposobów dla ratowania życia.

W końcu długotrwała choroba ma także swoje dodatnie strony: wyrabia u chorego najpiękniejsze cnoty, a otoczeniu daje wdzięczną okazję do praktykowania królewskiej cnoty miłości bliźniego.

W zagadnieniu anestezji, o którym chcemy teraz pisać, chodzi o to, czy wolno używać środków znieczulających, aby złagodzić cierpienia chorego albo umierającego. Odpowiedź jest jasna: oczywiście, że tak. Jednakże zagadnienie to się komplikuje, gdy postawimy drugie pytanie, uzupełniające: Czy wolno używać środków uśmierzających ból, gdy wiemy, że one w znacznej mierze wpływają na pogorszenie się zdrowia chorego, a nawet mogą przyspieszyć jego śmierć?

Należy używać takich środków uśmierzających ból, które nie szkodzą choremu. W wielu przypadkach medycyna dochodzi do wspaniałych rezultatów.

 Bywa nieraz, że ból jest tak silny, iż doprowadza do szału i nieomal do obłędu. Bez środków uśmierzających większość operacji byłaby zgoła niemożliwa, a więc wtedy wolno ich używać. Ale co robić, gdy jednak środek uśmierzający szkodzi? Jeżli bez niego nie obejdzie się przy operacji, to można go stosować. Jeżeli cierpienia chorego są tak wielkie, że ich wprost nie może znieść, to można mu ból uśmierzyć lub złagodzić, choćby się przewidywało pogorszenie zdrowia. Pierwszym bowiem celem środka znieczulającego jest ulga, a tylko ubocznym skutkiem jest to, że może on szkodzić. Nie wolno jednak stosować takich środków znieczulających, które by wprost i bezpośrednio kaleczyły lub uśmiercały człowieka. W taki bowiem przypadku byłoby to „dobijaniem’ człowieka pod pozorem tego, aby mu zaoszczędzić boleści konania albo kalectwa.

W połowie XX wieku wynaleziono środek, który zupełnie odbiera wszelki ból bez niebezpieczeństwa szkodliwego działania na organizm. Jego wynalazcą był dr Jassen z miasteczka Turnhout (Flandria). Jego preparat nazwano R. 875.

Papież Pius XII na wiadomość o tym wynalazku powiedział: „Wartość moralna i religijna cierpień fizycznych, które człowiek przyjmuje na siebie dobrowolnie, jest ogromna. Tym niemniej człowiek, mając od Boga prawo opanowania sił natury i poddawania ich swojej woli, nie ma żadnego obowiązku odrzucać wszystkiego tego, co by mogło cierpienia umniejszać lub usuwać. Cierpienia mogą bowiem niekiedy przeszkodzić człowiekowi w osiągnięciu wyższych wartości duchowych” (Zob. Tygodnik Powszechny, 19 maj 1956 rok).

Pomimo wielkiej wartości tego preparatu, uczeni zastanawiali się poważnie i nadal się zastanawiają, kiedy wolno im tego środka używać. Chodzi bowiem o to, że przez ból i przez cierpienie organizm sygnalizuje to, co się w nim dzieje. Po miejscu, w którym ból się odzywa, po stopniu jego natężenia, a nawet po jego rodzaju (ból ostry, przerywany, ciągły, kłujący lub szarpiący, itp.), lekarz poznaje, jaka część ciała i który organ jest zaatakowany; poznaje też często, o jaką chorobę chodzi. W przypadku, gdy ciało nigdzie nie będzie bólu odczuwać, jakże trudną staje się diagnoza. Leczenie jest również utrudnione, gdyż ból jest reakcją na leczenie i mówi lekarzowi o skuteczności albo o szkodliwości danego leku. Niemniej jest pewną rzeczą, iż człowiek ma prawo używać wszelkich środków znieczulających i że tych środków używano zawsze i u wszystkich ludów na ziemi.

 

 Katecheza 24: V przykazanie Boże – Nie zabijaj – Życie fizyczne jednostki

Cel życia fizycznego i jego wartość dla człowieka

            Najniższy stopień życia nazywamy życiem fizycznym (phisis – „fizis” – natura). Jego znaczenie jest ogromne, gdyż decyduje o początku istnienia każdej istoty na ziemi, a więc i człowieka. Przecięcie pasma życia fizycznego człowieka oznacza zakończenie etapu jego życia na ziemi.

            Życie fizyczne dla człowieka ma jeszcze i to ważne znaczenie, że skoro człowiek rozpocznie swe życie na ziemi, to żyć już będzie na wieki i na zawsze, dzięki duszy, która nie umiera, nie ulega rozpadowi, oraz dzięki dobroci Boga, która i ciału ludzkiemu zapewnia zmartwychwstanie i żywot wieczny. Gdy już uświadomimy, że z chwilą poczęcia się nowego życia ludzkiego przez zapłodnienie komórki żeńskiej komórką męską, Bóg daje duszę nieśmiertelną, tworząc człowieka, to widzimy, jak ważnym w życiu człowieka jest ten pierwszy moment życia.

            Musimy pamiętać kierując się nauką katolicką, że czas zasługi na wieczność trwa tylko na ziemi. Z tej racji całe życie ludzkie na ziemi jest niezmiernie ważne i bardzo drogie, a składa się ono z lat, miesięcy, tygodni, dni, godzin i sekund. Każda właściwie przeżywana sekunda jest zasługą na wieczność. Sekundy przechodzą w minuty, minuty w godziny, itd. Człowiek nie powinien tracić ani jednej sekundy, jeżeli myśli realnie o szczęśliwej wieczności.

            Chrystus Pan jako cel naszego życia na ziemi stawia wierną służbę Bożą i zachowywanie przykazań. Jezus ciągle wskazywał niebo jako kres ludzkiego życia i ludzkich dążeń.

            Święty Paweł pisze o sobie: „Przeto wszystko znoszę ze względu na wybranych, aby i oni dostąpili zbawienia, które jest w Chrystusie Jezusie z chwałą niebieską” (2 Tm 2,10). Zdaniem Apostoła Narodów celem ludzkiego życia na ziemi jest zbawienie, a zbawienie polega na tym, by posiąść chwałę nieba: „Nauka to zasługująca na wiarę: jeżeliśmy bowiem z Nim współumarli, wespół z Nim i żyć będziemy. Jeśli trwamy w cierpliwości, wespół z Nim też królować będziemy” (2 Tm 2, 11 – 12a).

W takich warunkach targnięcie się na życie swoje lub bliźniego jest czymś nie do pomyślenia, bo jest to brutalne wtargnięcie w prawa Bożej ekonomii odnośnie do wiekuistego szczęścia człowieka.

Autor Księgi „Mądrość Syracha” pisze: „Nie ma większego bogactwa nad zdrowie ciała…” (Syr 30,16). Autor natchniony ma na myśli bogactwa ziemskie, doczesne. Ma w tym względzie zupełną słuszność, bo cóż przyjdzie człowiekowi z wszelkich bogactw, gdy z nich nie będzie mógł korzystać i ich używać?

Obowiązek troski o zdrowie i życie

            Z tego, co powyżej zostało już napisane, wynika jasno, że człowieka nie jest absolutnym i bezwzględnym panem swojego życia. Z tego powodu nie może on sobie ani komukolwiek innemu go odbierać. Sam fakt, że sama natura ze wszystkich sił dąży do zachowania życia, że broni go rozpaczliwie wszelkimi sposobami, świadczy o tym, że byłoby czymś wbrew naturze życie swoje albo kogokolwiek innego narażać albo je odbierać.

            Człowiek ze wszystkich sił powinien dbać o to, aby swoje życie zachować i harmonijnie je rozwijać. Z tego wynika obowiązek higieny w pracy i wypoczynku; obowiązek podejmowania tylko takich zadań, które są proporcjonalne do naturalnych sił oraz obowiązek dostarczania ciału potrzebnej ilości i pokarmu i snu. Zdaniem św. Pawła można to uczynić nawet przedmiotem zasługi wobec Boga: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10,31). Spełniając to wszystko, co należy do zachowania życia fizycznego, spełniamy wolę Bożą, a więc czynimy coś, co może być czynem zasługującym wobec Boga.

Wrogowie fizycznego życia człowieka

            Podobnie jak każda istota żyjąca na ziemi ma swoich wrogów, tak ma ich również człowiek. Życiu ludzkiemu zagrażają czynniki zewnętrzne: ogień, woda, wicher, gazy, zatrute pokarmy, itp., oraz istoty żywe: inni ludzie, drapieżne zwierzęta, a także czynniki zewnętrzne, które tkwią w samej naturze ludzkiej, jak np. różne dolegliwości i choroby ciała.

            Człowiek nigdy nie zdoła uniknąć wszystkich niebezpieczeństw. Nigdy nie może on jednak nastawiać się do nich deterministycznie: ponieważ one są nieuniknione i nie obronię się przed nimi, to nie będę się wcale bronił. Człowiek ma obowiązek dołożyć wszelkich starań do tego, aby, o ile to jest w jego mocy, mógł zachować swoje życie. Jest ono bowiem potrzebne tak dla jego własnego dobra doczesnego i wiecznego, jak też dla dobra społeczności ludzkiej.

Cierpienia. Mają swoje źródło w ludzkiej naturze, która jest niedoskonała i uzależniona od wielu czynników. Podobnie cierpią wszystkie inne istoty żyjące na ziemi. Wszelkie istoty żywe im bardziej mają rozwiniętą budowę ciała, im wyższy mają stopień życia, tym więcej są wrażliwe na cierpienia.

            W pierwotnych Bożych planach człowiek miał wcale nie cierpieć nie na mocy prawa natury, ale na mocy wyjątku, na mocy szczególnego przywileju. Tak też było w początkach jego istnienia. Dopiero na skutek grzechu pierworodnego zapadł Boży wyrok: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść- przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu:: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twoim są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty, bo prochem jesteś i w proch się obrócisz” (Rdz 3, 17 – 19). „Do niewiasty powiedział: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólach będziesz rodziła dzieci, ku swemu mężowi będziesz kierowała swoje pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz 3, 16).

            Biblia często wspomina o tym, że cierpienia są karą za grzechy ludzkie. Sam Pan Jezus do uzdrowionego paralityka powiedział: „Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się co gorszego nie przydarzyło” (J 5,14).

            Jednakże nie wszystkie cierpienia są karą Bożą. Sam Jezus zapytany o ślepego: „Nauczycielu, kto zgrzeszył, on czy jego rodzice, że się ślepym narodził?” – odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył ani jego rodzice, ale (stało się tak), aby się na nim objawiły sprawy Boże” (J 9,2 – 4).

            Wszelkiego rodzaju cierpienia zawsze godzą wprost lub ubocznie w ludzkie życie. Nawet cierpienia duchowe w pewnym stopniu wpływają na życie fizyczne. Dusza jest nieodłącznie związana z ciałem i wszelkie przeżycia duchowe odbijają się na ciele, jak na najczulszym filmie. Wiele chorób współczesnego człowieka i różnego rodzaju nerwic ma swe źródło w cierpieniach psychicznych.

            Chrześcijanin zawsze pozytywnie się ustosunkowuje do wszelkiego rodzaju dolegliwości, cierpień i niepowodzeń. W nich widzi naturalny bieg zjawisk oraz przyjmuje je jako pokutę za swoje grzechy z poddaniem się woli Bożej i z nich gromadzi sobie najpiękniejsze zasługi na niebo. Wszelkiego rodzaju cierpienia wyrabiają w człowieku przeróżne cnoty, jak: uległość woli Bożej, cierpliwość, stałość, hart, męstwo, współczucie dla innych, ofiarność. Przeżywanie własnych cierpień było najczęściej bodźcem tworzenia różnorodnych dzieł miłosierdzia, aby ulżyć doli innych ludzi.

            Nie mniej jednak jest obowiązkiem człowieka, aby robić wszystko, by unikać w miarę możliwości tego wszystkiego, co mogłoby wprost lub ubocznie zaszkodzić jego zdrowiu. Człowiek ma prawo mobilizować wszystkie siły, aby sobie i bliźnim zaoszczędzić cierpień, by w ten sposób jego życie mogło rozwijać się normalnie i aby był zdolny wykorzystać je maksymalnie dla dobra własnego i bliźnich.

Choroby. Jest rzeczą możliwą, że pierwsze pokolenia ludzkie były o wiele silniejsze i odporniejsze. Już sam fakt, że Biblia przypisuje patriarchom z czasów przed Noem po kilka set lat życia; że opisuje uciążliwe podróże w późniejszych latach podejmowane przez Abrahama, Jakuba, Mojżesza, świadczyć może, iż budową oraz warunkami bytowania byli oni w o wiele lepszym położeniu niż współczesny człowiek.

            Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że dawni ludzie nie mieli żadnych chorób. W Piśmie św. jest np. mowa o starczej ślepocie patriarchy Izaaka.

W pozostałych do dziś szczątkach kości ludów prehistorycznych uczeni odczytali choroby zębów i czaszki, a nawet patologiczne deformacje. Przerażająco prymitywne warunki życia, brak środków niezbędnych do utrzymania, głód i zimno niezmiernie często trapiły pierwotnych ludzi. Masowe groby, spotykane tu i ówdzie, świadczą albo o masowych epidemiach albo też o plemiennych potyczkach i mordach.

W obecnych czasach katalog chorób, jakie trapiły i trapią ludzkość, jest nie mniej długi niż sto czy tysiąc lat temu. Znamy wprawdzie sposoby obrony, ale i dzisiaj wiedza przy tak wspaniałych odkryciach jest bezradna wobec wielu spośród nich.

Piąte przykazanie Boże prewencyjnie nakazuje (np. higiena życia) bronić się przed chorobami, których można łatwo uniknąć przy zachowaniu zwyczajnych środków ostrożności. Nie wolno także umyślnie narażać się na choroby. Dzisiaj lecznictwo jest tak wspaniale zorganizowane, jak nigdy dotąd w historii ludzkości: instytuty, laboratoria i uczelnie specjalizują masy lekarzy, pielęgniarek i sanitariuszy. Służba zdrowia i szpitalnictwo z niezwykłą ofiarnością przyjmuje wszelką niedolę ciał, aby ją leczyć.

W 1926 roku w ramach Ligi Narodów podpisano w Paryżu uchwałę o powołaniu Międzynarodowego Urzędu Higieny Publicznej. Obecnie istnieje Światowa Organizacja Zdrowia przy ONZ. Jej celem jest podniesienia poziomu zdrowotnego mieszkańców całego świata.

Już autor Księgi Syracha składa pochwały stanowi lekarskiemu: „Czcij lekarza czcią należną z powodu jego posług, albowiem i jego stworzył Pan. Od Najwyższego  pochodzi uzdrowienie… Wiedza lekarza podnosi mu głowę, nawet i wobec możnowładców będą go podziwiać. Pan stworzył z ziemi lekarstwa, a człowiek mądry nie będzie nimi gardził” (Syr38,1 – 4). Autor tej Księgi wskazuje, że sam Bóg dał ziemi środki lecznicze. Od człowieka tylko zależy, aby je znaleźć i wypróbować. Moc leczniczą, jaką mają zioła i niektóre pierwiastki ziemi, ma służyć dla zdrowia człowieka i dla chwały Boga: „On dał ludziom wiedzę, aby się wsławili dzięki Jego dziwnym dziełom. Dzięki nim się leczy i ból usuwa, z nich aptekarz sporządza leki” (Syr 38,6 – 7). Z tego tekstu jasno wynika, że w owych dawnych czasach nie tylko istniał odrębny stan lekarski, ale funkcjonowali też aptekarze, zajmujący się wyrobem środków leczniczych, posiadający osobne składy z lekami.

W tymże samym rozdziale pisarz natchniony daje rady, jak ma zachować się człowiek w chorobie. Na pierwszym miejscu zaleca on modlitwę: „Synu, w chorobie nie odwracaj się od Pana, ale módl się do Niego, a On cię uleczy” (Syr 38,9). Zachęca też do ofiar, gdyż modlitwą i ofiarą Bóg łatwiej da się nakłonić do zmiłowania: „Ofiaruj kadzidło, złóż ofiarę dziękczynną z najczystszej mąki, i hojne dary, na jakie cię tylko stać” (Syr 38,11). Dalej nakazuje unikać grzechu, który gniewa Boga i sprowadza kary na człowieka: „Usuń przewrotność, wyprostuj ręce i oczyść serce z wszelkiego grzechu” (Syr 38,10). Wreszcie poleca on używać naturalnych środków leczniczych dla ratowania się w chorobie: „Potem sprowadź lekarza, bo jego też stworzył Pan, nie odsuwaj się od niego, albowiem on ci potrzebny” (Syr 38,12).

Śmierć. Jest naturalnym kresem życia fizycznego. Biolodzy określają śmierć jako zniszczenie komórek. Z ich zniszczeniem zostaje przecięta nić życia istoty, która miała z nich powstać. Jeżeli organizm jest już w pełni rozwinięty i w pełni rozbudowany, to śmierć następuje przez zniszczenie większości komórek albo takich kompleksów komórek, które są konieczne do życia danej istoty (np. serca, krwi, płuc, itp.).  Rozpad komórek polega na przemianie chemicznej, która sprawia, że jądro traci własne istotne czynniki, a plazma na skutek przemian przestaje być pokarmem dla jądra. Wtedy ono ginie. Tak jest u roślin i zwierząt. U człowieka śmierć fizyczna polega na tym samym, tj. na rozpadzie komórek wskutek chemicznych przemian. Wtedy dusza nie mając możliwości działania w ciele, opuszcza je. Dlatego śmierć człowieka nazywamy oddzieleniem duszy od ciała. Wtedy następuje śmierć faktyczna.

Dusza na skutek rozpadu komórek opuszcza ciało. Zatem opuszczenie ciała przez duszę odbywa się na skutek śmierci fizycznej, która atakuje organizm człowieka. Dotąd wielu sądziło, że śmierć fizyczną powoduje bezpośrednie opuszczenie ciała przez duszę. Z tego by wynikało, że dusza mogłaby opuścić nawet najzdrowszy organizm i zadać mu w ten sposób śmierć. Tymczasem powszechna praktyka stwierdza, że dusza opuszcza ciało dopiero wtedy, gdy ono staje się martwe i niezdolne do pełnienia funkcji organicznych. Z Biblii wiemy, że śmierci nie było w pierwotnych planach Bożych. Z samej natury człowiek jest śmiertelny, bo wszystko, co jest z materii, musi ulec chemicznym przemianom niszczycielskim. Bóg jednak mocą osobnego przywileju chciał ludziom zaoszczędzić grozy konania i śmierci. Dlatego pierwszym ludziom udzielił daru nieśmiertelności. Tym szczególnym i jedynym przywilejem na ziemi miał cieszyć się tylko człowiek. Wiemy o tym ze słów ostrzeżenia skierowanego do Adama, że jeżeli poważy się zerwać owoc z drzewa zakazanego, to umrze: „… ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,17). Ewa to potwierdza, gdy mówi do kusiciela: „…tylko o owocach z drzewa, które jest pośrodku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli” (Rdz 3,3).

Święty Paweł wyraźnie pisze, że śmierć jest karą za grzech pierwszych ludzi: „Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli” (Rz 5,12). W innych miejscach tenże Apostoł stwierdza: „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć” (rz 6,23; 5, 17; 1 Kor 15,21 – 22).

Codzienne doświadczenie potwierdza nam to, że śmierć jest zjawiskiem powszechnym.

Skoro Bóg uzależnił ostatecznie opuszczenie ciała przez duszę ludzką od momentu naturalnego, fizjologicznego rozpadu tegoż ciała, to tym samym dał człowiekowi pewną władzę na śmiercią o tyle przynajmniej, że w niejednym przypadku człowiek może odwlec godzinę swojej śmierci. Medycyna stara się życie człowieka jak najbardziej wydłużyć i kataklizm śmierci odsunąć jak najdalej.

Codzienne doświadczenie potwierdza nam to, że często zachowanie zwykłych nawet środków ostrożności może nas uchronić od niejednego wypadku. Smutne katastrofy drogowe, w których ginie tak wiele wartościowych jednostek ludzkich, wskazują, jak wiele jeszcze karygodnej lekkomyślności panuje pod tym względem. To jest tylko jeden przykład niezliczonych wypadków, w których człowiek lekkomyślnie igra ze swoim lub z cudzym życiem.

Od śmierci fizycznej zupełnej, całkowitej, w której istota cała jako taka traci życie (chociaż jeszcze przez jakiś czas mogą funkcjonować poszczególne komórki), trzeba odróżnić śmierć pozorną.

 Śmierć fizyczna powoduje rozpad chemiczny i zniszczenie większości komórek, które są konieczne do życia. Proces ten jednak przebiega powoli. Zanim nastąpi śmierć zupełna, to wcześniej poprzedza ją śmierć pozorna, która polega na sparaliżowaniu pewnych ośrodków mniej ważnych dla organizmu. Wszystkie zewnętrzne oznaki zdają się wskazywać, iż nastała śmierć faktyczna, nie działają bowiem zmysły zewnętrzne, oddech staje się prawie niewidoczny. Jednak nie zostały jeszcze zniszczone komórki centralne, zespoły dla życia zasadnicze pozostają jeszcze całe, istnieje także jeszcze kontakt wewnętrzny pomiędzy poszczególnymi ośrodkami organizmu. Im „śmierć” jest bardziej nagła i szybka, tym dłużej organizm z nią walczy, tym jest większa pewność, iż śmierć zupełna jeszcze nie nastąpiła. Wskaźnikiem śmierci rzeczywistej jest dopiero zanik zupełny reakcji serca na impulsy oraz gnicie wewnętrzne organizmu, objawiające się w sinych plamach.

Dla nas ma to ogromne znaczenie. Możemy bowiem mimo pozorów śmierci walczyć jeszcze o życie ukochanej osoby, a nieraz ratować jeszcze dla wieczności. Doskonale wiedzą o tym kapłani i z tych racji wezwani do łoża człowieka pozornie już zmarłego udzielają mu warunkowo rozgrzeszenia i sakramentu namaszczenia.

 

Katecheza 23:  IV przykazanie Boże -  pracodawcy, pracownicy, państwo, społeczność międzynarodowa, Kościół

Obowiązki pracodawcy wobec pracownika

Szacunek. Pracodawca bez względu na to, kim on jest, nie może nigdy uważać się za absolutnego pana. W świetle prawa nadprzyrodzonego i ludzkiego wszyscy ludzie są sobie równi. Mają jednakową naturę, prawa i obowiązki. Gdyby nie było pracownika, to nie byłoby również pracodawcy. Ich obydwu łączy ze sobą więź zależności oraz obopólny interes. Pracownik daje swój talent, zdobyte umiejętności, trud oraz owoce swej pracy. Pracodawca ze swojej strony jest zobowiązany dać mu za to ekwiwalent w wynagrodzeniu pieniężnym. Płacąc za to nie robi mu żadnej łaski. Autor Księgi Syracha napomina: „Jeżeli masz sługę, niech ci będzie jak ty sam sobie, ponieważ za krew go nabyłeś. Jeżeli masz sługę, postępuj z nim jak z bratem, ponieważ potrzebować go będziesz jak siebie samego” (Syr 33,31 - 32). Święty Paweł przypomina panom, że nawet wobec niewolników mają zachowywać się dobrze: „świadomi tego, że w niebie jest Pan zarówno ich, jak wasz, a u Niego nie ma względu na osoby” (EF 6,9).

Sprawiedliwa płaca. Obecnie istnieje opieka nad robotnikiem, która aż do szczegółów normuje stosunek pracodawcy do pracownika. Wyzysk pierwszych dziesiątków lat tworzenia się proletariatu należy już w zasadzie do przeszłości. Dawniej pracowano długie godziny dziennie w potwornych warunkach higienicznych, do pracy pędzono kobiety i nieletnie dzieci za głodowe wynagrodzenie. Te grzechy wołające o pomstę do nieba piętnowali papieże w swoich encyklikach oraz różni społecznicy. W większości przypadków nacisk samych pracowników wymusił należne im ustępstwa.

Opieka nad pracownikiem. Pracodawca na siebie przyjmuje niejako rolę ojca. Ma on dbać o swojego pracownika, praca nie może być ponad siły, nie powinna się przedłużać. Pracownik powinien mieć ochronę, szczególnie przy pracach bardziej niebezpiecznych, zabezpieczenie i opiekę w przypadku choroby, a wreszcie zabezpieczenie na przyszłość.

Chrześcijański pracodawca umożliwi swoim pracownikom również wypełnianie ich obowiązków religijnych, a więc uczestnictwo we Mszy św. w niedziele i święta, odprawienie rekolekcji, spowiedzi, itd.

Pracownik ma prawo organizować się w związki zawodowe i inne (z wyjątkiem takich, które szkodzą społeczeństwu). Ma także prawo kształcenia siebie lub swoich dzieci. Wszystkie szkoły publiczne powinny stać przed obywatelem otworem. Jest rzeczą oczywistą, że państwo może wprowadzić do niektórych szkół wyższych pewien limit w zależności od swoich potrzeb.

Dobrze zorganizowany system ubezpieczeń w dzisiejszych czasach jest wymownym dowodem troski społeczeństwa i państwa o pracownika.

Obowiązki pracownika wobec pracodawcy.

Szacunek. Ten obowiązek narzuca sam stopień zależności. Święty Paweł napomina podwładnych:”… niech uważają swych panów za godnych wszelkiej czci” (1 Tm 6,1).  Zatem grzeszą ci pracownicy, którzy obmawiają swoich pracodawców, lekceważą sobie ich rozporządzenia i śmieją się z ich słabości.

W Polsce zawsze dawał się we znaki brak szacunku do przełożonych, a co za tym idzie, lekceważenie sobie wszelkich praw i rozporządzeń. Świadectwem tego jest przysłowie: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” doskonale charakteryzuje polską mentalność.

Obowiązek posłuszeństwa. Święty Paweł napomina: „Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym panom, jak Chrystusowi, nie służąc tylko dla oka, by się ludziom podobać, lecz jako niewolnicy Chrystusa, którzy z duszy pełnią wolę Bożą….” ( Ef 6,5 nn). Podobnie św. Piotr zachęca, aby okazywać należną uległość także wobec panów przykrych: „Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddani panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba (Bogu), jeżeli ktoś ze względu na sumienie (uległe) Bogu znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie…” (1 P 2,18 nn ).

W praktyce posłuszeństwo polega na sumiennym wykonywaniu danych sobie zleceń, które wchodzą w zakres umowy. W przypadku, gdyby pracownik nie wywiązywał się sumiennie ze swojego zobowiązania, popełniałby grzech. Wielkość grzechu zależy zaś od szkody, jaką przez swoje zaniedbanie czy partactwo pracownik by wyrządził pracodawcy. Niestety, do naszej polskiej wady należy to, że nie umiemy być dokładni i solidni w pracy; że lubimy robić dużo, tanio i prędko, zważając nie tyle na jakość, co na ilość.

Pracodawcy i przełożeni nie powinni jednak utrudniać podwładnym posłuchu dla nich. W przypadku, gdy pracodawca jest szorstki i opryskliwy, gdy żąda za dużo, a sam zaniedbuje własne obowiązki, kiedy staje się niesprawiedliwy, otacza się pochlebcami i faworyzuje pracowników najmniej na to zasługujących – wtedy u podwładnych budzi się zrozumiały bunt. W takiej sytuacji trudno jest o ochotną uległość dla przełożonych drażliwych, kapryśnych, itp.

Przywiązanie. Przywiązanie to jest coś więcej niż „odrabianie pańszczyzny” czy konieczny „szarwark”. Przywiązanie to umiłowanie swojego zawodu i stanu, to związanie się z miejscem i warsztatem pracy, jak z czymś naprawdę bliskim i drogim. Kto nie lubi swojego zawodu, temu nie zależy na tym, by w tym zawodzie się doskonalić, specjalizować; ten swoją pracę zbywa, traktując ją jako zło konieczne.

Z kolei umiłowanie swojego zawodu budzi w człowieku niezwykłe energie, wyzwala z niego tajemne moce, pcha go do wciąż nowej inicjatywy, daje mu radość i przedłuża jego życie. To przywiązanie należy się także osobom, zwłaszcza, jeśli zawdzięczamy im naszą pracę, jeżeli nas darzą życzliwością i zaufaniem. Im zaś dłużej trwa ta szczęśliwa więź, tym silniejsze i trwalsze jest przywiązanie, wierność, życzliwość i przyjaźń.

Na jednym z plac Wiednia odsłonięto w 1929 roku pomnik służącej Małgorzaty Manhardt, która pewnego dnia wyszła na spacer z małymi dziećmi swoich chlebodawców. Przed sobą pchała wózek z półtoraroczną dziewczynką, a za rękę trzymała trzyletniego chłopca. Nagle z zakrętu wyjechał rozpędzony wóz, jadąc wprost na nich. Służąca błyskawicznym ruchem pchnęła wózek z dzieckiem na bok, a następnie odsunęła gwałtownie od siebie chłopca. Ratując dzieci sama nie zdołała siebie uratować i zginęła pod kołami wozu. Ze składek społeczeństwa wybudowano jej pomnik.

Ktoś może postawić pytanie o to, dlaczego o pracodawcach piszemy przy IV przykazaniu Bożym? Bo w rzeczywistości oni także spełniają wobec swoich podwładnych pewnego rodzaju władzę rodzicielską.

Naród – Ojczyzna – Państwo

Naród. Słowo „naród” ma ten sam rdzeń, co rodzina i ród (narodzić się). Naród to jest złączenie wielu rodzin i wielu rodów. W pojęcie narodu wchodzi przede wszystkim pewna grupa ludzi: tej samej krwi (pochodzenie od jakiegoś wspólnego praprzodka), tego samego języka, religii i kultury.

Ojczyzna. Na temat tego słowa literatura wypisała najpiękniejsze słowa. Sama też ta nazwa ma w sobie coś z ciepła rodzinnego. Jej rdzeniem są te same głoski, co w słowie „ojciec”. Zakres treści słowa „Ojczyzna” jest o wiele szerszy od słowa „naród”, bo suponuje jeszcze glebę, miejsce. Szczepy narodów koczowniczych nazywamy również narodem, chociaż one stale zmieniały miejsce swojego przebywania i zamieszkania. W słowie „Ojczyzna” tkwi stałość miejsca i czasu. Słowo „Ojczyzna” jest czymś subiektywnym, mówiącym o stosunku uczuciowym, emocjonalnym jednostki do własnego kraju i narodu. W tym ujęciu „Ojczyzna” oznacza tyle, co dom rozszerzony na cały szczep i obszar, który on zamieszkuje. Sam fakt, że słowo „Ojczyzna” tak często piszemy z wielkiej litery świadczy o tym, jak żywo całą swoją stronę duchową człowiek angażuje, gdy ten problem porusza.

Państwo. Państwem nazywamy naród zorganizowany politycznie i gospodarczo. Jest nim naród, który ma własne prawa i władzę (rząd); naród, który z innymi narodami utrzymuje sąsiedzkie stosunki; naród, który ma własne wojsko i wodzów – przewodników. Do istoty państwa należy również niezależność polityczna.

Różnica pomiędzy państwem, a narodem jest taką, że w skład państwa może wchodzić większa liczba narodów, związanych podbojem lub unią. „Kodeks społeczny” z Malines upatruje trzy elementy składowe państwa: społeczeństwo, terytorium i władza (artykuł 32). Można się na to zgodzić z zastrzeżeniem, że istnieje „władza suwerenna”, czyli niezależna i własna. Okupant też narzuca władzę podbitemu przez siebie narodowi, ale trudno wtedy mówić o samoistnym bycie takiego państwa.

Zatem od rodziny do narodu mielibyśmy następujące ogniwa pośrednie: rodzina – ród –  szczep (klan) – naród – ojczyzna – państwo.

Rodzin to zespól najmniej dwojga ludzi w związku małżeńskim.

Ród to zespół przynajmniej kilku rodzin mających jednego wspólnego przodka.

Szczep (klan) to zespół kilku rodów, które wywodzą się od wspólnego przodka. Zaliczamy tu: wspólne pochodzenie krwi, języka, religii, kultury, a często już pewnej historii.

Naród to zespół szczepów pochodzących z tego samego pnia, o rozbudowanym organizmie i o własnej już swojej, nieraz bardzo bogatej historii.

Ojczyzna to naród w ramach geograficznych, osiadły na stałe na pewnym obszarze ziemi.

Państwo to naród zorganizowany politycznie, mający własną władzę, ustrój i prawa.

Geneza państwa

Na ten temat napisano wiele stron oraz książek. Zdaniem Platona państwo to ogromny ludzki organizm. Pięknie to porównanie wykorzystał św. Paweł w zastosowaniu do Kościoła i szeroko je rozbudował w swojej nauce o Kościele, gdy go przyrównuje do ciała ludzkiego.

Podobnie i Cycero w bardzo wielu miejscach mówi o państwie. Na ten temat napisał on swoje dzieło „De Re publica”, które swoją trzeźwością sądu stoi o wiele wyżej niż dzieło Platona „Rzeczpospolita”.

 Z kolei zdaniem Hobbesa i Rousseau państwo powstało drogą umowy społecznej jako rezultat porozumienia się ludzi. A więc umowa, kierowana koniecznością samoobrony jednostki przed społecznościami, społeczności słabszych przed społecznościami silniejszymi, miała być przyczyną powstania państwa.

Teoria, która widzi początek państwa w patriarchacie znajduje także wielu swoich zwolenników.

Cel istnienia państwa

Celem państwa jest ochrona i zachowanie jednostek i narodu oraz ich szczęście doczesne. „Władza państwowa ma zadanie: administrację dobrem ogólnym wszystkich członków państwa (Kodeks z Malines, art. 35). Zatem dobro ogólne obywateli to cel państwa. Papież Pius XII wyraźnie podkreśla, o jakie dobro tu chodzi: „Początkiem i istotnym celem życia społecznego jest zachowanie, rozwój i udoskonalenie osoby ludzkiej przez pomaganie jej do należytego wprowadzanie w życie zasad i wartości: religijnych i kulturalnych, wyznaczonych przez Stwórcę każdemu człowiekowi i całej ludzkości czy to wziętej jako całość, czy też w jej naturalnych odgałęzieniach” ( „Podstawowe zasady ładu w państwach”, Alokucja z dnia 24 XII 1942 roku). „Kiedy społeczność państwowa dla osoby i dla życia jej właściwego nie przyznaje jej żadnego miejsca w swoich urządzeniach oraz w działalności prawodawczej i wykonawczej, nie tylko nie służy społeczeństwu, ale mu szkodzi” (tamże).

W rzeczywistości państwo ma wszelkie dane, aby swoim obywatelom zapewnić bezpieczeństwo i spokojny rozwój, gdyż posiada moc stanowienia odpowiednich praw, koordynowania wspólnych wysiłków do wspólnego celu, a dla szkodników społecznych i burzycieli ładu ma kaganiec kar.

Zdaniem papieża Leona XIII państwo powinno swoim obywatelom zapewnić nie tylko szczęście doczesne, ale dopomóc im również do tego, aby mogli w ramach społeczności zapewnić sobie łatwiej również dobra wieczne.

Geneza władzy państwa

Władza w państwie stanowi czynnik istotny i zasadniczy obok politycznej suwerenności i własnej polityki. W kwestii pochodzenia władzy państwowej istnieją dwie zasadnicze szkoły: filozoficzna i teologiczna.

Z punktu widzenia czystej filozofii władza państwowa wywodzi się od ludzi i narzuca ją sam instynkt natury ludzkiej. Żadna społeczność nie ostoi się bez władzy. Nawet w najmniejszej społeczności władza jest konieczna. Z tej racji zawiązek każdej organizacji zaczyna się od wyboru właz i określenia ich kompetencji.

Nie ma już jednak takiej zgody co do tego, jaką drogą jednostki dochodzą do zrzeczenia się swoich uprawnień i oddania ich w ręce władzy nadrzędnej oraz kierowniczej, która interesy poszczególnych jednostek koordynuje i prowadzi do wspólnego dobra.

Niektórzy twierdzą, że władza została narzucona słabszym przez silniejszych. Tymi silniejszymi mogły być jednostki ludzi bogatych, wpływowych, silnych lub też jakaś zbiorowość.

Zdaniem innych władza państwowa powstała przez dobrowolne zrzeczenie się uprawnień jednostek na korzyść państwa, aby mieć zapewnioną opiekę i obronę z jego strony.

Jeszcze inni dowodzi, że plany zaborcze niektórych plemion, szczepów czy narodów wymyśliły konieczność jednej, silne władzy, aby łatwiej kierować wysiłkiem i dążnością do podbicia innych narodów.

W końcu najliczniejszą grupę stanowią zwolennicy powstania władzy drogą umowy, mocą której obywatele zrzekli się części swoich uprawnień, aby w zamian za to zapewnić sobie pewne przywileje ze strony państwa..

Kierunek teologiczny rozszczepia się na dwie szkoły.

Zdaniem jednych Bóg sam bezpośrednio jest twórcą państw, a przez to samo jest początkiem i źródłem wszelkiej władzy w państwie. Tą władzę przelewa wprost albo na pojedyncze osoby, które rządzą, albo na dynastię, albo na tych, którzy stanowią jakikolwiek rząd. Pogląd ten podzielało wielu teologów w czasach Konstantego Wielkiego, Teodozego I, Justyniana, w średniowieczu za panowania Karolingów i ich następców w osobach królów francuskich czy niemieckich cesarzy. Temu poglądowi sprzyjali powszechnie dawni królowie egipscy, babilońscy, asyryjscy oraz do niedawna jeszcze cesarze Chin i Japonii. Wywodzenie władzy wprost od Boga sprzyjało ich bezwzględnemu absolutyzmowi, bo usprawiedliwiało majestatem Boga nawet występki ich tyranii.

Niektórym jako przykład ma służyć państwo żydowskie w Starym Testamencie. Było ono teokratyczne, a jego założycielem był Jahwe. On też osobistą interwencją przez długie wieki mianował wodzów narodu wybranego, czyli sędziów. Nie wolno im było przez długi czas nosić tytułu ani odznak królewskich, aby wiedzieli, że oni są właściwie tylko pośrednikami i widzialnymi zastępcami Boga. Sam Jahwe zaś jest właściwym Wodzem. Prawodawcą i Królem narodu. W Biblii moglibyśmy znaleźć i przytoczyć dziesiątki cytatów, które by wskazywały, że  istotnie Bóg wybrał naród izraelski jako swój naród, którym kierował oraz rządził wprost i bezpośrednio. To jednak był tylko wyjątek i nie można się zgodzić z tym, że tak było z każdym narodem. Nie mamy na to żadnych dowodów i nie możemy uogólniać jednego przypadku na wszystkie inne, bo to byłoby sprzeczne z rozumem.

O wiele bardziej słusznym wydaje się drugi kierunek teologiczny, który twierdzi, że Bóg jest źródłem pośrednim wszelkiej władzy, a zatem i państwowej, bo jest Stwórcą wszelkich społeczności na ziemi. Przeznaczył On jednostki do tego, aby żyły w społecznościach ludzkich, aby w ramach nich się doskonaliły, rozwijały i rozmnażały. Dając jednostkom ludzkim przeznaczenie do życia w społecznego musiał Bóg dać im również naturalne popędy i uzdolnienia do życia w społeczeństwie. Zatem ma słuszność kierunek filozoficzny, który pochodzenie wszelkiej władzy wywodzi od ludzkiej natury, od jej przyrodzonych skłonności. Głębiej jednak sięga kierunek teologiczny, który tłumaczy nam samą genezę tych skłonności natury ludzkiej do życia w społeczności. Te skłonności przypisuje Bogu, twórcy ludzkiej natury i społeczności.

Suarez był pierwszym, który jasno wyłożył opisywany pogląd. Bóg nie ustanowił władzy państwa bezpośrednią interwencją ( jak to uczynił np. przy ustanowieniu zwierzchniej władzy Kościoła), ale pośrednio przez prawo natury, które każe ludziom łączyć się i organizować w społeczność państwową. Bóg jest autorem prawa natury, a władza państwowa pochodzi z prawa natury, a więc i autorem władzy państwowej jest Bóg (De legibus, lib. III, c. III, nr 5).

Od Boga pochodzi władza jako taka. Człowiek zaś ją rozdziela na pewne osoby i określa jej zakres. Władza jest jakby materią (tworzywem), z której człowiek wytwarza sobie różne formy. W takim ujęciu wszelka władza w ludzkich społecznościach zyskuje bardzo dużo na powadze, bo opiera się na autorytecie samego Boga. To Bóg stworzył człowieka do życia w społecznościach, a żadna społeczność nie ostoi się bez władzy, czyli czynnika dyscyplinującego poszczególne jednostki ku wspólnemu dobru. Jeżeli wszelka społeczność pośrednio pochodzi od Boga, to i wszelka władza jako jej czynnik konstytutywny i istotny pośrednio pochodzi również od Boga. Kto sprzeciwiałby się władzy, kto stawiałby jej opór, ten łamałby porządek ustanowiony od samego Boga, a więc sprzeciwiałby się Jego świętej woli, stając się przyczyną grzechu.

W takim ujęciu zwierzchność, chociaż wyłoniona ze społeczeństwa, ma jednak prawo jako taka nakładać prawa i zmuszać do ich przestrzegania sankcją kar. Obywatel w sumieniu jest obowiązany tych praw przestrzegać.

Moglibyśmy podawać na potwierdzenie tego dziesiątki przykładów wziętych ze Starego Testamentu, ale ograniczmy się tylko do jednego z Nowego Testamentu. Piłat powiedział do Jezusa: „Nie wiesz, że mam władzę ukrzyżować ciebie i mam władzę uwolnić cię?” Na to Jezus z całą powagą mu odpowiedział: „Nie miałbyś żadnej władzy nade mną, gdyby ci nie jej nie dano z góry” (J 19, 10 – 11).

Święty Paweł w Liście do Rzymian pisze: „Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc sprzeciwia się władzy, przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia. Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona dla ciebie narzędziem Boga (prowadzącym) ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle. Należy więc jej się poddać nie tylko ze względu karę, ale ze względu na sumienie. Z tego samego powodu płacicie też  podatki. Bo ci, którzy tym się zajmują, z woli Boga pełnią swój urząd. Oddajcie każdemu to, co się należy: komu podatek – podatek, komu cło – cło, komu uległość – uległość, komu cześć – cześć” (Rz 13, 1 – 7).

W tych słowach zawiera się cała nauka katolicka o przełożeństwie:

- Wszelka władza jest od Boga.

- Przełożeni są sługami Boga, a więc mają władzę tylko pośrednią (jakby delegowaną), a nie są władcami swoich poddanych.

- Wszelkiej władzy należy się posłuch ze strony poddanych.

- Władza może wymusić dla siebie posłuch od poddanych.

- Posłuszeństwo dla władzy ujawnia się w wypełnianiu nakazów, zobowiązań i świadczeń wymagany przez władzę (płacenie podatków).

- Władzy należy się także cześć od poddanych.

- Władza na to jest ustanowiona, aby ścigać zło, a popierać dobro.

            Święty Paweł poleca swojemu uczniowi Tytusowi: „przypominaj im (wiernym), aby władzom i zwierzchności byli poddani, a rozkazowi ich posłusznymi” (Tt 3,1; por. Ef6,6 – 8: Kol 4,1; 1 P 2,13 – 18). Wszystkie te teksty mówią jasno o tym, że władza pochodzi od Boga, ale nie tłumaczą nam one, jaką drogą wszelka władza, a więc i państwowa, pochodzi od Boga. To dopiero wyjaśnia nam filozofia i teologia.

Takie ujęcie genezy władzy nie tylko jej nie szkodzi, ale w oczach poddanych wysoko ją podnosi. Władza państwowa w katolickim pojęciu jest otoczona nimbem powagi samego Boga.

Zakres władzy państwa

Rządzący nie mają władzy absolutnej nad swoim narodem. Z racji filozoficznych i teologicznych wynika, że jest to władza delegowana (od ludzi i ze strony Boga).

Bardzo znani i głośni politycy francuscy: Richelieu i Mazarini hołdowali zasadzie, że racja stanu (czyli państwa) usprawiedliwia wszelkie zło. Według nich wszystko jest dozwolone, co państwu przynosi korzyść. Tomasz Hobbes („Lewiatan”) państwu przyznaje całkowitą władzę nawet nad religią. Tylko państwo ma nieomylność w nauczaniu prawd wiary, a nie Kościół. Papież i biskupi są tylko urzędnikami państwa. Państwo jest najpełniejszą realizacją „Królestwa Bożego na ziemi”. Za nim poszli tzw. „legiści”, czyli zwolennicy autokracji państwa. Jeszcze w ostatnich czasach zwolennikami omnipotencji państwa byli: Gobineau, Chamberlain, itd. Nie jest jednak trudno zorientować się w tym, że taki pogląd w konsekwencji może bardzo łatwo doprowadzić do tyranii.

Najradykalniej omnipotencję państwa propagował Machiavelli (wiek XV) w swoich „Rozprawach” i w „Księciu”. Machiawelizm stał się początkiem ideowym nacjonalizmu, faszyzmu i hitlerowskiego totalizmu. „Mit XX wieku” Rosenberga” i „Mein Kampf” Hitlera to dwie „ewangelie” autokratyzmu państwowego.

Formy rządu w państwie

Już Charles – Louis Montesquieu pisał; „Są trzy rodzaje rządów: republikański, monarchiczny i despotyczny…”

„Kiedy w rzeczpospolitej lud jako ciało ma najwyższą władzę, wówczas jest demokracja; monarchiczny, kiedy jeden włada, ale na postawie praw stałych i wiadomych; natomiast w rządzie despotycznym jeden człowiek bez zobowiązań i bez prawideł poddaje swojej woli i zachceniu” ( O duchu praw).

Jednak form rządów jest więcej niż wymienia Montesquieu. Postaramy się wymienić najważniejsze:

Tyrania. Rządy są uzależnione od jednego władcy, który w swoim ręku skupia władzę: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Tyranem nazywamy władcę, który siebie uważa za właściciela całego państwa i wszystkich jego posiadłości, a obywateli za swoich poddanych, a nawet za niewolników. Tyran jest panem mienia i życia obywateli, którym nie przyznaje żadnych praw oraz nie uznaje nad sobą żadnej nadrzędnej władzy, choćby nawet równej. Zasadą rządu despotycznego jest strach, który swe źródło ma w terrorze. Taka forma rządu jest najgorszą, bo doprowadza do największego ucisku i krzywd oraz do znienawidzenia tyrana. Bardzo rzadko tyran umierał śmiercią naturalną, bo zazwyczaj poddani doprowadzeni do rozpaczy gwałtem się go pozbywali. Kiedy Talesa po jego powrocie z objazdu znanego sobie świata zapytano o to, co widział najosobliwszego, to odpowiedział: „Tyrana w podeszłym wieku” (Plutrach, Moralia).

Dzieje państw starożytnych pokazują, że ta forma rządów była dawniej dosyć powszechna, ale nie była ona jednak formą stałą, a narzucały ją społeczeństwu pewne jednostki żądne władzy.

Tyranów spotykamy w dawnej Asyrii, Rzymie, Chinach, Japonii, w niektórych okresach w cesarstwie bizantyjskim, a jako zjawisko powszechne występują oni u wielu szczepów pierwotnych. Historia pierwszych 12 cezarów rzymskich, napisana przez historyków Tacyta i Swetoniusza, to ponure dziej tyranii. Każdy z wymienionych przez nich władców do władzy szedł po trupach niewinnych ofiar i pośród masowych rzezi. We krwi tłumił wszelkie odruchy wolności. Zazwyczaj tyran gwałtem obejmuje rządy, przemocą chce je utrzymać za wszelką cenę i gwałtowną śmiercią kończy swe panowanie.

Rządy absolutne. Jest to forma rządu, w której cała władza jest skupiona w ręku jednostki na mocy zwyczaju czy konstytucji. Tego rodzaju forma rządu bardzo łatwo może przejść w tyranię, jeżeli panujący zechce jej nadużyć. Rządy absolutystyczne były powszechną formą rządów we wszystkich nieomal państwach świata starożytnego i wieków średnich. Europa wyzwoliła się nich dopiero w XIX wieku.

Na podstawie dzieła Tomasza Hobbesa „Lewiatan” możemy najkrócej opisać to, na czym polegała władza absolutystyczna. Hobbes przyznaje władcom następujące uprawnienia;

-  Poddani nie mogą zmienić formy rządu.

- Władca nigdy nie może utracić swoich uprawnień za wyjątkiem trzech wypadków: gdy umrze albo dostanie się w niewolę; gdy sam władzy się zrzeknie; gdy poddanego skazuje na banicję, bo wtedy się go wyrzeka, a jego przejmuje inny władca.

- Nikt władcy nie może krytykować, a tym bardziej go oskarżać.

- Panujący może znosić wszelkie prawa i jakie chce wprowadzać.

- Panujący może karać, a od jego sądu nie ma apelacji.

Rozporządzenia panującego obowiązują poddanych pod grzechem

Władca ma najwyższą władzę nad wszelkimi dobrami, jakie są w państwie: publicznymi i prywatnymi. To są jego dobra, a on daje je w zarząd i do niego należy ich rozdział.

- Panujący daje prawa dla poddanych, ale sam im nie podlega.

- Wszelkie rozporządzenia wydane przez władcę są z natury swojej dobre.

            Powyżej opisana została najskrajniejsza forma absolutyzmu, której jeżeli nie w teorii, to na pewno w praktyce życia hołdowało wielu panujących.

Rządy demokratyczne. Greckie słowo „demos” znaczy lud, a „kreateo” – panuję. Zatem demokracja to forma rządów, w której rządzą wszyscy obywatele, czyli lud (naród). Jest to forma najbardziej słuszna i sprawiedliwa, gdyż naród tworzy państwo, którego siłę stanowią jego obywatele i z tego powodu oni powinni mieć udział w rządach. To oni powinni ustanawiać prawa (władza ustawodawcza), gdyż te prawa mają ich dotyczyć i to oni będą  wypełniać wszelkie zobowiązania i ciężary. Słusznym zatem jest, aby to obywatele decydowali o tym, jakie to będą ciężary, czy będą mogli im podołać, aby były one proporcjonalne do ogólnych potrzeb i możliwe do wykonania. Obywatel powinien mieć także udział egzekutywie praw, w kontroli, w aparacie administracyjno – urzędniczym, wykonawczym, albo sam bezpośrednio, jeżeli jest członkiem małych społeczności państwowych, albo przez swoich przedstawicieli, których on wybiera, kontroluje i zmienia. Może też mieć udział w sądownictwie, gdy posiada odpowiednie kwalifikacje naukowe i moralne. Obywatele powinni mieć możliwość wpływu na zmianę konstytucji, gdy zachodzi taka potrzeba, i w kontroli nad samym rządem  swojego państwa. Charakterystyczną cechą demokracji są rządy parlamentarne. Przeważnie oprócz parlamentu, który ma różne nazwy (sejm, zgromadzenie), istnieje jeszcze tzw. senat, który wnioski uchwalone przez parlament zatwierdza lub odrzuca. Sejm i senat to instytucje, których zadaniem jest pośredniczyć pomiędzy obywatelami a rządem, uaktywniać obywateli państwa oraz ograniczać nadużycia ze strony władzy.

Demokracja to najlepsza forma rządu państwa, o ile obywatele stoją na wysokości swojego zadania, o ile mają wychowanie obywatelskie i poczucie odpowiedzialności. W przeciwnym razie mogą demokrację doprowadzić do demagogii, anarchii, paraliżować dobrą inicjatywę rządu, a nawet pogrzebać całe państwo.

Podobnie w dawnej Polsce, gdzie wybieranym „elektom” nakładano takie ciężary i zobowiązania („pacta conventa”), że nie byli oni zdolni do jakiegokolwiek samodzielnego działania, a wykorzystując złotą wolność szlachecką, zaprowadzono „liberum veto”, mocą którego każdy poseł mógł zerwać sejm i przekreślić wszystkie jego uchwały. Toteż w wieku XVIII nieomal żaden sejm nie doszedł do skutku, mimo że Polska chyliła się gwałtownie do upadku i trzeba było ją ratować. Ta anarchia skończyć się musiała tragedią narodu, upadkiem i niewolą.

Początki demokracji spotykamy w starożytnych państwach greckich, zwłaszcza w Atenach. Zalążki demokracji widzimy też i w starożytnym Rzymie. Współczesna Europa cieszy się powszechnie jej dobrodziejstwami od XIX wieku, kiedy to padły ostanie monarchie absolutystyczne. Nawet tam, gdzie panują jeszcze królowie (Anglia, Belgia, Holandia, Szwecja, Norwegia, Dania, itd.), rządy wykonuje naród przez swoje władze ustawodawcze (parlament i senat) oraz swoje władze wykonawcze (rząd z prezesem ministrów na czele). Sądy są niezawisłe.

Ta forma rządów sprzyja wciąganiu szerokiej rzeszy obywateli do interesowania się swoim państwem. Jest wspaniałą szkołą obywateli i kształtuje przyszłych rządców państwa. Nam Polakom szczególnie ona odpowiada, ale za mało w nas wewnętrznej dyscypliny. W Polakach dużo jest miłości ojczyzny, ale nie ma w nich poczucia państwowego, bo zawsze do jakiejkolwiek władzy byli oni negatywnie nastawieni. Kochaliśmy Polskę „In abstracto”, w poezji i romantycznych sytuacjach. Ojczyzna zaś istniej „In concreto” jako państwo, ze swoimi bólami, troskami, potrzebami, którym należy zaradzić nawet kosztem ofiary z osobistych wygód. W zasadzie każdy Polak nie może się zgodzić w gromadzie, dostosować do innych. „Gdzie jest dwóch Polaków, tam zawsze są trzy frakcje”, mówi znane nam przysłowie.

Jednowładztwo i oligarchia. Najczęściej rządy państwa spoczywały w rękach jednostek. To ułatwia sprężystość działania i decyzji. Jednak w historii spotykamy również rządy oligarchiczne (greckie słowo „oligarchia” znaczy tyle, co władza kilku). Rządy oligarchiczne polegają na tym, że rządzi dwóch (w dawnej Sparcie), trzech (słynne triumwiraty wodzów rzymskich) lub nawet więcej.  Rządzą oni wszyscy równocześnie całym państwem jako kolegium, rządzą poszczególnymi regionami państwa albo rezerwują sobie poszczególne resorty rządu. Mogą też rządzić na zmianę według określonego czasokresu. Oligarchią nazywamy również taką formę rządu, w której jest wprawdzie władca, ale jest on całkowicie uzależniony od grupy możnowładców, magnatów, która go otacza. Bez niej on nic nie może uczynić. Tak było przez długie lata w Polsce w czasie „wolnej elekcji” królów.

Stanowisko Kościoła wobec formy rządów

Powszechnie mówi się, że Kościół faworyzował monarchiczną i absolutną formę rządu. To stwierdzenie jest prawdziwe o tyle, że innych rządów wcześniej on na ogół nie napotykał. Ponadto doświadczył bardzo boleśnie, ile zła może wyrządzić nieuświadomiona masa ludzi kierowana przez demagogów, ile szkody w jego własnej historii wyrządziły takie np. rody rzymskie we wczesnym średniowieczu przy obsadzaniu własnymi kandydatami tronu papieskiego. Z tego powodu Kościół opowiadał się za rządami silnej ręki. Sam zresztą jest zbudowany monarchicznie.

Zatem nikogo nie powinno dziwić, że Kościół z początku odnosił się z rezerwą do współczesnych ruchów demokratycznych.

Nie mniej szkody wyrządziły Kościołowi rządy absolutystyczne. Przykładem tego może być walka Kościoła o wolność i niezależność z cesarzami wschodniorzymskimi (cezaropapizm), którzy chcieli poddać Kościół swojej władzy. Podobnie uporczywe były boje o wolność z królami Francji (niewola awiniońska), starcia z cesarzami niemieckimi, długoletnie zmagania o zniesienie inwestytury (św. Tomasz z Canterbury, Henryk VIII w Anglii), niewola papieży Piusa VI i VV w zmaganiach z Napoleonem.

Pouczony wielowiekowym doświadczeniem Kościół stoi dzisiaj na stanowisku, że nie ma idealnej formy rządu. Obywatele mają prawo wybrać sobie taką formę, jak im w danych warunkach odpowiada, byle tylko władza państwowa zachowywała prawa natury i nakazy prawa Bożego. Według nauki Kościoła Bóg nie związał się z żadną formą rządu. Z ustanowienia Boże jest tylko konieczność władzy w każdej społeczności, bo bez niej ginie państwo. Natomiast obywatele mogą sobie sami ustanawiać formy władzy oraz zakres powierzonych jej uprawnień.

Stosunek władzy państwa do jednostki, rodziny, związków społecznych i do Kościoła

Stosunek państwa do jednostki. Anarchista Bakunin określał państwo jako „cmentarz, na którym grzebie się wszelkie przejawy życia indywidualnego”, ale jest to gruba przesada. O wiele więcej racji miał Perykles, gdy mówił: „Jeśli jednostce wiedzie się dobrze, a ogółowi źle, to jednostka wraz z ogółem runą w przepaść. Jeśli jednak całość ma się dobrze, to i jednostka, której źle się powodzi, ocaleje” (Tucydes, Wojna peloponeska, II, 60).

Celem państwa jest zapewnienie poszczególnym jednostkom bezpieczeństwa i pełnego rozwoju. Z chwilą, gdy jednostka napotyka na swej drodze gromadę innych jednostek, to musi być ktoś, który będzie uzgadniał ich poszczególne prawa. W przeciwnym razie jednostki wyniszczą się same „w walce o byt”. Jednakże prawa narzucone jednostkom nie mogą być takie, aby zagrażały ich własnemu bezpieczeństwu i spokojnemu rozwojowi. Dla każdej jednostki pierwszym nakazem natury jest prawo zachowania i obrony własnego życia, potem świadczenia i ciężary na korzyść innych.

Ciężary nakładane przez państwo na jednostki powinny być takie, aby one mogły im podołać, aby nie doprowadzały one do eksterminacji samych tych jednostek. Im więcej korzyści przynosi państwo swoim obywatelom, tym idealniej spełnia ono cel swojego przeznaczenia.

Państwo ma prawo żądać od jednostek ponoszenia ciężarów dla ogólnego dobra. Ma nawet prawo przymuszać do tego opornych obywateli. Jednakże ciężary te  nie mogą być ponad możliwości i siły obywateli i nie mogą ingerować w każdą dziedzinę ich życia, wkraczać w ich sumienie oraz obierać im wolność.

Obowiązki państwa wobec rodziny. Rodzina jest wcześniejsza od państwa i ona jest macierzą państwa oraz jego podstawową komórką. Państwo otacza rodzinę najtroskliwszą opieką, aby jej pomóc w rozwoju. Im silniejsze są rodziny, tym silniejsze jest samo państwo, a w przypadku słabych i skarlałych rodzin, słabnie również państwo. Z tego powodu we wszystkich współczesnych wspólnotach państwowych rodziny cieszą specjalnymi przywilejami oraz ochroną. Istnieje opieka nad dzieckiem, nad matką, ubezpieczenia rodzinne, zasiłki rodzinne, itp. Prawodawca troszczy się również o to, aby rodzina nie była rozbita i stara się wszelkimi sposobami zapewnić trwałość związkom małżeńskim.

Państwo a inne społeczności. Obywatele mają prawo do zrzeszania się w związki. Ich dodatnią stronę stanowi to, że mobilizują one członków wyzwalając ich najlepsze energie i siły, pozwalają się doskonalić w swoim zawodzie, dostarczają godziwej rozrywki, ale przede wszystkim urabiają społecznie kształtując najpiękniejsze cnoty obywatelskie, łączą ich ze społeczeństwem. W sytuacji, gdyby te związki godziły w dobro ogółu, gdyby miały przynosić szkodę państwu, to jest rzeczą oczywistą, że mogą być zwalczane przez państwo. Z tej racji w każdym państwie zwalczane są wszelkie kierunki i stowarzyszenia wywrotowe i konspiracyjne.

Państwo a religia. Musimy stwierdzić, że w przypadku odnoszenia się rządów państw do religii w ciągu dziejów, występowały cztery różne formy relacji. Uszeregujemy je nie tyle w porządku historycznym (gdyż w różnych państwach bywało różnie), ile raczej w logicznym.

Wrogi i agresywny stosunek rządu państw do religii. Rząd uważa religię w ogólności albo dany system religijny za wrogi i szkodliwy dla państwa, dlatego go prześladuje. Niekiedy wrogość  panującego wypływa ze względów osobistej urazy do danych osobistości hierarchii, przedstawicieli społeczności religijnej itp. W takich warunkach wyznawcy danej religii uważali się zawsze za męczenników, a  przeciwników traktowali jako prześladowców.

Obojętny stosunek rządu do religii. Każdy idzie własną drogą. Państwo nie miesza się do spraw religii, nie prześladuje jej i nie popiera, aby zaoszczędzić życiu państwowemu niepotrzebnych wstrząsów i nie zrażać sobie masy wierzących. Z tego nastawienia zrodziła się myśl rozdziału Kościoła od państwa w XIX wieku, co obserwujemy w większości państw. W tym systemie państwo traktuje społeczność religijną jako instytucję prywatną, nie miesza się do niej, a nawet otacza ją pewną ochroną prawną, jak wszystkie instytucje prywatne.

Stosunek sympatii i współpracy. Państwo widzi w danej organizacji religijnej swojego sprzymierzeńca, dlatego współpracuje z nią, popiera ją na różnych odcinkach życia. Społeczność religijna mając oparcie na władzy państwa uważa za konieczne: szanować jej powagę i wzmacniać jej autorytet wobec współwyznawców oraz w potrzebie dopomagać państwu.

Rząd teokratyczny. Społeczność religijna jest tak wtopiona w państwo, że stanowi z nim jedność niepodzielną, a panujący przejmuje funkcje głowy społeczności religijnej, gdy łączy w sobie władzę rządzenia i kapłaństwa, czyli sprawowania kultu w imieniu narodu albo kiedy uważa się tylko (jak to było w Izraelu) za „przedstawiciela” Boga i rządzi w Jego imieniu.

W ciągu swoich dziejów (2.000) lat Kościół przeszedł w różnych państwach wszystkie te cztery formy „współżycia”. Zawsze pojmował on za ideał państwa chrześcijańskiego takie państwo, które nie tylko współpracowało z nim, ale które uważało się zawsze za twór Boży, uznawało nad sobą Boga i Jego prawa, oddawało Bogu cześć publiczną jako społeczność państwowa. Bardzo myliły się ten, kto by twierdził, że Kościół jest zwolennikiem całkowitej fuzji z państwem. Kończyło się to zawsze z na niekorzyść Kościoła. Władcy uważający się za arcykatolickich, jak Filip II, Henryk VIII (późniejszy twórca kościoła anglikańskiego), itd., wyrządzili Kościołowi wiele szkód przez przesadną nieraz „opiekę” nad nim.

Bardzo długie w historii były obustronne spory o to, jak określić stosunek obu tych władz do siebie. Raz przyznawano prymat Kościołowi, a innym razem państwu. Jedni chcieli izolować Kościół do funkcji czysto sakralnych, a jak najdalej odsunąć go od funkcji społecznych i politycznych, a inni znowu utożsamiali Kościół z narodem i te dwa pojęcia stapiali w jedno. Tak było w: teokracji żydowskiej, gdzie Izrael pojmowano jako „królestwo doczesne Jahwe”, z państwem Kalwina w Genewie, jest jeszcze dotąd częściowo w Anglii, do niedawna było w Tybecie, w niektórych krajach Islamu.

Dzisiaj jednak, kiedy już ustały spory doktrynalne w tej sprawie, sprawa została dokładnie już sprecyzowana. Je schemat przedstawia się następująco;

- Kościół i państwo są to dwie społeczności doskonałe, czyli całkowicie sobie same wystarczające. Każda z nich ma swój własny cel i wystarczające środki własne, aby ten cel osiągnąć.

- Kościół i państwo to są społeczności najwyższe. Nie ma nad nimi społeczności wyższych. Wprawdzie istnieje jeszcze prawo międzynarodowe, ale obecnie dopiero zaczyna ono nabierać takie znaczenia, że muszą się liczyć z nim nie tylko małe narody, ale i mocarstwa.

- Kościół i państwo to są społeczności samoistne i niezależne. Kościół nie może rościć prwa do tego, aby wchodzić w wewnętrzny ustrój państw, aby wpływać na ich politykę i brać za nie odpowiedzialność. Każdy zaś, kto chciałby obwiniać Kościół, że w ciągu wieków raz po raz mieszał się czynnie do polityki poszczególnych państw, to obiektywnie musi przyznać, że i ze strony państw o wiele częstsze bywały wypadki ingerencji w sprawy Kościoła, nacisku, a nawet prześladowań. Kościół jest także społecznością suwerenną, bo ma swojego Założyciela, cel (uświęcenie i zbawienie dusz ludzkich) i własne środki (łaska, sakramenty święte, kult, ofiarę, modlitwy, obrzędy, itp.).

            Kościół ma jedno wspólne z państwem, a do tego należą ci sami obywatele. Co więcej, niektóre sprawy jego członków łączą się i z obowiązkami cywilnymi, obywatelskimi członków państwa lub samego państwa. Z tego powodu w interesie obydwu społeczności jest wzajemna współpraca i ustalenie jakiegoś „modus vivendi”.

Zazwyczaj państwa regulują to na drodze wymiany poselstw ze Stolicą Apostolską i konkordatów, czyli specjalnych traktatów prawnych zawieranych ze Stolicą Apostolską, względnie porozumień wewnątrzpaństwowych. Na dobrej współpracy ze sobą bardzo wiele zyskuje zawsze i Kościół i państwo.

Historia powszechna wykazuje, że religia zawsze była czynnikiem niezmiernie pozytywnym w społecznościach państwowych. Całokształt stosunku państwa do społeczności religijnej możemy krótko streścić w następujących zasadach:

- Sprawy czysto religijne podlegają wyłącznie danej społeczności religijnej, np.: sakramenty święte, odpusty, obrzędy, formy kultu, itp.

- Sprawy czysto świeckie podlegają jurysdykcji państwa, np.: sprawy polityczne, gospodarcze, handel, itp.

- Sprawy mieszane załatwiają obydwie społeczności polubownie, np.: małżeństwo, opieka nad rodziną, wychowanie dzieci, rozgraniczenie parafii, diecezji, itp.

            Obowiązki obywateli wobec swojego państwa

Obowiązek czci. Każdy, kto lekkomyślnie wyrażałby się o władzy swojego państwa, o jego urzędnikach, kto by sobie ich lekceważył i szydził z nich, ten popełniałby grzech. Grzechem jest także znieważanie godła państwa, bo ono jest jego symbolem.

Obowiązek posłuszeństwa. Sam Jezus Chrystus daje nam najpiękniejszy przykład posłuszeństwa, bo przestrzega przepisów i rozporządzeń państwowych (płaci podatek, nakazuje oddawać cezarowi to, co niego należy, uznaje władzę Piłata.

Leon XIII najpełniej wyłożył naukę o państwie, o jego obowiązkach wobec obywateli, a także o obowiązkach obywateli wobec państwa. Ten wielki papież wydał kilka encyklik poświęconych opisywanemu problemowi. Należą do nich:  Immortale Dei, Diuturnum illud, Graves de communi, Quod apostolici i Humanum genus. Naukę papieską można ją streścić w następujących punktach:

-         Posłuszeństwo dla prawowitej władzy jest z woli i nakazu Bożego.

-         Wszelka społeczność bez władzy nie może się obejść ani wypełniać swoich zadań.

-         Władza pochodzi od Boga, a więc ma za sobą autorytet nie tylko ludzki, ale i Boży.

-         Władza państwowa winna opierać się na na prawie Bożym naturalnym i objawionym.

-         Prawa ustanowione przez władzę państwową są jako z woli Boga, dlatego poddanych obowiązują w sumieniu.

Każdy naród w przypadku władzy niesprawiedliwie sobie narzuconej przez podbój i okupację, ma prawo do wypowiedzenia jej posłuszeństwa oraz obrony przeciwko niej. Jednak  w takiej sytuacji musi być zachowany pewien realizm, zrozumienie sytuacji i zmysł polityczny, aby w sposób bezmyślny jeszcze bardziej nie osłabiać narodu.

Nasze posłuszeństwo dla władz państwowych powinno być praktyczne. Kto sumiennie wypełnia swoje obowiązki obywatelskie, ten prawdziwie okazuje miłość do swojej Ojczyzny.

Do obowiązków obywatelskich należy, np.  płacenie podatków. Państwo ma ogromne potrzeby: utrzymanie rządu, reprezentacji państwa, armii gotowej zawsze do obrony, prowadzenie szkół, szpitali, itd. To wszystko pochłania ogromne sumy. Państwo pokrywa je z daniny nałożonej na obywateli. W przypadku potrzeby specjalnej, np. najazdu wroga, ofiarność społeczeństwa powinna posunąć się do ostatecznych granic, nawet do ofiary z życia.

Do podstawowych obowiązków wobec własnego narodu i państwa należy także obowiązek służby wojskowej Jest on zaliczany powszechnie do najważniejszych zobowiązań wobec państwa.

Obecnie większość rządów ma ustrój demokratyczny. Z tej racji obowiązkiem obywatela jest brać czynny udział w wyborach i w głosowaniu. Obywatel jest obowiązany do oddania swojego głosu na tych posłów, senatorów, członków rządu, panujących, itp., których uważa za najgodniejszych do pełnienia tej funkcji.

Obowiązek miłości swojego narodu i Ojczyzny. Wszystkim nam jest powszechnie znany wiersz ks. biskupa Ignacego Krasickiego pt.; „Hymn o miłości Ojczyzny”. W czasach niewoli był on na ustach wszystkich Polaków i znały go na pamięć nawet dzieci. Pismo Święte podaje nam cały szerg przepięknych przykładów miłości Ojczyzny (Rdz 49,29; Wj 32,9 – 14; Est 4,16; 1 Mch 2,27).

Człowieka, który wyrzeka się własnej Ojczyzny, piętnuje się jako zdrajcę, a nawet ściga jako złoczyńcę.

Sam Jezus Chrystus daje nam najwznioślejszy przykład umiłowania Ojczyzny. Dla niej tyle się na ziemi natrudził, a nawet płakał gorzkimi łzami, gdy zapowiadał zburzenie Jerozolimy przez Rzymian, które ujrzał w niedalekiej przyszłości (Łk 19,41).

Obowiązek wierności. Ta cnota nakłada na obywatela obowiązek niewysługiwania się innym, a szczególnie wrogom narodu i państwa. „Zdrada stanu”, czyli zdrada państwa była u wszystkich narodów zaliczana do najcięższych występków. Cnota wierności nakłada na urzędników obowiązek zachowania tajemnic państwowych. Kto udzielałby obcemu państwu informacji na szkodę własnej ojczyzny, ten grzeszy ciężko. Państwo ma prawo w pewnych przypadkach żądać od swoich obywateli złożenia przysięgi. Złamanie przysięgi państwowej zawsze zaliczane jest do przestępstw.

Obowiązek troski o dobro wspólne. O własne dobro każdy umie zabiegać i czyni to troskliwie. Jednak często zaniedbuje się dobro wspólne. Co więcej, nierzadko niszczy się je wandalicznie i grabi pod głupim frazesem, że to wszystko jest nasze i można z tym robić wszystko, co się chce. Szkodników mienia społecznego państwo ma prawo ścigać wszelkimi sposobami i karać. Jeżeli państwo poniesie dużą szkodę z powodu niedbalstwa albo umyślnie wyrządzonej szkody, to winny tej szkody popełnia grzech ciężki i jest zobowiązany do jej naprawienia.

Społeczność ogólnoludzka

Więź pomiędzy narodami i państwami. Wszystkich ludzi łączy przede wszystkim wspólnota „człowieczeństwa”, „gatunku”. Jak wszystkie inne istoty na ziemi mają pewne swoje charakterystyczne cechy, które decydują o ich przynależności do tej czy innej odmiany lub gatunku, tak i człowiek ma coś wspólnego z innym istotami ludzkimi, z którymi stanowi rodzaj ludzki. Pierwiastek duchowy, rozumny, wolny i nieśmiertelny stanowi istotną różnicę człowieka od wszystkich innych stworzeń na ziemi. Na ogół nawet u zwierząt spotykamy instynktowny pęd do życia w gromadzie istot tego samego gatunku. Walka pomiędzy istotami tego samego gatunku nie stanowi nigdy prawa. Spotyka się ją raczej jako wyjątek i to w przypadkach sporadycznych.

Pan Jezus tak często podkreślał nie tylko to, że jesteśmy jedną rodziną ludzką, ale też że jesteśmy braćmi z racji nadprzyrodzonej, jako dzieci jednego Ojca w niebie. Dlatego w modlitwie nam zostawionej nakazał nam zwracać się do Boga słowami: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…”

Święty Paweł napomina: „Nikomu złem za zło nie odpłacajcie, ale starajcie się czynić dobrze nie tylko przed Bogiem, ale i przed wszystkimi ludźmi. Jeżeli to możliwe, i o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój zachowujcie” (Rz 12,17 – 18).

Solidarność międzynarodowa, ogólnoludzka opiera się na wspólnej konieczności dołożenia wszelkich starań, aby zachować gatunek ludzki na ziemi i zapewnić mu spokojny byt oraz swobodny rozwój. Z tego powodu tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób godzą we wspólnotę ludzką, którzy szkodzą ludzkości lub poszczególnym narodom słusznie nazywamy „ludobójcami:.

Obecnie więź pomiędzy poszczególnymi jednostkami ludzkimi oraz pomiędzy całymi narodami jest silna jak nigdy dotąd. Zbliżyła ona do siebie kontynenty i ich mieszkańców do niebywałych granic. Mass media w jednej sekundzie przekazują nam to wszystko, co dzieje się w najodleglejszych zakątkach ziemi. Znikły przestrzenie, bo samoloty w kilku godzinach przenoszą pasażer z północy na południe i ze wschodu na zachód. W erze rakiet i kosmicznych promów, które na naszych oczach zdobywają przestrzenie kosmiczne, ziemia okazuje się w rzeczywistości za ciasna.

Więź pomiędzy narodami zacieśnia się dzięki temu, że znikają różnice cywilizacyjne. Tam, gdzie jeszcze niedawno panowała dżungla albo rozciągała się pustynia, dziś wznoszą nowoczesne drapacze chmur, a ludzie korzystają z najnowszych zdobyczy kultury. Dawny „pan” z niedawnym jeszcze „niewolnikiem” rozmawiają przy wspólnym stole jako zupełnie sobie równi ludzie, mowę człowieka o innym kolorze skóry oklaskuje się w ONZ na równi z przemówieniem dyplomaty Francji, Anglii czy Niemiec.

Konieczność współpracy międzynarodowej. To powszechne zbliżenie narodów i kontynentów obok pozytywów przyniosło również ze sobą widmo pewnych niebezpieczeństw. Zagęszczenie ludności na ziemi spowodowało walkę o byt narodów liczniejszych i bardziej prężnych etnicznie. Wyczerpane bogactwa ziemi w jednych częściach spowodowały wyścig eksploatowania terenów wolnych bez liczenia się z tym, do kogo one należą. Zbliżenie sprzyja również zadrażnieniom i niezliczonym konfliktom sąsiedzkim. Na końcu środki walki z przeciwnikiem są dzisiaj tego rodzaju, że mogą przynieść zagładę całej ludzkości.

Z opisywanych powodów powstała konieczność zaradzenia konfliktom, jakie się rodziły. Mnożyły się spory o „niczyje” ziemie, obszary wód, a w końcu o przestrzenie powietrzne. Najpierw powstał międzynarodowy trybunał rozjemczy w Hadze (Holandia), potem związek wielu państw w Genewie, czyli tzw. „Liga Narodów”, a na końcu po ostatniej wojnie związek nieomal wszystkich narodów pod nazwą ONZ ze stałą siedzibą w Nowym Jorku.

Międzynarodowe organizacje i władze nadrzędne

Historia myśli o prawie międzynarodowym. Już w XVI wieku dominikanin  O. Francisco Vitoria (1483 – 1546) pisał rozprawy na temat prawa międzynarodowego. W swoim dziele „Relationes theologicae” z roku 1557 porusza takie zagadnienia, jak: „De Indis”, „De iure belli”, De potestate civili”. W nich występuje on z postulatem ustanowienia jakiegoś międzynarodowego porozumienia i prawa, które by regulowało najważniejsze sprawy ogólnoludzkie.

Tą myśl podjął głośny teolog i filozof, jezuita O. Suarez w rozprawie pt. „De iure gentium” (tytuł dzieła „De legi bus”). Jego zdaniem prawa narodów pochodzą ze wzajemnych umów i powszechnych zwyczajów.  Z częstotliwości danych faktów powstaje zwyczaj, a ze zwyczaju rozpowszechnionego na całym świecie, rodzi się prawo międzynarodowe. Z umów międzynarodowych powstały traktaty i konwencje międzynarodowe.

O. Suarez oparł prawa narodów na obiektywnej i uniwersalistycznej strukturze solidarności narodów. On też jako pierwszy wysunął postulat o względnej suwerenności jednostek państwowych jako warunek skuteczności zasad prawa międzynarodowego. Do tego czasu uważano państwo za całkowicie pełną, doskonałą, wykończoną pod każdym względem i suwerenną, czyli niezależną i samo wystarczającą sobie społeczność ludzką. Natomiast O. Suarez dowiódł, że państwo ma suwerenność tylko relatywną (względną), że nie ma praw nieograniczonych tak wobec własnych obywateli, jak i wobec innych państw, bo musi jakoś z nimi współżyć. O. Suarez nie precyzuje bliżej swej myli i nie wyciąga z niej ostatecznych wniosków. Jednak dziś wszyscy się godzą na to, że jak władza państwa koordynuje (godzi) wzajemne interesy jednostek dla wspólnego dobra wszystkich, tak musi istnieć jakaś władza nadrzędna, ponadpaństwowa, która by kierowała i uzgadniała interesy poszczególnych narodów. Ta władza musi być na tyle powszechna, aby obejmowała wszystkie państwa i narody na ziemi. Musi ona być również na tyle mocna, aby mogła natychmiast i skutecznie zwalczać każde wyłamanie się spod ogólnego prawa i aby mogła zadać cios każdemu, choćby najsilniejszemu napastnikowi, który by chciał zagrozić wspólnocie narodów lub jej poszczególnym członkom.

Historia związków i organizacji międzynarodowych. Dzieje ludzkości podają nam bardzo wczesne wzmianki o tworzeniu się lig i związków pomiędzy poszczególnymi narodami. Miały one najczęściej charakter sojuszów wojennych. W Księdze Rodzaju 14,1– 2 jest pierwsza wzmianka historyczna o lidze sprzymierzonych narodów. Takich „lig” mamy całą moc w historii ludzkości. Słabsze państwa łączyły się przeciwko mocniejszym napastnikom, aby się bronić i ich zwyciężyć. Z dziejów świata znana jest  koalicja zmontowana przez państwa Azji Przedniej przeciwko Asyrii. Łupem tej koalicji stało się Królestwo Izraela. Pod wodzą Egiptu powstaje koalicja państw przeciw Babilonii. Uporczywe walki, obfitujące w przykłady męstwa i ofiarności Greków, zostały zakończone klęską najeźdźcy. Nazwy Termopile i Salamina przeszły na zawsze do historii. Wtedy był to najazd Azji na Europę, jakoby w odwet za tak barwnie opisany przez Homera (Illiada, Odyseja) najazd Europy (ludów Achajskich) na Azję (zdobycie Troi). W późniejszych czasach „wojna trzydziestoletnia” w wieku XVII, wojna narodów z Napoleonem w wieku XIX i w końcu ostatnie dwie wojny światowe.

Poszczególne narody nie zawsze łączyła potrzeba wspólnego bezpieczeństwa. Czasem łączyła je wspólna kultura, język i religia, jak to było z narodami Wielkiej Hellady.

Od bardzo dawna zaistniała potrzeba polubownego załatwiania sporów. Znane są nam już w starożytności zjazdy głów koronowanych i zawierane przez nich uroczyste pakty: przyjaźni, nieagresji, międzynarodowe umowy odnośnie wydawania jeńców, pochowania ciał zmarłych, itd.

Liga Narodów. Została ona powołana do życia po I wojnie światowej w 1919 roku na mocy traktatu wersalskiego. Jej celem miało być pokojowe załatwianie wszelkich sporów pomiędzy narodami i zapobieganie wojnom. Swoją siedzibę Liga Narodów miała w Genewie we wspaniałym, specjalnie zbudowanym na ten cel ze składek narodów „Pałacu Ligii”. W 1929 roku do Międzynarodowej Organizacji Pracy przy Lidze Narodów należało aż 55 państw.

Jednak Liga Narodów nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Nie miała bowiem wystarczających sankcji karnych, które mogłyby zmusić napastnika do ustąpienia ze swoich dążeń. Dowodem tego była bezsilność Ligii Narodów wobec najazdu Mussoliniego na Abisynię, a później Hitlera na Austrię, Czechy, Polskę, Belgię, Francję, Norwegię, ZSRR.

ONZ. Liga Narodów nie potrafiła przeszkodzić rozpętaniu II wojny światowej, która kosztowała ludzkość przeszło 50 mln ofiar wojny i terroru eksterminacyjnego prowadzonego przez hitlerowskie Niemcy. Te smutne  doświadczenia nakazały przeanalizowanie taktyki dotychczasowego postępowania. Liga Narodów została zreorganizowana w ONZ, czyli Organizację Narodów Zjednoczonych. Projekt jej założenia zrodził się na konferencji szefów rządów w San Francisco w 1945 roku. Jej zadaniem jest utrzymanie pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego oraz koordynowanie współpracy gospodarczej, kulturalnej i politycznej narodów. Konstytucją tej największej dotąd organizacji państw jest tzw. Karta ONZ.

Co rozbija więź międzynarodową?

Zbytni indywidualizm i egotyzm jest czynnikiem na wskroś destrukcyjnym w odniesieniu do jakiejkolwiek społeczności. Natomiast cnotą przeciwną, która ułatwia życie społeczne jest rzetelna chrześcijańska miłość bliźniego. Przejawem tej miłości w życiu społecznym jest szacunek grzeczność, uczciwość, uczynność, ofiarność.

Największym zaś wrogiem spójności międzynarodowej jest nacjonalizm, czyli szowinizm narodowy. Polega on na tym, że dany naród posuwa swój egoizm i samolubstwo do tego stopnia, że za cel stawia sobie tylko własne powodzenie, choćby z krzywdą dla innych narodów. Nie liczy się on z żadnym prawem międzynarodowym.

Słownik wyrazów obcych (P. I. W. 1954) daje lapidarne, ale wystarczające określenie szowinizmu: „szowinizm jest to nacjonalizm doprowadzony do skrajnej, zwyrodniałej formy. W szowinizmie bezmyślne uwielbianie własnego narodu łączy się z pogardą lub nienawiścią do innych narodów” (s. 705). Szowinista nie widzi w historii swojego narodu żadnych plam. Gloryfikuje on nawet zbrodnie, jeśli przyniosły one państwu doraźną korzyść, wybiela błędy, przeinacza fakty. Dla niego „suprema leź” to dobro państwa. Nacjonalizm i szowinizm narodowy swoje źródło mają w infantylizmie i bezmyślnej megalomanii narodowej. Większość pożarów wojny rozpalił nacjonalizm jednej albo obu stron razem. Chińczycy nazwali kiedyś siebie „Krajem środka”, podobnie Japonia (Nippon). Mieszkańcy Haiti do dziś są przekonani, że od nich zaczął się początek świata i ludzkości. W Persji władca nosił tytuł „Środka świata”. Grecy mieli za „omfalos ges” (pępek świata) swoje Delfy. W Peru stolica dawnych Inków miała nazwę „Cuzco”  (pępek ziemi).

W czasach nowożytnych Milborn upatrywał w Anglii „naród wybrany” Pisarze carskiej Rosji: Sołowiew i Aleksakow nazywali swoją ojczyznę „mesjaszem” narodów. W Polsce tą samą ideę głosili romantycy: Mickiewicz, Słowacki. Mistycy francuscy z Gemeau na czele, a nawet Wiktor Hugo nazywali Francję „Le grand Christ des peuples”, uważając Vaterloo za „Wielki Piątek” Francji.

Nacjonalizm odrodził się we włoskim faszyzmie (Mussolini). Nazwa faszyzm pochodzi od słowa łacińskiego „fasci”, czyli wiązki, które noszono przed dygnitarzami rzymskimi, z wystającym często toporem, na znak władzy. Nacjonalizm został doprowadzony do zenitu przez Hitlera w teorii o czystości rasy nordyckiej i jej absolutnych prawach (rasizm).

Ofiarą wybujałego nacjonalizmu padł sam Jezus Chrystus, bo nie chciał spełnić szowinistycznych dążeń swojego narodu i podbicia dla Izraela wszystkich ludów ziemi.

Najtrafniejszą chyba definicję nacjonalizmu dał Foerster: Forma zbiorowego samolubstwa”.

Następstwa faszyzmu są zabójcze dla inny narodów, ale są też nie mniej szkodliwe i dla samych obywateli danego państwa. Faszyzm propaguje totalizm, czyli całkowite i bezwzględne podporządkowanie obywateli państwu. Zbiorowość wchłania w siebie jednostki. Są one podporządkowane wodzowi, który może rozporządzać ich mieniem, wolnością i życiem.

Kolonializm. Dzisiaj należy on już prawie do historii, która w tym względzie była bardzo smutna. Narody kulturalnej Europy brutalnie zajmowały obszary zamieszkałe przez różne narody, wydzierając im na siłę ziemię i jej bogactwa, własną kulturę i podbijając w najohydniejszą niewolę. Dzieje niewolnictwa na zawsze pozostaną ciemną plamą w historii ludzkości. Wszelkie zaś próby oporu lub odzyskania wolności  dławiono rzeziami. Kodeks Etyki Międzynarodowej wydany w 1938 roku przez katolickich socjologów, stwierdza:  „Suwerenność państwa pojmowana bez ograniczeń jest zupełnym zaprzeczeniem prawa międzynarodowego. Władza państwa, wynikająca z jego suwerenności terytorialnej, nie jest absolutna, lecz ograniczona poszanowaniem praw innych narodów i współdziałania z nimi dla dobra ogólnego ludzkości”.

Kościół – nasza duchowa rodzina. W świecie jest jeszcze jedna, wielka Boża społeczność, do której należymy. Jest nią Kościół. Nazywamy go społecznością, bo swoich członków, władze, ma swoje cele i święte środki.

Kościół jest społecznością Bożą, bo założył go Jezus Chrystus, Syn Boży. Jeżeli św. Augustyn „Państwem Bożym” nazwał całą ludzkość, to tym trafniej „Państwem Bożym” możemy nazywać Kościół. Zresztą sam Jezus tyle razy swoje dzieło na ziemi nazywa „Królestwem Bożym”.

To „królestwo” ma swojego władcę – Boga, Jego namiestnikiem na ziemi jest każdorazowy biskup Rzymu, stałą siedzibą - Rzym, władzą naczelną - papież, organem doradczym - kolegium kardynalskie, rządem - kongregacje, parlamentem czy senatem - hierarchia biskupów, zgromadzeniem nadzwyczajnym - sobór, obywatelami – wierni. Państwo to ma własny język, własne prawa, własne rządy.

Przedziwna dobroć Boga dała człowiekowi, który jest istotą półmaterialną i półduchową, jednym ze stworzeń ziemi oraz bratem aniołów, dwie opiekunki, a raczej dwie matki: ojczyznę ziemską dla potrzeb ciała oraz Kościół dla potrzeb duszy. Obydwie te matki współzawodniczą ze sobą w tym, aby człowiekowi dopomóc do pełnego rozwoju wszystkich jego władz i sił. Matka ziemska, aby mu na ziemi było dobrze, a matka duchowa, aby był na wieki pomiędzy wybranymi w niebie. Jednocześnie bardzo często te obydwie matki podają sobie nawzajem dłoń, bo często łączą wspólne wysiłki, aby wzajemnie sobie dopomagać dla dobra tych samych istot.

 

Katecheza 22: IV przykazanie Boże -  obowiązki wobec społeczności większych od rodziny: szkoły i osób starszych

Szkoła oraz geneza szkolnictwa publicznego

Wynalezienie pisma. Najprawdopodobniej odkrycie pisma było kwestią umowy, a miało ono miejsce w bardzo odległych już czasach. Znane nam obecnie zabytki przechowały się do naszych czasów sprzed około siedmiu tysięcy lat. Zachowały się one tylko dlatego, że były ryte na skałach. Zabytki pisma na glinie, pergaminie lub na papirusach są znacznie późniejsze i zachowały się w znacznie mniejszej ilości. Stało się tak z powodu mniej trwałego materiału na którym pisano. Jest również oczywistą rzeczą, że pismo miało różne postacie w zależności od tego, jaki szczep na jaki wpadł pomysł.

Najstarsze ślady pisma zdają się sugerować, że powstało ono z rysowania. Konkretnym szkicem albo schematem rysunkowym przedstawiano treść danego słowa, np. ptak, kwiat, człowiek, zwierzę, woda, itd. Obok pisma obrazkowego powstało też pismo „dźwiękowe” (umowny znak na dany dźwięk), czyli głoski pisane, a późnie przyszedł czas na pismo czysto umowne: pismo klinowe, węzełkowe, itd.

Wraz z wynalezieniem druku pismo stało się bardziej komunikatywne, bo można było całe karty pisma uwielokrotniać sposobem mechanicznym bez bardzo żmudnego sposobu przepisywania ich.

Potrzeba nauki pisania. Wraz z wynalezieniem pisma zaczęły się mnożyć dzieła, w których człowiek wyrażał swoje uczucia albo utrwalał historię swojego życia, swojej rodziny swojego państwa albo wielu państw. Początkowo to było zastrzeżone tylko dla klanu wtajemniczonych, dla elity. Jednakże pismo też miało służyć także i przeciętnemu człowiekowi do zawierania umów, wyroków sądowych lub zarządzeń władz państwowych. Podobnie i handel bardzo gwałtownie potrzebował pisma i znaków arytmetycznych do obliczeń.

Sztuki pisania i odczytywania pisma trzeba się było uczyć. Ktoś musiał wtajemniczać w to, co oznaczają poszczególne znaki i jak je łączyć oraz jak należy je odtwarzać. Tak powstała nauka pisania i czytania.

Początkowo nauka ta była bardzo kosztowna i elitarna, a tym samym zarezerwowana tylko dla pewnych ludzi. Wiemy np., iż w Egipcie oraz w Babilonii istniał osobny stan „pisarzy”, który na królewskich dworach miał wielkie wpływy. Z historii wiemy również, że naukę pisania i czytania posiadał także stan kapłański. Pierwsze szkoły były prywatne. Zamożni ludzie posyłali do danego „pisarza” swoich synów na naukę sowicie ją opłacając. Pisarze zatem wytworzyli stan i stanowili zawód. Z czasem do sztuki pisania i czytania dołączono inne nauki. Narzucała je sama treść pisanych i czytanych dzieł.

Dziś nie bardzo wiadomo jest, kto pierwszy ustanowił nauczanie publiczne i który naród zaprowadzi u siebie możność uczenia się na koszt państwa. Najnowsze badania wykazują, że stało się to już bardzo dawno przed narodzeniem Chrystusa. Posiadamy pewne dane, że szkolnictwo publiczne, państwowe istniało już w państwie asyryjskim (VII wiek przed Chrystusem).

W Biblii czytamy, iż za czasów króla babilońskiego Nabuchodonozora istniała w jego pałacu jakaś szkoła dworska dla paziów królewskich, w której naukę języka chaldejskiego pobierał Daniel i jego trzej przyjaciele (Dn 1,3 – 4).

W państwie chińskim spotykamy pierwsze wzmianki o szkołach w IV wieku przed narodzeniem Chrystusa. Pewnym jest fakt, że Sparta upaństwowiła i zmonopolizowała nauczanie i wychowywanie wszystkiej swojej młodzieży. Od siódmego roku życia zarówno chłopcy, jak dziewczęta szli do ‘koszar” i tam pod nadzorem specjalnych pedagogów przygotowywali się do przyszłego życia: chłopcy do służby wojskowej, a dziewczęta do macierzyństwa. Wprawdzie Likurg nie przewidywał nauki pisania i czytania, ale za to uczono śpiewu, gry, władania bronią, itd.

Szkolnictwo publiczne i ingerencję państwa do nauczania zalecał, a wręcz polecał, Platon (429 – 348 przed Chrystusem) w dziele „Rzeczpospolita”. W III wieku przed Chrystusem istnieją w Rzymie szkoły różnych stopni i to nie tylko w miastach, ale także i w wioskach. Te szkoły nie były finansowane przez państwo, lecz przez bogatych patrycjuszów i magnatów rzymskich, którzy chcieli sobie zaskarbić wdzięczną pamięć u potomnych. Budowali oni również specjalne izby i pomieszczenia dla nauczycieli (efebów) oraz wyznaczali im gaże roczne w zależności od stopnia szkoły. Zachował się tekst zapisu (fundacji) niejakiego Endemosa, uczyniony w roku 200/199 przed Chrystusem na rzecz szkoły publicznej w Milecie (zob. St. Kot, Źródła do historii wychowania, t. I).

Wielką zasługę dla szkolnictwa publicznego ma Kościół katolicki. We wszystkich krajach, gdzie tylko miał on swoich wiernych, zakładał szkoły przeróżnych typów o charakterze publicznym. Obowiązek prowadzenia szkół Kościół nałożył na katedry, parafie i na zakony. Pierwszymi nauczycielami byli księża i duchowni katolicy. Szkolnictwo było w ręku Kościoła i różnych wyznań religijnych aż do XVIII wieku. Pod koniec tego wieku państwa przejmuję je na własność i urządzają według własnych potrzeb.

Cel i zakres szkolnictwa. Celem publicznego nauczania jest chęć udostępnienia na wszelki i możliwy sposób nauki czytania i pisania wszystkim, aby wiedza nie była dostępna tylko elitom, lecz aby wszyscy mieli do niej dostęp. Cel zatem jest bardzo piękny: udostępnienie wiedzy i jej dobrodziejstw wszystkim.  Takie umasowienie wiedzy ogromnie przyczyniło się do wzrostu kultury duchowej i materialnej.

Dzisiaj szkolnictwo publiczne istnieje we wszystkich krajach świata. Ma ono jednak podwójny charakter; w jednych krajach jest szkolnictwo prywatne pod kontrolą państwa; w innych zaś państwach istniej tylko szkolnictwo państwowe, czyli że szkoły należą wyłącznie do państwa.

Bardzo wielu ludzi oburzało się i nadal się oburza na ingerencję państwa w szkolnictwo i w wychowanie. Nie mieli oni i nie mają nadal racji. Państwo ma swoje prawa i powinno mieć wpływ na kształtowanie się młodego człowieka, który w przyszłości będzie czynnie odpowiadał za losy państwa oraz będzie decydował o decydował.  Musi zatem poznać dzieje swego państwa, jego ustrój i rząd, musi się do niego przywiązać, aby dla jego dobra kiedyś pracować. Ingerencja państwa ma i te dobre strony, że państwo dysponuje o wiele większymi środkami pomocy. Wspaniałe szkoły wybudowane przez nasze państwo w różnych miastach i wioskach, są tego najlepszym dowodem. Ponadto państwo posiada też o wiele szersze możliwości, gdy chodzi o kształcenie kadr nauczycieli i specjalistów różnych dyscyplin wiedzy.

Szkoła ma dopomóc jednostce w tym, aby mogła w ramach społeczności coraz więcej się doskonalić, aż dojdzie do pełni dojrzałości fizycznej i duchowej, przyrodzonej i nadprzyrodzonej także.

Zakres kompetencji szkoły wobec dziecka. Szkoła zastępuje dziecku dom, gdyż ono spędza dzisiaj w szkole nieomal tyle czasu, co i w rodzinnym domu. Nauczyciel – wychowawca zstępuje dziecku rodziców. Z tej racji pewne uprawnienia przechodzą z rodziców na pedagogów.

Katolicki „Kodeks Społeczny”, ułożony w Malines tak określa, tak określa stosunek szkoły do rodziny: „Z warunków życiowych wynika fakt, że najczęściej rodzice nie mogą we wszystkich szczegółach wykonać dzieła wychowania, a szczególnie wykształcenia dzieci. Szkoła ma na celu zastępować rodziców. Nauczyciel w swoich czynnościach jest pełnomocnikiem rodziców. …” (art. 19).

Rodzice nie tylko temu się nie sprzeciwiają, lecz bardzo to sobie cenią. Szkoła nie tylko daje im dzieciom rzetelną wiedzę, ale także je wychowuje. Już sam fakt, że dziecko przez szereg lat (przedszkole, szkoła podstawowa, szkoła średnia, a obecnie bardzo często studia) jest wciągnięte w społeczność szkolną, gdzie zdobywa potrzebną wiedzę i uczy się wielu cnót społecznych: karności, posłuszeństwa, ładu, czystości, zamiłowania do piękna, estetyki, pilności, pracowitości, solidarności, poczucia odpowiedzialności za gromadę, grzeczności oraz umiejętności wzajemnego życia w społeczności, jest bezcennym wkładem dla przyszłego życia wychowanka.

Wyliczone pokrótce powyżej wartości wyżej stawiają szkołę publiczną nad edukacją naukową prowadzoną choćby przez najlepszych nauczycieli uczących prywatnie w domu, jak to dawniej było w powszechnym zwyczaju.

Szkoła spełnia rolę ogrodnika, który pielęgnuje zasiane kwiaty, a wyrywa narosłe przypadkiem chwasty. Szkoła może również używać przymusu i kar, ale w granicach, na które pozwala powierzona jej rola.

Obowiązki nauczycieli – wychowawców wobec uczniów.

Szacunek dla ucznia. Już Plutarch uważał, że bicie jest hańbą i tylko otępia uczniów. Nauczycielowi wolno posługiwać się karami, ale nigdy nie mogą one być brutalne ani nie mogą urażać godności osobistej ucznia. Nauczyciel nie może również używać wobec swoich uczniów słów grubiańskich i obelżywych. Jeżeli kogo, to wychowawcę obowiązuje kultura języka. Ma on w swoich uczniach budzić zamiłowanie do piękna i sam nie może moralnie źle postępować.

Miłość i cierpliwość. Nauczyciel ma kochać dzieci i swój przedmiot, którego uczy. Miłując dzieci podbije sobie ich serca, tak bardzo potrzebujące ciepła, życzliwości, radości życia i pogody ducha. Młodzież lubi radosnych nauczycieli a nie cierpi wychowawców smutnych i zgryźliwych, gdyż się przed nimi zamyka i ich unika. Nauczyciel, który kocha swój przedmiot, będzie go wykładał z zapałem i zrobi wszystko, aby dzieci również jego przedmiot polubiły i dostatecznie go opanowały. Będzie on miał wielką cierpliwość dla dzieci.

Sprawiedliwość w ocenach. Nauczyciel nie może być stronniczy. Niesprawiedliwe wyróżnianie jednego ucznia kosztem drugiego rodzi bunt i niezadowolenie, niechęć do uczącego i jego przedmiotu. Nauczyciel także nie może być pobłażliwy i dawać dobrych ocen za niezasłużone wyniki. Budzi to lekceważenie nauczyciela i leniwe odnoszenie się do przedmiotu. Jednak również należy unikać zbyt surowej oceny uczniów w myśl hasła: „Piątka dla Pana Boga, czwórka dla nauczyciela, trójka dla ucznia”.

Sumienność w przygotowywaniu przedmiotu. Nauczyciel musi pamiętać o tym, aby do każdej lekcji dobrze się przygotować i na to musi zawsze znaleźć czas. Jeżeli od uczniów wymaga się sumienności przy odrabianiu lekcji, to tym bardziej od nauczyciela wymagane jest dobre przygotowanie się do lekcji. Stratą czasu jest zawsze „przelewanie pustego w próżne”. Jeżeli nauczyciel do lekcji się nie przygotuje, jeżeli lekceważy sobie lekcje szkolne, to grzeszy, bo zaniedbuje obowiązek uczenia, który jest obowiązkiem jego stanu i zawodu. Nauczyciel powinien nie tylko dobrze opanować sam materiał, ale również i metodę jego przekazu, aby mógł uczniom drogą najmniejszego wysiłku z ich strony zaoszczędzić trudu „wbijania do głowy”.

Każdy nauczyciel musi pamiętać, że dzieci mają dobre oczy, a patrzą na niego przez wiele godzin dziesiątki oczu; że całą swoją postawą i kulturą podbija sobie ich serca albo je sobie zraża; gorsze jest jednak to, że zraża serca dzieci nie tylko do siebie, ale przede wszystkim do szkoły i przedmiotu, którego uczy.

Nauczyciel, który jest lubiany, łatwiej nauczy dzieci swoich przedmiotów i ma potężny wpływ na formowanie serc, które przed nim otwierają się bardzo szeroko.

Obowiązki uczniów – wychowanków wobec nauczycieli.

Obowiązek wdzięczności. Nauczycielowi pacą za lekcje. Ze swojej pracy on żyje i utrzymuje swoją rodzinę. Jednak nie trudno jest zauważyć, że to wynagrodzenie dalekie jest od wkładu jego serca i sił. Dodać do tego należy zapytanie o to, czy wiedzę i wychowanie można przeliczyć na pieniądze? Praca pedagoga jest niezmiernie ciężka. Świadczy o tym porzekadło, które przeszło w przekleństwo: „Bodaj byś cudze dzieci uczył”. Ile wysiłku kosztuje wychowanie jednego dziecka, a cóż dopiero mówić o całej ich gromadzie, jaką stanowi każda klasa. Byłoby to łatwiejsze, gdyby nauczyciel w klasie miał same zdolne i pilne dzieci. Tymczasem w życiu bywa zupełnie inaczej. Zdolne dzieci zbyt często liczą na swoje możliwości i oddają się słodkiemu nieróbstwu. Natomiast słabszych uczniów trzeba ciągle zachęcać i motywować. Do tego należy dodać, że często również mało inteligentni rodzice mają jeszcze do wychowawcy pretensje i czynią go odpowiedzialnym za słabe wyniki pracy ich dzieci.

Wielkim bodźcem do pracy oraz do satysfakcji z niej dla nauczyciela jest każdy objaw dobroci serc dziecięcych albo młodzieńczych i wdzięczności.  Najlepszym sposobem jej okazania to pilność w nauce i dobre zachowanie. Jednakże istnieją także okazje, które w sposób wyjątkowy nadają się do tego, by przypomnieć sobie osobę swego wychowawcy i okazać mu wdzięczność. Jedną z nich jest dzień jego imienin. Kiedyś w jednej ze szkół niespodziewanie i bez zapowiedzi zjawił się wizytator szkolny, czym zaskoczył wszystkich w szkole. Strach padł na dyrektora szkoły, bo właśnie siedział w jednej z klas i słuchał, jak dzieci składały życzenia swojemu wychowawcy. Co więcej, sam brał w tym udział, bo przygrywał dzieciom na skrzypcach. Rozumny wizytator nie tylko, że się nie oburzył na „stratę czasu” potrzebnego do nauki, ale wykorzystał chwilę, aby pochwalić wszystkich i pouczyć dzieci o roli wdzięczności dla wychowawców.

Jak miłe są chwile spotkania po latach z wychowawcą, drobny prezent imieninowy albo życzenia świąteczne od „Stacha”, „Antosia” czy „Eli”. Ze złami w oczach opowiadała stara już nauczycielka, jak w Krakowie na rynku drogę zabiegło jej dwóch młodych mężczyzn i z radości, że spotkali swoją dawną „Panią”, którą kiedyś bardzo lubili i kochali,  zapomnieli o utartych formach grzecznościowych, bo kiedy ją „dopadli biegnąc naprzeciw”, to ucałowali je ręce i przedstawili się jako jej dawni uczniowie. „Kto by pomyślał – mówiła z rozrzewnieniem ta nauczycielka - że będą o mnie pamiętać. Kochane, złote chłopaki”.

Obowiązek czci. Bardzo źle postępują uczniowie, gdy pozwalają sobie na różne żarty pod adresem swoich nauczycieli; gdy im nadają ośmieszające przydomki albo arogancko odpowiadają. Na takie zachowania dojrzale powinni zawsze reagować rodzice i wszyscy dorośli, chyba, że sami jeszcze nie dorośli nie posiadają odpowiedniej do wieku dojrzałości, co dzisiaj wcale nie jest rzadką rzeczą. Wielu wychowawców nie pozwoli sobie na tego rodzaju wybryki swoich uczniów. Jednak często też zdarzają się bardzo łagodni pedagodzy, którym naprawdę trudno jest zdobyć na surowość. „Wygrywać” na tym, jest czynem nie tylko nieszlachetnym, ale wręcz podłym.

Karność i posłuszeństwo. Największą trudność niejednemu wychowawcy sprawia utrzymanie karności w klasie. Pochłania to wiele jego cennego czasu i kosztuje go to wiele nerwów. Wystarczy, aby każdy uczeń powiedział choć jedno niepotrzebne zdanie, a już z lekcji zostaje bardzo niewiele, gdyż to rozprasza wszystkich uczniów, przerywa tok lekcji i niweczy cały wysiłek uczenia. Co się dzieje, gdy tych zdań jest więcej? Dzieci i młodzież uważają to za rzecz zwykłą i z takich zdarzeń w zasadzie rzadko się spowiadają. Tymczasem są to nagminne postawy, a rodzice mało zwracają na to uwagi.

Tymczasem karność polega na: rzetelnym przeżywaniu lekcji, aktywnym włączaniu się w jej tok, solidnym odrabianiu zadanych prac, nie podpowiadaniem innym uczniom, nie odpisywaniem zadań, nie oszukiwaniem na sprawdzianach, nie oszukiwaniem w podpisach rodziców, itd. Te zaznaczone bardzo pobieżnie sytuacje oraz wiele innych podobnych nieuczciwości szkolnych prowadzi do wypaczania charakteru i sprawia, że w przyszłości wszelkie obowiązki i zadnia zawodowe i stanowe będą przez takich uczniów spełniane niedbale albo zostaną zupełnie pominięte i usunięte z ich życia.

Obowiązek modlitwy. Dziecko samo nigdy nie zdoła wywdzięczyć się swoim nauczycielom za poniesiony dla nich trud nauki i wychowania. Wypada więc, aby ten dług wdzięczności spłacało nie tylko miłym wspomnieniem i życzliwością, ale także modlitwą.

Z kolei jeśli wychowawca czy nauczyciel chce, aby jego uczniowie okazywali mu wdzięczność, szacunek i należny posłuch, musi sam szanować prawa i konsekwentnie go przestrzegać. Sam też powinien modlić się za swoich uczniów, jeżeli jest człowiekiem wierzącym.

Szacunek dla osób starszych

Co rozumiemy przez szacunek?

Przez szacunek rozumiemy uznanie, że ktoś jest od nas wyższy i że dlatego należy mu się od nas cześć. Taka jest ludzka natura, że czuje „lęk czci” przed osobą godniejszą. Ta wyższość polega na większej liczbie lat, na piastowaniu wyższego stanowiska, na bogatszym dorobku naukowym, artystycznym, sportowym i życiowym w ogóle. W naszym przypadku chodzi głównie o cześć, którą nakazuje dystans wieku i liczba lat. Mówi się, że o kulturze danego narodu świadczy to, jaką czcią otaczani są starcy. Tym chlubiła się zwłaszcza dawna Sparta, gdzie tylko starcy mogli sprawować rządy (dwóch królów i Rada Starszych).

Były wprawdzie w historii ludzkości  przypadki lekceważenia starców do tego stopnia, że gdy byli już niedołężni, to w imię „litości” gwałtownie skracano im życie. Należały one jednak do rzadkości. W Starym Testamencie spotykamy bardzo wiele tekstów, które wyrażają cześć dla starców i tej czci dla nich wymagają od innych.

„Nie uwłaczaj człowiekowi w jego starości, albowiem i z nas niektórzy się zestarzeją” (Syr 8,6).

„Nie odsuwaj od siebie opowiadania starców, albowiem i oni nauczyli się go od swoich ojców; od nich i ty nauczysz się rozumu, by w czasie potrzeby dać odpowiedź” (Syr 8,9).

„Nie porzucaj starego przyjaciela; nowego nie można postawić wyżej niego. Wino nowe, przyjaciel nowy- jeśli się zestarzeje – z przyjemnością wypijesz” (Syr 9,10).

„Jak sąd przystoi siwym włosom, tak starszym umieć doradzać. Jak starcom przystoi mądrość, tka tym, co mają poważanie –umiejętność rady. Wieńcem starców jest wielkie doświadczenie, a chlubą ich bojaźń Pańska” (Syr 25, 4 – 6).

Dlaczego ludziom starszym należy się szacunek? Ludzie starsi wiekiem mają już swoje zasługi dla społeczeństwa. Dla niego przez długie lata życia poświęcali wiele zdolności, którymi ich Bóg obdarzył, sił i pracy. Zawsze rozwój każdego narodu, na wszystkich płaszczyznach jego życia, jest efektem pracy i zasług minionych pokoleń. Młode pokolenie dopiero staje do pracy i bierze w swoje ręce ster dalszego funkcjonowania i rozwoju.

Cześć dla starczego wieku nakazuje także szlachetność. Stary człowiek jest jak dziecko słaby, niezaradny, nieudolny i ułomny, gdyż wyczerpały go lata pracy i tysięcznych trosk. Z tej racji należy mu zawsze pomagać. Jak to zostało już powyżej napisane, Biblia sławi starców za to, że w nich jest mądrość i doświadczenie wieków. Po swoich ojcach przejęli oni to, co jest najlepsze i stali się żywą tradycją. Starzec potrafi być najwierniejszym przyjacielem. Pismo św. daje nam cały szereg postaci wspaniałych starców, którzy mogą być wzorem do naśladowania przez potomnych.

Abraham, pełen wiary i całkowitego oddania się Bogu. Podobnie patriarchowie Izaak i Jakub. Mojżesz mając osiemdziesiąt lat zaczyna wędrówkę ze swoim narodem, który wyprowadził z domu niewoli w ziemi egipskiej i poprowadził do Ziemi Ojców.

Starzec Heli ze swoją przedziwną rezygnacją przyjmuje w pokorze odnoszące się do niego surowe wyroki Boże.

Hiob budzi podziw swoimi słowami wypowiadanymi w chwili dramatu: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Pan dał i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione” (Hi 1,21).

Tak bliźniaczo podobny do patriarchy Hioba, Tobiasz, na wygnaniu w dniach krwawego prześladowania w każdy dzień obchodził wszystkich powinowatych i znajomych, aby ich pocieszać, wspierać jałmużną, którą była żywność i odzież, oraz ukradkiem wbrew rozkazowi władcy grzebać pomordowanych (Tb 1, 16 – 20).  Tobiasz, gdy utracił wzrok, to nie narzekał, ale się modlił i w trakcie swojej modlitwy wyrzekł: „Teraz uczyń ze mną według Twego upodobania” (Tb 3,6).

Wspaniałą postacią ze swoim świętym zapałem do walki w obronie praw Bożych w Biblii jest osoba kapłana Matatiasza. Umierając nakazuje swoim pięciu synom obowiązek walki na śmierć i życie z wrogami Izraela: „Teraz więc, dzieci, brońcie Prawa, a nawet życie swoje oddajcie za przymierze zawarte z waszymi ojcami”  (1 Mch 2,50).

Starzec Eleazar woli ponieść śmierć męczeńską, niż dać pozór, że przekracza prawo Mojżesza (2 Mch 6).

W Nowym Testamencie nie brakuje także przykładów świętych starców. Należą do nich kapłan Zachariasz, starzec Symeon, „prorokini” Anna, która „będąc wdową od lat osiemdziesięciu czterech, nie opuszczała świątyni, służąc Bogu dniem i nocą w postach i modlitwach” (Łk 2,37).

Obowiązki wobec starców.

Cześć. Powyżej zostały pobieżnie podane racje, jakie nakazują oddawać cześć ludziom starym. W sytuacji, gdy św. Paweł zaleca swojemu uczniowi Tymoteuszowi napominanie starców, to radzi mu to czynić z należnym dla ich wieku szacunkiem. „Człowieka starszego nie strofuj surowo, ale proś go jak ojca… starsze niewiasty jak matki” (1 Tm 5,1).

Kiedy prorok Elizeusz szedł z Jerycha do Betel „mali chłopcy wybiegli z miasta i naśmiewali się z niego wzgardliwie, mówiąc do niego: Przyjdź no łysku! Przyjdź no łysku!... Wówczas wypadły z lasu dwa niedźwiedzie i rozszarpały spośród nich czterdzieści dwoje dzieci” (2 Krl 2,23 – 24).

Jest rzeczą oczywistą, że sami starcy nie są ludźmi bez wad i przywar. Wychodzą one u nich na jaw nieraz zbyt jaskrawo. Należą one nieraz bardzo jaskrowo, a należą do nich przede wszystkim: skąpstwo, upór, bezwzględność w sądach, samolubstwo, itp.

W takich przypadkach należmy niewiele taktu i wyrozumienia oraz trochę znawstwa psychologii. Skąpstwo u starców rodzi się z poczucia nieudolności, niezaradności i z obawy braku środków do życia. Upór z pewności słuszności swojego zdania i z lekceważenia zdania młodszych, bo oni nie mają takiego doświadczenia życiowego. Bezwzględność jest rezultatem długich lat nawyku do rozkazywania.

Posłuch. Starzec ma duże doświadczenie życiowe i bardzo wiele rozsądku. Nie decyduje zaraz, ale każdą rzecz dobrze rozważy. Gdyby Roboam poszedł za radą, jaką dali mu starcy, byłby w posiadaniu całego królestwa Dawida. Zaprzepaścił je idąc z radą młodszych i pozostało mu tylko terytorium zamieszkiwane przez dwa pokolenia z dwunastu pokoleń, których protoplastami byli synowie Jakuba.

Pomoc. Starzec jest słaby i niedołężny. Przez to staje się ciężarem dla swojego otoczenia. On sam odczuwa to aż nazbyt boleśnie. Z tego powodu należy go otoczyć taktowną i dyskretną opieką. Nie wypada również wydzielać mu każdego grosza i z tego go rozliczać. Lepiej pozostawić mu pewną samodzielność w dysponowaniu swoimi pieniędzmi, choćby niewielką sumą, a nie uzależniać go od siebie we wszystkim. Człowiek przyzwyczajony do rozporządzania przez całe życie, chce mieć i na staroć choć trochę wolności, co do dysponowania swoim groszem. Jeżeli z powodu wieku starzy ludzie ogłuchną, oślepną, zostaną przykuci do fotela czy nawet łóżka, to tym bardziej boleśnie to przeżywają i nawet trudno jest opisać ich cierpienie z tego wynikające. Byłoby okrucieństwem w takich sytuacjach izolować się od nich. Tak z nimi trzeba postępować, jakbyśmy sami chcieli, aby postępowano z nami, gdyby nam taki stan się wydarzył. Chyba nie należy przypominać, że starców nie należy przeciążać pracą, że starzec lubi ciszę i ma do niej prawo, o ile tylko na to warunki pozwalają.

Zdarzają się również takie sytuacje, że przy zupełnie zniedołężniałym starcu trzeba spełniać nawet najniższe posługi. Wtedy należy sobie przypomnieć, że i my kiedyś w czasach niemowlęctwa byliśmy zdani na podobne posługi i nikt temu się nie dziwił, ale to uważał za naturalną powinność wobec nieporadnego dziecka.

 

Katecheza 21: Rachunek sumienia chrześcijańskich małżonków

Św. Jan Paweł II, patron naszego nowego kościoła, a przede wszystkim wielki prorok przełomu tysiącleci, bardzo mocno podkreślał w swoim nauczaniu, że „przyszłość świata idzie przez rodzinę”. Każda chrześcijańska rodzina swój początek ma w sakramencie małżeństwa. Nauczanie św. Jana Pawła II pozostaje dla nas jego wielkim testamentem, a testament należy bezwzględnie wykonać. Z tego powodu w rozpoczynającym się Wielkim Poście pragniemy, aby wszystkie chrześcijańskie małżeństwa w naszej wspólnocie parafialnej zrobiły sobie gruntowny rachunek sumienia po to, aby lepiej zobaczyły, jak one funkcjonują, a tym samym wytyczyły sobie kierunki osobistej i wspólnej formacji duchowej dla przemiany na lepsze.

Czy pamiętam o religijnym charakterze mojego małżeństwa? Czy we własnym przekonaniu nie sprowadzam sakramentu małżeństwa jedynie do religijnego obrzędu w kościele lub tylko do samego momentu zawarcia małżeństwa podczas liturgii tego sakramentu? Czy pogłębiam i ożywiam ustawicznie świadomość, że przez ten sakrament wszedł do mojego życia sam Chrystus i On chce w nim uczestniczyć? Czy dokładam starań, aby nasze małżeństwo coraz bardziej jednoczyło się w Bogu? Czy kiedykolwiek modlę się o pogłębienie jedności i miłości małżeńskie? Czy pamiętam, że małżeństwo jest wciąż trwającym świętym sakramentem?

Czy dbam o katolickie elementy w moim domu czy w mieszkaniu (krzyż na honorowym miejscu, obrazy, itp.)? Czy nie lekceważę wspólnej modlitwy i wspólnego udziału we Mszy św. i w Komunii św.? Czy dbam o to, aby w rocznicę naszego ślubu spotkać się razem z Bogiem w sakramencie pokuty, w ofierze Mszy św. i Komunii św.?

Grzechy przeciwko miłości małżeńskiej

Czy usiłujemy zrozumieć się nawzajem, dostosować się do siebie i wychodzić sobie naprzeciw? Czy usiłuję uczynić coś, by sprawić radość współmałżonkowi? Czy pamiętam o rocznicach lub dniach „ważnych” i „znaczących” dla współmałżonka? Czy staram się poznać upodobania współmałżonka i wychodzić im naprzeciw), aby – o ile to leży w mojej mocy – sprawić mu przyjemność? Czy znajduję dla współmałżonka czułe i serdeczne słowo? Czy potrafię znaleźć dla współmałżonka słowa uznania i pochwały za jego wkład pracy we wspólne dobro? Czy używam słów „dziękuję” lub „przepraszam”? Czy pomimo zmęczenia i kłopotów potrafię zdobyć się na humor i na uśmiech dla współmałżonka/ Czy należę może do tych, którzy uprzejmość i kurtuazję mają tylko „na wynos”?

Czy nie cieszę się z upokorzenia i z porażek współmałżonka? Czy interesuję się pracą zawodową i sukcesami współmałżonka? Czy dzielę – w duchu ofiarnej miłości – pracę domową współmałżonka, ciężary i kłopoty dnia? Czy nie pozostawiam po sobie brudów i nieporządku, z myślą, że współmałżonek to uprzątnie? Czy pozwalam się obsługiwać z lenistwa lub gruboskórności?

Czy bez porozumienia się ze współmałżonkiem jednostronnie i arbitralnie nie załatwiam sprawy rodziny i domu? Czy, znając newralgiczne punkty charakteru współmałżonka, nie ranię go bezlitośnie przez brak delikatności? Czy nie zamykam się w urażonym milczeniu i nadąsaniu (ciche godziny lub  dni)? Czy w rozmowach i w dyskusjach nie ulegam irytacji i nie podnoszę głosu? Czy nie używam poniżających epitetów i wulgarnych słów? Czy po konflikcie długo w sercu noszę gniew i urazy i nie dążę do pojednania, niezależnie od tego po czyjej stronie była racja? Czy za wszelką cenę nie dążę do wykazania i przeprowadzenia swojej woli? Czy zostawiam drugiej stronie możliwość „zachowania twarzy”?

Czy nie wprowadzam w dom pijaństwa i nie niszczę tym pogody ducha i szczęścia współmałżonka? Czy w konfliktach i trudnościach ułożenia pożycia małżeńskiego nie dostrzegam winy tylko we współmałżonku? Czy głośnie nie wyrażam swojego zawodu i rozczarowania z powodu wad współmałżonka, stwarzając w ten sposób wrażenie, że „sprawa jest beznadziejnie przegrana”? Czy nie przypominam współmałżonkowi i czy nie wypominam mu grzechów przeszłości i niedotrzymanych obietnic?

Czy nie odmawiam szacunku rodzicom i krewnych współmałżonka? Czy nie wydaję o nich ujemnych sądów i czy nie wyrażam się o nich z niechęcią lub z lekceważeniem? Czy nie izoluję się zbyt szczelnie od rodziny współmałżonka i czy nie zaniedbuję wobec niej jakichś przyjemnych gestów (odwiedziny, podarunki, udział w uroczystościach rodzinnych, itp.)? Czy szanuję uczucia miłości do rodziców i krewnych współmałżonka? Czy w istotnych sprawach mojego małżeństwa nie jestem zbyt zależny od moich rodziców? Czy nie pozwalam moim rodzicom na zbyt daleko idącą ingerencję w moje życie małżeńskie? Czy nie tworzę wspólnie z moimi rodzicami frontu walki ze współmałżonkiem?

Czy dążę do stworzenia wspólnej kasy i uzgadniam ze współmałżonkiem budżet i główne wydatki? Czy nie żądam od współmałżonka drobiazgowych rozliczeń w atmosferze nieufności i podejrzeń? Czy nie czynię współmałżonkowi gderliwych wymówek na temat jego niskich zarobków> Czy przeciwnie, nie sugeruję mu także nieuczciwych sposobów zdobywania pieniędzy? Czy nie trwonię nieodpowiedzialnie pieniędzy na niepotrzebne wydatki? Czy nie zmuszam współmałżonka do upokarzających próśb o pieniądze na codzienne utrzymanie i konieczne wydatki?

Czy podtrzymuję współmałżonka na duchu w sytuacjach trudnych, w niepowodzeniach i stratach materialnych?

Czy nie inwestuję całej swojej energii i czasu na dorabianie materialne, kosztem wartości moralnych, kulturowych i wychowawczych?

Czy w codziennym życiu dbam o higienę osobistą, aby sprawić radość współmałżonkowi i okazać mu szacunek? Czy umiem uszanować sumienie współmałżonka i nie wymuszać niczego, co raniłoby jego przekonania? Czy dbam o to, by moje cielesne współżycie ze współmałżonkiem dawało mu radość i by było ono wyrazem mojej miłości dla niego? Czy cała nasza miłość małżeńska i wszystkie jej przejawy nacechowane są ludzką i chrześcijańską godnością? Czy mocą miłości małżeńskiej umiem znieść nawet duże przykrości i osobiste niepowodzenia we wzajemnym porozumiewaniu się i wspólnym życiu?

Czy unikam słów uszczypliwych i raniących, zwłaszcza w czasie sprzeczki? Czy nie przypominam i nie robię aluzji do tego, co sprawia szczególną przykrość współmałżonkowi?

Grzechy przeciwko wierności małżeńskiej

Czy rozumiem głęboką wymowę wierności małżeńskiej jako wyrazu Chrystusowej wierności wobec Kościoła, w której ja także uczestniczę i której jestem świadkiem? Czy ślubna obrączka stale przypomina mi dozgonną miłość i wzajemną wierność? Czy dochowuję wierności małżeńskiej duchowo i fizycznie? Czy nie zdradzam współmałżonka łamiąc przysięgę daną mu wobec Boga? Czy unikam nawet pozorów, które mogłyby położyć cień na mojej wierności względem współmałżonka? Czy nie interesowałem się ze zbyt wielkim zaangażowaniem osobami płci odmiennej? Czy nie pozwalałem sobie wobec nich na flirty i niezdrowe rozmarzenia? Czy nie zachowywałem się wobec nich zbyt swobodnie? Czy dla dogodzenia własnej próżności nie usiłowałem kogoś w sobie rozkochać?

Czy nie zwierzałem się osobom płci odmiennej ze spraw, które powinny stanowić tylko naszą małżeńską tajemnicę? Czy nie usiłowałem szukać „pocieszenia” u osób płci odmiennej, spoza małżeństwa? Czy potrafiłem odwrócić wzrok od osoby, która swoim strojem działała na moje zmysły?

Czy celowo nie oddalałem się często i na długi czas z domu (delegacje, wyjazdy, itp.)? Czy nie opóźniałem, bez akceptowanych przez współmałżonka powodów, powrotu do domu?

Czy nie zatruwałem sobie lub współmałżonka zazdrością lub nieuzasadnionymi podejrzeniami?

Czy zdecydowany jestem zachować moją miłość nienaruszoną tylko dla wybranego kiedyś człowieka? Czy nie podzielam poglądu, że mężczyźnie wolno mieć „chwile słabości” względem innych kobiet, a żona musi być wierna jak niewolnica? Czy zdaję sobie sprawę z tego, że złożona przed Bogiem przysięga w równej mierze obowiązuje obydwie strony? Czy przez swoje postępowanie nie naruszyłem, nie poróżniłem lub nie rozbiłem cudzego małżeństwa? Czy zdaję sobie sprawę z tego, że moja wierność względem współmałżonka uskrzydla jego życie i dodaje mu otuchy oraz sił do poświęcania się? Czy modlę się do Boga o ugruntowanie wzajemnej wierności serca? Czy myślę nad tym, iż moja wierność jest owocem mojej dojrzałości duchowej oraz odpowiedzialności za życie i szczęście współmałżonka i moich dzieci?

Grzechy przeciwko uczciwości małżeńskiej

Czy moja postawa życiowa, jako małżonka, skierowana jest na dawanie, czy raczej na branie, używanie i doznawanie? Czy przeżyć zmysłowych nie uważam przypadkiem za istotę i cel małżeństwa? Czy moje współżycie fizyczne stwarza u współmałżonka poczucie bezpieczeństwa i zaufanie, że liczę się z jego godnością ludzką i dbam o jego spokój sumienia? Czy we współżyciu małżeńskim kieruję się kulturą, skromnością, delikatnością, i czy pamiętam, że współmałżonek jest osobą, a nie rzeczą i narzędziem?

Czy nie przyjmuję i nie narzucam postaw, czynności i gestów uwłaczających godności człowieka chrześcijanina? Czy liczę się w tej dziedzinie z sumieniem i prawem moralnym, czy też małżeństwo uważam za uświęcony parawan rozwiązłości? Czy uczę się dyscypliny i panowania nad sobą, by w imię miłości narzucić sobie wyrzeczenie, kiedy zajdzie taka potrzeba?

Czy małżeństwa nie traktuję jako instytucji konsumpcyjnej, w której tylko poszukuję wyżycia zmysłowego i własnej radości, bez względu na osobę współmałżonka? Czy nie podejmuję aktów małżeńskich w stanie nietrzeźwym? Czy w razie odmowy współżycia nie szantażuję współmałżonka lub nie stosuję przemocy? Czy pamiętam, że akt zbliżenia między małżonkami ma być nie tylko fizjologicznym odprężeniem, ale nade wszystko okazaniem sobie serdecznej miłości i tkliwych uczuć?

Czy spełniając akt miłości małżeńskiej dbam o to, aby z tej okazji nie narażać dzieci na zgorszenie lub rozterkę duchową? Czy dbam o podniesienie miłości zmysłowo – uczuciowej na poziom miłości duchowej i nadprzyrodzonej? Czy przy pożyciu małżeńskim liczę się ze stanem psychicznym i fizycznym współmałżonka? Czy nie wymagam od niego powinności wtedy, gdy fizycznie źle się czuje? Czy dbam o równie radosne przeżycie aktu małże żeńskiego przez współmałżonka, czy też myślę tylko o sobie?

Czy naszą wzajemną miłość pragnę widzieć wcieloną w dzieci jako owoc naszego wzajemnego oddania? Czy raczej ograniczam ją i zamykam do nas samych? Czy z miłością przyjmuję każde życie, jakim nas Bóg obdarza? Czy nasze ojcostwo i macierzyństwo widzimy w ramach wielkiego planu Bożego, jako odpowiedzialne zadanie otrzymane od Boga- jedynego Ojca wszelkiego życia? Czy planowanie rodziny opieram na założeniach zgodnych z etyką katolicką?

Czy unikam tego wszystkiego, co mogłoby w przyszłości negatywnie zaciążyć na naszych dzieciach (nałogi, alkoholizm, zdrowie)?

Czy bez bardzo ważnych powodów nie wykluczam rodzicielstwa?  Czy bez bardzo ważnych racji nie zwlekam z rodzeniem dzieci? Czy też bez bardzo ważnych powodów nie pozostaję tylko przy jednym dziecku, nie biorąc pod uwagę jego przyszłego losu i trudności wychowawczych?

Czy decyzji ograniczenia ilości dzieci nie podejmuję jednostronnie, nie biorąc pod uwagę sumienia i pragnień współmałżonka? Czy nie dopuszczam zamiaru zniszczenia poczętego życia? Czy nie namawiam lub nie sugeruję przerwania ciąży? Czy nie doradzałem komuś takiego czynu? Czy przypadkiem nie godzę się na zabójstwo człowieka nienarodzonego? Czy do niego nie namawiam lub czy nie przymuszam szantażem albo groźbą odejścia (rozwodu)?

Czy dostatecznie energicznie broniłem dziecka skazanego na zabicie? Czy w tym zakresie dawałem otoczeniu świadectwo, że należę do Chrystusa?

Czy nie urabiałem opinii niesprzyjającej lub wręcz wrogiej dla poczętego dziecka? Czy zastanawiałem się nad ohydą zbrodni dzieciobójstwa, która jest zaprzeczeniem cywilizowanego człowieka, a zarazem targnięciem się na własność Bożą? Czy umiem zdecydowanie przeciwstawiać się opiniom dopuszczającym zabicie dziecka? Czy w dziele przekazywania życia kiruję się zaufaniem do Boga, który jest Ojcem wszelkiego życia i miłością dla człowieka, który jest Jego dzieckiem?

Grzechy przeciwko trwałości małżeństwa

Czy doceniam wielką wartość nierozerwalności małżeństwa tak dla rozwoju wewnętrznego samych małżonków, jak i dla szczęścia dzieci? Czy z błahych powodów, z braku odpowiedzialności lub z powodu urażonej ambicji nie dążę do rozbicia własnego związku małżeńskiego? Czy przez brak kultury pożycia, niechęć dogadania się, pijackie obyczaje lub ustawicznie ponawiane zdrady małżeńskiej nie doprowadziłem do zniszczenia wspólnoty małżeńskiej?

Czy przez wścibstwo lub niedozwolone ingerencje w cudze małżeństwo nie spowodowałem kryzysu pożycia małżeńskiego?

Czy dążyłem poprzez wkład modlitewny, takt i poświęcenie do zażegnania kryzysu jedności małżeńskiej?

Czy nie zmyślam lub nie przejaskrawiam powodów, które by miały uzasadnić zerwanie mojego związku małżeńskiego? Czy nie dostrzegam w sobie żadnej winy za kryzysy życia małżeńskiego? Czy poczuwałem się do odpowiedzialności za los duchowy i materialny współmałżonka po jego odejściu? Czy robiłem wszystko, aby on powrócił? Czy modliłem się i pokutowałem za grzechy swojego współmałżonka?

Czy kiedykolwiek dziękowałem za radości życia i obcowania małżeńskiego? Czy moją modlitwą obejmowałem swojego współmałżonka, którego Opatrzność dała mi za towarzysza życia?

Grzechy przeciwko życiu dzieci

Czy kocham swoje dziecko, które przy różnych okazjach lubię nazywać swoim „skarbem”? Czy moja miłość dla dziecka jest pochodną miłości, którą żywię do samego Boga – Ojca wszelkiego stworzenia?

Czy moje myśli, pragnienia, plany i projekty nie stanowią zagrożenia dla poczętego życia? Czy wartość  życia więcej sobie cenię niż własną wygodę i dobrobyt materialny? Czy przez swoją małostkowość, lęk, humory, niezadowolenie lub groźby i szantaże  nie wziąłem za własne sumienie niewinnej krwi bezbronnego dziecka? Czy z dostateczną energią stanąłem w obronie poczętego dziecka?

Czy przekazując dziecku życie brałem za nie pełną odpowiedzialność i zrobiłem wszystko, by przekazać mu życie zdrowe, bez obciążeń psychicznych lub fizycznych?

Czy życie brzemiennej matki uważałem za wielką służbę nowemu człowiekowi? Czy wyręczałem brzemienną matką w jej prachach i trudach? Czy usiłowałem stworzyć jej spokój i miłą atmosferę? Czy okazywałem zainteresowanie i czułość dziecku po urodzeniu? Czy pamiętałem, że struktura jego charakteru formuje się we wczesnym dzieciństwie? Czy z błahych powodów nie odkładałem chrztu dziecka ponad jeden miesiąc? Czy nie uważałem dziecka jako swojej „własności” i w związku z tym nie dążyłem do tego, by za wszelką cenę spełniło moje życiowe ambicje? Czy dobrze rozumiem, że dziecko jest własnością Boga, do Boga należy, a mnie zostało z zaufaniem „dane” na wychowanie?

Grzechy przeciwko wychowaniu dzieci

Czy zdaję sobie sprawę i czy jestem na to przygotowany, że trud wychowywania dziecka jest równie wielki i bolesny jak trud rodzenia? Czy jestem przygotowany pod względem religijnym i moralnym na to, by być wychowawcą mojego dziecka? Czy usiłuję jeszcze zdobyć odpowiednie kwalifikacje w tym kierunku, czy też ta dziedzina leży u mnie odłogiem? Czy nie noszę w sobie błędnego przekonania, że dziecko samo się wychowa?

Czy swoje troski wychowawcze wobec dziecka popieram przykładem własnego życia? Czy jestem w stanie „budować” swoje dziecko, czy też ustawicznie je gorszyć? Czy zdaję sobie sprawę z tego, że od moich trosk wychowawczych zależeć będzie pożyteczność dziecka dla społeczności ludzkiej i jego szczęście wieczne? Czy stwarzam we własnym domu atmosferę spokoju, życzliwości i zaufania, tak bardzo sprzyjającą właściwemu wychowaniu?

Czy nie zaniedbuję wprowadzania dziecka od najmłodszych lat w życie religijne (modlitwa w domu rodzinnym i w kościele, uczestnictwo w sakramentach świętych, itd.)?

Czy nie zmuszam dziecka do praktyk religijnych, których sam nie spełniam?

Czy uwrażliwiam moje dziecko na dobro i zło moralne, kształtując w ten sposób jego sumienie? Czy przypadkiem nie toleruję małych „grzeszków” takich, jak kłamstwo, oszustwo, kradzieże, cwaniactwo? Czy w sposób religijny przeżywam razem z dziećmi niedziele i święta? Czy troszczę się o życie sakramentalne w mojej rodzinie? Czy dzieci w moim domu widzą świadectwo życia religijnego, zwłaszcza ode mnie samego? Czy wspólnie z dziećmi modlimy się w naszej rodzinie? Czy posyłam swoje dziecko na katechezę? Czy interesuję się tym, co moje dziecko robi i jak się zachowuje na katechezie? Czy współpracuję z kapłanem w religijnej formacji moich dzieci? Czy mi na tym zależy? Czy moje dziecko nie musi zazdrościć innym dzieciom, które zdobywają wiedzę i przeżycia religijne? Czy czasem moje dziecko samo, a nawet po kryjomu, nie musi tej wiedzy i przeżyć religijnych zdobywać? Czy jestem świadomy tego, że na katechezie dziecko nie tylko zdobywa konieczną wiedzę o Bogu, ale też uczy się „przeżywać” Boga? Czy nie sądzę, że będzie mu to bardzo potrzebne, gdy rozpocznie samodzielne życie?

Czy nie wydaję wobec dzieci niechrześcijańskich sądów i ocen o ludziach, faktach i wydarzeniach? Czy zarówno własnymi słowami i postępowaniem podkreślam dostatecznie prymat spraw ducha i wieczności przed wartościami doczesnymi? Czy dostatecznie uczę słowami i czynem, że miłość Boga i różne postacie miłości człowieka stanowią najwyższe wartości moralne?

Czy uwrażliwiam swoje dzieci na potrzeby i cierpienia drugiego człowieka? Czy w codziennych sytuacjach uczę je sztuki grzeczności, ofiarności, poszanowania i przebaczania?

Czy zwalczam u siebie i u swoich dzieci wszelkie przejawy egoizmu? Czy pozwalam na to, aby dziecko nikogo wokół siebie nie dostrzegało i z nikim się nie liczyło? Cz nie kierując się fałszywą miłością dla dziecka, nie usiłuję odsunąć od niego wszelkich trosk, przeszkód, trudów i zmęczenia? Czy nie zwalniam go od obowiązków domowych? Czy w miarę wzrostu moich dzieci poszerzam również zakres ich odpowiedzialności i wolności? Czy pamiętam, że wyręczanie dziecka w jego obowiązkach zabija jego samodzielność i uczyni je niezaradnym w życiu?

Czy nie jestem zbyt surowy w wymaganiach i w karaniu lub przeciwnie, zbyt słabym i pobłażliwym, tolerując u dzieci fałszywe poglądy i złe postępowanie? Czy jestem sprawiedliwy wobec dziecka, umiejąc podkreślać dobre cechy i pochwalać osiągnięcia dziecka, a zwracać uwagę na jego potknięcia?

Czy uczę swoje dzieci szacunku dla osób starszych, kalekich, nieszczęśliwych? Czy świecę im w tym względzie swoim własnym przykładem?

Czy wspólnie z moimi dziećmi odwiedzam moich rodziców i krewnych? Czy uczę je w ten sposób podtrzymywać więź rodzinną? Czy, jeśli rodzice już nie żyją, uczę moje dzieci szanować pamięć o nich? Czy chętnie poświęcam czas dzieciom na wspólną zabawę lub przyjazną rozmowę z nimi? Czy może nie mam dla nich nigdy czasu? Czy chętnie przebywam z moimi dziećmi? Czy usiłuję zrozumieć moje dzieci i wyjść naprzeciw ich prawdziwym potrzebom? Czy poważnie traktuję pytania i problemy dzieci? Czy umiem ich wysłuchać cierpliwie i z życzliwą uwagą? Czy też zbywam je byle słowem?

Czy pomagam moim dzieciom uwierzyć we własne siły i możliwości? Czy też przypadkiem nie powtarzam im stale, że są złe i niezdolne do niczego? Czy umiem stawiać dzieciom coraz większe wymagania i zachęcać je do coraz większego wysiłku twórczego? Czy nie rozpieszczam dzieci zbytnim dogadzaniem ich zachciankom lub całkowitym zaniedbaniem kontroli?

Czy nie wywieram nacisku na wybór przez dziecko studiów, stanu czy zawodu według własnych upodobań lub ambicji, nie licząc się z upodobaniami dziecka?

Czy nie zaniedbuję i świadomie nie opóźniam wychowania dzieci do miłości erotycznej i małżeńskiej? Czy owo „uświadamianie” podejmuję w atmosferze szczerości, naturalności i prostoty? Czy dostatecznie ukazuj i wyjaśniam sens i znaczenie czystości przedmałżeńskiej? Czy w atmosferze spokoju ukazuję również grożące niebezpieczeństwa, pokusy oraz okazje zagrażające czystości (naiwność, towarzystwo, itp.)?

Czy uczę swoje dzieci odpowiedzialności za drugiego człowieka?

Czy zwracam uwagę na stosowność i skromność stroju dzieci? Czy uodparniam je przed niebezpiecznym hołdowaniem modzie?

Czy nie poświęcam zbyt wiele czasu na oglądanie telewizji, kosztem rozmowy z dziećmi? Czy interesuję się tym, jakie filmy i programy oglądają moje dzieci? Czy uczulam moje dzieci na to, aby umiały stanąć w obronie słabszych? – Aby chciały ustąpić miejsca i pomóc osobom starszym? Czy znam środowisko, w którym moje dzieci spędzają czas? Czy nie dopuszczam do tego, aby moje dzieci szukały namiastki brakującego im rodzinnego ciepła w kontaktach z sektami lub wspólnotami młodzieżowych gangów?

Czy myślę o tym, aby również w zabawach z rówieśnikami moje dzieci uczyły się współdziałania z innymi i niesienia pomocy? Aby w swoich zabawach, w czytanych książkach i oglądanych filmach lub programach znajdowały wzorce dobrego i właściwego, odpowiedzialnego zachowania? Czy staram się sam lub w porozumieniu z pedagogami, instruktorami harcerskimi, trenerami o dostarczanie moim dzieciom odpowiedniej lektury i odpowiednich wzorców zabaw? Czy znajduję dosyć czasu i uwagi, aby upewnić się, że moje dzieci nie chłoną wzorców szkodliwych i nie przekazują ich rówieśnikom, współuczestnikom zabaw? Czy zwracam uwagę i troszczę się o to, aby głównymi tematami zabaw moich dzieci nie były przemoc lub wyuzdanie?

Czy nie gorszę lub nie zachęcam swoich dzieci opowiadaniem niestosownych kawałów albo nie śmieję z opowiadań innych? Czy w skrajnych sytuacjach potrafię i mam odwagę powiedzieć „nie”?

Czy wobec dzieci nie osłabiam autorytetu współmałżonka przez lekceważące słowa lub zachowanie się? Czy trzymam się we wspólnie ustalonej linii wychowania?

Czy nie usiłuję kupować względów dziecka przez lekceważenie wymagań współmałżonka lub czy nie chcę wydawać się lepszym obdarowując dziecko prezentami albo okazując mu pobłażanie?

Czy stanowię dla mojego dziecka wzór tego wszystkiego, co chcę w nie wpoić? Czy też przypadkiem nie zaprzeczam życiem przekazywanej nauce?

Grzechy przeciwko dzieciom dorosłym

Czy nie wywieram moralnego przymusu na dziecko do wyboru stanu lub partnera życiowego według mojego własnego upodobania? Czy w tym względzie nie posługuję się groźbami albo szantażem? Czy przy wyborze stanu lub życiowego partnera służę dziecku dyskretną i życzliwą radą, jemu samemu zawsze zostawiając ostateczną decyzję? Czy ostrzegam dziecko przed fałszywym krokiem i ukazuję mu ewentualne konsekwencje błędu? Czy przy wyborze stanu okazuję się dla dziecka życzliwym przyjacielem? Czy mam na względzie tylko dobro dziecka i nie obliczanie własnych korzyści?

Czy mojemu dziecku nie  okazuję niechęci lub niezadowolenia, jeżeli wybór, którego dokonało, nie był po mojej myśli? Czy nie wypominam mu tego przez długie lata?

Czy nie okazuję niechęci lub złości wobec człowieka, którego dziecko wybrało sobie na współmałżonka? Czy zwalczam w sobie tę złość w imię ich wspólnego szczęścia? Czy za bardzo nie ingeruję w życie i w sprawy małżeńskie moich dzieci? Czy zdaję sobie sprawę z tego, czym to grozi?

Czy nie wykorzystuję przypadkiem kryzysów, które mogły zaistnieć w małżeństwach moich dzieci, by ich związek rozbić? Czy zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką krzywdę wyrządzam im samym i ich dzieciom? Czy nie zdradzam w tym przypadku Jezusa i Jego nauki? Przeciwnie, czy delikatną radą i życzliwym doświadczeniem staram się ich jednoczyć i nakłaniać do wspólnoty życia?

Czy służę dzieciom dobrą radą, w duchu nauki Chrystusa, odnośnie poczętego życia? Czy robię wszystko, co w mojej mocy, aby moja postawa była życzliwa dla nienarodzonych? Czy choćby tylko niewinną aluzją nie stwarzam zachęty do usunięcia ciąży? Czy w tym względzie daję należyte świadectwo życia, że należę do Boga?

Czy przykrości doznane od dorosłych dzieci umiem znosić z godnością? Czy nie rozgłaszam wśród rodziny i ludzi obcych wad, rzeczywistych lub urojonych, moich dzieci?

Czy w miarę swoich możliwości, w duchu miłości dla dzieci, służę im niekiedy swoją radą, doświadczeniem lub pomocą? Czy utrzymuję życzliwy kontakt z moimi dziećmi?

Czy, obserwując życie moich dzieci, robię sobie od czasu do czasu rachunek sumienia, by wykryć błędy w trakcie wychowywania? Czy za nie przepraszam Boga?

Czy swoją modlitwą obejmuję także moje dzieci?

Rachunek sumienia pozwala nam zobaczyć nasze niedociągnięcia, błędy lub upadki, ale też i potrzebę Boga na wspólnej drodze życia małżeńskiego i rodzinnego. Wielki Post, który wkrótce rozpoczniemy, swoją atmosferą stwarza niebywałą okazję do tego, aby się z sobą rozliczyć, wyciągnąć wnioski, podjąć kierunki pracy nad sobą w swoim małżeństwie i w swojej rodzinie, a przede wszystkim otworzyć się Boga, który w Osobie Jezusa zbawia wszystkich ludzi i każdego poszczególnego człowieka, gdy ten tylko tego zapragnie i otworzy się na Jego zbawczą łaskę.

 

 

Katecheza 20 – Czwarte przykazanie Boże: Obowiązki dzieci wobec rodziców i rodziny

Obowiązki dzieci wobec rodziców wynikają z samej natury i jest ich bardzo wiele. Naturalną bowiem rzeczą jest to, że skoro dzieci tak wiele zawdzięczają swoim rodzicom, toteż mają wobec nich pewne obowiązki. Omówimy tylko najważniejsze z nich, bo one streszczają w sobie wszystkie inne. Należy do nich cześć, miłość oraz posłuszeństwo.

Obowiązek czci rodziców. Trochę dziwnym się może wydawać to, że dzieciom należy przypominać obowiązek czci dla swoich rodziców. Fakty z codziennego życia jednak pokazują taką potrzebę.

W sytuacji, kiedy dziecko dorasta i staje się tak duże i silne jak ojciec i matka; kiedy do tego jeszcze dochodzi zniedołężnienie rodziców oraz inne przywary wieku, wtedy w dziecku bardzo łatwo może zrodzić się poczucie wyższości nad rodzicami. Ponadto, gdy do tego dołączymy uniezależnienie się dziecka od rodziców, lepszej sytuacji finansowej, lepszego stanowiska w społeczeństwie, większej wiedzy o sobie i  świecie, wtedy nie tylko zaciera się dystans między dzieckiem a rodzicami, ale zaczyna on wzrastać na korzyść dziecka. Już nie rodzice są tu ważniejsi ani godniejsi i poważani, ale właśnie ich dziecko lub dzieci. Jak wiele wtedy potrzeba cnoty, by w rodzicach swoich nadal widzieć swoich największych dobroczyńców i tych, którzy im zastępują Pana Boga na ziemi oraz przez tle lat objawiali im Jego wolę.

W dzisiejszych czasach bardzo często się zdarza, że już małe dzieci pozostają w poufałych stosunkach ze swoimi rodzicami i pozwalają sobie na niegrzeczne słowa wobec nich, kłócą się z nimi, są uparte i stawiają na swoim, gniewają się na nich, a nawet gdy są już starsze obrzucają ich obelgami. Niestety bardzo często za taki stan rzeczy odpowiadają sami rodzice.

Bywa również niestety i tak, że dzieci posuwają się do tego, iż gdy dorosną, to wstydzą się swoich własnych rodziców, wstydzą się ich pochodzenia, prostego stylu ich życia.

Józef Egipski nie wstydził się własnego ojca, chociaż doszedł do wielkiej godności na dworze faraona i miał z jego nadania ogromne wpływy, ale własnego ojca, starca i prostego nomadę, a więc pasterza, którym brzydzili się Egipcjanie, zaprowadził przed oblicze faraona, aby przedstawić go władcy Egiptu jako jego syn (Rdz 47). Przed wspomnianym czynem „Józef kazał zaprząc do swego wozu i wyjechał na spotkanie Izraela, swego ojca, do Goszem. Kiedy go zobaczył, rzucił mu się na szyję i długo szlochał na jego szyi” (Rdz 46,29).

Podobnie Salomon, gdy został wyniesiony na tron, to najpierw publicznie uczcił swoją matkę, Batszebę, która przyszła do niego z prośbą w sprawie Adoniasza. „Wtedy król wstał na jej spotkanie, oddał jej pokłon, a potem usiadł na swym tronie. A wtedy postawiono tron dla matki króla, aby usiadła po jego prawej stronie” (1 Krl2,19b).

Co zatem można powiedzieć o wyrodnych dzieciach, które nie tylko się wstydzą swoich rodziców, ale ponadto na każdym kroku okazują im to, że są niepotrzebni, że im zawadzają, brutalnie się z nimi obchodząc. Jeżeli łzy uciśnionych i wdów w Biblii są nazwane grzechami wołającymi o pomstę do nieba, to jak ciężkie muszą być łzy sponiewieranych ojca lub matki?

Pismo św. kieruje niezwykle surowe słowa pod adresem tych, którzy śmieliby podnieść rękę na ojca lub matkę albo im urągać: „Kto by uderzył ojca swego lub matkę, winien być śmiercią ukarany” (Wj21,15). „Oko, co ojca wyśmiewa, gardzi posłuchem u matki – niech kruki nad rzeką wydziobią lub niech je zjedzą orlęta” (Prz 30,17). „Przeklęty, kto gardzi swoim ojcem lub matką” (Pwt 27,16). „Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojcja ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny, ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie Słucza naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael słysząc o tym, ulęknie się” (Pwt 21,18 – 21). Cham został wyklęty ze społeczności rodzinnej za naśmiewanie się z ojca (Rdz 9,25) i do dzisiaj jego imieniem jest określana postawa, która wykracza poza kanon przyjętych norm zachowań społecznych. Absalom za bunt przeciwko swojemu ojcu, uciekając z pola  bitwy, zawiesił się na własnych włosach na gałęziach drzewa i zginął z rą żołnierzy Dawida (1 Krl 15 – 18).

Obowiązek miłości rodziców. Jak miłość jest naturalnym obowiązkiem rodziców tak dalece, że byłoby objawem zwyrodnienia nie żywić miłości do własnych dzieci, tak też i dzieci miłość jako naturalna więź łączy z rodzicami.  Kiedy jednak u rodziców miłość do własnych dzieci wiąże się z tym, że są one owocem ich miłości do siebie, i z przywiązaniem do dzieci, w których widzą oni swoje przedłużenie i niejako swoje własne odbicie, tak znowu u dzieci miłość do rodziców ma oparcie we wdzięczności. Im więcej dobrodziejstw rodzice świadczą swoim dzieciom, tym dzieci mają większy dług wdzięczności. Św. Ambroży przypomina każdemu dziecku: „Ileż wycierpiała matka twoja dla ciebie, ileż nocy przepędziła dla ciebie bezsennie, ileż razy musiała dla ciebie porzucać posiłek, ile wycierpiała trwogi, gdy byłeś w niebezpieczeństwie. A ile trudu i mozołu kosztowało to twojego ojca, by dostarczyć ci pożywienia i odzieży. Wobec tego, że rodzice tyle dobrego uczynili dla ciebie i tyle wycierpieli, jakże mógłbyś okazać się dla nich niewdzięcznym?” (Spirago, t. II, s. 189).

Bywa jednak i tak, że w pewnych warunkach zdegenerowani rodzice nie kochają własnych dzieci, zaniedbują je, karygodnie porzucają, a nawet posuwają się do brutalnego znęcania się nad nimi. W takich przypadkach trudno jest od dzieci żądać miłości. Jeszcze smutniejszy jest widok, gdy rodzice gorszą swoje dzieci.

Chociaż dzieci nie zawsze mogą zdobyć na miłość to rodziców, to jednak zawsze są one zobowiązane do okazywania im czci. Tego domaga się jasno IV przykazanie Boże: „Czcij ojca i matkę swoją”. Rodzice bowiem zastępują dzieciom Boga na ziemi. Z tego powodu Dekalog nakaz czci rodziców podaje zaraz po przykazaniach , które odnoszą się wprost do Pana Boga. W IV przykazaniu Bóg nie powiedział: „Czcij dobrego ojca, szanuj dobrą matkę”, ale ogólnie „Czcij ojca tego i matkę twoją”.

Rodzice, jeżeli źle spełniają swój obowiązek, jeżeli swoim życiem poniewierają godność ojca i matki, to będą za to ciężko odpowiadać przed Bogiem. Jednakże zawsze pozostają rodzicami i z tego powodu zasługują na szacunek.

Zazwyczaj rodzice mają jakieś naturalne albo moralne przywary, które ich ośmieszają w oczach dzieci. Wtedy należy pamiętać o zachęcie Pisma św.: „Błogosławieństwo ojca podpiera domy dzieci, a przekleństwo matki wywraca fundamenty. Nie przechwalaj się niesławą ojca, albowiem hańba ojca nie jest dla ciebie chwałą. Chwała dla każdego człowieka płynie ze czci ojca, a matka w niesławie jest ujmą dla dzieci…” (Eklezjastyk 3,9 – 11).

Chociażby nie mielibyśmy powodów do tego, aby rodziców otaczać należną im czcią, to jednak skłaniać nas do tego powinna obietnica, jaka jest przypisana do tego przykazania: „Czcij ojca twego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan Bóg twój, da tobie” (Wj 20,12). Św. Paweł dodaje: „aby ci się dobrze działo i abyś długo żył na ziemi” (Ef 6,3).

Samo życie jasno pokazuje, że dobre dzieci mają też zwykle pogodną i spokojną starość. Ich przykład postępowania i cześć okazywana rodzicom sprawia, że później z kolei ich dzieci tak samo postępują w życiu z nimi i ich spotyka cześć od własnych dzieci.

Miłość dzieci do rodziców musi się uzewnętrzniać w ich postawie i czynach. Nie może ona zasadzać się tylko na samych słowach. Przeważnie dziecko, gdy spodziewa się czegoś od rodziców albo obawia się kary, to umie zdobywać się na wiele pięknych słów. Jednak słowa bez uczynków są puste i nic nie warte. Dziecko przez swoją grzeczność, posłuszeństwo, pilność, pracowitość, oszczędność okazuje większą miłość rodzicom niż dziecko, które wiele razy zapewnia ich o swojej miłości, a nie potrafi się zdobyć na czyn posłuszeństwa i ofiary dla nich, ale ich zasmuca i gniewa przez swoje nieposłuszeństwo, lekkomyślność, lenistwo i złe postępowanie.

Dzieci powinny pomagać swoim rodzicom. Dzisiaj, gdy rodzice są bardzo zabiegani i przepracowani, jest to niezwykle istotne i ważne. Kochające dzieci mają wyostrzony wzrok i same zauważają, w czym mogą pomóc i same spieszą z pomocą lub przysługą, choćby to wymagało od nich pewnej ofiary. Niewłaściwie postępują rodzice, którzy pod pozorem, że dziecko ma się tylko uczyć, nie pozwalają mu spełniać zajęć domowych.  Takie dziecko staje się nieprzygotowane do życia, a przede wszystkim obojętne na trud innych, bo nie widzi, iż inni są przepracowani i należy im pomóc.

Taka pomoc należna rodzicom staje się konieczną i naglącą, gdy zaczynają oni odczuwać dolegliwości późnego wieku: choroby, słabość, zaniki pamięci, słuchu, wzroku, itd. Wtedy rodzice nie mogą już pracować ani sobie pomóc. W takiej sytuacji dzieci mają obowiązek zająć się nimi i zapewnić im odpowiednie dla ich możliwości utrzymanie. Pismo św. napomina: „Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość, nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił. Miłosierdzie względem ojca nie pójdzie w zapomnienie, w miejsce grzechów zamieszka u ciebie. W dzień utrapienia wspomni się o tobie, jak szron w piękną pogodę, tak rozpłyną się twoje grzechy. Kto porzuca ojca swego, jest jak bluźnierca, a przeklęty przez Pana, kto pobudza do gniewu swą matkę” (Eklejastyk 3,12 – 16).

Niestety w życiu często zdarza się tak, że dzieci rodzicom skąpią wszystkiego i wypominają każdą wyświadczoną im przysługę. Czasem staruszka matka traktowana jest we własnym domu jak służąca, a nawet gorzej, bo musi wykonywać wszystkie domowe zajęcia beż żadnego wynagrodzenia, oprócz jedzenia. Nierzadko rodzicom wyrzuca się to, że stale siedzą w kościele, a nie pilnują domu i skąpi się grosza na ubrania. W tym miejscu trudno już nawet pisać o godziwej rozrywce.

Dzieci powinny także pamiętać o dniach drogich dla ich rodziców: o ich rocznicy ślubu, imieninach, urodzinach, itd.

Z kolei rodzice powinni być dyskretni: służyć swoim dzieciom życzliwą radą, nie narzucać się im, chociażby słuszność była po ich stronie. Rodzice nie powinni mieszać się do prywatnego życia swoich dzieci, a tym bardziej ich obmawiać albo przeciwko sobie nastawiać. Jeżeli do dzisiaj krąży tak wiele dowcipów o teściowych, to chyba ma swoje uzasadnienie w tym, że zbyt często one zapominają, iż rola ich panowania w domu i przewodzenia dawno się skończyła, że młodzi mają prawo urządzać się i gospodarzyć po swojemu.

Niezwykle ważnym objawem miłości dzieci do rodziców jest serdeczna za nich modlitwa. Do tej modlitwy za rodziców zobowiązane są nie tylko małe dzieci, ale starsi, a nawet już starzy ludzie. Dzieci powinny ułatwiać swoim rodzicom spełnianie pobożnych praktyk. Starszy człowiek już nie spodziewa się wiele na ziemi, a częściej myśli o czekającej go wieczności. Z tego powodu dużo chętniej lgnie do Boga i lubi się modlić. Dzieci nie mogą mu tego zabraniać ani w tym przeszkadzać, ale jeszcze ułatwiać. Błogosławiony dom, gdzie staruszek, ojciec albo matka, modlą się za wszystkich, a może najwięcej za swoje zapracowane i zagonione dzieci. Rodzicom należy też ułatwić, a nawet zorganizować czas na przygotowanie się i na przyjęcie sakramentów świętych. Jeżeli rodzice są już niedołężni, to trzeba zaprosić od czasu do czasu kapłana do swojego domu, aby przez to dać rodzicom szansę przeżycia sakramentu pokuty, komunii św. oraz namaszczenia chorych. Głupia to, aby nie napisać okrutna miłość, kiedy kapłana przywozi się dopiero z Wiatykiem w ostatniej chwili w obawie, aby staruszka nie straszyć bliskością śmierci. W takich sytuacjach stary ojciec czy matka sami powinni zażądać kapłana.

Po śmierci rodziców cały wysiłek rodziny nigdy nie powinien zmierzać jedynie do tego, aby urządzić jak najbardziej uroczysty pogrzeb. Dzieci powinny pamiętać przede wszystkim o duszach swoich rodziców i wspomagać je modlitwami, ofiarą Mszy św., komunii św., zyskiwanymi odpustami, czynami pokutnymi, itd.

Staranne utrzymanie grobu także świadczy wymownie o tym, jak dzieci pamiętają o swoich rodzicach i jaką ich darzą miłością. „Pietas”, czyli cnota oddania, jest tą cnotą religijną, która normuje stosunek dzieci do rodziców i rodziców względem dzieci.

Posłuszeństwo należne rodzicom. Biblia bardzo często zaleca dzieciom posłuszeństwo dla rodziców. „Synu mój, słuchaj napomnień ojca i nie odrzucaj nauk swej matki” (Prz 1,8). Św. Paweł napomina: „Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu” (Kol 3,20) oraz „Dzieci, bądźcie posłuszne w Panu waszym rodzicom, bo to jest sprawiedliwe” (Ef 6,1).

Najdoskonalszym i niedoścignionym wzorem posłuszeństwa dla dziecka jest sam Jezus Chrystus. Jako Syn Boży miał prawo żądać od swoich stworzeń bezwzględnego dla siebie posłuszeństwa. Mógł mieć na swoje usługi całe zastępy aniołów. Sam jednak chętnie, cichy i pokorny, wypełniał wszelkie posługi w odniesieniu do ziemskich rodziców, bo „był im poddany” (Łk 2,51). Pięknie to obrazuje nasza polska pieśń:

„On jak Matkę Ją miłował,

Jej posłuszny był –

Każde słowo Jej szanował,

 Chociaż Bogiem był.”

Rodzice zatem  mają święte prawo żądać od swoich dzieci posłuchu i posłuszeństwa, a powinnością dzieci jest to posłuszeństwo. Dzieci nie stosując się do tego wymagania, grzeszą. Rodzice nawet karą, odpowiednio dobraną, mogą to posłuszeństwo wyegzekwować na swoim opornym dziecku.

Fatalnie postępują rodzice, którzy „wkupują się” i doprowadzają swoje dzieci do tego, że są im posłuszne tylko wtedy, gdy to im przynosi korzyść. To nie jest posłuszeństwo, ale handel. Co będzie, kiedy rodzice już nie będą mogli czym się wkupić?  

Wprawdzie zdarzają się przypadki, że rodzice mogą wpływać na dzieci zachętą nagród lub obawą kar, ale to powinno mieć miejsce bardzo rzadko i tylko wtedy, gdy akt posłuszeństwa wymaga od dziecka specjalnego wysiłku lub nawet ofiary. Wtedy nagroda musi być odpowiednia do „zasługi” oraz proporcjonalna do niej. Rzeczą oczywistą jest, że co się raz obiecało, to trzeba dotrzymać koniecznie, bo w przeciwnym razie podrywa się zaufanie dziecka.

Niewłaściwym i szkodliwym jest postępowanie rodziców, którzy żądają od dziecka bezwzględnego dla siebie posłuszeństwa, a oni tymczasem na oczach dzieci lekceważą sobie prawa ludzkie czy nawet Boże.

Tylko w jednym przypadku dziecko nie jest zobowiązane do posłuszeństwa rodzicom. Nawet ono popełniałoby grzech, gdyby było właśnie posłuszne. Takim przypadkiem albo przypadkami są sytuacje, gdy rodzice nakazują swoim dzieciom robić coś złego, łamać Boże przykazania. Mogłoby by się wydawać, że takie sytuacje są nie do pomyślenia. Jednakże zdarza się czasami, że rodzice zmuszają dzieci do grzechu. Wtedy należy trzymać się zasady, którą wygłosił niegdyś przed Radą Żydowską św. Piotr: „Bardziej trzeba słuchać Boga, aniżeli ludzi” (Dz 5,29).

Świętego Hermenegilda zmuszał rodzony ojciec, król Hiszpanii, do tego, aby się wyrzekł wiary katolickiej. Kiedy syn stanowczo temu się sprzeciwiał, wtedy ojciec wtrącił go do więzienia w Sewilli. W sytuacji, gdy ojciec powtórnie przysłał swojego posłańca z żądaniem, aby syn wyrzekł się wiary ariańskiej, św. Hermenegild odpowiedział: „Powiedz mojemu ojcu, że raczej wyrzeknę się jego miłości, a nawet życia, niżbym miał wyrzec się mojej wiary”. Ścięto go mieczem w 586 roku.

Bardzo podobny konflikt ze swoim ojcem - poganinem przeżywały: św. Barbara i św. Perpetua, ponosząc śmierć męczeńską.

Dzieci zawsze powinny słuchać z głęboką uwagą rad swoich rodziców, nawet jeżeli są już dorosłe i niezależne od nich oraz założyły już własne rodziny. Stary ojciec lub matka mają wiele doświadczenia, znają życie, wiele przeżyli problemów i pokonali wiele przeszkód.

W Biblii czytamy, że nawet słynący z mądrości król Salomon, miał przy sobie radę starców (1 Krl 12,6). Gdyby Roboam, syn Salomona posłuchał ich rady, byłby panem całego dziedzictwa po ojcu. On jednak wolał słuchać swoich młodych przyjaciół i przez to stracił więcej niż połowę królestwa, bo dziesięć z dwunastu pokoleń Izraela (Krl, rodział 12).

Korneliusz a Lapide stwierdza: „Doświadczenie uczy, że ci, którzy nie słuchają swoich rodziców, mają również później nieposłuszne dzieci” (Spirago, t. II, s 197). Jest to oczywiste stwierdzenie, bo skoro dzieci widzą codziennie, jak ich rodzice lekceważą sobie swoich własnych rodziców i że nic nie robią sobie z ich rad, upomnień, to jakże one mogą szanować swoich rodziców i okazywać im uległość? Wprawdzie można siłą je do tego zmusić, ale na jak długo i co będzie później?

Jednak do posłuszeństwa w ścisłym tego słowa znaczeniu syn lub córka nie są zobowiązani na całe życie, ale tylko na tak długo, jak długo są pod władzą rodziców i są od nich zależne.

Dla rodziców bardziej ambitnych, przyzwyczajonych przez tyle lat do rządzenia, rozkazywania i nagina woli swoich dzieci jest to wielka ofiara, aby w zmienionych warunkach życia dyskretne odsunąć się na bok, a nie mieszać w sprawy małżeństwa swoich dzieci. W takiej sytuacji starszym rodzicom pozostaje jedna bardzo wdzięczna rola: pomaganie przy wychowywaniu wnuków. W tym mogą oni widzieć jakby wtórne swoje rodzicielstwo. Stąd rodzi się ta przedziwna, serdeczna więź, jaka zazwyczaj wiąże staruszków z wnuczkami.

Dom rodzinny. Kiedyś mogła to być chata kryta słomą, jakich dziś już nie ma, mógł to być ubogi barak, suterena czy nawet poddasze, a jednak jakże chętnie się do tych zakątków w myślach powraca, gdzie się spędziło tyle cudownych i radosnych chwil. Chociaż człowiek, jak ptak opuszcza rodzinne gniazdo rodzinne, to jednak tam zawsze powraca, gdy pozwalają na to warunki. Wspomnienie rodzinnego domu staje się po latach czymś świętym i niezmiernie drogim.

Każdy dom ma swoje jedyne i niepowtarzalne piętno, ma swój charakter, który go zdradza. Z tej racji przysłowie mówi: „Pokaż  mi swoje mieszkanie, a powiem ci, kim jesteś”.

W katolickich domach powinna panować atmosfera spokoju i pogody. Rodzice winni na jego progu pozostawiać wszelkie smutki, a we własny dom wnosić promyk miłości i ciepło życzliwości. Na zewnątrz mamy zbyt wiele niepokojów i burz. Nasz dom niech będzie od nich wolny. Wyposażenie domu niech będzie takie, aby wszystkim ułatwiało wyciszenie i uspokojenie. W nim trzeba unikać zatłoczenia niepotrzebnymi meblami, krzykliwych i jaskrawych barw na ścianach, ostrego lub zbyt słabego oświetlenia. Zawsze ideałem będzie mieszkanie proporcjonalnie przestronne do liczby jego mieszkańców. Jednak i w bardzo skromnych warunkach mieszkaniowych higiena i kultura wyposażenia mieszkania ma bardzo duże znaczenie.

W każdym domu Chińczyka, Japończyka lub Koreańczyka na naczelnym miejscu znajduje się ołtarzyk przodków. Tam tego nikt się nie wstydzi. Tymczasem Europejczycy w tych sprawach tak są dyskretni, że nawet we własnym domu kryją się ze swoimi przekonaniami religijnymi. Byłoby dobrze, aby każdy chrześcijański dom był poświęcony Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Uroczysty akt intronizacji powinien być odnawiany corocznie. Dodajmy do tego biblioteczkę książek religijnych, obrazy religijne i katolickie czasopisma, a wtedy będziemy mieli to, co nam mówi o charakterze domu katolickiego.

Obowiązki wobec rodzeństwa i krewnych. Rodzeństwem nazywamy przede wszystkim siostry i braci z pierwszej lub drugiej matki. Po rodzicach siostra i brat to osoba najdroższa na świecie. Z nimi łączą każdego człowieka najsilniejsze więzy: krwi, wielu lat wspólnych przeżyć. Siostry i bracia powinni się kochać wzajemnie i pomagać sobie we wszystkich potrzebach materialnych i duchowych. Czasem starsze rodzeństwo ma obowiązek zastąpienia rodziców młodszym siostrom lub braciom i to na mocy prawa natury. Z tego powodu powinni oni wyręczać rodziców, a w razie ich śmierci przejąć całą na nimi opiekę. W takich przypadkach młodsze rodzeństwo obowiązuje cześć dla nich oraz posłuszeństwo.

Przez krewnych rozumiemy osoby, z którymi jesteśmy złączeni w jakimś stopniu więzami krwi lub powinowactwa. Stopień pokrewieństwa lub powinowactwa nakłada na nas proporcjonalne dla niego zobowiązania. Wobec starszych osób obowiązuje cześć i przywiązanie, czasem posłuszeństwo, a wobec równych lub młodszych miłość. W stosunku do dalszych krewnych obowiązki są takie same, jak wobec wszystkich innych ludzi.

Małżeństwo – sakrament rodzin chrześcijańskich. „Godność ojcostwa i macierzyństwa według chrześcijańskich pojęć stoi bezpośrednio obok godności kapłańskiej. Jest to tak szczytne zadanie, że dla jego wypełnienia Chrystus Pan ustanowił osobny sakrament. Ciekawa rzecz: Pan Jezus tylko dwa życiowe obowiązki uważa za najważniejsze, skoro dla nich ustanowił osobny sakrament. Nie ma osobnego sakramentu dla polityków, profesorów, lekarzy, sędziów, adwokatów, ale jest dla kapłanów i rodziców, dla ojców i matek” (Toth, Dekalog, t. I, str. 173).

Obowiązkiem chrześcijańskich rodziców jest przekazywanie życia i dostarczanie drzewu Kościoła nowych pędów.  Bóg na samym początku, już w zawiązku życia rodzinnego, chce wziąć dwoje młodych ludzi pod skrzydła swojej szczególnej łaski, aby oni mogli jak najlepiej wypełnić obowiązki rodzicielskie. Z tej racji zwykły związek cywilny podnosi do godności sakramentu małżeństwa. U stóp ołtarza dwoje młodych ludzi składa przysięgę, że wypełnią wszystko, co na nich ten sakrament nakłada i zapraszają Boga do swojego wspólnego życia. Bóg zaś w tym sakramencie zobowiązuje się udzielić małżonkom swoich szczególnych pomocy i łask stanu. Jak związek cywilny pociąga za sobą cały szereg przywilejów, ale też i obowiązków cywilnych, tak związek sakramentalny, dając pewne przywileje, pociąga za sobą również i szczególne zobowiązania. Zasadniczym przywilejem sakramentu małżeństwa jest prawo do szczególnej pomocy Bożej, którą nazywamy łaską sakramentu. Tej łaski nigdy nie jest w stanie dać sam akt cywilny. Z tej racji chrześcijanom jest dużo łatwiej wypełniać obowiązki małżeńskie. Jednak też większą ściągną na siebie odpowiedzialność, gdy te swoje obowiązki będą zaniedbywać.

Małżeństwo chrześcijan zawarte w Kościele jest zawsze sakramentem. Z tego powodu katolik powinien zawierać związek małżeński w Kościele, gdy w przeciwnym razie w swoim życiu odrzucałby sakrament i wpisaną w niego pomoc Bożą. Niezależnie od ślubu kościelnego katolicy winni związek cywilny zawierać także według przepisów prawa cywilnego przed urzędnikiem Stanu Cywilnego, aby uzyskać dla ślubu moc obowiązującą wobec państwa.

Katolicy zawierając sakramentalny związek małżeński muszą również wiedzieć, że odtąd związek ich jest monogamiczny i nierozerwalny. Wynika to nie tylko z nakazu Pana Boga i z woli Jezusa Chrystusa, ale z samego prawa natury.

Kościół domaga się nierozerwalności małżeństwa powołując się na autorytet Boga i na prawo natury, ale też tej nierozerwalności domaga się sama rodzina, która musi być czymś pewnym i trwałym.

Każda rodzina chrześcijańska rozwija się w cieniu sakramentu małżeństwa, gdzie wszystkim wysiłkom ludzi Jezus gwarantuje swoją pomoc, który dla swoich wyznawców związek małżeński wyniósł do godności sakramentu.

 

 

Katecheza 19 : IV Przykazanie Boże: obowiązki rodziców wobec dzieci

Obowiązki rodziców wobec dzieci można streścić w słowach: dać życie, utrzymać, wychować, szanować i kochać.

Danie dziecku życia. Gdyby tylko Bóg chciał, to mógłby każdego człowieka stworzyć oddzielnie, podobnie jak przy poczęciu każdemu człowiekowi daje duszę nieśmiertelną. W takiej sytuacji jednak człowiek człowiekowi byłby obcy. Tymczasem społeczność najsilniej łączą węzły krwi. Wszyscy pochodzimy od jednych prarodziców, więc jesteśmy w pewien sposób sobie siostrami i braćmi. Bóg chciał, aby każdy miał swoją rodzinę i swoich ziemskich rodziców. Stwórca pragnął, aby każdy człowiek w swoim niemowlęctwie miał troskliwych opiekunów w osobach ojca i matki, ale by jednocześnie zawdzięczając im życie poczuwał się do obowiązku zajęcia się nimi, gdy oni sami będą w potrzebie. Bóg stwarzając człowieka, w osobie Adama i Ewy, na swój obraz i podobieństwo, podzielił się niejako z ludźmi swoim ojcostwem, dał im moc udzielania życia nowym istotom.

W Bożym planie przekazywanie życia jest jednym z głównych celów rodziny. Dzięki rodzinom rodzaj ludzi nie ginie, ale istnieje i rozwija się dynamicznie. Jednoczenie dla małżonków (rodziców) dzieci są koniecznością życiową. Oddając im swoje siły witalne, zasoby materialne i całe bogactwo swej duszy, liczą, że jest to złożony kapitał na szczęśliwy procent. Tym procentem będzie wzajemna opieka, troska i miłość, jaką dzieci im okażą, gdy przyjdzie ich starość.

W sytuacji, gdyby nie było rodziny i człowiek człowiekowi byłby obcy, problem troski o nowo narodzonych i o starców byłby problemem niezmiernie trudnym do rozwiązania, a wręcz niemożliwym.

Zdarzają się jednak rodzice tak samolubni i wyrachowani, że boją się większej liczby dzieci, bo te wymagają miłości wyrażającej się w ofierze z siebie i z swojego życia oraz w służbie i ofierze. Z tego powodu ich liczbę ograniczają do minimum. Z drugiej strony też należy się liczyć z możliwościami utrzymania i wychowania potomków, co przy większej liczbie dzieci jest rzeczą niezmiernie trudną. Należałoby tu zachować pewien umiar, znaleźć złoty środek. Życie potwierdza regułę, że tylko naród prężny biologicznie ma przed sobą przyszłość. Praktyka wychowawcza potwierdza nadto, że „jedynaki” są bardzo trudnym materiałem wychowawczym. Z nich to najczęściej rekrutuje się tzw. „złota młodzież” sybarytów i życiowych samolubów.

Utrzymanie dzieci. W naszych czasach ten problem wysuwa się na czoło zagadnień. Wobec licznych zawirowań i kryzysów gospodarczych większości rodzicom jest niezmiernie trudno utrzymać się na odpowiednim poziomie. Nowe warunki życiowe wymagają też nowego stylu życia. Bezpowrotnie minęły czasy: „Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa”. Spartański tryb życia; proste, a zdrowe potrawy; niewyszukany strój; prostota i skromność w urządzeniu domu czy mieszkania; oszczędność w paleniu papierosów i w liczbie kieliszków – pozwoli w niejednym przypadku jakoś sobie poradzić.

Rodzice mają prawo, a nawet obowiązek od najmłodszych lat zaprawiać swoje dzieci do spełniania zajęć domowych. Dzieci powinny wiedzieć, że uczciwa praca nikogo nie poniża i że jest ona obowiązkiem człowieka.

 Sytuacja byłoby idealna, gdyby rodzice nie musieli się martwić, czy ich budżet domowy wystarczy na jedno, dwoje czy czworo dzieci. Podobnie byłoby w przypadku, gdyby sam ojciec zarabiał tyle, by w żadnym wypadku matka nie musiała dorabiać.

Dla przykładu podamy teraz niektóre szczegóły, które bliżej określają, na czym polega obowiązek rodziców zachowania życia swoich dzieci.

Dziecko poczęte już w łonie swej matki ma być otoczone tkliwą opieką. Matki nigdy nie wolno przeciążać ani zmuszać do takich prac, które by ją zupełnie wyczerpywały albo samemu dziecku mogły przynieść szkodę. Już samo prawo państwowe otacza matki brzemienne szczególną opieką. Radosna i pogodna atmosfera życia matki owocuje lepszym zdrowiem fizycznym i psychicznym dziecka, którego się spodziewa. W dobie dzisiejszych czasów tak często narzeka się na nerwowe czy wręcz znerwicowane dzieci. Najczęściej w tych przypadkach winę za to ponoszą sami rodzice. W sytuacji, gdy dziecko już przyjdzie szczęśliwie na świat, to  trzeba mu zapewnić podstawowe warunki do fizycznego, psychicznego, duchowego i religijnego rozwoju. Należy zachować higienę, pozostawi dziecku naturalną swobodę i wdrażać je do dobrych nawyków.

Rodzice powinni czuwać, o ile to tylko możliwe, by ich dzieci nie były głodne, niewłaściwie ubrane na dane warunki pogodowe oraz były odpowiednio leczone w przypadkach choroby. Pokarm nie musi być wykwintny, ale zdrowy. Ubrania nie muszą być najmodniejsze, ale czyste i odpowiednio dobrane do warunków atmosferycznych.

W końcu rodzice powinni pomyśleć o przyszłości swoich dzieci, a to wiąże się z obowiązkiem ich kształcenia i przygotowania do jakiegoś zawodu. Św. Paweł przypomina: „Bo nie dzieci mają zbierać dla rodziców, ale rodzice dla dzieci” (2 Kor 12,14). Jest rzeczą oczywistą, że w tym przypadku chodzi o nieletnie dzieci albo dzieci dopiero wkraczające w życie.

Wychowanie dzieci. Dar rodzenia dla zachowania gatunku mają również zwierzęta. Jednakże człowiek znaczy nieporównywalnie więcej niż zwierzęta, bo ma duszę nieśmiertelną, swoją naturą podobny jest do aniołów, a nawet samego Boga. Pismo św. stale to przypomina na swoich kartach i to już od pierwszego rozdziału swojej pierwszej księgi: „Uczyńmy człowieka na nasz obraz i na nasze podobieństwo” (Rdz 1,26). Nowy Testament bardzo mocno akcentuje wyjątkowość człowieka: „Bo co za pożytek przyniesie człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swojej poniósł szkodę? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? (Mt 16,26 – 27). Te i tym podobne zwroty dosyć często spotykamy na stronach Biblii. Zatem, jak widzimy, człowieka nie wystarczy zrodzić, ale jego trzeba też wychować.

Poprzez wychowanie rozumiemy zespół czynności, które wpływają na kształtowanie się osobowości człowieka. Celem wychowania jest doprowadzenie wychowanka do pełnej jego osobowości, czyli do pełni doskonałości, do rozwinięcia jego wszystkich władz fizycznych i duchowych, przyrodzonych i nadprzyrodzonych; do granic, jakie dana jednostka może osiągnąć. Ideałem wychowania jest doprowadzenie wychowanka do pełnej dojrzałości i rozwoju jego wszystkich w granicach, do jakich dana jednostka jest zdolna.

Do niedawna panowało powszechne przekonanie, że pedagog urabia i kształtuje wychowanka tak, jak zechce. Wyraz „pedagog” rozumiemy tu w najszerszym tego słowa znaczeniu, a więc wszystkie zewnętrzne czynniki wychowawcze. W takim ujęciu odpowiedzialność za czyny wychowanka spada nieomal wyłącznie na pedagogów. Dzisiaj już za anachronizm uważa się butne zdanie Erazma z Rotterdamu, że z dziecka można zrobić anioła albo szatana. Współczesna pedagogika dochodzi do przekonania, że wychowanie właściwe odbywa się od wewnątrz, a nie od zewnątrz, jak dotąd mniemano.

W wychowaniu czynnikiem decydującym jest sam człowiek. On w zasadzie siebie wychowuje. Zadaniem wychowania jest oddziaływanie i wpływanie na wychowanka, dostarczanie mu takich bodźców, aby sam chciał iść za nimi, aby chciał z nich korzystać, będąc przekonanym o ich wartościach. Podkreślić należy z całą mocą, że spośród wszystkich pedagogów pierwsze miejsce i prawa ma rodzina, a ściśle rodzice. Oni to wywierają najpotężniejszy wpływ na dziecko. Decyduje o tym sama natura, która w ręce rodziców oddaje dziecko od pierwszych chwil jego istnienia. Więź asymilacji krwi, więź miłości i bezgranicznego zaufania, jakie ma dziecko w początkach swojego bytowania na ziemi do rodziców, ogromna podatność dziecka, to są czynniki, które dają rodzicom pierwszy i nieodwracalny atut w ręce. Na ten temat zwraca uwagę papież Pius XI w głośnej encyklice „O chrześcijańskim wychowaniu”. Papież podkreślając rolę, jaką mają rodzice w wychowaniu dzieci, podaje tamże rodzicom konkretne i praktyczne wskazania do tego, jak należy to wychowanie realizować. Zadanie te możemy ująć w punktach: rodzice mają swoje dzieci pouczać, zaprawiać do cnót chrześcijańskich, świecić dobrym przykładem, czuwać i modlić się za nie.

Obowiązek pouczania dzieci. Każde dziecko jest nieporadne. Jednak do kogo ma zaufanie, to chętnie spełnia jego wskazania. Rodzice od pierwszych lat powinni swoje dziecko pouczać o prawdach wiary, odkrywać przed nim ich piękno i budzić do nich przywiązanie. Jednak, aby mogli to skutecznie robić, sami muszą być przekonani o tym, co dziecku będą mówić. Z tej racji rodzice muszą się nieustannie dokształcać w poznawaniu prawd wiary i w ich pogłębianiu oraz w metodach ułatwiającym podawanie tych prawd ich własnym dzieciom. Najpiękniejszą rolę w tym względzie może spełnić matka, która instynktem najlepiej wyczuwa i rozumie swoje dziecko oraz ma z nim nieomal stały kontakt. Niestety bardzo wielu rodziców w rozumieniu prawd wiary grzeszy nieraz zupełną ignorancją i obojętnością., a powszechnie wiadomo, że z pustego serca nie potrafią dać wiele; że z duszy zimnej i obojętnej nie wskrzeszą też w swoich dzieciach ognia miłości do Boga.

W miarę wzrastania dziecka nauczanie religijne przejmuje parafia. Jednak nadal obowiązkiem rodziców jest nawiązanie żywego kontaktu z katechetą dziecka i przypilnowanie, aby prawdy wiary podane dziecku w salce katechetycznej lub w sali szkolnej były utrwalone w domu.

Zaprawianie dzieci do cnót chrześcijańskich. Katolicyzm to nie tylko doktryna, choćby nawet bardzo piękna i wzniosła. Celem katolickiej nauki jest życie chrześcijańskie, życie według wskazań Ewangelii. Pięknie to wyraził św. Paweł: „A sprawiedliwy z wiary żyje” (Rz 1,17). Innymi słowami, ale jeszcze bardziej dobitnie tę prawdę wyjaśnia św. Jakub: „Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków” (Jak 2,26).

Nie wystarczy zatem mieć tylko wiedzę religijną. Szatan posiada ją w najwyższym stopniu, w jakim tylko stworzenie ją mieć może. Jednak pomimo tego jest szatanem, czyli wrogiem Boga.

W wychowaniu dzieci ogromne znaczenie mają dobre nawyki. Dziecko raz wdrożone w dobre przyzwyczajenia, tak łatwo od nich nie odstąpi. Z tego powodu nawyki słusznie nazwano drugą naturą człowieka. Zatem dziecko należy od najmłodszych lat zaprawiać do: porządku, posłuszeństwa, szanowania cudzej własności, mówienia prawdy, szacunku do osób starszych i do grzecznego odnoszenia się do wszystkich. Należy w dziecku rozwijać zdrowy stosunek do własnego ciała bez pruderii, ale też bez zbyt swobodnego zachowania się. Od najmłodszych lat należy też dziecko uczyć pacierza i odmawiać go pobożnie wraz z nim, wzbudzać cześć do wszystkiego, co Boże (kościół – dom Boży, kaplice, kapliczki, krzyże przydrożne, święte obrazy i figury, cmentarze, itd., szacunek do osób Bogu poświęconych).

W miarę usamodzielniania się dziecka i rozwoju w nim krytycyzmu należy mu tłumaczyć, dlaczego tak należy postępować, a nie inaczej oraz wskazywać na przykłady sławnych i wielkich ludzi.

Dawanie dobrego przykładu. „Słowa pouczają, ale przykład pociąga” – mówi polskie przysłowie. Na nic pójdą pouczenia i napominania  matki oraz ojca lub zmuszanie dziecka do zachowywania przykazań i spełniania obowiązków religijnych, jeżeli oni sami nie będą tego robić i jeżeli nie potwierdzą swoich słów czynami. Przykład życia rodziców jest jakby pieczęcią, która w delikatnym sercu ich dziecka odbija się na trwałe; jest jakby formą, która nadaje mu kształty. Św. Izydor napisał: „Na rodziców dziecię patrzy jak uczeń na wzór…”

Małe dziecko można przymusić do praktyk religijnych, ale w miarę dorastania powstanie w nim bunt, który może nawet przerodzić się w nienawiść do religii. W sytuacji, gdy rodzice nie spełniają z zaangażowaniem swoich praktyk religijnych, to dziecko zaczyna uważać, że widocznie one w życiu nie są zbyt ważne. Dodatkowo praktyki religijne pociągają jeszcze za sobą pewną niewygodę, wymagają od człowieka wyrzeczenia, a to rodzi w dziecku pytanie o to, co mu one dadzą i w imię czego ma to czynić? Ponadto należy pamiętać, że zły przykład ma większą siłę i atrakcję niż najlepsze słowo. W przypadku dziecka, które ma charakter bardziej miękki i ugodowy, z czasem dojdzie do przekonania, iż moralność jest podwójna: inne są przykazania dla dorosłych, a inne dla dzieci. W takiej sytuacji zacznie ono wzdychać do dnia, w którym jako człowiek dorosły i niezależny, będzie mogło z nich zrezygnować.

Kiedyś pewien człowiek tak mówił o swoim zmarłym ojcu: „Wszystko, co posiadam, to swojemu ojcu zawdzięczam. On wpoił we mnie wiarę w Boga oraz gorące przywiązanie do Kościoła katolickiego. On nigdy nie mówił do mnie: „Klęknij i zmów pacierz”, ale: „Zmówmy teraz pacierz”. Nie mówił też: „Idź do kościoła”, ale: „Pójdźmy razem do kościoła”. Nie posyłał mnie samego do spowiedzi, lecz szedł ze mną i pierwszy klękał u kratek konfesjonału. Tym mnie wzruszył. To była szkoła, której nigdy nie zapomnę”.

Z kolei św. Hieronim tak napominał rzymską matronę, Laetę: „Niech twoja córka ma w tobie mistrza; niech ciebie naśladuje nieokrzesane niemowlę; niechaj nic złego nie widzi w tobie i w ojcu… Wy rodzice, pamiętajcie… że trzeba wychowywać raczej przykładem niż słowem”.

Rodzi się pytanie o to, co robić w przypadkach, gdy dziecko jest krnąbrne i lekceważy sobie polecenia rodziców? Należy je stale upominać, pouczać i wyjaśniać, a jeżeli to nie pomaga, to trzeba sięgać po odpowiednio dobrane kary. Heli, Sędzia narodu Izraela, za to, że zbyt ludzką miłością kochał swoich synów i nie karcił ich za nadużycia, usłyszał wyrzut od Boga: „… i czemuś więcej uczcił synów swoich aniżeli mnie?...” ( 1 Krl 2,29)

Czujność.  Dobry ojciec i troskliwa matka ufają zawsze swoim dzieciom, ale znając ich niedoświadczenie, niedojrzałość i słabość niewypracowanego jeszcze charakteru, mają je zawsze na oku oraz nieustannie nad nim czuwają. Robią to, bo wiedzą, że czasem wystarczy jedna chwila nieuwagi, by dziecko straciło niewinność serca i spokój sumienia, a nauczyło się grzechu.

Tymczasem matki, które z takim wielkim oddaniem troszczą się o życie i zdrowie swoich dzieci, nieraz tak mało troszczą się o ich dusze. Czasem nawet wprost tej duszy nie zauważają. Nie patrzą na to, gdzie ich dziecko wychodzi, co wtedy robi i w jakim przebywa towarzystwie. Może nawet cieszą się z tego, że dziecka nie ma w domu, bo one mają chwilkę wytchnienia w domu.

Modlitwa za dziecko. Przez modlitwę rozumiemy najpierw wprowadzenie dziecka pod wpływ działania Bożego i Jego łaski. Wcześniej zostało już napisane, że głównym czynnikiem w wychowaniu jest sam wychowanek. Natomiast czynniki zewnętrzne służą tylko jako bodźce i dostarczają motywów do przekonania wychowanka o pożyteczności takiego, a nie innego działania. Z tej racji, chociaż wychowawcze czynniki zewnętrzne nie odgrywają głównej roli w wychowaniu, to jednak zajmują one poważną pozycję, a szczególnie gdy chodzi o rodziców.

Pamiętać należy, że oprócz rodziców jest jeszcze ktoś, kto potrafi na duszę dziecka działać o wiele bezpośredniej, silniej i skuteczniej; jest ktoś, kto zna psychikę i potrzeby dziecka lepiej niż ktokolwiek inny. Tym kimś jest sam Bóg. I chociaż zawsze szanuje On wolną wolę człowieka i nigdy jej nie przymusza, to jednak potrafi tak nią pokierować, że pójdzie tam, gdzie chce.

Rodzice, którzy o tym wiedzą, nie będą szczędzić starań, aby ich dziecko od pierwszych chwil jego istnienia poddać pod potężny wpływ działania Boga. Pierwszym zetknięciem się dziecka z Bogiem, w którym On otrzymuje na własność nowo narodzone niemowlę, jest chrzest św. Tam dokonuje się tajemnicze usynowienie, syn ziemi staje się synem nieba i dziedzicem wieczności. Chrześcijańscy rodzice w miarę rozwoju dziecka, będą mu często o tym przypominali, aby rozbudzać w nim wdzięczność dla Pana Boga. Od pierwszych lat swoje dziecko przyprowadzają do świątyni, która jest domem Boga, aby wprowadzać je w nabożeństwa i zapoznawać go z jego wyposażeniem. Mały chrześcijanin będzie ochotnie i radośnie uczęszczał do kościoła jako domu swojego Ojca w niebie. Dziecko należy nie tylko nauczyć ustalonych zwyczajowych formuł modlitwy, jakie zwykle odmawia się w pacierzu rano i wieczorem, ale przede wszystkim przekazać mu, jak tęsknotę swojego serca ma ono zwracać do Pana Boga i Jego obecność czuć w każdej chwili dnia, przy każdym zajęciu i na każdym miejscu.

Tymczasem w naszym życiu w bliskich relacjach z Bogiem jest za dużo formalistyki. W tym względzie jesteśmy dziwnie nieporadni, chociaż potrafimy żyć z najbliższymi osobami, a nawet codziennie systematycznie te więzi pogłębiać.

Rodzice wyjątkową uwagę powinni zwrócić na dzień I Spowiedzi i Komunii Świętej. Te sakramenty w życiu każdego chrześcijanina mają szczególne znaczenie. Z tego powodu trzeba im poświęcić niezwykle troskliwe przygotowanie do nich oraz pomóc dziecku zbudować w nim samym odpowiednio ważne nastawienie do korzystania z nich w życiu. W tym przypadku nie chodzi o jeden dzień w życiu, który należy urządzić jak najokazalej jako pierwsze „oficjalne” i świadome wyjście dziecka na spotkanie Pana Jezusa i na zaproszenie Go do swojego serca. Chodzi o to, raz zawarta serdeczna przyjaźń malca z jego Zbawicielem trwała przez całe życie aż do śmierci. Dziecko powinno należycie przeżyć i docenić wagę tych sakramentów, bez których nie ma należytego rozwoju duchowego. Dziecko poddane tak potężnemu strumieniowi łaski nie wiadomo jak, bo niepostrzeżenie, może osiągnąć najwyższe nawet stany świętości.

Po wielu latach życia przychodzi czas na sakrament bierzmowania, czyli sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. On jest przyjmowany tylko raz w życiu. Nie można przygotowania do niego traktować pospiesznie i powierzchownie, ale do niego należy dojrzeć. Rodzice muszą wspierać swoje dziecko w działaniach, które mają wzbudzić w nim ducha apostolstwa, poczucia odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za Królestwo Boże na ziemi, rozbudzać zapał do ofiar dla Boga.

Od najmłodszych lat życia rodzice powinni wiązać swoje dzieci z parafią, ze świątynią i z ołtarzem. Matka na swój sposób powinna tłumaczyć swoim dzieciom, co to jest Msza św., z jakich ona składa się części i jak należy ją przeżywać, znaczenie różnych nabożeństw i obrzędów. Dobrze jest, gdy w wieku przedszkolnym chłopcy dzwonią dzwonkami, a dziewczynki sypią kwiaty w czasie uroczystych procesji. W młodszym wieku szkolnym chłopcy powinni włączać się do Liturgicznej Służby Ołtarza, a dziewczynki do Dziewczęcej Służby Maryi. Dobrze jest, gdy w czasie dorastania włączać się będą one w inne formacyjne grupy parafialne. W życiu okazuje się, że im mocniej dzieci zwiąże się z kościołem, im lepiej wprowadzi się je w przeżywanie roku liturgicznego, im więcej włączy się je w nurt życia chrześcijańskiego, tym bardziej droższa będzie dla nich religia katolicka. Obojętność zaś dla ołtarza, kościoła, życia parafialnego jest przyczyną zobojętnienia także na same prawdy wiary i na Ewangelię oraz na samo życie z wiary.

Szacunek i miłość do dziecka. Stale musimy pamiętać o tym, że nie tylko dzieci mają szanować swoich rodziców, ale także jeszcze wcześniej rodzice muszą szanować swoje dzieci, a przez to tego szacunku do siebie ich nauczyć.  Rodzice nie mogą tyranizować swoich dzieci i uciekać do brutalnej siły, korzystając ze swojej chwilowej przewagi fizycznej. Bywają niestety dosyć częste przypadki, że ojciec czy nawet czasami matka obrzucają swoje dzieci wyzwiskami, przeklinają je i obchodzą się z nimi grubiańsko. Zdarza się, że ojciec wpadając w gniew, posuwa się nawet do fizycznego katowania dzieci. Taki ojciec nie zasługuje na miano ojca, lecz kata. Popełnia on w danych wypadkach oczywiście grzech ciężki. Apostoł Paweł napomina: „A wy, ojcowie nie pobudzajcie do gniewu dzieci waszych, ale wychowujcie je w karności i w nauce Pańskiej” (Ef 6,4).

Trochę dziwnym wydawać się może nakaz miłowania swoich własnych dzieci. Rzeczywiście, byłoby czymś „przeciw naturze”, gdyby rodzice nie kochali swoich dzieci, gdyż dzieci są owocem ich miłości. Jednak czasem się zdarza, że rodzice okazują swoim dzieciom obojętność nawet lżą, biją i maltretują je. Niekiedy dziecko dla rodziców staje się niewygodnym ciężarem. Wtedy starają się o to, aby takiego dziecka jak najszybciej się pozbyć. W najlepszym razie z ulgą oddaje się je do żłobków czy przytułków.

W tym miejscu zaznaczyć musimy też i rodzicielską miłość przesadną i głupią, która dziecko traktuje jak zabawkę lub maskotkę. W takim przypadku rodzice pozwalają dziecku na wszystko, są ślepi na jego przywary, błędy, a może nawet i grzechy, usprawiedliwiają je w takich przypadkach albo nawet pochwalają. Biblia w Księdze Mądrości Syracha napomina: „Koń nieujeżdżony staje się narowisty, a syn zostawiony samemu sobie zuchwały. Pieść dziecko, a wprawi cię w osłupienie, baw się nim, a sprawi ci smutek. Nie śmiej się razem z nim, abyś nie został zasmucony i abyś na koniec nie zgrzytał zębami. W młodości nie dawaj mu zbytniej swobody… aby gdy zmężnieje, nie odmówił ci posłuchu. Wychowuj syna swego i używaj do pracy, abyś nie został zaskoczony jego bezczelnością” (Syr. 30, 8 – 13).

Podobnie niewłaściwą i krzywdzącą dzieci jest miłość, która nie traktuje ich wszystkich jednakowo, a wyróżnia jedno z nich. „Beniaminki” nie są lubiane wśród rodzeństwa i bardzo często wyrastają na samolubów, czyli ludzi niezdolnych do prawdziwej miłości. Wszystkie dzieci mają prawo do jednakowej miłości rodzicielskiej. Jedynie, kiedy można zrobić wyjątek i więcej miłości okazywać, to dziecku pośledzonemu i pokrzywdzonemu przez naturę lub przez nieszczęśliwy wypadek. W przeciwnym razie wśród dzieci rodzi się bunt i wzajemna nienawiść.

Członkowie rodziny:

Ojciec. Pismo św. poświęca pochwale godności ojca  bardzo wiele miejsca, podając przykłady zacnych ojców: Abrahama, Izaaka, Jakuba, Tobiasza czy też Matatiasza. Fragment Księgi Tobiasza (4,1 – 23) może uchodzić za arcydzieło literatury dydaktycznej.

Godność ojcostwa podkreśla św. Paweł: „Z tej to przyczyny zginam kolana przed Ojcem Pana naszego Jezusa Chrystusa, od którego bierze swe imię wszelkie ojcostwo na niebie ziemi” (Ef 3,14). Ile radości odczuwa ojciec, kiedy do Boga zwraca się imieniem, które on sam nosi, którym tak często wołany jest przez własne dzieci: „Ojcze nasz”. Z jaką powagą powinien ojcostwo Boże swoim ojcostwem uzewnętrzniać.

Papież Leon XIII napisał: „Władza ojca rodziny jest poniekąd odbiciem i podobieństwem władzy, jaka jest w Bogu, od którego pochodzi wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi („Diuturnum illud”).

Św. Tomasz Moore żywił dla swojego ojca tak wielką cześć, że nigdy nie wyszedł z domu, nawet wtedy, gdy jako kanclerz Anglii odwiedzał ojca, aby przed nim nie uklęknąć i nie poprosić go o błogosławieństwo.

Pewien człowiek zwierzał się swojemu przyjacielowi: „Gdy miałem dwadzieścia lat, to myślałem, że wiem dziesięć razy więcej niż mój ojciec. Gdy doszedłem do trzydziestu lat, przekonałem się, iż wiem tyle, co wie ojciec. Ale teraz, gdy mam ponad czterdzieści lat, to się przekonuję, że wiem mniej niż mój ojciec. Dlatego często zasięgam jego rady”.

W domu ojcu przypada zaszczytne stanowisko żywiciela i obrońcy domowego ogniska. Z tego powodu winien on pilnie zabiegać o to, aby zarobione przez niego pieniądze w całości szły na potrzeby tego domu. Nie powinien trwonić pieniędzy, ale też powinien wystrzegać się skąpstwa. Powinien pomagać żonie w ciężarach, a w zarządzeniu domem zachować spokój, powagę, sprawiedliwość i umiar.

Matka. Tym czymś, co każdej kobiecie daje najwięcej uroku; potęgą, która kobiecie daje cały czar, jest macierzyństwo. Najcudowniejsze słowo świata: „Matka”. Trudno byłoby zliczyć, ile hymnów pochwalnych o matce wyśpiewała poezja. Imię matki wszędzie uchodziło za symbol czegoś, co na ziemi jest najświętsze, za symbol ofiary i bezgranicznej miłości.

W rozwoju nowego życia matka odgrywa zasadniczą rolę. W niej w sposób niedostrzegalny na zewnątrz formuje się nowy człowiek. Z niej czerpie on pokarmy potrzebne do utrzymania się przy życiu i do swojego rozwoju. Serce matki wyznacza tętno życia maleństwu, a jej krew obiega tkanki tego „cudu – mikrokosmosu” ludzkiego. Trwa to długich dziewięć miesięcy. Matka mając w sobie dwa istnienia męczy się, cierpi, często traci apetyt, doznaje zawrotów głowy, odczuwa bóle, słabnie, wyczerpuje się nerwowo. Drży na myśl o bliskiej chwili rozwiązania. Po urodzeniu dziecka matka staje się jego niewolnicą. Dzień i noc bez chwili wytchnienia czuwa nad nim i nim się opiekuje, bo czuje, że Bóg powierzył je życie słabe jak płomyk świeczki, które najmniejszy podmuch wiatru może zagasić.  Ileż wtedy wkłada ona trudu, bezgranicznego oddania, aby to życie zachować. Najwymowniejszym tego symbolem jest chyba dziecko u piersi matki. Potem przychodzą dalsze troski o: wyżywienie, ubranie, wychowanie, itd. W sytuacji, gdy to dziecko już dorośnie i matka mogłaby cieszyć się nadzieją, że teraz ono o niej pomyśli i zatroszczy się o jesień jej życia, wtedy ono zakłada swe własne gniazdo, swój własny dom i przyjmuje na siebie swoje kłopoty, a matce pozostaje rola Anioła Stróża, dyskretnego doradcy lub cicha modlitwa.

Do bezmiaru ofiar dla zachowania przy życiu i wychowania własnych dzieci, matce dochodzi troska o los ich duszy. Jeżeli dla każdej matki nie jest obojętne to, czy jej dziecko będzie szczęśliwe lub nieszczęśliwe w życiu ziemskim, to tym więcej nie może być jej obojętna cała wieczność dziecka. Z tego powodu matki dokładają wszelkich starań do tego, aby ich dzieci od samych początków jak najsilniej związać z Bogiem i w tej świętej więzi jak najdłużej je utrzymać.

Pasteur napisał piękne zdanie: „Gdy człowiek ma matkę w niebie, to już jest tam w trzech czwartych częściach”.

Matki chrześcijańskie mają swój najdoskonalszy wzór w Najświętszej Maryi Pannie. W Niej macierzyństwo zostało podniesione do najwyższych granic, gdyż sam Syn Boży obrał ją sobie za matkę i nigdy nie wstydził się kierować do niej słowa: „Matko”. „Maryja i Jezus nigdy nie dadzą się rozłączyć. Związała ich wola Najwyższego i odtąd zawsze są razem” (kard. Stefan Wyszyński).

Biblia i historia Kościoła podają cały szereg wielkich matek Pismo św. sławi m.in. Rebekę, matkę Izaaka. Po nią posłał wielki patriarcha Abraham i ojciec narodu izraelskiego swojego sługę aż do Haran. Niezwykłą czcią otaczano w Izraelu Rachel, matkę Józefa Egipskiego i Beniamina. Jeszcze tysiąc lat po jej śmierci wspomina ją prorok Jeremiasz. Przed oczami mamy również matkę Mojżesza, która tyle trudu włożyła w uratowanie swojego syna od śmierci. Anna, matka ostatniego sędziego Samuela, łzami, postem i długą modlitwą wybłagała go sobie u Boga.

Z historii Kościoła warto podać przykład niektórych świętych matek, które prowadziły do świętości swoich synów. Należą do nich: św. Monika - matka św. Augustyna, wielkiego biskupa i doktora Kościoła; św. Antuza – matka św. Jana Chryzostoma; św. Sylwia – matka sw. Grzegorza Wielkiego, papieża, itd.

Matka wywiera największy wpływ na duszę swojego dziecka i po dzieciach możemy sądzić o ich matkach.

Zakończmy nasze wywody o matce słowami myśliciela: „Wielkie, kulturalne dzieła ludzkości nie pochodzą od kobiet. Mężczyznom zawdzięczamy: Iliadę, Odyseję, Boską Komedię, Fausta, organizacje państwowe, zwycięskie walki, wspaniałe świątynie. Jednak musimy ostatecznie przyznać, że kobiety są jednak silniejsze i bardziej wpływowe niż mężczyźni, bo one w swoim łonie noszą bohaterów przyszłości; matki kształtują przez wychowanie charakter przyszłych mężczyzn” (Toth, Dekalog).

Dziecko. Istnieje ono już od chwili jego poczęcia. Przedwczesne usunięcie płodu z łona matki celem pozbawienia go życia Kościół piętnuje i specjalnymi sankcjami kar ochrania człowieka od chwili poczęcia. Każde dziecko to: nowy władca ziemi, nowe dziecię Boże, nowy członek Kościoła i nowy mieszkaniec nieba. Raz utworzony człowiek trwać będzie na wieki, oddając Bogu nieustanną cześć i nieustannie śląc dzięki za dar życia ziemskiego swoim rodzicom.

W żadnym przypadku nie można twierdzić, że jest dopiero człowiekiem od chwili narodzenia. Jednak uległ temu mniemaniu Platon twierdząc, że dziecko otrzymuje duszę ludzką w chwili rodzenia się. Zdanie to potępił papież Innocenty XI. Arystoteles, a za nim św. Augustyn i św. Tomasz oraz wielu teologów do XVIII wieku oznaczali ożywienie płodu przez duszę (animacja) dla płodu męskiego w czterdziestym dniu po poczęciu, a dla płodu żeńskiego w osiemdziesiątym dniu. Może też i z tego przekonania wywodzi się prawo Mojżesza o oczyszczeniu się matki po porodzie syna w czterdziestym dniu, a córki w osiemdziesiątym dniu.

Wśród lekarzy Paulus Zacchias (zmarły w 1659 roku) bronił tezy, że płód otrzymuje duszę w chwili  poczęcia. Tak też nauczał już IV wieku św. Grzegorz z Nyssy. W roku 1658 Hieronim Florentinus wydaje rozprawę, broniąc tejże tezy. W Rzymie utworzono specjalną komisję, aby zbadała książkę Florentinusa. Kardynał Noris i Caratinus, członkowie komisji, odnieśli się przychylnie do tej książki. W 1745 roku Cangiamili bardzo wyraźnie wykazał, że rozwój płodu zaczyna się zaraz po poczęciu, a więc musi mieć duszę. Dzisiaj to przekonanie jest już powszechne.

Jezus a dzieci. Godność dziecka jeszcze bardziej wzrosła, gdy Syn Boży począł się w łonie Maryi i przyszedł na ziemię w postaci małego i bezbronnego dziecka. Tymczasem Jezus mógł stanąć na ziemi jako dorosły człowiek. Tak też Go oczekiwali niektórzy w Izraelu, mylnie tłumacząc teksty niektórych proroków. Wierzyli oni, że Mesjasz zjawi się na obłokach i ukaże się światu jako potężny władca, który podbije wszystkie narody i podda je pod berło Izraela.

Tymczasem Jezus chciał na ziemi mieć Matkę i przejść wszystkie etapy dzieciństwa. Ewangelie przekazały nam przepiękne epizody z życia Pana, w których bardzo jasno  ukazana jest szczególna miłość Jezusa do dzieci. Naoczny świadek pisze: „Wtedy przywiedziono mu dziatki, aby włożył na nie ręce i modlił się (Mt 19,13). Apostołowie, broniąc Mistrza przed natarczywością matek z dziećmi, usłyszeli słowa: „Dopuście dziatkom przychodzić do mnie i nie wzbraniajcie im, albowiem takich jest królestwo Boże… A tuląc je i kładąc na nie swe ręce, błogosławił im” (Mk 10, 14. 16). Innym razem widząc, że Apostołowie sprzeczali się między sobą, kto z nich będzie pierwszy w Królestwie Chrystusowym, wziął dziecię „postawił je pośrodku nich i rzekł: Zaprawdę mówię wam, jeżeli się nie nawrócicie i nie staniecie jako dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 1 – 3). Z tego tekstu wynika, że Jezus widział w dzieciach takie nagromadzenie cnót naturalnych, iż stawiał ich z wzór do naśladowania samym Apostołom. W tym przypadku chodziło Mu: o dziecięcą ufną prośbę w każdej sytuacji życiowej; beztroskę o przyszłość, która jest w ręku Boga; bezgraniczne posłuszeństwo Ojcu niebieskiemu; cnotę oddania, itp. Jezus tak bardzo ukochał dzieci, że w pewnej chwili utożsamia się z nimi: „Ktokolwiek przyjąłby jedno takie dziecię w imię moje, mnie przyjmuje” (Mt 18,5). Nie miał Chrystus dość mocnych słów oburzenia i potępienia dla tych, którzy przyczyniają się do zgorszenia maluczkich, narażając je na wieczne odrzucenie od Boga. Tak łagodny i zawsze wyrozumiały dla grzeszników, w tym przypadku staje się bezwzględny i groźny: „Kto by zaś zgorszył jedno z tych małych, które we mnie wierzą, lepiej by mu było, aby mu zawieszono u szyi kamień młyński i pogrążono go w głębinie morskiej” (Mt 18,6). Tak ostro Jezus nie przemawiał nawet do swoich śmiertelnych wrogów.

Dzieci odpłacały Jezusowi wzajemną miłością. Ten moment przekazała nam starochrześcijańska tradycja, kiedy to w Niedzielę Palmową daje dzieciom do ręki palmy, ustawia je w procesji i każe: „Chłopcy żydowscy niosąc gałęzie oliwne wybiegli Mu naprzeciw i wołali: Hosanna na wysokości”

Kościół a dzieci. Kościół, za przykładem swego Pana, nie mniejszą miłością zawsze otaczał dzieci i stawał w ich obronie. Będzie to kiedyś policzone do największych zasług Kościoła, że zawsze temu pozostał wierny. Oprócz tego w odniesieniu Kościoła do dziecka jest coś więcej niż tylko obrona jego praw. Jest w nim coś z matczynej miłości. Oto już w łonie matek je błogosławi; błogosławi je i ich matki po porodzie; w czasie chrztu św. znaczy je krzyżmem św., a w rytuale jest osobny obrzęd „błogosławieństwo dzieci”. Cały szereg kanonów Prawa Kanonicznego Kościoła dotyczy obrony życia dziecka, mówi o jego nauce i wychowaniu chrześcijańskim

W duchu nauki Kościoła św. Franciszek Salezy tak przemawiał do rodziców chrześcijańskich: „Jakiż to zaszczyt dla was, małżonkowie chrześcijańscy, że Bóg pomnażający liczbę dusz, które mają go na wieki wielbić i wysławiać, do tak zaszczytnego dzieła was do pomocy używa, dla utworzenia ciała, do którego On jakby kroplę rosy z nieba, tchnie nieśmiertelną duszę, stworzoną w momencie, gdy powstaje ciało” („Filotea”).

Nie tylko Jezus, a później Kościół swoją opieką zawsze otaczał i będzie otaczał wszystkie dzieci, bo chyba zawsze i powszechnie uważano, że wyrządzenie krzywdy małemu i bezbronnemu dziecku, ściągnęłoby szczególny gniew bogów, a może nawet przyzywało ich zemstę na swe własne dzieci. Tukidydes w swojej „Historii Peloponeskiej” pisze, że u Greków najuroczystszą formą błagania o litość i miłosierdzie, było błaganie z dzieckiem na ręce. Tak zrobił Temistokles, bohater ateński: klęknął przed królem Molosów, Admetem, i trzymając dziecko na ręku błagał o azyl. Admet nie mógł oprzeć się tej prośbie i zatrzymał u siebie Temistoklesa, chociaż posłowie Sparty i Aten za wszelką cenę go odebrać i zabić.

Jakże w dzisiejszych czasach „cywilizacja śmierci” daleko odbiega nie tylko od nauki i praktyki Kościoła, ale nawet do kultury ludzi starożytnych?

 

 

Katecheza 18 - IV przykazanie Boże: „Czcij ojca twego i matkę, jak ci przykazał Pan, Bóg twój, abyś żył przez długi czas i żeby ci się dobrze powodziło na ziemi” (Pwt 5,15)

Miejsce małżeństwa oraz rodziny w społeczeństwie

i obowiązki małżonków wobec siebie

Człowiek – istota społeczna

Człowiek nie został stworzony jedynie dla siebie samego, gdyż istnieje w nim instynkt, który kieruje go ku gromadzie i każe mu jednoczyć się i organizować w społeczność. Jednostka nie potrafi sama tylko utrzymać przy życiu, bo w wielu przypadkach jest bezradna i bezsilna. Podkreśla to Pismo św. w słowach: „Niedobrze jest człowiekowi być samemu” (Rdz 2,18). Z tych powodów w grupie energie się zwielokrotniają, wzrasta poczucie bezpieczeństwa, budzi się inicjatywa i współzawodnictwo, pomnażają się wspólne dobra.

Historia społeczności ludzkich jest tak dawna, jak historia samego rodzaju ludzkiego. Zalążek pierwszej społeczności stanowi dwoje ludzi: on i ona, którzy wyszli z ręki Boga – Stworzyciela. W nich to Bóg widział początek wielomilionowej oraz wielomiliardowej rodziny wszystkich języków i ras, o czym mówi Biblia: „Rośnijcie i rozmnażajcie się, zaludniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną; i panujcie nad wszystkimi zwierzętami, które są na ziemi” (Rdz 1,28).

Z tego powodu zaraz po nakazach Dekalogu, które odnoszą się do Pana Boga, Stwórca umieścił szereg nakazów, które regulują stosunek poszczególnych jednostek do siebie i wyznaczają ich właściwe miejsce w społeczności oraz wytyczają obowiązki społeczności w stosunku do poszczególnych jednostek.

IV przykazanie jest tym, którego zasadniczą osnową i treścią jest społeczność na wszystkich jej szczeblach. Pod bardzo prostym nakazem :”Czcij ojca swojego i matkę swoją” zawiera się bezpośrednio nakaz czci dla rodziców. Jednakże pośrednio przykazanie to obejmuje wszystkie społeczności ludzkie, określa ich obowiązki i prawa.  Obalenie tego filaru lub naruszenie jego podstaw prowadziłoby do zagłady całej ludzkiej społeczności.

Dlatego Kościół zmierzał do tego, aby wypracować etykę socjalną, czyli aby w oparciu o prawo natury dać zbiór moralnych ocen i wskazań. Układy społeczne, system prowadzenia gospodarki albo formy rządów mogą być bardzo różne, byleby tylko były zgodne z prawem Bożym naturalnym i pozytywnym (objawionym) oraz aby w swojej zasadniczej linii zmierzały do dobra wspólnego.

Teologia wskazuje, gdzie jest prawda Boża, gdzie jest dogmat wiary i przed oczy podsuwa Biblię jako Księgę Objawienia. Z kolei filozofia katolicka wchodzi w tajniki samej ludzkiej natury i jej potrzeb tak w jednostkach, jak i w grupach. Teologia i filozofia są korytem, którym płynie nurt życia, a historia i nauka pastoralna dostarcza faktów oraz decyduje o tym, na ile ten nurt jest płytki albo głęboki, na ile jest jasny albo zmącony.

Szeroki zakres zagadnień życia społecznego został ujęty w tzw. „Kodeksie społecznym” ufnym przez socjologów katolickich, a zatwierdzonym w 1938 roku w Malines przez wszystkie katolickie związki. Kodeks ten obejmuje 143 artykuły, czyli wskazania, a zawiera następujące działy:

 I - Jednostka i rodzina  - (1. Człowiek i społeczeństwo; 2. Życie rodzinne)

II – Życie państwowe – (1. Geneza państwa i jego ustrój; 2. Podstawy władzy; 3. Klasy – warstwy; 4. Kościół a państwo)

III Życie gospodarcze – ( 1. Czynniki produkcji; 2. Własność prywatna i społeczna; 3. Przemysł, handel, trusty i stosunek do nich państwa; 4. Praca i płaca; 5. Związki robotnicze)

IV – Życie międzynarodowe (1. Wzajemna zależność narodów; 2. Wojna; 3. Liga Narodów)

V – Życie nadprzyrodzone i rola Kościoła

Jednostka ludzka i jej stosunek do społeczności

Każdy kolektyw społeczny składa się z jednostek. Z tego wynika, że jednostka jest jako pierwsza, bo bez niej nie ma zbiorowości. Nie ma zatem żadnej logicznej wątpliwości, gdy chodzi o pytanie: najpierw jednostka czy gromada?

Każda jednostka jest sobą, jest indywiduum, czyli czymś jedynym i niepowtarzalnym więcej. Ona żyje własnym światem, ma własne cele, które etyka katolicka określa jako szczęście doczesne i wieczne. Sam Bóg osobę ludzką traktuje oddzielnie, bo dał jej nie tylko własne bytowanie i własne rysy odrębności, ale łaską swoją osobno trafia do każdego człowieka i kształtuje go, nie niszcząc jednak charakterystycznych jego cech indywidualnych. Zatem sam Stworzyciel w swojej ekonomii działania na człowieka stosuje się niejako do jego woli i do jego indywidualnych zapotrzebowań. Od jego woli uzależnia skuteczność wpływu swojej łaski. Z tego powodu, jeżeli mamy mówić o społeczności, to koniecznie musimy zacząć od jednostek ludzkich.

Człowiek to osoba, jednostka o bogatej strukturze, istota wolna i rozumna, która nawet wtedy, gdy łączy się w społeczność, to czyni to świadomie i w zamierzonych celach. Z tych racji nawet wtedy, kiedy człowiek łączy się w społeczność, to nie zostaje przez nią wchłonięty, nie rozpływa się w niej, stając się czymś „nijakim”, nie zatraca swoich cech, ale na podstawie prawa natury on jest miarą, on jest centrum i ośrodkiem, a nie gromada lub masa. Jest on z jednej strony częścią społeczeństwa, żyje dla niego, a w pewnych wypadkach dla obrony całości ma obowiązek nawet oddać własne życie. Jedna społeczność nie wchłania go całkowicie, nie odbiera mu jego własnych cech. Społeczność ma służyć człowiekowi, ma mu ułatwić uzyskanie celu jego istnienia. Tylko wtedy społeczność będzie szczęśliwa, gdy jej członkowie będą czuli się w niej nie jako bezduszne sprężyny czy kółeczka, ale jako współtwórcy kolektywu, odpowiedzialni za jego losy, dokładający wszelkich starań, aby całość mogła istnieć jak najpełniej i jak najharmonijniej.

Personalizm chrześcijański wierzy w to, że osoba – jednostka jest zdolna wznieść ponad swój indywidualizm i żyć we wspólnocie z innymi osobami. Ten stosunek jednak nie może być czysto mechaniczny, gwarantowany jedynie przymusem kolektywu, ale musi wypływać z potrzeb i dążeń samej jednostki. To właśnie, że każda osoba ludzka jest substancją, jest odrębnym bytem rozumnym, jest jednością psycho – fizyczną, daje jej pierwszeństwo przed każdą zbiorowością, nawet taką, jaką jest Kościół czy państwo. Najprościej mówiąc, nawet tak dostojna społeczność, jaką jest Kościół, jest utworzona dla dobra jednostek, a nie jednostki dla Kościoła.

W takim ujęciu społeczność nie jest mechanizmem, który składa się z różnych części. Jest ona złożonym z komórek żywym organizmem. Każda z komórek żyje własnym i oddzielnym życiem, ale też każda służy całości dla zachowania życia organizmu. Rozpad komórek to śmierć organizmu. Jednakże poza organizmem ich życie jest niemożliwe. Oddzielenie ich  od organizmu to dla nich nieuchronna zagłada. Taka właśnie organiczna potrzeba stanowi najidealniejszą więź pomiędzy komórką ludzką a społecznością. Zatem jedność, a nie ilość; organizm, a nie mechanizm. Jednostki w społeczeństwie to „udziałowcy” autonomiczni, a nie „masa” niewolnicza. Dodać trzeba, że samo porównanie jednostek ludzkich do komórek, a całej społeczności do organizmu, jest tylko porównaniem, ale nie tożsamością, gdyż komórki, choć żywe, nie są istotami wolnymi i całkowicie samoistnymi. Komórka jest ślepa, bezwiedna i bezwolna oraz złączona prawami biologii.  Z kolei jednostka ludzka po „wcieleniu jej” w społeczeństwo, pozostaje zawsze odrębna i wolna. Ponadto grupa społeczna nie jest substancją osobową i nie ma indywidualnego rozumu ani własnej odrębnej woli. Istnieje ona i działa jedynie jako funkcja działania jednostek, jako ich siła wypadkowa. Nie można zatem mówić, że kolektyw jest ostateczną i najwyższą oraz nadrzędną miarą, że jednostki ludzkie żyją jedynie dla zbiorowości, nie mając własnych praw i własnych celów. Niezrozumiałą utopią byłoby sądzić, że jednostki obdarte z własnych praw na rzecz społeczności miałyby być przez to szczęśliwsze.

Bardzo stanowczo podkreślając indywidualne przymioty i znamiona każdej jednostki ludzkiej i jej nienaruszalne prawa, nawet wówczas, gdy ta jednostka żyje w społeczności i stanowi jej część, nie mniej silniej podkreślić musimy, że człowiek jest jednocześnie istotą społeczną. Dzisiaj panuje powszechne przekonanie, iż „ludzie są przeznaczeni do życia społecznego prawem natury”. Akcentując prymat jednostki nad zbiorowością, potępić należy wybujały indywidualizm, który zapoczątkował Kartezjusz i Okham (na polu religijnym Marcin Luter), a rozwiną Jakub Rousseau głośnym dziełem „Le Contrat Social” i „Emile”.

W związku z rozważaniami o uprawnieniach jednostek i kolektywu nie trudno się przekonać, że w sytuacji zetknięcia się jednostki ze społecznością, łatwo może dojść do konfliktów i zadrażnień na różnych polach życia. Cały skomplikowany system praw i sankcji kar świadczy o tym, jak często dochodzi do rozbieżności, a nawet do starć pomiędzy pretensjami jednostek – członków do społeczności, i odwrotnie, społeczności do poszczególnych osób. W tych sytuacjach zasady współistnienia i współpracy muszą być oparte na prawie naturalnym i prawie Bożym objawionym. Na nich powinny się opierać prawa ludzkie, bo jakaś stała i nadrzędna podstawa prawna musi być uznana i przestrzegana.

Rodzina i najmniejsza grupa społeczna

Podstawowe zagadnienia o rodzinie

Często zwykło się mówić o rodzinie jako o podstawowej komórce społecznej. Społeczność „jest to moralne i trwałe zjednoczenie ludzi dążących do wspólnego celu wspólnymi środkami”. (Cathrein, Philosophia moralis, nr 427).

Najmniejszą taką zbiorowością jest rodzina. Składa się ona przynajmniej z dwóch osób. Bezpośrednim celem, dla którego dwoje osób łączy się ze sobą zakładając rodzinę, jest wzajemna pomoc. Stworzyciel tak cudownie utworzył ludzką naturę, że jest ona niekompletna w poszczególnych jednostkach i dopiero w połączeniu z drugą stroną otrzymuje ona swoje uzupełnienie i wykończenie. Rodzaj męski i żeński uzupełniają się tworząc jedną wspaniałą  całość. Biblia przedstawia to obrazowo „i będą dwoje w jednym ciele” (Rdz 2,24). Kobieta ma dużo serca, ciepła, uczucia, kocha dom i zajęcia domowe, pragnie dziecka i bezgranicznie potrafi się oddać jego pielęgnacji i wychowaniu, boi się osamotnienia i szuka oparcia. Mężczyzna zaś wnosi wartości siły, umiaru i rozsądku. To pozwala mu być czynnikiem osłaniającym i kierującym w rodzinie. Jednakże i on potrzebuje ciepła i troski w swoich codziennych, drobnych potrzebach. Znajduje go właśnie w swojej żonie.

Z tego, co zostało napisane, widzimy, że małżeństwo ma na celu w pierwszym rzędzie dobro i szczęcie małżonków, ale jego dalszym celem jest również zrodzenie potomstwa. Trud rodzenia wychowywania dzieci jest w swoim założeniu koniecznością zabezpieczenia życia samym małżonkom, jest dla nich jakby asekuracją przed starczym zniedołężnieniem i opuszczeniem.

Jednocześnie rodzina jest instytucją zachowania całego rodzaju ludzkiego. Jak z poszczególnych ziaren wyrastają kłosy, by rozsypać się i róść w całe łany, tak i z poszczególnych rodzin ma się plenić i rozmnażać rodzaj ludzki. Na ten ogólnoludzki cel przy tworzeniu rodziny jasno i dobitnie wskazuje Pismo św.: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną…” (Rdz 1,28). Od tamtej chwili więź łącząca dwoje małżonków będzie tak silna, że rozsadzi nawet więzy krwi; „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się z żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2,24).

 Rodzina jest zatem z ustanowienia samego Boga najdawniejszą i pierwotną instytucją społeczną. Z tych racji należy się jej najtroskliwsza ochrona, gdyż zniszczenie rodziny doprowadzić musiałoby w konsekwencji do wyniszczenia samej ludzkości.

Z tego powodu „Kodeks Społeczny” z Malignes pisze: „Ponieważ rodzina jest źródłem, gdzie człowiek otrzymuje życie; pierwszą szkołą, gdzie uczy się myśleć; pierwszą świątynią, gdzie uczy się modlić – przeto zasadniczym obowiązkiem człowieka jest zwalczać to wszystko, co rodzinę burzy lub bodaj ją narusza, a popierać wszystko, co sprzyja jej całości, jedności i płodności”.

Zatem skoro rodzina jest ustanowiona przez samą naturę; skoro Stwórca każdego przedstawiciela społeczności ludzkiej z góry już fizycznie i psychicznie „nastawia” na założenie rodziny, to i obowiązki, jak i prawa, które z tego związku wypływają, są święte i nienaruszalne. Nikt ich burzyć czy choćby tylko zmieniać nie może, aby nie zadać gwałtu samej instytucji rodziny i nie przynieść szkody całej społeczności ludzkiej.

Obowiązki rodziców (małżonków) wobec siebie

Wszystkie obowiązki współmałżonków wobec siebie możemy streścić w czterech punktach: wzajemny szacunek dla siebie, miłość, wierność i wzajemna pomoc.

Wzajemny szacunek małżonków wobec siebie. Trudno jest mówić o więzi rodzinnej tam, gdzie małżonkowie nie mają dla siebie należnej czci, gdzie się wzajemnie lekceważą, posuwając się nawet od wulgarnych słów lub nawet czynów. Dobre wychowanie oraz grzeczność obowiązują zawsze i wszędzie, a są szczególnie konieczne pomiędzy tymi, którzy muszą z sobą przebywać pod jednym dachem i codziennie spotykają się przez długie lata życia. W takich przypadkach nieumiejętność współżycia i doprowadzanie do ciągłych nietaktów, a może nawet kłótni i awantur, obu stronom życie tak dalece uprzykrza, że je czyni często wręcz niemożliwym. Tymczasem dosyć często pod fasadą pewnego zewnętrznego przepychu w urządzeniu domu i otoczenia, w sposobie bycia wobec gości, itd, kryje się samolubstwo oraz prostactwo. Jak zatem w takich warunkach dzieci mają szanować swoich rodziców? Kto je zmusi do okazywania im czci, gdy oni sami sobie tej czci nie umieją lub nie chcą okazywać? Ta cześć obowiązuje również i w pożyciu małżeńskim. Do niej, zwłaszcza mężów, zachęca św. Piotr: „...mężowie, w rozumnym współżyciu ze słabszą naturą niewieścią, okazujcie im cześć jako współdziedziczącym łaskę żywota” (1 P 3,7).

Obowiązek wzajemnej miłości. Sam Bóg, który jest Miłością, a człowieka „stworzył na swój obraz i podobieństwo”, zaszczepił miłość w ludzkich sercach. Miłość przekazał człowiekowi, który został stworzony „jako mężczyzna i niewiasta”. Chociaż ta miłość inaczej jest przeżywana przez kobietę, a inaczej przez mężczyznę, to swoją pełnię znajduje we wzajemnej miłości obojga, a szczególnie we wzajemnym darze z siebie drugiej osobie, bo wtedy stanowi jedno.

W swoich początkach miłość kobiety i mężczyzny jest zawsze idealizująca, a przez to tym bardziej mocna, ale i niebezpieczna. Ona to w pierwszej fazie zakłada na oczy zakochanych „różowe okulary”, które sprawiają, że widzą oni w drugiej osobie tylko zalety i to podniesione do potęgi, a nie widzą żadnych wad. Co więcej, oni nawet nie chcą ich widzieć. Pozostają ślepi nawet wtedy, gdy inni ludzie im te wady pokazują. To stanowi przyczynę wielu późniejszych rozczarowań, a niejednokrotnie i tragedii.

Z tego powodu młodzi ludzie wiedząc o tym, powinni się dobrze zastanowić, zanim zdecydują się na  krok, który będzie decydował o całym ich przyszłym życiu. Muszą oni, o ile są rozsądni, liczyć się z opinią swojego najbliższego otoczenia oraz dużo się modlić o dobre rozeznanie. Przysłowie mówi, że „serce trzeba mieć blisko oczu, by się nim dzielić w potrzebie z innymi”. Jednakże istnieją przypadki, gdy to serce „trzeba włożyć do kieszeni”, aby nie kierować się tylko uczuciami. Z biegiem lat małżeńskiego pożycia miłość wyzbywa się afektacji, temperamentu, napięcia, a za to staje się więcej realna, spokojna i głęboka. Każdy dzień pogłębia koryto rzeki przeżyć, cierpień i radości, jakie niesie z sobą codzienność prozy życia.

Bez względu na to, jak układa się codzienność, małżonkowie muszą się kochać, czyli zawsze szukać prawdziwego dobra współmałżonka, choć to zawsze związane jest z ofiarą, bo trzeba rezygnować z siebie i swoich różnorodnych potrzeb. Bez miłości ich życie byłoby zimne i martwe. Byłoby ono raczej jakąś beznadziejną wegetacją, którą chwieje i roznosi nawet lekki podmuch przeciwności. Jeżeli znowu posłużmy się przysłowiem, które mówi, że „piekło samo zamieniłoby się w niebo, gdyby tam była miłość”, to z całą pewnością można to powiedzieć o niejednej rodzinie.

Z tego powodu św. Paweł nie ma dość mocnych słów, aby miłość polecić małżonkom: „Mężowie, miłujcie wasze żony, jako Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie” (Ef 5,25). Jak Chrystus umiłował Kościół, tak mężowie mają miłować swoje żony. Do tych słów dodaje: „Tak mężowie mają miłować żony, jak własne ciało” (Ef 5,28). W końcu Apostoł narodów wyprowadza końcowy wniosek: „Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Nikt bowiem jeszcze nie miał w nienawiści swojego ciała, ale je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół” (Ef 5, 28 – 29). Dla wielu dziwnym wydawać się może to, że św. Paweł w głównej mierze zwraca się z tym apelem do mężów, a same żony pozostawia niejako na boku. Kto jednak zna ówczesne stosunki w tamtym świecie, ten wie, iż żony były traktowane jako własność mężów. Słowa nakazu miłości żony tak, jak własnego ciała, a więc samego siebie, były czymś zupełnie nowym i rewolucyjnym. Jednakże i żonom wskazuje on, aby odnosiły się do mężów z szacunkiem i miłością, jak do Pana (Jezusa). Gdy dziś tak wspaniale pojmowano miłość dwojga małżonków do siebie, jak ją poleca św. Paweł, to rodziny chrześcijańskie byłyby bliskie ideału.

Wierność małżeńska. Jak długo dwoje młodych przeżywa pierwszą miłość, tak długo wszystko układa się jak najlepiej. Małżonkowie nie widzą świata poza sobą. Później jednak przychodzi nasycenie, wady zaczynają dawać o sobie znaki, na drodze stają pierwsze nieporozumienia oraz konflikty, budzą się pierwsze wzajemne rozczarowania, spotyka się nowe osoby, itd. I wtedy właśnie gdzieś z zakamarków serca wychodzi krytycyzm odnośnie siebie nawzajem, który zaczyna rodzić nieufność. Rozluźniają się więzy, które dotąd wydawały się niezniszczalne, nadarzają się różne okazje. Serce jak magnes wobec bliskości  nowego bieguna zaczyna do niego lgnąć. Nieostrożność, nowa scysja domowa i szczelina wzrasta, a gmach szczęścia domowego zaczyna być zagrożony.

Młodzi ludzie w dniu ślubu, jeżeli chcą ustrzec się tego niebezpieczeństwa, to powinni powiedzieć sobie jasno i stanowczo: odtąd już razem z sobą na zawsze. Tylko śmierć nas może rozłączyć, ale nie na zawsze, bo wieczność znowu nas połączy. W miarę, jak zaczyna słabnąć ich miłość uczuć, to musi wzrastać miłość ich umysłu, który stale i zdecydowanie przypomina im o złożeniu przysięgi wobec Boga oraz odpowiedzialności za to przed Nim samym w wieczności, a On jest zawsze i wszędzie przy nich i od tego nie da się nigdzie uciec. Równocześnie muszą oni przypominać sobie, że dali słowu drugiej osobie i związali się z nią na stałe, bez względu na okoliczności życia. Nie ma żadnej siły, która mogłaby ten święty związek rozerwać. Z tej racji, jeżeli chcą szacunku dla siebie, to muszą to swoje dane słowo zawsze szanować. Nawet więcej, jeżeli siebie samych kochają, szanują i cenią, to tego słowa dotrzymają we wszystkich sytuacjach, jakie niesie z sobą życie. Małżonkom pozostaje tylko jedno: dążyć ze wszystkich sił, dołożyć wszelkich starań, aby ich wspólne życie uczynić jak najszczęśliwsze, a przynajmniej jak najznośniejsze. Gdy to tego dojdzie wysiłek obojga stron, aby nie narażać się na niebezpieczeństwo okazji, to wierność małżeńska jest pewna.

Św. Paweł usilnie zaleca tę wierność wszystkim małżonkom: „Wszystkim tym, którzy żyją w małżeństwie, nakazuję nie ja, ale Pan, aby żona nie odłączyła się od męża… Także i mąż żony niech nie opuszcza…” (1 Kor. 7,10 – 11). Sam Jezus zapytany przez uczonych w Piśmie: „Czy godzi się człowiekowi opuścić swoją żonę z jakiejkolwiek przyczyny?”, odpowiedział tekstem Pisma św., w którym jest mowa, że małżonkowie stanowią jedno ciało (…i będą dwoje w jednym ciele. A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało”). Jakże zatem można byłoby rozpołowić jedno ciało? Z tego powodu, jako logiczny wniosek Jezus daje odpowiedź: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Na nierozerwalność małżeństwa podaje dwa argumenty: „Co Bóg złączył” oraz, że to złączenie jest nierozerwalne, bo jakby organiczne; „A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało”. W tej sytuacji uczeni w Piśmie próbują oponować i powołują się na Mojżesza, który pozwolił w pewnych wypadkach na rozerwanie węzła małżeńskiego, ale Jezus im wyjaśnił, że Mojżesz zrobił to ze względu na twarde serca wasze”. Równocześnie mocno podkreśla, że inna była pierwotna myśl Boża, kiedy tworzył rodzinę: „…lecz na początku nie było tak”. I aby zamknąć wszelką dyskusję na ten temat, Jezus własną powagą stwierdza ostatecznie: „A ja powiadam wam, że ktokolwiek opuściłby swoją żonę, z wyjątkiem przyczyny rozpusty, i wziął  inną, cudzołoży, i kto by opuszczoną pojął za żonę, cudzołoży” (Mt 19,3 – 10).

Dla nas zagadką mogą wydawać się słowa Jezusa, wtrącone do zdania głównego: „z wyjątkiem przyczyny rozpusty”.  Z całego tekstu jednak jasno wynika, że Jezus pozwala opuścić drugą stronę, jeżeli ta dopuszcza się wiarołomstwa. Nie znaczy to jednak, że wiarołomstwo jednej strony rozgrzesza drugą stronę od wiarołomstwa, gdy złamie ona przysięgę małżeńską. Świadczą o tym słowa: „kto by opuszczoną pojął za żonę, cudzołoży”. Opuszczona przez męża z powodu wiarołomstwa żona wcale nie jest wolna. Domyślić się można, iż mąż, który opuszcza żonę z powodu jej wiarołomstwa, nie tak samo zwolniony z węzła małżeńskiego. Dlatego nie może wiązać się z inną kobietą.

Jezus nakazuje zachowywać bardzo wielką ostrożność, aby zabezpieczyć się przed takimi sytuacjami. Świadczą o tym Jego słowa; „Słyszeliście, że powiedziane jest w starym Prawie: Nie będziesz cudzołożył. A Ja wam powiadam, że każdy, kto pożądliwie patrzy na niewiastę, już z nią cudzołożył w sercu swoim” (Mt 5,27 – 28). Jeżeli tak mocno Jezus piętnuje samo pożądliwe spojrzenie na niewiastę, to cóż dopiero za narażanie się na okazje do grzechu.

Kapłan w momencie poświęcenia nowożeńcom obrączek ślubnych wyraźnie przypomina im obowiązek wierności małżeńskiej: „Przyjmijcie te obrączki na znak wierności małżeńskiej”. W samej rocie przysięgi małżeńskiej każe małżonkom ślubować: „że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Wzajemna pomoc. Bardzo ważnym celem małżeństwa jest wzajemna pomoc. Im więcej małżonkowie będą sobie wzajemnie pomagać, tym lepiej ułoży się ich życie. Ta pomoc bardzo różnie może się układać. Najidealniej byłoby wtedy, gdyby mąż zarabiał tyle, że mogłaby zupełnie swobodnie zająć się domem i wszelkimi sprawami z nim związanymi. Wtedy zajęłaby się nim naprawdę całym sercem. Miałaby wtedy również okazje do tego, aby stale się dokształcać i prawdziwą opieką otaczać męża i dzieci.

Pismo św. w wielu miejscach sławi wspaniałe typy niewiast. Nawet całe księgi im poświęca (Księga Judyty, Księga Estery). Mocno podkreślić trzeba, że w Biblii są pochwały nie tylko bohaterek niezwykłych wydarzeń, ale również tych kobiet, które w szarzyźnie codzienności umieją dobrze się wywiązywać ze swoich obowiązków. Jednocześnie Księgi Biblii mają także wiele cierpkich słów pod adresem kobiet, które nie dorastają do swojej natury, którą ich obdarzył sam Stwórca. Streścić je możemy w jednym zadaniu: „Lepiej mieszkać z lwem i smokiem, niż mieszkać z żoną swarliwą” (Mdr 25,16)

Jednakże we współczesnym świecie przeważnie zarobek męża w żadnym razie nie wystarczy na wszystkie potrzeby małżeństwa i rodziny. Z tego powodu do pracy także idą żony. W takich przypadkach mężowie powinni w dużo większym stopniu angażować w prace domowe i pomagać w nich swoim żonom. Małżonkowie swoje prace domowe i gospodarcze tak powinni podzielić między sobą, aby żadna ze stron nie była zbyt nimi przeciążona ze szkodą dla swojego zdrowia, dobra współmałżonka i dla wychowania dzieci. Jednakże nawet i wtedy, gdy sam mąż pracuje na utrzymanie rodziny, powinien w cięższych pracach wyręczać swą żonę.

Nie mniej ważną od pomocy materialnej i fizycznej, jest pomoc duchowa. Małżonkowie powinni własnym życiem przyświecać sobie dobrym przykładem i pomagać sobie w wypełnianiu Bożych przykazań, które tak naprawdę skupiają się, jak w soczewce, w przykazaniu miłości. Jedno drugie powinno do tego nie tylko zachęcać, ale i pociągać za sobą. Nie da się pogodzić ani żaden sposób zrozumieć „miłości”, która naraża współmałżonka na grzech, czyli na możliwość wiecznego potępienia, bo większe zło człowieka już dosięgnąć nie może. Na pewno miłość nigdy nie działa na szkodę drugiego. Z tych racji małżonkowie wspólnie podążają do nieba i wspólnie się zbawiają przy pomocy łaski Bożej. Jeżeli jedno zbawi się bez drugiego, to z wielki trudem.

Dla małżonków koniczna jest również współpraca, wspieranie się i jedna linia postępowania przy wychowywaniu dzieci. Mąż w żadnym przypadku nie może zepchnąć troski o dzieci na odpowiedzialność żony, szczególnie gdy one dorastają. Żona także nie może spychać odpowiedzialności za wychowanie dzieci  tylko na ojca. Do wychowania konieczna jest obecność i zaangażowanie obydwojga małżonków. Matka nie zastąpi nigdy ojca, ani ojciec z żadnym wypadku nie zastąpi matki. Jeżeli zabraknie tej obecności jednego z nich, to zawsze pozostawi trwały ślad w psychice i osobowości ich dzieci, gdy one już dorosną. Tego nikt zmienić nie potrafi i nie może, chociaż w obecnym świecie czynione są różnorakie próby zmiany prawa natury. To owocuje coraz większymi zranieniami i życiowymi dramatami. Natura mści się zawsze, chociaż czyni to powoli, a nam nie wolno o tym zapominać, bo jako ludzkość zapłacimy za to ogromną cenę.

 

Katecheza 17: III przykazanie Boże „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”

Nakaz obchodzenia dni świętych

            Wielu autorów obchodzenie dni świętych zalicza do najuroczystszych form prywatnej i społecznej czci Bożej. Historia pokazuje, iż wszystkie ludy pierwotne i cywilizowane, mają pewne dni wyłączone od ogólnych zajęć, a przeznaczone wyłącznie na wyrażenie czci i wdzięczności bóstwom. Te święte dni są stałe albo okazyjne. Łączą się one z powstrzymywaniem się od prac codziennych i z różnego rodzaju obrzędami, jak składanie ofiar, tańcami i zabawami religijnymi, z pielgrzymkami, z ablucjami, itp. Z tego, co zostało napisane wynika, że obchodzenie dnia świętego jest nie tylko nakazem prawa pozytywnego, ale w pewnej mierze również prawa natury.

Święcenie dni świętych jest nakazem prawa natury

            Człowiek od samego swego początku odczuwał, że właściwie powinien oddać Bogu, jakkolwiek Go pojmował, wszystkie chwile swego życia, gdyż one są Jego darem. Tymczasem niezliczone troski o codzienne utrzymanie siebie i osób sobie powierzonych nie pozwalają na to, by człowiek codziennie i nieustannie myślał o swoim Stworzycielu i składał Mu nieustanne hołdy.

            Człowiek nie tylko sam, ale także jako członek społeczności czuje, że zależny jest od Boga nie tylko jako jednostka, ale i w zespole, w którym przyszło mu żyć. Z tego powodu powinien nieustannie zanosić do Boga wyrazy hołdu, podzięki i błagań. Temu służą właśnie wyznaczone dni święte. Podobnie, jak przy ofiarach, człowiek nie mogąc wszystkiego oddać Bogu, z dóbr, którymi rozporządza, wydziela chociaż część na wyłączną własność Boga, tak i z czasu, który Bóg mu daje, człowiek wybraną cząstkę poświęca wyłącznej chwale Boga. Tak więc zwyczaj obchodzenia dni świętych ma jakby charakter ofiar (w tym przypadku nie z rzeczy, ale z czasu). Dlatego też, chociaż większość ludów nie zna pozytywnego prawa Bożego odnośnie dni świętych, nakazem swojej natury i rozumu prawo to skrupulatnie przestrzega.

Objawione pozytywne prawo Boże nakazuje święcić dzień święty

            Św. Tomasz twierdzi, że jeżeli istnieje jakaś prawda, którą ludzie powszechnie wyznają, to jest ona nakazem rozumu, a więc prawem natury. Takim właśnie prawem natury jest święcenie pewnych dni, czyli ofiarowanie ich na wyłączną służbę Bogu. W celu usankcjonowania tego prawa natury, Bóg nakazem Dekalogu to prawo nie tylko potwierdził, ale też i bliżej określił, oznaczając, iż siódmy dzień tygodnia ma być oddany Bogu i obchodzony jako święty. Bóg określił też sposób, którym dzień święty ma się wyróżniać od innych dni tygodnia. Należy powstrzymać się od wszelkich ciężkich i służebnych prac. Tak więc prawo natury otrzymało przez trzecie przykazanie Boże dokładne sprecyzowanie, bo został wyznaczony dzień święty i określony został sposób jego świętowania.

Nakaz prawa kościelnego

            Prawo kościelne, zachowując w całej swej rozciągłości nakaz Dekalogu, rozwija myśl Bożą, jak przyświecała przy ustanowieniu dni świętych. Wprawdzie została zmieniona sobota na niedzielę, to jednak został zachowany jeden dzień tygodnia jako święty. Ponadto Kościół zwraca uwagę nie tyle na negatywną stronę trzeciego przykazania Bożego, ile na ideę przewodnią samego sensu ustanowienia tego przykazania. Dzień święty nie został ustanowiony dla człowieka, ale dla Pana Boga.

            Bóg nakazał powstrzymać się od pewnych prac dlatego, aby dać człowiekowi odpowiedni czas dla nawiązania łączności z Nim. Nakaz udziału wiernych w Ofierze Mszy w. w dzień święty realizuje w najdoskonalszy sposób myśl Bożą, a dniom świętym nadaje charakter sakralny.

Szabat – sobota stałym dniem świętym w Starym Testamencie

            Polskie słowo sobota, łacińskie – sabbatum, a greckie sabbaton pochodzi z języka hebrajskiego „szabbat”, co znaczy odpoczywać. Szabat jest więc dniem odpoczynku. W dalszym pochodzeniu słowo to ma wywodzić się z babilońskiego „szabatu” – być w dobrym stanie. W Babilonie szabatem nazywano dzień pojednania z Bogiem, czyli przywrócenia stanu normalnego człowieka z Bóstwem.

Historia

            W dawnej Asyrii co siedem dni obchodzono święto. Wszyscy mieszkańcy byli zobowiązani do powstrzymywania się od swoich spraw zawodowych i do składania ofiar. Z tekstu Wj 16,23, gdzie Mojżesz zakazuje zbierać mannę siódmego dnia, wynika, że Izraelici znali i święcili sabat jeszcze przed ogłoszeniem Dekalogu. Dekalog ten zwyczaj usankcjonował i uzasadnił. U Egipcjan dzielono miesiące dekady i świętym był każdy pierwszy dzień nowej dekady. Zatem i w Egipcie były stałe dni jako dni święte. Zapewne Mojżesz wracając do zwyczaju asyryjsko – babilońskiego, chciał silniej wpisać w pamięć nakaz oddawania Bogu pewnych dni. Dlatego przy trzecim przykazaniu mamy dodane słowo „Pamiętaj” oraz uzasadnienie: „Przez sześć dni bowiem czynił Pan niebo i ziemię, i morze, i wszystko, co w nich jest, a odpoczął dnia siódmego; i dlatego pobłogosławił Pan dniowi sobotniemu i poświęcił go” (Wj 20,11).

Nakaz szabatu

Malo które przykazanie Boże było tyle razy z takim naciskiem przypominane, jak nakaz święcenia szabatu. To świadczyłoby o tym, że w czasach Mojżesza i późniejszych tego zwyczaju nie znano nigdzie dookoła na obszarach przyległych do Izraela. Z tego powodu był on łatwo zarzucany w samym narodzie wybranym. Zresztą, jeżeli i w naszych czasach, pomimo wiekowego i powszechnie przyjętego w Europie zwyczaju świętowania niedzieli, tyle się jeszcze spotyka nadużyć, to nie będziemy się dziwić, że niebezpieczeństwo to było jeszcze groźniejsze za czasów Mojżesza. Z tego powodu Pismo św.  tak bezwzględnie i stanowczo zaleca święcenie szabatu, grożąc nawet karą śmierci za jego łamanie (Wj 16,23 – 30; 20,8 – 10; 23,12; 35, 1 – 3; Kpł 23,1 – 3; Pwt 5,12 – 15; Lb 15,32 – 36).

            Z podanych wyżej tekstów Pisma św. możemy wyciągnąć następujące wnioski:

- Nakaz szabatu obowiązywał pod karą śmierci (Wj 35,2, Lb 15,32 – 36).

- Nakaz święcenia szabatu obowiązywał wszystkich Izraelitów, a nawet ich sługi, niewolników i zwierzęta (Pwt 5,12 – 15).

- W szabat zakazane były wszelkie prace, nawet rozniecanie ognia w mieszkaniu (Kpł 23,3).

- Sam Bóg „stosował się” do szabatu, bo w piątek posyłał mannę w porcji zdwojonej, byle tylko Żydzi nie musieli jej zbierać w sobotę. Było to ze strony Boga przypomnienie o istnieniu sabatu.

- Zostały podane przyczyny i uzasadnienia, dlaczego szabat ma być zachowywany: jest to dzień Pana; dzień odpoczynku; dzień przypominający, że ludzie są wolnymi i mają dzień wolny od pracy.

            O święceniu szabatu przypominają również prorocy: Ozeasz (2,11); Izajasz (58,13); Jeremiasz ( 17,19 – 27); Amos (8,5).

Kiedy Nehemiasz odnawiał przymierze pomiędzy Bogiem a Izraelem, ponownie zobowiązał naród do zachowywania szabatu. (Ne8,9; 10,32; 13,15 – 22). Na dzień szabatu nakazał nawet zamykać bramy Jerozolimy, aby kupcy nie wchodzili do miasta i nie handlowali (Ne 13,15 – 22).

Antioch Epifanes zabronił święcić szabat (1 Mch 1,48; 2 Mch 6,6) i wielu ze strachu przed śmiercią poddało się jego wyrokowi. Jednak byli tacy, którzy nawet walczyć w obronie życia nie chcieli, aby nie „gwałcić szabatu” i dopiero kapłan Matatiasz postanowił walczyć również w szabat. Syryjczycy bowiem korzystając z tego, że Izraelici nie chcą prowadzić walki w szabat ani się bronić, właśnie w dni sobotnie urządzali na nich wypady zbrojne i w ten sposób mogli wygubić cały naród (1 Mch 2,32 – 41; 2 Mch 8,26, Józef Flawiusz, Ant. Jud. 12,6; 2;  14,4).

Treść i zakres nakazu święcenia soboty w Starym Testamencie

Początkowo chodziło wyłącznie o stronę negatywną omawianego nakazu, a mianowicie o powstrzymywanie się od wszelkich prac. Później w zwyczaj weszła i strona pozytywna: cześć Boga w świątyni i w synagogach.

Prawo negatywne – oto wykaz niektórych prac zakazanych w dzień sobotni: zakaz gotowania (Wj 16,23), zakaz prac na roli (Wj 34,21), zakaz zapalania ognia (Wj 35,3), zakaz zbierania drewna (Lb 15,32 36), zakaz handlu (Jer 17,27, Am 8,5; Ezd 13,15 – 22), zakaz noszenia ciężarów (Jer 17,21), zakaz wychodzenia z domu (Wj 16,29). Późniejsze przepisy rabinistyczne do tego stopnia obostrzyły nakaz powstrzymywania się od wszelkich prac, że zachowanie szabatu stało się wprost niemożliwym.

Prawo pozytywne – cześć Boga. Początkowo do niej zobowiązani byli kapłani w imieniu ludu, którzy składali w szabat szczególną ofiarę zapokojną: dwa baranki jednoroczne (Lb 28,9 – 10). Lud obowiązany był brać udział w tej ofierze w świątyni, jak wiemy ze słów proroka Jeremiasza: „I będą przychodzić z miast judzkich i z okolic Jeruzalem i z ziemi Beniamina, z pól, z gór, z południa przynosząc całopalenie i ofiarę, obiatę, kadzidło, i wniosą ofiarę do domu Pańskiego” (Jer 17,26). Jednak w ofierze w sobotę nie wszyscy Izraelici mogli brać udział co sobotę. Zresztą obowiązek obecności w ofierze sobotniej dopiero później został nakazany prawem.

Po niewoli babilońskiej weszła jako nakaz prawa zwyczajowego służba Boża w synagogach. Synagogi powstały na diasporze, z powodu dużego oddalenia od świątyni. Spełniały one bardzo ważne zadanie jednoczenia poszczególnych gmin żydowskich. Tam w każdy szabat gromadzono się dla czytania Pisma św. i słuchania jego wyjaśnień oraz odbywania modłów i śpiewu psalmów (Łk 4,16; Dz 14,1; 16,13). Taką okazję gromadzenia się Żydów w synagodze w dzień sobotni wykorzystał Jezus w Nazaret, kiedy wziął do ręki zwój Izajasza i rozpoczął swoją publiczną działalność nauczycielską (Łk 4,16 – 23).

Cel szabatu

Zasadniczym celem szabatu było podkreślenie tego, że jest to dzień Jahwe. Spośród wszystkich dni Jahwe wybrał sobie szabat jako dzień „poświęcony Panu” (Wj 16,23), „szabat jest dzień Pański” (Wj w. 26). Sześć dni pracować będziesz… ale siódmego dnia jest szabat Pana, Boga twego” (Wj 20,10). „Szabat Pański jest we wszystkich mieszkaniach waszych” (Kpł 23,3). Dlaczego Pan Bóg zarezerwował sobie sobotę jako dzień święty? Mojżesz daje wytłumaczenie, że w szabat Bóg odpoczął po sześciu dniach stworzenia. Wydaje się raczej bardziej prawdopodobne to, że autor pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju sam ułożył dzieło stworzenia w sześciu dniach, a w siódmym kazał Bogu odpoczywać, by dać pouczenie i wyjaśnienie, dlaczego Bóg wybrał dzień siódmy. Zatem nie tyle szabat był wynikiem tygodnia stworzenia, ile raczej tydzień stworzenia był ilustracją sześciu dni pracy człowieka i odpoczynku sobotniego.

Stosunek Pana Jezusa do szabatu

Nie ma ani jednej wzmianki w Ewangeliach, aby Jezus łamał przepisy Prawa odnośnie nakazanego odpoczynku w szabat. Za to posiadamy szereg przykładów świadczących, że Jezus zachowywał przepisy szabatu i brał udział w zwyczajowych nabożeństwach w synagogach. „I przybył do Nazaretu… a według zwyczaju wszedł w szabat do synagogi, i powstał, aby czytać. I podano Mu księgę Izajasza Proroka”. (Łk 4,16; por. Mt 12,9; Łk 13,10, itp.).

Jednak to właśnie na punkcie szabatu Jezus staczać musiał najcięższe boje ze swymi przeciwnikami. Źródłem konfliktu były współczesne przepisy rabinistyczne, które czyniły z szabatu ciężar nie do uniesienia. Same fakty najlepiej oświetlają bezsensowność talmudycznych przepisów. Oto dla przykładu faryzeusze gorszyli się tym, że zgłodniali uczniowie Jezusa idąc polem wśród łanów zboża rwali kłosy i wyłuskiwali z nich ziarna (Mt 12,1 – 7).  Pan stanął w ich obronie mówiąc: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary”. Ku zgorszeniu faryzeuszów Jezus uzdrowił chorego w szabat (Mt 12,9 – 14; Mk 3,1 – 6) i objaśnił swoje postępowanie stwierdzeniem: „Przeto godzi się w szabat czynić dobrze”. Kiedy innym razem Jesus uzdrowił w sobotę niewiastę, która od 18 lat cierpiała i była skulona ku ziemi tak, że żadną miarą nie mogła spojrzeć w górę” (Łk 13,11), przełożony synagogi, „oburzony tym, iż Jezus uzdrowił w szabat” zaczął publicznie wypowiadać swoje niezadowolenie: „Jest sześć dni, w które należy pracować… a nie w dzień sobotni” (Łk 13,14). Jezus natychmiast go zawstydził: „pozwalacie poić woły oraz owce i wyciągać je w szabat, kiedy wam któreś przypadkiem wpadnie do dołu, a nie pozwalacie uzdrawiać i nieść ulgę cierpiącym? – „O ileż więcej wart jest człowiek niż owca?” (Mt 12,12). Idąc za zasadą, że w szabat wolno czynić dobrze, Jezus uzdrowił człowieka opuchłego (Łk 14), paralityka przy sadzawce (J 9) i ślepego od urodzenia prz świątyni jerozolimskiej (J 9). Kiedy zaś spotykają Go ze strony faryzeuszów zarzuty, powołuje się On na samego Mojżesza, który w szabat pozwalał na obrzezanie: „Jeżeli tedy człowiek przyjmuje obrzezanie w szabat bez pogwałcenia Prawa Mojżeszowego, dlaczego oburzacie się na mnie, żem owego człowieka w szabat uzdrowił?” ( J 7,23) Zachowując wiernie przepisy szabatu, nakazane prawem Mojżesza, Jezus wyraźnie zastrzega, że nie czyni tego z przymusu, gdyż żadne prawo ludzkie nie mogło Go obowiązywać: „Panem jest bowiem Syn Człowieczy także i szabatu” (Mt 12,8; por. Mk 2,28; Łk 6,5). Jeżeli więc Jezus zachowywał przepisy co do święcenia szabatu, to jedynie z tego powodu, aby dać dobry przykład, bo tak nakazywał duch Prawa.

Stosunek Apostołów do szabatu

Nie wiemy, czy Apostołowie otrzymali jakieś specjalne instrukcje od Pana Jezusa, co do szabatu. Wydaje się, że w początkach Apostołowie udawali się do świątyni, aby oddać chwałę Bogu nie w niedzielę, ale w sobotę. Jednakże przecież Apostołowie mogli iść do świątyni na modlitwę niekoniecznie z okazji soboty. Św. Ignacy, męczennik, w „Liście do Filipian” pisze: „Kto by pościł w niedzielę lub w sobotę, za wyjątkiem Wielkiej Soboty, ten jest zabójcą Chrystusa” Słowa te kieruje przeciw gnostykom, którzy chcieli sobotę odrzeć z charakteru dnia świętego. Z cytowanego tekstu dowiadujemy się, że uczniowie apostolscy nadal obchodzili sobotę jako dzień święty, ale równocześnie dowiadujemy się, że dniem świętym była także niedziela.

Pan Jezus nie pozostawił nakazu święcenia niedzieli. Św. Łukasz pisze: „A oni minąwszy Perge, przybyli do Antiochii Pizydyjskiej i wszedłszy do synagogi w dzień szabatu, zasiedli. Po przeczytaniu Zakonu i Proroków, przełożeni synagogi posłali do nich mówiąc: Mężowie, bracia, jeśli macie jakieś słowo zachę